ALL INCLUSIVE PO POLSKU
wyczerpujęce wakacje po wyczerpującym okresie życia
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
DZIEŃ PIERWSZY
Boening 737 dotyka kołami Krety, daje susa, kołysze się, przycupuje na ziemi, znów podskakuje, po czym zaczyna sunąć po betonie pasa startowego, stopniowo wytracając prędkość. Na jego pokładzie rozlegają się brawa – podróżni wyrażają wdzięczność pilotom za szczęśliwe lądowanie. Kiedy uchylono luk, pasażerowie w pośpiechu opuszczają samolot, pieszczeni przez morską bryzę oraz trzydziestodwustopniowy upał. Zajmują miejsca w autokarze. Po kilkuminutowym kursie, naznaczonym wirażami i esami, pojazd wypluwa ich przed drzwiami budynku Portu Lotniczego im. N. Kazantzakisa, gdzie wbijają się do środka ławą, przemykają schodami w górę, by natychmiast rozpierzchnąć się po zakamarkach klimatyzowanego hallu głównego. Wśród nich jestem i ja. Schodzi ze mnie stres lotu. Zminimalizowałem go jak tylko się dało. Wrzucam do kosza na śmieci piersiówkę po „Żołądkowej gorzkiej”. W rwącym potoku ruchomego chodnika wraz z rzeszą turystów zasadzam się na połów własnej torby podróżnej. Niebawem rozlegają się głosy panien rezydentek nawołujących do zajmowania miejsc w autokarach, busach lub taksówkach czekających na głównym parkingu, widocznym z hallu przez panoramiczne okna. – Hersonissos, Eri Beach, bus numer trzy! – informuje nieco ochrypłym głosem niewysoka, spalona na mahoń brunetka, machając tabliczką z nazwą oraz logo biura podróży. To mój. Z torbą obijającą się o biodro kuśtykam we wskazanym kierunku. Czterdzieści minut później w recepcji odbieram klucz do pokoju 502, w którym mam sypiać przez tydzień z okładem. Hotel jak… hotel. W folderze reklamowym prezentował się ciut lepiej. W przeciwieństwie do paru osób domagających się zmiany zakwaterowania nie narzekam. Prawdę mówiąc, moje mieszkanie jest w znacznie gorszej kondycji niż to lokum. Gwiazdkami się nie przejmuję. Ważne, że robali nie ma, pościel czysta i klimatyzacja działa. Jest osiemnasta. W recepcji mijam małżeństwo z Zamościa awanturujące się o pokój z widokiem na morze. W tym czasie, kiedy oni usiłują przekabacić ospałego recepcjonistę, zdążyłem się rozpakować, przywitać z Morzem Śródziemnym i wychylić pierwszą szklaneczkę czystego ouzo w barze obok falochronu, bo hotel jest rzecz jasna na samiutkim brzegu morza. Zbiegam na parter i wchodzę do, no właśnie, do czego? Niech będzie stołówka. Wchodzę do stołówki, a tam jedzenia, że śląskie wesele to przy tym pryszcz. A jak z rzędu szczególnie oświetlonych gablot śmieją się do mnie tyciusieńkie kiełbaski, mięska i wędlinki, a jak wodzą na pokuszenie stosiki białych i żółtych serów, a jakżeż warzywa i owoce mamią pstrokacizną barw, a już desery w głębokich półmiskach bez żenady puszczają oko do każdego z wstępujących. Łapię talerz, nakładam czego oraz ile dusza zapragnie, czyli niewiele jak na czterdziestoletniego mężczyznę. Znajduję wolny stolik pośród gwaru tężejącego z minuty na minutę. Zajmuję miejsce i dalej, szable w dłoń! Uuuu, łaaa, a picie? Rozglądam się ukradkiem. Nigdzie nie widać soków w kartonach ani butelek wody mineralnej, jak w Świnoujściu na przykład. O, tam w rogu, co to?! Krąglutki antałek z dwoma kurkami. Biegnę, przystawiam szklaneczkę do wylotu jednego z nich, wącham, zanim się napełni. Bingo! Białe winko. Jak cudnie pachnie. Przekręcam drugi kurek, podstawiając drugą szklankę. Pewnik-czerwone! No dobrze, ale które do jakich potraw? A dupa tam, w praniu wyjdzie. Żeby dwa razy nie chodzić, wychylam szklanice u źródła i napełniam ponownie. No co, pić mi się chciało. – Prosit! – słyszę, stawiając szklanki z winem obok talerza. Siadam na krześle, dźwigam szkło z czerwonym trunkiem i szukam wzrokiem wznoszącego toast. – Na zdrowie – kieruję dłoń z winem w jego stronę, a on już podnosi się, podąża ku mnie wielki, zwalisty, o przerzedzonym, krótko ostrzyżonym blond ciemieniu i nie najlepszym stanie uzębienia. – Kolega z Polski. Jestem przyszywany Dojcz. Pochodzę spod Opola. Zwiałem w siedemdziesiątym ósmym. Pierwszy dzień tutaj? Waldek mi na imię. – Przekłada szkło do lewej ręki, pod nos podsuwa mi prawicę i nie czekając na zaproszenie, zajmuje miejsce naprzeciwko. – Cienkie to winko. Ichnie piwo nie lepsze. Dziś wypiłem chyba z piętnaście kufli i… nic. U nas, jak pięć wydoję, szum pod kopułą, że uuuuuch! – Tyskiego? – pytam. – Nie. U nas w Rajchu. Znaczy niemieckiego. Pieprzy mi się, skąd jestem. Tyle lat już tam siedzę. – Ciągnie spory haust wina, oblizuje wargi i zapytuje: – Sam, bez kobiety? – Tak – odpowiadam. Równocześnie usiłuję przełknąć nie przeżutą kiełbaskę pałętającą się po zakamarkach jamy ustnej. – Ja też. Za ile ojro przyleciałeś? Szybko przeliczam w myślach walutę. Nim zdołałem podać wynik, Waldek już się chwali, że na pewno wypoczywa za mniej niż ja, bo jeździ dwa razy w roku, z tego też tytułu ma duże zniżki. – Wypij, nnnnnnn… – Marek – przedstawiam się. – Chlust, a ja lecę napełnić szklanki – pogania. Wypompowuję ciecz ze szklaneczki, którą Waldek wręcz odrywa od mych warg. Pędzi w kierunku beczułki, by po chwili znów usiąść przy mnie z czterema naczyniami, po brzegi wypełnionymi winem. – Nie będę latał co chwila z takimi naparstkami – mruczy. – Zdrowie! Połykam po plasterku wędliny oraz sera. Przepłukuję gardło zawartością jednej ze szklanek. W tym czasie dowiaduję się, że Waldek jest czterdziestoośmioletnim kawalerem, zarabia około dwóch tysięcy euro miesięcznie, a dodatkowe pięćset wyciąga ze sprzedaży wadliwego towaru, ponieważ ma do niego dostęp. – Czym handlujesz? – pytam. – W fabryce, w której zapieprzam, kupuję odrzuty z taśmy za dziesięć procent wartości, a sprzedaję za pół ceny detalicznej. Klientki walą do mnie drzwiami i oknami. Tampony i podpaski. Mało nie duszę się ćwiartką pomidora, kiedy usłyszałem odpowiedź. Żeby nie ryknąć śmiechem i nie urazić ledwie poznanego ziomka, napełniam usta białym trunkiem. – Nieźle ciągniesz – chwali chłonność mojego organizmu polski Niemiec. – Gąbka jesteś. Skumplujmy się. Będę jeszcze tydzień. Jak tam twój ptak, chcesz go przewietrzyć? Kobitki tu chętne. Miejscowe i zamorskie. Przez sekundę myślę o tym, o czym starałem się zapomnieć przez kilka ostatnich miesięcy. Ręka sama wędruje po wino. – No, no, kończ jeść i idziemy na powietrze. Napijemy się czegoś mocniejszego. Wstaję i natychmiast opadam z powrotem na krzesło. – Ooooo – martwi się Waldek. – Myślałem, że wyskoczymy do miasta, ale ty już dziś nigdzie nie pójdziesz. Zresztą w pobliżu kręci się tego od groma. Miejscowe są łatwiejsze, ale nie tak ładne jak dajmy na to czekoladki z Dominikany. Jakby niedomyte jakieś, o niskim podwoziu. Tylko że kiedy cię taka ślepiami przewierci, to przez krzyż mrówki lecą, aż półdupki same się zwierają. I wiesz co? Podobno do ślubu idą jako dziewice. Stukać możesz do woli, ale tylko tam…, no, w tę drugą… – Ja nie – mówię. – Waldek jestem, zapomniałeś? – Nie po to przyleciałem. – Aaaa, rozuuumiem, chcesz rany w ciepłym morzu leczyć. – Daj spokój. – Zdaj się na mnie. Mam dar rozruszania strapionych. Opuszczamy stołówkę chwiejnym krokiem. Wspinamy się do recepcji. Waldek pokazuje drogę do baru, znajdującego się w głębi. Docieramy tam w samą porę. Barman za owalem kontuaru, wokół którego można biegać, właśnie umieszcza na wieszakach pełne, odwrócone do góry dnem, ze zmyślnie przytwierdzonymi do zakrętek kranikami, trzylitrowe butle raki, ouzo i pięciogwiazdkowej Metaxy. Rozsiane dookoła wodopoju stoliki, a obok puste, wy-godne fotele z wolna zapełniają się najedzonymi urlopowiczami. – Dla ciebie? – pyta Waldek, odchylając w tył głowę i unosząc brwi. – Brandy – odpowiadam głosem o barwie, jakby z innej przestrzeni. Moją uwagę przykuwają źrenice młodego barmana, typowego południowca. Zorientowawszy się, że bacznie go obserwuję, szczerzy biały uśmiech, wskazuje śniadą ręką butle, gestem rezygnacji macha ramieniem. Zbliża zewnętrzną część dłoni do nosa. Niucha dwa razy, jak gdyby zażywał tabaki, po czym wskazującym palcem dźga powietrze w moim kierunku. Podnoszę w górę ręce. Barman w głębokim ukłonie pyta: – Ten juro, tumoroł? – Noł – oświadczam stanowczo. Przekonałem się po raz kolejny, że swój swego rozpozna jednym rzutem oka. Bo jakżeby i nie. Tylko na mnie popatrzeć: skóra i kości, policzki zapadnięte, podkowy pod przekrwionymi oczami. – Chodźmy stąd!!! – komenderuję Waldkowi, który właśnie skończył nalewać drinki. – Trzymaj! – rozkazuje, podając mi pełną szklankę. Nie zorientował się, o czym rozmawiałem, a właściwie nie rozmawiałem z pracownikiem hotelu. – Huuu, huuu, huuu, smakosz z ciebie – ciągnie, kiedy przygląda się, jak łapczywie przyssałem się do Metaxy. – Do ziobacienia – krzyczy barman kilka razy. Jego głos ściga mnie w uchylonych drzwiach szklanej ściany, na tarasie w slalomie pomiędzy zapełniającymi się stolikami, wreszcie milknie na kamiennych stopniach prowadzących do labiryntu basenów. – Czuuuuuus, dupeczki – wymachując drinkiem woła Waldek w kierunku dwóch dziewczyn zażywających wieczornego odpoczynku na leżakach nie opodal
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil marek100
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…