Wróć do katalogu

ABY PRZEPOWIEDNIA SIE SPELNILA

Od setek lat juz naszym zadaniem jest ochrona Klanu Srebrnego Ksiezyca. Klanu, z ktorego pochodzisz ty i twoi przodkowie. Towarzyszylismy wam ustanawiajac przy waszym boku kult Rogatego Boga i Wielkiej Boginii. Wraz z wami budowalismy lesne sanktuari

LILLITH, opublikowano , 45 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Nie mogla sobie pozwolic na lzy. Dzielnie wypowiadala kolejne slowa, ktore niosly sie gluchym echem wsrod zebranych na wgorzu mieszkancow osady. Kaplani w tym czasie ukladali biale kamienie na ksztalt wysokiego kurchanu. W przeciagu kilku nowiow na tym wzgorzu wzniesiono ich juz tyle, ze nie potrafila ich juz zliczyc. Wiatr niosl ze soba zapach krwi zmieszany z fetorem rozkladajacych sie cial. Ludzie rozchodzili sie w milczeniu. Ona zostala. Tym razem zginal jej brat. Po raz kolejny zmuszeni byli bronic osady, jednakze tym razem nie wrocila ostatni czlonek jej klanu... Opadla na kolana, opierajac ramiona o zimne kamienie, schowala w nich twarz. Dlaczego? Dlaczego odszedl zostawiajac ja sama? Szlochala zrozpaczona niczym male dziecko. Bol rozrywal jej serce. Ta wojna nie miala sensu! Ilez mogla jeszcze trwac? Ciagnela sie w cala nieskonczonosc. Jeden pogrzeb ciagnal sie za drugim, nie otarto jeszcze dobrze lez i znow musiano wedrowac na cmentarzysko, by godnie pozegnac przyjaciol. Dzis wszystko stracilo dla niej sens. Byla Kaplanka w osadzie. Cale swe zycie poswiecila sluzbie bogom i boginiom. Kazdego dnia o swicie wstawala by odprawiac rytualy, gdy zas juz wszyscy spali, ona jeszcze kleczala przy ognisku, by prosic Rogatego Boga o roztoczenie ochrony nad tymi, ktorych kochala. Dzis musiala walczyc z bolem straty i rozczarowaniem. Ich osada tarasowala droge wojskom Czarnych Demonow i Upadlych Aniolow, ktorzy zmierzali do Bialej Wiezy na Poludniu. Niszczyli wszystko na swojej drodze. NIe liczylo sie dla nich nic, poza mordem i gwaltem, ktory mial jeszcze bardziej uwydatnic ich sile i potege. Wiedziala, ze zapasy sie koncza, ze kolejne fale uciekinierow przybywaja do miasta nad Wielkim Jeziorem i ze wybuchaja zamieszki wywolane strachem i glodem. Wielki Kaplan rozpaczliwie probowal zaprowadzic pokoj, jednakze im wiecej bylo ludzi tym trudniej mu bylo zapanowac nad przestraszonym tlumem. Ona sama nie mieszala sie w polityke. Miala zbyt mala wladze. Jedyne co mogla zrobic w tych trudnych czasach to modlic sie, leczyc rannych i przeprowadzac rytualy pogrzebowe. Dzis wojska Demonow i Upadlych Aniolow odebraly jej jedyna dla niej wazna osobe. Jak mogla zamknac w sobie bol? Wlac w serca innych odwage, kiedy sama ja stracila? Podniosla sie z kolan i zimny wiatr dmuchnal jej w twarz, rozwiewajac jej dlugie wlosy na wietrze. Ostatnie lzy sciekaly jej po policzkach, kiedy powoli schodzila ze wzgorza, kierujac swe kroki w strone osady. Wysokie trawy szumialy wokol niej niczym rozchuczale morze. Postanowila, ze dopoki bedzie miala sile bedzie wspierac tych, ktorzy zostali przy zyciu. Dzieci przed brama miasta bawily sie wesolo w wojne, ze smutkiem obserwowala jak ze soba walcza i udaja marwych. Minela ich w milczeniu, by potem udac sie do centrum miasta, gdzie na malym placu otoczonym wielkimi debami wznosila sie drewniana swiatynia podparta slupami, na ktorych wyryte byly tajemnicze znaki. W srodku panowal polmrok rozswietlany tylko przez blask ogniska plonacego w sercu swiatyni. Uklekla przy nim. - Wielka Bogini! Opiekuncza Matko, Madra Starucho, Piekna Dziewico, wy ktore kierujecie zyciem kazdego z nas wysluchajcie mej modlitwy, gdy dzis klecze przed waszym obliczem, blagajac was unizenie o opieke nad tymi ludzmi i nad ta swiatynia - wziela garsc zasuszonej lawendy i rzucila ja w plomienie - Nasi obroncy opadaja z sil, zaczyna brakowac nam zapasow, bez was zginiemy! Rogaty Boze, Wladco Lasu i Lesnej Zwierzyny, potezny i silny, przybadz gdy dzis ofiaruje ci kwiaty i swieta wode. Prosze przybadz i wesprzyj nas sila... Nie dokonczyla. Ogien gwaltownie zafalowal i buchnal nowym plomieniem, w ktorym zobaczyla sylwetke swego boga. Upadla przed nim na twarz i dopiero po chwili pokornie uniosla swe niebieskie oczy. - Ma sluzebnico - odezwal sie przedziwnym powielonym glosem - Miasto musi upasc. Wojska Demonow i Mrocznych Aniolow musza pojsc dalej, aby dotrzec do Lodowych Gor. - Panie! - jeknela rozpaczliwie - Panie, to oznacza nasza smierc! - Uchowam cie przed smiercia - poruszyl niespokojnie olbrzymim jelenim porozem. Dziewczyna plakala zaciskajac piesci na kaplanskich szatach. - Tu jest tylu niewinnych ludzi! Tyle dzieci i kobiet... Przestrzegalismy waszych praw, czcilismy wasze swieta... Rogaty Boze blagam cie o litosc dla nich...! - Zamilcz! - wykrzyknal i nagle poczula tak mocny podmuch wiatru, ze upadla bezwladnie na plecy - Ta wojna musi sie w koncu skonczyc! Tylko wy stoicie im na przeszkodzie by w koncu mogli opuscic te ziemie! - Rogaty Boze! Ojcze Lasu i Zwierzyny - blagala go, placzac - Oni zabija moje plemie! - Z twego klanu pozostalas juz tylko ty i musisz zyc... dlatego posle do ciebie wojownika, ktory jest ci przeznaczony od chwili twych narodzin. Urodzisz mu dziecko, w ktorym objawi sie moja sila i madrosc Wielkiej Bogini. Z ciebie wyjdzie wielki rod, ktory zaprowadzi w tej krainie pokoj... Lecz dopoki nie zostanie oczyszczona ta ziemia, dopoki kazdy kamien nie zostanie obmyty krwia, wielka przepowiednia nie bedzie mogla sie spelnic... - Panie! Czyli to przeze mnie...? - lkala rozpaczliwie. - Zostalas wybrana, by poprowadzic nowe plemie, ku prawdziwemu umilowaniu Natury i pokoju. By zas to sie moglo stac musimy wymazac z powierzchni ziemi gnusne plemie synow Adama... - Rogaty Boze... - wyciagnela ku niemu dlon, lecz plomien gwaltownie zmalal, a wizja znikla. Dziewczyna jeszcze dlugo plakala przed ogniskiem nie wiedzac, ze jeden z Kaplanow slyszal jej rozmowe z Rogatym Bogiem. W nocy zas, gdy Ksiezyc w pelni swiecil nad dolina przyszli po nia Straznicy Miasta. Wyciagneli ja z lozka i zaciagneli wraz z Kaplanami na wzgorze, na ktorym wznosil sie kamienny krag. To na nim skladano ofiary bogom, tu odprawiano najwieksze rytualy. Byla to swieta ziemia przepelniona silami natury. Dziewczyna plakala, lecz nie wyrywala sie im, wiedzac dlaczego przyszli. Sama mocno wierzyla, ze jesli zginie uratuje tym osade i byla gotowa sie posiwecic. Powoli ulozyla sie na zimnym kamieniu. Z nieba na poczatku niesmialo, a potem z pelna sila lunal deszcz. Dudnil o zbroje Straznikow miasta i o wielkie kamienie. Mieszal sie razem z jej gorzkimi lzami. Nad nia stanal Wielki Kaplan. Widziala w jego oczach zdeterminowanie i strach. On tez chcial chronic plemie. Przeciez po to byli, wlasnie po to oddali swe zycia by posiwecic je Bogom, Bostwom i ludziom. Lzy splywaly po jej policzkach. Cicho lkala zaciskajac bezradnie dlonie w piesci. Wielki Kaplan uniosl nad nia blyszczacy sztylet. - Wielka Bogini, Matko Wielkiego Morza i Zlotego Slonca! Rogaty Boze Ojcze Wielkich Lasow i Srebrnego Ksiezyca przyjmijcie to cialo i przelana tu krew, abysmy uszli z zyciem wobec czekajacego nas niebezpieczenstwa. Zejrzyjcie na nas, gdy dzis skladamy wam najwieksza z mozliwych ofiar! W tym samym momencie niebo przeszyla olbrzymia, srebrna blyskawica, a jej grzmot zlal sie z rozpaczliwym krzykiem Wielkiego Kaplana. Jego cialo na wylot przeszyla srebrna strzala. Z jego ust buchnela krew i w chwile potem osunal sie przed dziewczyna na ziemie. Przerazona zerwala sie z kamienia ofiarnego. Wokol niej zakotlowalo sie od wzburzonych koni i piechoty stworzonej z przerazajacych Demonow. Na ich czele jechal wysoki wojownik w czarnej zbroi i chelmie przypominajacym do zludzenia glowe wilka. - Kaplance nie moze sie nic stac! - wykrzyknal wskazujac na nia zakrwawionym mieczem i poganiajac wierzchowca ruszyl miedzy zdezorientowanych Straznikow Miasta. Stala miedzy nimi, kiedy z nieznana jej wsciekloscia i brutalnoscia zabijali tych, ktorzy kiedys ja chronili. Krew tryskala na swieta ziemie i na swiete kamienie. Nie mogla nic zrobic. Z jej oczu znow poplynely lzy. Nagle wszystko ucichlo. Chrzest lamanych kosci, rozlupywanych czaszek i tetent poteznych konskich kopyt ucichl, a ona mogla juz tylko bezradnie patrzec jak odjezdzaja w szlenczym galopie w strone osady. Biegla chwile za nimi, wykrzykujac by mieli litosc i tego nie robili, nikt jej jednak nie sluchal. Na zbeszczeszczonym wzgorzu zostala sama. Z placzem szla powoli w strone miasta. Coraz to nowe domy plonely, zalewajac horyzont czerwona luna. Krzyk ludzi niosl sie echem po dolinie. W glowie miala pustke. Dlaczego wtedy nie umarla? Moze jej smierc zapobieglaby tej tragedii... Ciemni Aniolowie siedzieli przed bramami miasta i palili ogniska. Ich glosny spiew zwyciestwa odbijal sie o mury. Byli piekni. Wysocy, o czarnych wlosach i jasnej skorze. Mieli po dwie lub trzy pary skrzydel w zaleznosci od swojego miejsca w hierarhii. Kazdy z nich mial na sobie lekka zbroje wykuta z zelaza i ozdabiana zwierzeca skora lub futrem. Kiedy szla pomiedzy nimi nikt z nich nawet na nia nie spojrzal. Zupelnie tak jakby jej nie widzieli. Tymczasem ona myslala tylko o tym, by dojsc do swietego ognia w sanktuarium. Przeciez miala go chronic, aby nigdy nie zgasl. Szla ulicami miasta zbroczonymi krwia. Wszedzie lezaly pociete ciala dzieci, kobiet, mezczyzn. Niektorzy probowali uciekac, inni probowali sie bronic, nikomu jednak nie udalo sie ujsc z zyciem. Jeszcze tylko gnieniegdzie rozszalale Demony przeszukiwaly chaty, by znalezc tych, ktorzy chronili sie w zakamarkach. Z placzem pchnela drzwi Swiatyni i jej oczom ukazalo sie ognisko. Gdzies w duszy ucieszylo ja ze i Swiatynia i Swiety Ogien przetrwaly. Rumor osuwajacego sie na ziemie ciala wystraszyl ja. Jednakze cos podpowiadalo jej, ze nie powinna uciekac i zostac, by ... by pomoc. Powoli zajrzala za kolumne podtrzymujaca dach, za ktora lezal nieprzytomny wojownik. Byl powaznie ranny. Mial rozciety luk brwiowy i rane cieta na piersi. Przez chwile tak stala nad nim, wpatrujac sie w jego zakrwawiona twarz, po czym uklekla przy nim i z trudem odwrocila go na plecy. Mogla mu pomoc. Posiadala wiedze na temat ziol i miala wielki dar, ktorym byly lecznicze dlonie. Jej lzy skapywaly na jego czolo. Gniew mieszal sie w niej z rozpacza. Mogla go zabic. Zemscic sie za to, co uczynil jej plemieniu. Choc przeciez uratowal jej na wzgorzu zycie nienawidzila go za to, co uczynil. Przypominaly jej sie slowa Rogatego Boga. Mial racje, bo przeciez ten wojownik uchronil ja przed smiercia... Drzacymi dlonmi rozpinala jego zakrwawiona zbroje. Przyniosla wode i wilcze skory. Obmyla go i opatrzyla, jej serce plakalo. Nagle do swiatyni wszedl Mroczny Aniol. Z cala sila poczula jego wielka energie. Podbiegl do nieprzytomnego i przyklakl przy nim. - Opatrzylas jego rany? - spojrzal na nia z niedowierzaniem - Po tym wszystkim...? Nie patrzyla na niego. Nie miala odwagi i sily. Byla taka zmeczona! - On potrzebuje teraz duzo spokoju... - szepnela w koncu i wstala. - Nigdzie nie idziesz! - uchwycil jej reke w zelaznym uscisku - Zaopiekujesz sie nim dopoki nie odzyska sil. - Zostaw... - jeknela tak cicho, ze ledwo ja uslyszal, ale bylo w jej glosie cos takiego, ze pozwolil jej odejsc. Wiedzial, ze wroci. Juz niebawem wojownik odzsykal na tyle sily, ze on i jego wojska mogly wyruszyc dalej. Dzien odjazdu zblizal sie nieublaganie, a ona bala sie, ze zostanie w tym martwym miescie sama, strzegac zgodnie ze swoimi slubami Swietego Ognia. - Jak cie zwa? - spytal, wodzac za nia oczami. Popatrzyla na niego sploszonym wzrokiem i pochylila sie nad ogniem. - Odpowiesz mi? - dopytywal sie. - Caliel. Mam na imie Caliel. W pierwszej chwili nie powiedzial nic. W jego oczach odnajdywala tylko cisze i pustke. Widziala w nich twarze tych, ktorych zabil. Widziala w nich smierc i zniszczenie, bala sie w nie spogladac, a jednoczesnie bylo w nim cos, co nie dawalo jej spokoju, co przyciagalo ja do niego w niewytlumaczalny dla niej sposob. - Pojedz ze mna! - wyrzucil z siebie nagle - Nie chce zebys tu zostala! - Zlozylam sluby - odparla po chwili - Nie moge opuscic tej swiatyni. - Dla kogo chcesz tu zostac? Wszyscy zgineli. Popatrzyla na niego wsciekle, zaciskajac dlonie na swoich poplamionych krwia i pobrudzonych szatach. - To nie ludziom sluze, lecz Wielkiej Boginii i Rogatemu Bogowi! - Oni takze opuscili to miasto. Nie widzisz tego? - Dlaczego?! - krzyknela nagle z wyrzutem - Dlaczego to zrobiliscie?! Dlaczego...? Glos jej sie zalamal, nie byla w stanie juz nic wiecej powiedziec. Szlochala tylko rozdzierajaco, unoszac glowe ku niebu. Wojownik podniosl sie ze swego poslania i uklakl kolo niej. - Nie placz, Caliel - wyciagnal do niej ramiona, lecz ona rzucila sie na niego, uderzajac w niego na oslep piesciami. - Mordercy! - jeczala histerycznie - Zabiliscie ich wszystkich! Zabiliscie! Nie wybacze wam tego! Oni nie zyja... nie zyja...!!! Nad opustoszalym miastem wschodzilo wlasnie slonce. Czarne kruki rozdziobywaly ciala zmarlych. W powietrzu unosil sie nieznosny fetor zgnilizny i krwi. Nawet Demony wyniosly sie poza mury osady. Wszystko bylo gotowe do drogi, czekano juz tylko na przywodce. Spomiedzy porannej mgly wylonil im sie w koncu niosac na ramionach spiaca Kaplanke. Przygladali jej sie z podziwem. Byla piekna, jej dlugie wlosy opadaly do kolan wojownika, a spokojna twarz oparta byla na jego piersi. Mezczyzna posadzil ja na wielkim koniu przed soba, okryl ja czarna peleryna i wielki oddzial wojska w koncu wyruszyl w strone Lodowych Gor. Powoli opuszczali ziemie, na ktorych panowal Rogaty Bog i Wielka Boginii. Nad ta niegdys wspaniala kraina unosila sie martwa cisza. Wszystkie osady zostaly spalone, wszyscy ludzie wymordowani. Tak jak mowil Rogaty Bog ziemia zostala oczyszczona krwia, by wyczekiwac powrotu Tych, ktorzy Wladali Natura. Legenda o Klanie Srebrnego Ksiezyca przekazywana byla z pokolenia na pokolenie. Nikt juz naprawde nie wierzyl, ze mialby on istniec. Mowiono bowiem, ze jego czlonkowie wywodza sie z lona wielkiej kaplanki, ktora posiadla zdolnosc rozmawiania z wszelkimi duchami i ktorej sila ducha pozwolila jej przetrwac w czasach okrutnych wojen. Pochodzila z czystego rodu Nephilim, polaniolow i polludzi, byla jedna z ostatnich, jesli nie ostatnia... W koncu wypelnila sie przepowiednia. Caliel miala bowiem urodzic dziecko, ktore mialo wskrzesic prastary rod i prastare rytualy. Tymczasem lezala w ramionach wojownika, ktory poprowadzil wielkie wojsko Demonow i Mrocznych Aniolow dokonujac rzezi jej plemienia. Kiedy obudzilo ja lagodne kolysanie konskiego chodu, w pierwszej chwili nie wiedziala gdzie jest, ani co sie stalo. Jednak zapach jego skory przesiaknietej krwia, szybko przypomnial jej zrozpaczone twarze tych, ktorzy jeszcze niedawno stali razem z nia na wzgorzu cmentarnym. Znow plakala. Tym razem cicho, bezglosnie. Wojownik mial twarz zmeczona, meska. Nie patrzyl na nia, jego mysli zajmowalo cos zupelnie innego, waznego. Dopiero przy wielkiej rzece, ktora przecinala ich szlak rozbili oboz. Konie puscili na lake, sami zas rozpalali ogniska, by sie wzmocnic. Caliel i wojownik usiedli pod rozlozystym drzewem, lamiac suchy chleb i popijajac go woda z rzeki. - Przez sen wypowiedzialas moje imie... - odezwal sie nagle - Skad mozesz je znac? - Nie wiem, panie - szepnela - Nikt nie zdradzil mi twego imienia. - Przypomnij sobie - nagle pochwycil jej twarz w dlonie i odszukal wzrokiem jej oczu - Znasz nie tylko moje imie... Na chwile zamarli tak, wpatrzeni w siebie. Caliel miala wrazenie, ze bez pamieci zapada sie w jego oczach. Odnajdywala w nich krew i smierc, ale tez tesknote, nieukojony bol po stracie kogos waznego. Wydawalo jej sie, ze jego oczy widzialy juz poczatek swiata i zapewne zobacza i jego koniec. Odetchnela nierowno, przymykajac powieki. Zapadala sie w sobie, plynela nieznanym sobie szlakiem prowadzacym do serca jej duszy. Gdzies gleboko w jej zakamarkach odnajdywala w sobie ta sama tesknote, ten sam bol... powoli, jak spomiedzy mgly, wylanial sie w jej sercu obraz wysokiego mezczyzny ubranego w zbroje i chelm w ksztalcie glowy wilka... czekal na nia... byl jej przeznaczony. - Nilajhasz! - jeknela, otwierajac oczy - Twoje imie to Nilajhasz! Mezczyzna mocno przytulil ja do siebie. Jego ramiona bolesnie owinely sie wokol jej drobnego ciala. - Tak dlugo czekalem... szukalem cie po calym swiecie... nareszcie przepowiednie sie sprawdza... dzieki nam zapanuje pokoj w krainie Rogatego Boga i Wielkiej Boginii! - Nilajhasz - glos sie jej zalamal. Slonce zachodzilo juz na horyzoncie, kiedy obudzila sie ze snu. Wojownik dalej tulil ja w ramionach, wodzac wzrokiem za Demonami, ktore wraz z Aniolami rozkladaly namioty. Ciemnosc zapadala nad dolina, w ktorej rozbili oboz. Szmer kamienistej rzeki zagluszal rozmowy i smiech. - Przyniose koce, przenocujemy tutaj, z dala od obozu - wstal i ruszyl do siodel ulozonych przy rzece. Drzewo, pod ktorym usiedli mialo rozlozyste konary, ktore uginaly sie nisko, niemal do samej ziemi. Caliel powoli ulozyla sie obok Nilajhasza. Czula jak jego serce mocno uderza w jego piers. Z trudem powstrzymywal swe rozgrzane dlonie przed wedrowka po jej ciele. - Zimno ci? - spytal, obejmujac ja troskliwie ramieniem. - Nie. Teraz juz nie - przytulila policzek do jego piersi. Bylo jej tak niezwykle dobrze. Wypelnial ja blogi spokoj i cisza, ktorych juz dawno nie zaznala. Po raz pierwszy od wielu nocy zasypiala spokojnie. Mimo iz wybil jej plemie, zabil jej brata nie potrafila go nienawidzic. Jakas niewidzialna sila zmuszala ja, by go kochac, by oddac mu sie nie tylko dusza, ale i cialem. Kiedy Nilajhasz odszukal w ciemnosciach nocy jej ust nie bronila sie. Na poczatku niesmialo, potem coraz odwazniej oddawala mu pocalunek. Bala sie tego, co nastapi, ale nie chciala i nie mogla sie wycofac. Moc przeznaczenia zwiazala ich losy i pchnela ich ku sobie. Kiedy wszedl w nia przez jej cale cialo przelala sie fala przerazliwego bolu. Nie krzyknela jednak, przygryzajac wierzch dloni. Nilajhasz widzial, ze wyrzadza jej krzywde, nie mogl sie jednak powstrzymac, nie mogl teraz tego przerwac... Czule poglaskal ja po policzku, dodajac jej otuchy. Gdy opadl kolo niej na koc jeszcze dlugo lezala nieruchomo, wpatrujac sie w gwiazdy przeswitujace przez konary drzewa. Wiedziala, ze w jej lonie poczelo sie zycie i ze to zycie zmieni losy tej krainy. To dla niego zostala ona przygotowana i obmyta ze starych win... Dopiero switalo, kiedy uslyszala wrzaski Demonow i okrzyki Mrocznych Aniolow. Zostali zaatakowani! - Zostan tu! - Nilajhasz ubieral na siebie zbroje - Nie pozwole by ci sie cos stalo! - Nilajhasz! Nie zostawiaj mnie! - jeknela, klekajac przy nim. - Caliel - usmiechnal sie miekko, obejmujac jej twarz dlonmi - Cokolwiek sie stanie pamietaj, ze bede przy tobie. Zawsze bede cie chronil. Nie chce cie znowu stracic! Jego goracy pocalunek uciszyl jej sprzeciw. Wstal i wybiegl na polane, na ktorej toczyla sie bitwa. Caliel kleczala miedzy galeziami drzewa, patrzac z przerazeniem jak potezne wojsko Swietlistych Aniolow atakuje oddzial Nilajhasza. Widziala jak lsniace miecze tna rozwscieczone Demony, jak rozpruwaja Mrocznych Aniolow. Ich biale aury oslepialy ja. Zaskoczone wojsko nie mialo najmniejszych szans. Nagle uslyszala potezny tetent konskich kopyt. Ze strachem zobaczyla galopujacych w jej kierunku trzech Swietlistych Aniolow. Przestraszona rzucila sie biegiem do ucieczki, lecz nie miala najmniejszych szans. Poczula tylko mocne szarpniecie i w tym samym momencie znalazla sie na bialym koniu Swietlistego Aniola. - Nie wyrywaj sie - krzyknal do niej - Nie chce ci zrobic krzywdy. - Nilajhasz - jeknela - Nilajhasz!!! Nie wiedziala dokad jada. Konie Swietlistych Aniolow mknely przez doline niczym wiatr. Niebawem dolaczyli do nich pozostali. Bitwa musiala sie skonczyc. Jej serce drzalo ze strachu o ukochanego. Tak bardzo pragnela zeby mu sie nic nie stalo! Niespodziewanie spomiedzy wielkich drzew na horyzoncie zaczelo wylaniac sie wielkie jezioro, na ktorym wybudowane bylo gigantyczne miasto. Jego biale domy niemal jak biale zloto blyszczaly w porannym sloncu. Caliel zaparlo dech w piersi z podziwu. Teraz jakby radosniej konie puszczaly sie galopem w dol wybrzeza porosnietego sucha trawa, a kiedy staneli na kamienistej plazy nie zatrzymaly sie ani na chwile. Snieznobiale rumaki galopowaly po tafli wody! Juz niebawem znalezli sie u bialej bramy miasta strzezonej przez dwa wielkie posagi kamiennych niedzwiedzi. Szeroko otwartymi oczami przygladala sie wysokim domom, delikatnym kwiatom i drzewom, zupelnie innym niz w jej osadzie. Jechali glowna ulica witani przez rozesmiane tlumy. Przeciez witali zwyciezcow. Swietlisty Aniol pozwolil jej zejsc z konia dopiero na wielkim dziedzincu przed biala swiatynia. Aby do niej wejsc musieli pokonac wiele schodow, kiedy w koncu znalezli sie w cieniu wielkich arkad naprzeciw nim wyszedl zgarbiony starzec. Mial na sobie blekitne szaty kaplanskie, w rece trzymal wysoki kij, na ktorego koncu zawieszone byly orle piora. - Dziekuje ci przyjacielu, ze raczyles ja do mnie przyprowadzic - jego glos byl silny i wladczy. - Jestem do twoich uslug - Swietlisty Aniol o trzech parach skrzydel poklonil mu sie nisko i odszedl. - Chodzmy - starzec odwrocil sie do niej plecami i ruszyl w glab swiatyni. Przestraszona chciala uciekac, ale cos nie pozwalalo jej zrobic ani jednego kroku w przeciwnym kierunku. To starzec, to pewnie on rzucil na nia zaklecie! Bezradnie ruszyla za nim. Szla miedzy wysokimi kolumnami podpierajacymi strop. Wszystko tu bylo z kamienia, swiatlo przedzieralo sie przez waskie okno tuz pod dachem, wpuszczajac do srodka swoje waskie smugi. Zatrzymali sie dopiero w waskim przejsciu, ktorym miala juz podazyc sama. - Umyj sie i przebiez - mruknal starzec - Nie godzi sie kaplance chodzic w tych lachmanach. Caliel ze wstydem popatrzyla na swoje brudne i zakrwawione szaty. Szybko wsunela sie do waskiego korytarza, na ktorego koncu znalazla kamienny basen wypelniony po brzegi ciepla woda. Z jekiem rozkoszy wsunela sie do srodka, wcierajac w skore zasuszone ziola ulozone w wyklinowych koszach. Pozniej ubrala sie w czyste dlugie szaty. Dlugie rekawy zwisaly jej niemal do ziemi. Bezradnie rozejrzala sie dookola, postanowila zbadac inny korytarz, ktory wyprowadzil ja prosto do przepieknego ogrodu wybudowanego na dachu swiatyni. Oniemiala cala z wrazenia, nie umiejac objac umyslem piekna tego miasta. - Podoba ci sie? - starzec o dlugiej brodzie siedzial na zwalonym pniu drzewa. - Tu jest tak pieknie! - Raduje sie i me serce, gdy widze cie szczesliwa. - Kim jestes? - spytala nagle powazniejac - Dlaczego

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych