Wróć do katalogu

A wszystko przez pająka...

Szósty rozdział niedopracowanej, zaniedbanej powieści o Elizabeth.

xMarcelinax, opublikowano , 13 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Dzień. Nastał kolejny dzień. Elizabeth obudziła się w swoim łóżku. Po wczorajszym wybuchu złości bolała ją trochę głowa, ale ból stopniowo przechodził. Za oknem dało się usłyszeć śpiew ptaków, a przez szparę pomiędzy zasłonkami przebijały się promienie słoneczne. Burza. Burza ustała. Lekki podmuch wiatru, który wlatywał do pokoju przez otwarte okno, kołysał lnianą firanką. Świat znów budził się do życia. Dziewczyna przekręciła się na drugi bok i poczuła, jak przyjemne ciepło ogrzewa jej zziębnięte ciało. Znów była w domu. Jednak nie w tym samym, co jeszcze tydzień wcześniej. Ten dom, chodź w tej samej budowli był całkiem inny. Brakowało w nim osoby, która nadawała temu miejscu życia. Teraz panowała w nim cisza, jak by był niezamieszkany. Marry siedziała cały czas w kuchni, gdyż brakowało jej ostatnimi czasy zajęcia, a jej matka była w delegacji, albo czytała książki w swoim pokoju. Brunetka przerzuciła nogi za krawędź łóżka i usiadła na nim. Poczuła błogą senność, różowawe ściany zaczęły rozpływać jej sie w oczach, i kiedy miała powrócić do łóżka, by dalej śnić, jednak w tej samej chwili rozległo się głośne i stanowcze pukanie do drzwi. Dziewczyna skrzywiła się nieznacznie. -Proszę - powiedziała zaspanym głosem. Do bladoróżowego pokoju, w którym mieściły się ciemnobrązowe meble, weszła służąca Marry. Była to starsza kobieta, nieco pulchna, o twarzy pokrytej wieloma zmarszczkami. Jak zawsze ubrana w wykrochmalony, nieskazitelnie biały fartuch. Siwe włosy, które już dawno straciły swój naturalny, brązowy odcień, upięte były w ciasny kok pod chustą. Ta kobieta, pomimo, że była tylko służącą w ich domu, w wielu momentach życia dziewczyny traktowana była jak jej własna, rodzona babcia. Teraz stała w progu jej drzwi. - Panienko Elizabeth, panienka Lily oczekuje panienki - powiedziała kobieta uśmiechając sie promiennie. Pomimo upływu lat, jej uśmiech był taki sam. Widząc, że dziewczyna zaczyna się podnosić, odwróciła się i wyszła. Po głowie Elizabeth za to błądziły przeróżne myśli. Bo niby czego może od niech cieć przyjaciółka, która.... Tak na prawdę, to może Lily nic nie zrobiła? Zastanawiając się nad tym wszystkim, ubrała się w bladoniebieską sukienkę, przeczesała swoje proste, brązowe włosy i zeszła na dół. Już na schodach zauważyła przyjaciółkę. Stała po środku beżowego salonu o tych samych ciemnobrązowych meblach, co w pokoju 17 latki, czerwonym dywanie, ciągnącym się przez całą rezydencję, na tle okna wybiegającego na główną drogę przejazdową. Ubrana była w zielonkawą, jesienną sukienkę a jej rude włosy opadały jej na ramiona. W szaro - zielonych oczach czaił się smutek. Wiedziała, że to przez nią. -Witaj Elizabeth - powiedziała miękko, jak by miała się za chwilę rozpłakać. - Cy możemy porozmawiać na osobności? Spodziewała się tego pytania. -Ależ owszem. Mijając Marry wyszły na zewnątrz. Był jeden z tych nielicznych, słonecznych dni, które na Wyspach Brytyjskich zdarzają się nie często. Lekki wiatr kołysał koronami drzew w ich ogrodzie. Usiadły na pierwszej ławce, jaką napotkały. Przed nimi rozpościerała się rezydencja, z której przed chwilą wyszły. Przypominała ona w pewnym sensie zamek, jednak nim nie była. Odcień budowli był beżowo - żółty, a framugi okien brązowe. Cały plac był ogrodzony, a by przedostać się na jego tereny, trzeba było przejść przez główną bramę. Ogród okalał cały dom a ona siedziały w samym jego sercu, pośród dorodnych dębów i klonów. Milczenie dłużyło się i stawało się coraz to bardziej uciążliwe. Gdyby nie te czynniki, blondynka by się nie odezwała. -Lily... - zaczęła nieśmiało, a rudowłosa spojrzała na nią podejrzliwie. - Bo widzisz... Chciałbym Cię przeprosić, za ten mój wczorajszy... No wiesz. Spuściła oczy. Wiele kosztowało ją przyznanie się do błędu. I chociaż na zewnątrz na to nie wyglądała, to w środku czuła się rozdarta. Kiedy zaczęła się zastanawiać, co może oznaczać ta cisza, usłyszała głośny śmiech. Tak serdeczny i dobrze jej znany. -Ach Liza... - śmiała się Lily. - Zapomnijmy o tamtym. To już przeszłość, a ja również zachowałam się nie w porządku. I co całkowicie zdumiało dziewczynę, przytuliła ją. Zrozumiała, że chociaż czasem między nimi dochodzi do kłótni, to tak na prawdę są najlepszymi przyjaciółkami. Bliskie sobie jak siostry. -A tak w ogóle, to przyszłam do Ciebie w jeszcze jednej sprawie - głos Lily zapowiadał już samą rzecz - za chwile coś przeskrobią. A jej oczy tylko potwierdziły tę tezę. Radosne ogniki zatańczyły w nich taniec radości a wredny uśmieszek pojawił się na twarzy. Elizabeth stwierdziła, że zapowiada się niezła zabawa, więc postanowiła milczeć. Radosne podekscytowanie targało nią od środka i chciała trząść koleżanką, by wydusić z niej tą jak że poufną informację. 'Boże z nią to można by cierpliwość ćwiczyć!' pomyślała i uśmiechnęła się jeszcze bardziej. Włosy unosiły jej sie pod wpływem wiatru, targając ją. -Pewnie pamiętasz jeszcze moją 'kochaną' kuzynkę Sharpey, siostrę Jamesa? Zamyśliła się na chwilę. Próbowała wywołać wspomnienia z balu i wspomnienie tej że kuzynki. Było to dość trudne, bo Lilanna ma dość obfitą grupę królewskich kuzynek a zapamiętanie imion wszystkich wiązało się z cudem. Jednak nie tą. Nie dało się zapomnieć zarozumiałej, chłodnej i dumnej dziewczyny, o burzy złotych loków na głowie, lodowato zimnych oczach, bladoróżowych ustach, które wykrzywiały się w pogardliwym uśmiechu. Ciarki przeszły jej po plecach, kiedy przypomniała ją sobie. -Och... - westchnęła. - Uwierz mi, że nie dało by się jej zapomnieć. Widocznie takiej odpowiedzi oczekiwała rudowłosa bo uśmiechnęła się do niej pogodnie i odrzuciła włosy do tyłu. -Ona wraz z resztą mojej szanownej rodziny, mieszka jeszcze na zamku. I mam pewien pomysł...

***

To, co zamierzały zrobić było chyba najgłupszą rzeczą, na jaka je było stać. Przecież jeśli się ktoś dowie, to będzie nie mała afera... Blondynka nie mogła uwierzyć, że się w ogóle na to wszystko zgodziła.Plan godzien obłąkanego przez szatana. Jeszcze sporo czasu minęło, jak tak siedziały na ławce obgadując tajniki swojego szalonego planu. Teraz, dziewczyna siedziała jak na szpilkach w salonie. Czas niemiłosiernie jej się dłużył a każda kolejna sekunda…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych