A12 rozdział Ein
Starałem się żeby wyszło takie oldschool'owe science-fiction, wyszło trochę jak u Harry'ego Harrisona (tak mówią)[serdecznie uprasza się czytelników o opinię i komentarze, bo nie wiem czy dalej to pisać] dziękuję :)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
I
*
To, że tu jestem nie znaczy, do kurwy nędzy, że chcę tu być. Nienawidzę takich sytuacji, kiedy wszystko, zdawałoby się jest dobrze zaplanowane i ustawione, nie masz nic cięższego do roboty niż pilnowanie swojego sektora, żaden zwiad, rekonesans, czy inna równie niebezpieczna robota, nic tylko siedzieć na dupie i się nie ruszać dopóki nie przydzielą cię gdzieś indziej. Ale nie, nie kapitanie Rokl, ktoś zestrzeliwuje ci hełm z głowy i nie chcąc jej stracić nurkujesz za nim do wąwozu. Zajebani konstruktorzy wymyślili sobie radiolokację, kiedy zgubisz jakąś część swojego uzbrojenia, uruchamiasz programik i już masz zgubę jak na dłoni, jak wszystkie inne bajerki ta zabawka umieszczona jest w hełmie i jak proszę szanownych panów miałem z znaleźć to pieprzone cudo techniki, w zupełnej ciemni i w błocie po kolana. Nad moją głową toczyła się bitwa, nic nie wskazywało na to, że będzie trwała długo, zbyt dużo napastników z byt mały oddział bronił sektora. Nawet nie przypuszczałem, że atak rozpocznie się tutaj. Broniliśmy przecież lewej flanki głównej armii, a nawet głupi wiedział, że ta strona jest nie do przejścia, gdyż idzie wzdłuż kanionu strefowego, niewyczerpalnego źródła niekontrolowanej energii, żeby Wreki mogły cokolwiek zrobić, musiałyby przelecieć nad kanionem wylatując chyba, aż na orbitę, gdyż nawet statki powietrzne ginęły bezpowrotnie po przypadkowym przelocie przez strumień energii wychodzący z kanionu. Atak na ten przyczółek był równie prawdopodobny co deszcz meteorytów. Miałem dość.Kładę się tutaj i niech się dzieje co chce, ci pierdoleni naukowcy nie potrafili znaleźć sposobu abym miał hełm zawsze przy sobie, to sram na to, na tę wojnę, na ten ich całą pieprzoną korporację.Powiedziałem do siebie -Kapitanie Rokl- Usłyszałem cichy metaliczny dźwięk. Ruszyłem ręką i natrafiłem na coś twardego. -Wreszcie- stwierdziłem, założyłem hełm i zapiąłem go dokładnie - teraz będę o tym pamiętał. -Kapitanie Rokl, czy mnie słyszycie? -Tu Rokl, co jest? -Nareszcie się pan raczył odezwać.- ironiczny ton ze słuchawek. Generał Rolem, dowódca wojsk korporacji na Fernie, potworny idiota. -Miałem pewne problemy natury technicznej - chuj ci w dupe ty zafajdany pierdku dodałem już w myślach. -Nieistotne. Proszę podać stan oddziału- zahuczał głos w słuchawce -Chwilowo nie mam takich informacji ze względu na spore zamieszanie jakie tu panuje-stwierdziłem -To proszę się zorientować i zaraz mi zameldować, czekam I tyle. Później już tylko cichy kobiecy głos "koniec połączenia" w słuchawce, który nie wiadomo dlaczego zawsze doprowadzał do wściekłości, może przez to, że powtarzał się chyba z piętnaście razy. Ostrożnie wychyliłem się zza wału, którym kończył się wąwóz i gdzie miałem stanowisko dla swojego oddziału. Uruchomiłem funkcję raport i już po chwili wiedziałem, że z dwudziestoosobowego oddziału, pozostało mi dziesięciu żywych i pięciu lekko rannych. Nieźle jak na frontalny atak z zaskoczenia, chociaż te tchórze z każdej sytuacji znajdywali jakąś drogę ucieczki. Co prawda to tylko najemnicy ale wystarczyło ich tylko dobrze opłacić. Uruchomiłem funkcję dowodzenia i zwołałem swoich ludzi, gdyż nawałnica wroga przeszła już dalej. Nigdy do końca nie ufałem elektronice. Po jakichś pięciu minutach przyszło pięciu rannych. -gdzie reszta?- zapytałem -jaka reszta? Kapitanie, siedzieliśmy wszyscy i programowaliśmy broń w bunkrze i nagle jak coś nie pieprznie, w dwie sekundy znaleźliśmy się na zewnątrz, odpalili w nas z działa plazmowego, to i tak cud, że my żyjemy. No tak, super sprawna elektronika.- pomyślałem -Dobra chłopaki, wzywać mi tu zaraz ambulatoryjny i won do szpitala, a teraz zejść mi z oczu. uruchomiłem komunikację z kwaterą Rolema -tu kapitan Sfen Rokl -Melduj Rokl -pięciu ciężko rannych, odsyłam do szpitala- powiedziałem obojętnie -dziwne, nie spodziewaliśmy się, że tylu przeżyje- głos generała ze słuchawki -mieli fart, przyślijcie coś po mnie- powiedziałem odpalając papierosa -nie ma mowy-powiedział bardzo powoli gen -jak to? Mój oddział jest rozbity, sam mam walczyć w tymi potworami, bez przesady- powiedziałem z oburzeniem -Kapitanie Rokl. Przywołuję pana do porządku. Z powodu nasilających ataków na sektor A12 i A13 zostanie pan dowódcą oddziału specjalnego w tamtym rejonie, proszę się natychmiast zgłosić do płk Frana w sektorze A12 i to koniec naszej rozmowy -ale zaraz, przecież to będzie ze dwadzieścia kilosów mam tam dotrzeć pieszo?- ale ze słuchawki dobiegał już tylko znajomy kobiecy głos "koniecpołączeniakoniecpołączeniakoniecpołączenia...." -Fuck!- Porządnie zaciągnąłem się dymem, sprawdziłem stan papierosów, amunicji i wody. Spojrzałem jeszcze tylko na „Ścianę”, bo tak wszyscy nazywali kaniony strefowe. Wielkie ściany ognia, były prawie jedynym źródłem światła na tej planecie. Sama planeta była bardzo dziwna, gdyż przez te strumienie energii miała niespotykaną nigdzie indziej orbitę. Krążyła po strasznie zawiłej krzywej między dwoma gwiazdami. Odległość od siebie tych gwiazd powoduje że nie wpływają one znacznie na warunki na planecie, można je zaobserwować z planety gołym okiem co jakiś milion okresów. To zadziwiające, że rozwinęło się tu życie. Atak na mój przyczółek był totalnym zaskoczeniem gdyż strumień energii to szeroka ma kilometry „dysza” planety, wyrzucająca w przestrzeń chyba cały zakres promieniowania. To, że się ktoś tędy przedostanie było po prostu ostatnią rzeczą jaką można by się spodziewać. No ale czas nagli- pomyślałem i ruszyłem w stronę wywróconego Quada. ** Po krótkich oględzinach okazało się, że jest całkiem sprawny. Dwa koła w dobrym stanie, następne dwa w trochę tylko gorszym, gdyż nie miały opon. Całe szczęście opony znalazłem w resztkach kawałek dalej, gorzej było z silnikiem niezbyt się już nadawał do pracy ale to nie ze względu na jakieś mechaniczne uszkodzenia, całkiem rozwalona elektronika. Kilkudziesięciominutowe męczarnie z układami scalonymi zaowocowały uruchomieniem silnika, lecz pracował tyko na jednym biegu. Obejrzawszy resztki całego przyczółka nie stwierdziłem nic wartościowego poza jednym piwem i paczką papierosów, nie najlepszego gatunku ale zje pies psa, choć póki co miałem jeszcze prawie paczkę swoich. Wsiadłem na Quada i ruszyłem do sektora A12. Tak właściwie to nikt mi nie wytłumaczył o co ja tu walczę, w sumie to mi nigdy nie tłumaczą, bo to może mnie obchodzić, ja dostaję tylko kasę i to się liczy. Czasami jednak kiedy człowiek tak sobie ma czas pomyśleć to chciałby wiedzieć o co walczy. Nie to żeby to coś zmieniało, ale tak po prostu. Właściwie to powinienem być przyzwyczajony, jestem najemnikiem odkąd skończyłem akademię tzn. od 10 lat. Walczyłem już na tylu planetach w tylu układach słonecznych, że mógłbym zostać bez problemu przewodnikiem. Trzeba jednak przyznać, że ta robota jest wyjątkowa, zwykle zatrudniałem się do ochrony osobistej lub wręcz przeciwnie, a to był taki mały skok w bok, człowiek potrzebuje odmiany od czasu do czasu, byle nie na długo. Zaintrygował mnie konflikt z inną rasą, zwykle obce rasy odstępują pola ludziom z racji techniki jaką dysponują, więc walka zbrojna z Wrekami była dość pociągająca a poza tym obiecywali niezłą kasę. Interesująca jest też sama planeta. Wewnętrzne źródło energii uchodzącej przez kaniony strefowe. Właściwie to sądząc po tym co się stało tutaj to nie mam po co jechać do A12. Co prawda mój sektor nie był tak obstawiony jak A12 czy A13 ale to co nas rozniosło to poradziło by sobie z dziesięciokrotną ilością obrońców. Ale tak w ogóle to co to się dzieje? Wreki rzucają się na kanion i to najprawdopodobniej na całej długości .Bez sensu. Jedyna trasa do A12 prowadziła przez pustynię. Komputer w stacji wyliczył, że mam do przejechania 18 km co na pierwszym biegu daje jakieś jedną do półtorej godziny, jeśli nie będę chciał zatrzeć wcześniej silnika. Po, mniej więcej 20 min jazdy zobaczyłem na horyzoncie sylwetkę. Podjechałem bliżej, mężczyzna szedł prawie na czworaka, zmierzał w tą samą stronę co ja i był bardzo dziwnie ubrany. Ponieważ wyglądał na zaćpanego, po kilku próbach skontaktowania się z nim ruszyłem dalej, naprawdę dziwny strój. Pomyślałem. Ale to może wina kurzu, który osiadł na nim grubą warstwą. Ruszyłem dalej. -K A P I T A N R O K L – prawie przeliterowałem do urządzenia identyfikacyjnego „Brak danych - Proszę czekać na zgłoszenie się obsługi” Zakomunikowało cudo techniki głosem, który zawiadamia pasażerów autobusów o zamykaniu drzwi. Po dziesięciu minutach z chuj wie gdzie umieszczonego głośnika buchną głos. -Stopień i Nazwisko! -K A P I T A N R O K L – Jak to dłużej potrwa to zacznę cały czas tak gadać. -Proszę położyć rękę na czytnik- usłyszałem w odpowiedzi. Nigdzie nie było widać żadnego czytnika. -Jest problem- powiedziałem -co? -nie mogę znaleźć czytnika -jak to ? Zaczekaj – Poza tym usłyszałem masę stłumionych brzęków. Odpaliłem papierosa. Czytnik był bardzo istotny, gdyż systemy obronne bazy, reagowały na obcych natychmiastowo. Kto nie skorzystał z dobrodziejstw czytnika przed wejściem do bazy, był obcym. Po paru minutach zgrzytnęły drzwi, nie dało się nie usłyszeć, jęków silnika, który nimi poruszał. W drzwiach pokazał się mały, przygarbiony człowieczek w fartuchu i okularkach, w wyciągniętej dłoni trzymał czytnik -Połóż tu rękę – stał tak, że tylko czytnik był poza terenem bazy. Położyłem, delikatne mrowienie, to wszystko. -Proszę się niezwłocznie zgłosić do dowódcy. Poziom 6, sala 2, gen. Korth- rzucił i znikną w bocznym szybie. -Zajebiście – stwierdziłem widząc, odrazę budzący, znak zakazu palenia. Miałem nadzieję szybko się stamtąd wydostać. ** Winda jechała chyba z 10 min. Przy wysiadaniu, jak i przy wsiadaniu, kontrola linii papilarnych. Strażnicy patrzyli na mnie krzywo, gdy mnie prowadzili do generała. Szliśmy długim korytarzem, przystosowanym chyba, bardziej do jeżdżenia niż spacerów. Sufit wysoki na 10 metrów, jeśli chodzi jego szerokość to mógłby służyć, gdyby nie jego „głębokie” położenie, za pas startowy. Duża odległość od sufitu dawała mi szczególną radość, gdyż jak każdy po szkole żołnierskiej miałem coś koło 2,5 m wzrostu, pancerz dodawał jeszcze jakieś 10cm. Odpowiednie ćwiczenia a do tego dieta sprawiły, że wszyscy wyszliśmy ze szkoły o wiele lepiej przygotowani do operacji w wysokich grawitacjach niż reszta. Muszę przyznać, to była elitarna szkoła. Dawali nam wycisk, ale absolwenci mogli być zatrudniani przynajmniej w randze porucznika. Szczerze mówiąc to nigdy nie przywiązywałem większej wagi do zajęć z taktyki, która w większej części polegała na grze z wykładowcą w szachy. Wbrew pozorom sala o numerze 2 nie była wcale blisko windy. Tuż przed wejściem do sali, żołnierz spojrzał na mnie z tak potwornie wymowną miną, że wyjąłem wreszcie papierosa z ust i kulturalnie położyłem mu na rękę. Musiałem odpalić go odruchowo. Jeszcze tylko trochę manipulacji przy jakimś interfejsie obok drzwi i już mogłem wejść. Wnętrze pokoju silnie kontrastowało z surowością korytarza. Na podłodze dywanik z ciekawym wzorkiem, ładne rozproszone światło dawały eleganckie wypukłe lampy przy suficie, który tak że jakby na złość korytarzowi był normalnej wysokości. Więc stałem tak, z przechyloną nienaturalnie głową, jak idiota, przed małym chudym facecikiem w mundurze generała, wyglądał na strasznie przybitego. -Kpt. Rokl melduje się na rozkaz. -Proszę sobie usiąść- wskazał mi fotel. -Dziękuję postoję- ten fotel nie nadawał się dla mnie. -Z czyjego rozkazu zostaliście do nas przysłani? - spytał generał. -Z rozkazu gen. Rolema, miałem się zgłosić do płk Frana- odrzekłem -Z przykrością muszę stwierdzić, że płk Fran zajął ostatnią „transportówkę” i udał się w nieznanym mi kierunku -Gdzie więc mam się zgłosić po dalsze instrukcje?- dopiero po chwili trafiło do mnie, że „transportówka”, o której wspominał generał to rakieta niegdyś wynosząca ładunki na orbitę. Kompleks, w którym się teraz znajdowałem, był kiedyś kopalnią. Nie mam pojęcia co tu wydobywali ani kto to robił. Nigdzie nie pozostał najmniejszy ślad po jakiejkolwiek działalności tej kopalni. -Mieliśmy się ewakuować właśnie tą rakietą, płk Fran przybył do nas z sektora A13. Nikt się nie spodziewał, że uda mu się ocalić aż tylu ludzi. Musieliśmy zostać i bronić Kompleksu, z tej prostej przyczyny, że w rakiecie było tyko 200 miejsc załoga kompleksu to 92 razem ze mną. Fran uświadomił sobie, że było tyko 200 miejsc w statku, a on sam miał 150 ludzi. Mieliśmy się bronić dopóki stan załogi będzie przekraczał ilość miejsc w statku. To byłoby sprawiedliwe. Jakieś dwie godziny temu przyszedł meldunek z orbity, o zbliżających się Wrekach, płk Fran namówił połowę mojej załogi w tym pilotów i porwał rakietę. Teraz pewnie są na stacji orbitalnej. -Kurwa, no to dupa – podsumowałem -Proszę się nie zapominać kapitanie!- wrzasną generał- stoisz przed wyższym stopniem, Baczność!! Starałem się jak tylko mogłem. -Przepraszam to się więcej nie powtórzy. -Macie się zgłosić do kwatermistrza po przydział ale najpierw zdacie swoją broń w zbrojowni na poziomie 3.. -Ale ja nigdy się nie rozstaje z bro.. -Powiedziałem! U mnie tylko straż może nosić broń -A jak się tam dostać? -Odmaszerować- dorzucił otwierając zza biurka drzwi. Wyszedłem. Strażnicy przyczepili się do mnie jak rzepa od razu po wyjściu i towarzyszyli mi aż do zbrojowni. Była to wielka sala z szafkami na wszystkich ścianach. Na każdej szafce czytnik papilarny i kolorowa lampka, zielona albo czerwona. Podszedłem do pierwszej zielonej, kiedy te sępy stały w drzwiach, zdjąłem karabin, wyjąłem pistolet, nóż, i amunicję. Po zamknięciu szafki zapaliła się czerwona lampka, moje paluchy już nie działały- Super –westchnąłem . Od razu po wyjściu ze zbrojowni straciłem „ogon”, postanowiłem pójść się zorientować gdzie mam spać, w tym celu jechałem windą, na 5 poziom. Winda była wybitnie towarowa, można by nią wyciągać czołgi. Panel z przyciskami od 3 piętra do 6 poziomu, poziomami nazwano „piętra” pod ziemią, to objaw wprowadzania optymistycznego spojrzenia w pracy 4 poziom zamiast –4 piętra, kompletny idiotyzm, przecież każdy wie, że jedzie na dół, bez sensu. Wnętrze było całe obdarte. Porysowane metalowe ściany windy, jakby ktoś tym przewoził psy, chociaż sądząc z rys ty były raczej lwy. O dziwo tylko panel kontrolny nie był zadrapany, ale wyglądał równie staro jak reszta windy. Dojechałem. Korytarz jak na szóstym ale ani żywej duszy. -Jest tu kto?- Zdumiewająca akustyka. Głośny zgrzyt otwieranych drzwi. I smuga światła na końcu korytarza. Zacząłem iść. Z pomieszczenia wyszedł człowiek i co najciekawsze musiał mieć podobną dietę co ja. Wielki, barczysty, wkroczył we mglistą atmosferę korytarza, widoczną dopiero dzięki oświetlającemu ją z zewnątrz pokoju światłu. Nie widziałem jeszcze twarzy, był za daleko. Lecz po kilkunastu krokach zobaczyłem twarz zoraną bliznami, przyglądała mi się uważnie, właściciel mimo swej postury był w sile wieku, co zdradzały siwa broda i mała rurka przy nosie oznaczająca niewydolność płuc. Stanąłem na baczność i zasalutowałem. -kpt. Rolk melduje się po przydział -45- rzucił, uśmiechając się ironicznie i znikną za drzwiami. Odnalazłem swój pokój. Był tuż obok windy, i co najważniejsze był do mnie przystosowany, on chyba wiedział jak ja wyglądam, a może wszystkie pokoje tak wyglądają, nie chciało mi się już nad tym rozwodzić, wygramoliłem się z pancerza i walnąłem się na specjalnie przedłużane łóżko. Wreszcie. Nie nacieszyłem się tym długo. Gdy brałem prysznic, odezwał się głos z interkomu: ”kapitanie Rokl proszę się natychmiast zgłosić do sekcji komunikacji, drugi poziom” i jeszcze to samo kilka razy. Ubrałem się, założyłem pancerz i wyszedłem. Jadąc windą, skląłem całą organizację bunkra. O dziwo poziom 2 bardzo różnił się od dotychczas mi poznanych. Był mniejszy, wyposażony tylko krótkim korytarzem, z którego można było się dostać do czterech pokoi i co najgorsze miał niski strop. Przeszło trzydziestu żołnierzy w randze oficera, kręciło się tam i z powrotem po pokojach, jednak największe zamieszanie było przy pokoju oznaczonym anteną. Taka liczba żywych oficerów po walce bardzo dobrze świadczy o dość asekuracyjnym prowadzeniu walki przez dowódców. Wszedłem i ponad głowami żołnierzy zobaczyłem gen Korth’a rwącego włosy z głowy sobie i jakiemuś młokosowi siedzącemu przy komputerze. Poprzez zgiełk zgromadzenia słychać było zawodzenia głównodowodzącego. -Jak to są w naszej bazie? –krzyczał. -Melduję, że aparatura podaje całkiem sprzeczne dane. Detektor ingerencji podaje naruszenie granic bunkra na poziomie 9, ale ta baza jest przecież sześciopoziomowa-tłumaczył niezwykle szybko informatyk. -Grupa alfa na miejscu, nie stwierdzili nikogo na poziomie 6- krzykną nagle ktoś z tyłu. -Nic z tego nie rozumiem- generał był co raz bardziej zdenerwowany- Ten komputer musi być jakiś zepsuty -To całkiem możliwe, ten system zabezpieczenia działa tu od lat, i powinniśmy go już dawno wymienić- stwierdził ktoś ze zgromadzonych. -Przecież zdaje sobie pan sprawę, że to było dla nas nie osiągalne-stwierdził ktoś inny- Koszty wymiany wszystkich czujników byłby za duży... I tak zaczęła się dysputa na przynajmniej piętnaście głosów. Wyszedłem. Postanowiłem nie zawracać sobie głowy, przez ich idiotyczne błędy sprzętowe. Poszedłem do siebie spać. Gdy…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Amai
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…