Aleks Emigrant
Wstęp do nieco dłuższej opowieści obyczajowej, serdecznie zapraszam do wytknięcią błędów i wszelakiej maści potknięć.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Aleks Kondraciuk jak co rano wyjrzał przez okno, mając nadzieję zobaczyć słońce. Tego dnia padało. Cholerne wyspy – pomyślał. Spojrzał na mokrą nawierzchnię Avonmore Street i zaklął w duchu, że znowu będzie musiał forsować amortyzatory po tych wiecznie nie łatanych dziurach. Usłyszał “śpiew” irlandzkiego słowika – tak nazywał wszędobylskie gawrony, których szczerze nienawidził. Wszedł do niewielkiej łazienki, która mieściła tylko małą umywaleczkę, kabinę prysznicową i sedes.Umył zęby, włosy, ogolił się, po czym zręcznymi ruchami wymodelował swoje krótkie, czarne włosy w coś na kształt jeżyka. Wyciągnał z komputera płytę z napisem “Joyce's wedding” i włożył ją do kieszeni sportowej marynarki.
Dochodziła siódma piętnaście, zszedł na dół, ostrożnie stąpając po skrzypiących schodach, by nie zbudzić pozostałych domowników. Każdy irlandzki dom jest taki sam – pomyslał. Wąskie korytarze, małe pokoiki i skrzypiące schody. Wrócił myślami trzy lata wstecz, przypomniał sobie rodzinny dom niedaleko Gdańska, wielki przestrzenny budynek, który postawił jeszcze jego dziadek zaraz po wojnie. Wciągnął powietrze nosem, łudząc się, że poczuje zapach cynamonu, którym przyprawiała szarlotkę jego mama. Zawiódł się. Kuchnia była połączona z living roomem, Aleks szybko przypomniał sobię o wczorajeszej balandze, widząc w jakim stanie jest cały parter. Walające się puszki, rozlane napoje, stół w resztkach jedzenia i leżący pod stołem Kenny, słowem – standard.
Kenny był znajomkiem Kaśki, Aleks zawsze sie zastanawiał jak ci dwoje się dogadują, mały, gruby i piegowaty irlandczyk i Kaśka, piękna dziewczyna, która z angielskim ma tyle wspólnego co Lech Wałęsa z wyścigami psich zaprzęgów. Wzruszył ramionami i wrzucił dwie kromki tostowego chleba do tostera. Wstawił wodę na kawę i zrobił sobie trochę miejsca na zagraconym stole. Gdy skończył posiłek, odpalił papierosa – polskie Mallboro, kupowane od znajomego po trzydzieści pięć euro za karton. Wszyscy polacy na wyspach kupowali fajki od innych polaków. To była dobra cena, w sklepie musiałby dać conajmniej dwa razy tyle.
Czas porannej kawki i fajka były ulubioną porą dnia Aleksa. Chwila relaksu, cisza przed burzą. Wiedział, że za paredziesiąt minut będzie musiał udawać, wesołego I cieszacego sie życiem człowieka. Będzie musiał założyć swoją roboczą maskę. A jednak była to chwila przeznaczona tylko dla niego, jego osobiste sanktuarium spokoju. Zawsze wtedy rozmyślał, o różnych rzeczach, o pracy, o przyjaciołach, o Kaśce, która z uporem maniaka nie chciała zwrócić na niego uwagi, choć tak bardzo się starał. Nawet po tym gdy oboje pijani pocałowali się, wyrzuciła to z pamięci, zapomniała, tak zwyczajnie jak zapomina sie wyłączyć żelazko. Zawsze na tę myśl robiło mu sie przykro. Myślał też o matce, ile jej jeszcze zostało ? Czy ostatnia chemia przyniosła jakiś skutek ? Czuł bezsilność, dlaczego w dwudziestym pierwszym wieku nikt nie potrafi jej pomóc ? - dręczył się. Rozmyślał o szefie, grubym, łysym, śmierdzącym typie, którego szczerze nie cierpiał. Co tym razem mu sie nie spodoba ? Sposób obróbki twarzy, a może ramki ? A może płyta będzie krzywo podpisana ? Skrzywił sie na tę myśl.
Dokończył papierosa I zabrał kluczyki od samochodu. Wyszedł na zewnątrz zamykając drzwi na klucz. Spojrzał przed siebie I mimowolnie westchnął opuściwszy ręce. Moja “czerwona strzała” - pomyślał. Ile jeszcze czasu będe musiał jeździć tym gównem ? Czerwony Nissan Micra z dziewiędziesiątego piątego nosił ślady bardzo intensywnej eksploatacji. Skorodowana, powgniatana blacha, nad którą Aleks zastanawiał się, dlaczego jeszcze nie odpadła. Małe kółeczka, każde z innym kołpakiem, jedna wycieraczka, do tego zatrzaśnięte na amen drzwi od pasażera. Całości makabrycznego widoku dopełniał paskudny, wieśniacki spojler, który niechybnie był przykręcany przez kogoś kto nie miał pojęcia o tuningu za grosz. Ostatnim sprawnie działającym w samochodzie urządzeniem był silnik. I był to jedyny powód, dla którego Aleks tym wehikułem wogóle jeździł. Wsiadł do samochodu zastanawiając się dlaczego stary Jacke – sąsiad, nigdy nie wychodzi ze swoim psem na spacer. Czterdziesto - kilowy owczarek niemiecki, codziennie załatwiał sie na małym trawniczku przed domem, smród był niesamowity, I wcale by to Aleksa nie obchodziło gdyby nie fakt, że mieszkał tuż obok. Jechał wzdłóż O'connel Avenue, wokół roztaczał się szary, mglisty poranek. Minął ludzi na przystanku, niecierpliwie spoglądających w kierunku, z którego miał nadjechać autobus. Minął też jego ulubione Xtravision – wypożyczalnię płyt dvd, w której chętnie zaopatrywał się w swoje ulubione tytuły. Gdy dotarł do pomnika Daniela O'Connela przestało padać. Skręcił w lewo, w Katerine Street I zatrzymał się przed niskim budynkiem z napisem “Wheelan cameras”. Gdy wszedł do środka powitała go wysoka, szczupła dziewczyna. - Cześć Aleks, jak tam dzisiaj ? - Witaj Susy, a nawet nieźle, jest już szef ? - Jest, czeka na ciebie. Dzwonił już Pan Doyle, pytał się kiedy będą gotowe jego zdjęcia. - Który to Doyle, ten rudzielec ? - Dokładnie ten, co mam mu powiedzieć jak zadzwoni jeszcze raz ? - Powiedz, że się nie rozdwoję I robię co mogę – odparł z lekkim poirytowaniem Aleks. - OK, jak chcesz.. - Czekaj, żartowałem, powiedz mu, że najpóźniej pojutrze dobra ? - OK. - Dzięki. Aleks przeszedł koło gablotki cyfrowych lustrzanek, minął też rozstawione statywy, zatrzymał sie przy obiektywach. Szybko przeleciał wzrokiem po pułkach I ruszył dalej w głąb sklepu. Zapukał do do wysuniętych na prawo drzwi I wszedł do środka. Za biurkiem siedział gruby, łysy facet. -Dzień dobry panie Joyce . - Cześć młody, no jak, masz te zdjęcia ? Prosze cię tylko nie mów, że nie skończyłeś, obaj wiemy, że zależy ci na tej pracy prawda ? - powiedział gruby z chytrym uśmiechem na ustach. - Skończyłem szefie. - No to ciesze się, siadaj I pokazuj co tam masz. Aleks pospiesznie wykonał polecenie wyjmując z kieszeni marynarki płytę. - Ile ich wszystkich jest ? - zapytał mężczyzna. - Nie pamiętam dokładnie, ale około dwustu pięćdziesięciu, szefie. - Dwieście ? Miało być trzysta. - Ekhem... tak... ale niektóre były nie doświetlone szefie, to wina tych nowych lamp. Jeśli pan chce to moge jechać po te zdjęcia, mam je na... - Dobra, dobra, dawaj tę płytkę. Aleks włożył płytę do komputera I włączył prezentację multimedialną. Miał duszę na ramieniu, nie codzień robi sie zdjęcia dla własnego szefa. Szef, pięćdziesiętnioletni prostak, wreszcie znalazł sobie kobietę zdolną do tego żeby go poślubić. Aleks miał wątpliwą przyjemność fotografowania tej uroczystości, jednak wiedział, że wiąże się z tym ogromne ryzyko. Jeśli cos spartaczy może wylecieć z pracy, a tego nie chciał doświadczyć pod żadnym pozorem. Szczęśliwym trafem, szefowi bardzo spodobała się aleksowa prezentacja, czemu dał wyraz już kilka minut po jej uruchomieniu. - No no młody, spisałeś się, podoba mi się. Naprawdę mi sie podoba. Jak ci sie udało tak mnie odchudzić co ? Przyznaj się. - wyszczerzył zęby grubas. - To nic takiego szefie, trochę Photoshopa I wszystko da się zrobić, mam nadzieje, że nie przesadziłem ? - No tak, dzisiejsza technika, kiedyś babraliśmy się w chemikaliach, tracąc wzrok I węch w ciemniach, a dziś wystarczy tylko komputer. - Przywilej postępu szefie. Ciesze sie, że sie panu podoba, album będzie gotowy za trzy dni. - Świetnie, dobrze ci idzie mały, jak tak dalej pójdzie to niedługo może, może dostaniesz podwyżkę – zaśmiał sie wrednie grubas. - Dziękuje szefie. Aleks nie wierzył w żadne jego słowo.. Łysol juz nie raz obiecywał mu złote góry I zawsze na obietnicach sie kończyło. - Jeśli pan pozwoli wróce już do moich obowiązków. Aleks wyszedł I zabierał sie już do odkurzania kolekcji obiektywów, gdy podeszła do niego Susy. - I co ? - Spytała. - Nic, podobało mu się. - Ehh... szczęściarz. - Szczęściarz ? Phi, to ty jesteś jego ulubienicą I to ty masz chody w tym sklepie, mnie traktuje jak powietrze, a zresztą nie obchodzi mnie to. Najważniejsze, że mam na razie pracę. - Chody w sklepie ? O czym ty gadasz Aleks ? - Oj przestań, jesteś dziewczyną, to normalne, że ciebie bardziej lubi. - Przesadzasz, jak zwykle. Powinieneś znaleźć sobie dziewczynę, wiesz ? - Wiem. Ma rację cholera, muszę zapomnieć o Kaśce I wreszcie pchnąć swoje życie do przodu. Muszę się rozerwać, odżyć po tym szaleńczym miesiącu. Chyba zadzwonie do Jacka wieczorem, on będzie wiedział jak mi pomóc. Jak zwykle poniedziałek był nudny do granic możliwości I ciągnął sie jak flaki z olejem. Czyszczenie gablotek, pilnowanie zamówień, wywoływanie I sortowanie odbitek. Mało klientów, a jak już się zjawiali to zazwyczaj po odbiór lub oddanie filmu do wywołania. I jedna wstrętna baba, która usilnie chciała sobie zrobić zdjęcia do paszportu, ale tak by jej twarz wyglądała szczupło. Pomimo wszelkich starań Aleks nie mógł spełnić jej zachcianki, po czym zrezygnowana zdecydowała się na to co wyszło. Na szczęście chociaż szef nie pałętał sie po sklepie, bo miał jakieś pilne sprawy na głowie. Tuż przed końcem pracy Aleks zadzwonił do Jacka. Jacek, rozrywkowy chłopak, którego poznał w poprzedniej pracy, swoim zwyczajem nie odebrał za pierwszym razem, za drugim też nie, Aleks wiedział, że do niego trzeba dzwonić conajmniej trzykrotnie zanim podniesie telefon. Tak też było I teraz. -No siema Jacek. -“Siemano, co tam mistrzu?” - A nic, tak dzwonie, co robisz dziś wieczorem ? - “Eee w zasadzie to nic, a co ?” - To może browar ? - “No w sumie mogę, to o której?” - Ósma przed Brown Thomasem, pasuje ? - “No spoko, do zobaczyska” - Narazie.
Gdy wrócił do domu, wnętrze było już posprzątane. Kaśka, wysoka blondynka o pięknych zielonych oczach, do której Aleks tak wzdychał, właśnie coś smażyła. Na kanapie siedział Robert, dosyć niedawno przybyły na wyspę dziewiętnastoletni chłopak, który usilnie starał się znaleźć jakąkolwiek pracę. Swoim obyczajem, oglądał ulubiony Animal Planet, czym doprowadzał do pasji siedzącego na fotelu Wojtka. Wojtek był znajomym Aleksa jeszcze z czasów gimnazjum, razem przylecieli do Irlandii, jednak po paru miesiącach ich przyjaźń stopniała prawie całkowicie, ograniczając sie tylko do grzecznego koleżeństwa. Z Aleksem mieszkała też Marta, psiapsiułka Kaśki, która ją tu ściągnęła. Marty nie było akurat w domu, pracowała na nocną zmianę w szpitalu jako pielęgniarka. Choć była to praca dosyć niewdzięczna, to wszyscy domownicy szczerze zazdrościli Marcie jej zarobków. Dobra pielęgniarka zarabiała w Irlandii więcej niż wykwalifikowany lekarz w Polsce. O, fotograf wrócił ! - krzyknął Robert – Siema! - Cześć – powiedziała Kaśka – chcesz trochę ryby ? Za dużo usmażyłam. - Dzięki, chętnie. - No jak tam panie fotografie, robiłeś dziś foty komuś sławnemu ? - zapytał Robert uśmiechając się. - Sławnemu nie, ale była taka miła pani, spodobałaby ci się Robcio. - Ta? Jak wyglądała, jakaś niezła dupcia, wziąłeś numer ? - Była piękna, wysoka, niebieskie oczy, ogniste włosy I.... - I co?! - nie wytrzymał Robert. - ...ważyła chyba ze sto dwadzieścia kilo, zupełnie jak twoja Kinga kiedyś - na pewno by ci sie spodobała! - powiedział Aleks z szyderczym wyrazem twarzy, a całe towarzystwo zaniosło sie gromkim śmiechem. Robert momentalnie posmutniał I wrócił do oglądania wędrówek amerykańskich gęsi. Kaśka nałożyła Aleksowi smażonej ryby, po czym oboje usiedli do stołu. Przez chwilę jedli nie odzywając się do siebie. Potem niezręczną ciszę przerwała Kaśka, wystrzelając standardowym “jak minął dzień?” - A jakoś zleciał, w sumie nuda, jak to w poniedziałek, a jak tam u ciebie ? - Spoko, może dostane podwyżkę, nareszcie. - podniosła wzrok z nad talerza uśmiechając się niepewnie. Aleks odwzajemnił uśmiech I tęsknym wzrokiem spojrzał dziewczynie w oczy. Kaśka uciekając wzrokiem w trzymany w ręku widelec, wróciła do pałaszowania smażonego filetu. Aleks westchnął ukradkiem. - Ciesze się, udała się wczorajsza impreza ? - Aj tam, żadna impreza, zwyczajna popijawka, ale tak, udała się, było naprawdę wesoło, jeśli o to pytasz. Szkoda kurde, że nie zszedłeś na dół... - Musiałem skończyć te cholerne zdjęcia dla szefa, zabiłby mnie gdybym ich dziś nie doniósł. - Aleks skrzywił się. - Tak wogóle – podjął - Kenny doszedł do siebie ? - Doszedł, ale było ciężko,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Lokaj
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…