Amakoro
Sama nie wiem, co o tym myśleć, oceńcie sami...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Zawsze mi się wydawało, że samo słońce wędrujące po niebie, zielone liście kąpiące się w jego blasku, przyjemne ciepło i ta jedyna, niepowtarzalna atmosfera lata to wystarczające powody do tego, by cieszyć się życiem. Wydawało mi się, że tamtego pięknego, lipcowego dnia po prostu nikt nie mógł być nieszczęśliwy. A jednak był taki ktoś. Chociaż, prawdę mówiąc, nie nazwałabym go nieszczęśliwym w dosłownym znaczeniu tego słowa. Był samotny i tak zatwardziały w swojej samotności, że nawet nie dostrzegał, iż to ona go zżera. Przeciwnie, on lubił swoją samotność. Gdy był sam, nie musiał tracić czasu na tłumaczenie głupim ludziom oczywistych rzeczy. W pracy nikt nie zawracał mu głowy ani nie spowalniał bzdurnymi pytaniami. Nie poświęcał swego cennego czasu nikomu, bo nikt nie był godny jego towarzystwa. Tak, lubił być sam, bo tylko on był rozsądnym towarzyszem dla samego siebie. Jacyś tam przyjaciele tylko by go spowalniali. Nie miał przyjaciół. Nikt nie wiedział, co robił po wyjściu z pracy, bo nikomu się nie zwierzał. Nikt nie miał pojęcia, jakie są jego zainteresowania, bo nie lubił tracić czasu na wyjaśnianie ludziom, którzy i tak nie zrozumieją. Nie było nikogo, kto by go dobrze znał, bo nikt nie chciał go dobrze znać. On zaś nie chciał, by jego wielkie, mądre myśli były przekręcone i skalane przez maluczkich. Właśnie takim był człowiekiem. Żył we własnym, idealnym świecie, w którym nie było miejsca dla nieidealnych ludzi. Każda pojawiająca się osoba burzyła ten wspaniały ład, który sobie stworzył, dlatego nie tolerował pojawiających się osób. Czyli, krótko mówiąc, nikogo nie tolerował. A ludzie wiedzieli o tym, więc nikt nigdy nie zapukał do jego drzwi. Nigdy. A on był bardzo z tego zadowolony, bo nikt mu nie przeszkadzał. Jednak tamtego dnia ktoś to zrobił. Ktoś odważył się dotknąć drzwi do jego świata i zażądać wejścia. Dumny, samotny człowiek był oburzony. Kto śmiał zakłócać mu spokój? Kto śmiał mu przeszkadzać? Mimo tego oburzenia otworzył drzwi. Chciał wiedzieć, kto to był. Chciał powiedzieć mu, co myśli o nachodzeniu i zakłócaniu spokoju. Już miał gotową mowę. Już zaczynał otwierać usta, by wygłosić pierwsze zdanie. Już miał to zrobić, ale.... nie zrobił. Bo osłupiał. Zamiast obrzucić intruza obelgami, zaczął się zastanawiać, kto to jest. I nie, nie miał na myśli jego nazwiska. Usiłował odgadnąć, czy ma przed sobą kobietę, czy może jednak mężczyznę. I zanim ktokolwiek zacznie się z niego śmiać, niech przyjmie do wiadomości, że rzeczywiście mało kto wiedziałby na pierwszy rzut oka. Gość (bo to chyba jednak był mężczyzna), który ze znanych tylko sobie powodów zapukał do drzwi, był jeszcze młody i albo należał do dziwacznej subkultury młodzieżowej, albo był krytycznym przypadkiem homoseksualisty. Z jego wyglądem żadne inne opcje nie przychodziły zdumionemu człowiekowi do głowy. Miał długie włosy sięgające łopatek, w kolorze idealnej platyny, zupełnie takie, jakie mają czasem tandetne gwiazdki muzyki pop. Jego oczy były całkiem czarne, duże i na dodatek podkreślone kreską, a ku oburzeniu otwierającego patrzyły na niego ze szczerą sympatią. TAKA OSOBA patrzy na NIEGO ze szczerą sympatią?! Prawie zatrzasnął mu drzwi przed nosem. Nie miał jednak zamiaru puszczać nieznajomemu tego wybryku płazem, więc się powstrzymał. Powie temu dziwakowi, co o nim myśli. W tym miejscu wypadałoby jeszcze wspomnieć o stroju „tego dziwaka”. Miał na sobie brązowe sztruksowe spodnie rozszerzające się ku dołowi, ozdobione czarnym pasem z klamrą w kształcie wielkiej, uśmiechniętej głowy Myszki Miki, drogie, firmowe adidasy Nike oraz białą koszulę wciągniętą do spodni. Całości tego stroju dopełniały urocze, dziewczęce kolczyki w kształcie długich, seledynowych piórek. Ubiór ten utwierdził gospodarza w przekonaniu, że gościa należy się jak najszybciej pozbyć. Gdyby miał wybór, nigdy nie zbliżyłby się do takiego osobnika z własnej woli, choćby mu zapłacili. - Proszę pana - zaczął (tytułowanie tego dziwadła „panem” wprawdzie stawało mu kością w gardle, ale musiał pokazać swoje dobre wychowanie i oczywistą wyższość) - nie znam pana, nigdy pana nie widziałem i nie życzę sobie takich najść. Proszę się natychmiast stąd wynieść. Liczył, że jego lodowaty, pełen ledwo powstrzymywanego gniewu głos spłoszy tego uśmiechającego się klauna, ale nie. Tamten nawet się nie speszył. - Ale jest pan przecież panem Grzegorzem Sacharyńskim, prawda? Nie pomyliłem się? - zapytał, a jego kolczyki zadyndały tak idiotycznie, że panu Grzegorzowi naprawdę zrobiło się niedobrze. - Zgadza się, tak się nazywam. I powtarzam, ja pana nie znam, proszę sobie nie robić żartów, bo wezwę policję! - był pewien, że po tej ostatniej groźbie ten ktoś da sobie spokój. - Wiem, że mnie pan nie zna - nieznajomy dziwak nadal stał uparcie pod drzwiami i najwyraźniej nie zamierzał dać się zbić z tropu - ale zaraz się poznamy. Przyjechałem tu właśnie po to, żeby się z panem bliżej zaznajomić, a także - tu podniósł wysoko głowę, a jego oczy rozbłysły - pomóc panu. Prawdę mówiąc, to właśnie jest moim głównym celem. Jednakże tak czy inaczej powinienem zacząć od przedstawienia się. Nazywam się Amakoro i bardzo, ale to bardzo mi miło. Mogę wejść? Pan Grzegorz Sacharyński słuchał tej przemowy kompletnie zbaraniały, co zdarzało mu się niezwykle rzadko, a właściwie to nigdy mu się nie zdarzało. Nie przywykł do dłuższych wypowiedzi innych ludzi, więc obcesowość i gadatliwość tego osobnika (nie miał zamiaru używać tego idiotycznego przydomka, którym się nazwał, co to za imię!?) zupełnie wytrąciły go z równowagi. Potrzebował dobrych paru chwil, żeby pozbierać myśli i zastanowić się, co właściwie dalej robić. Pierwsze, co przyszło mu na myśl, to telefon do domu wariatów z zapytaniem, czy aby nie uciekł im pacjent. A może.... - Mogę wejść? - dziwak uprzejmie powtórzył swoje pytanie, jak gdyby nigdy nic – zaraz, proszę wybaczyć, ale czy pan się dobrze czuje? Co się panu stało? Ton, jakim zostało zadane to pytanie, tak strasznie skojarzył się panu Grzegorzowi z lekarzem psychiatrą rozmawiającym z pacjentem, że wszelkie tamy puściły. - Nie czuję się dobrze, do cholery! - wydarł się - I to pan mi się stał! Nie będę tolerował takich kpin, proszę się stąd natychmiast wynosić, rozumie pan?! Albo ci tak, pajacu, skopię tyłek, że się nie podniesiesz, zrozumiano?! Wynocha!! Musieli go usłyszeć wszyscy sąsiedzi na górze i na dole, ale zupełnie o to nie dbał. Nieważne, niech tylko ten dureń się wyniesie! Przekroczył już próg mieszkania, gotów użyć siły, ale natrętny idiota w tym momencie wreszcie uznał, że lepiej dać sobie spokój. Odskoczył do tyłu i pędem zbiegł w dół klatki schodowej, z wyrazem najprawdziwszego strachu na twarzy. Po paru sekundach oddychający z trudem pan Grzegorz stał już sam na progu swojego mieszkania. Powoli wrócił do środka, zamknął drzwi, oparł się o nie i wbił wzrok w podłogę. Już od tak dawna nikt nie ośmielił się zakłócić mu spokoju w ten sposób, że czuł się wściekły, skołowany, oburzony i nie był w stanie zebrać myśli. Potrzebował pomocy, żeby dojść do siebie i spokojnie przemyśleć całą tę sytuację. Zmęczonym krokiem poszedł do kuchni i wyjął z szafki małą buteleczkę pełną przeźroczystego płynu. Pociągnął łyk. Od razu się odprężył i odzyskał zdolność racjonalnego myślenia. Jednym haustem opróżnił buteleczkę do końca i wspaniałomyślnie pogodzony z faktem niedawnej wizyty wariata, poszedł oglądać telewizję.
* * *
Następnego dnia rano pan Grzegorz jak zwykle wyszedł do pracy. Humor miał całkiem niezły, lepszy, niż można się było spodziewać po jego wczorajszym wybuchu. Zdążył już ochłonąć i dojść do wniosku, że różni ludzie chodzą po świecie i takie rzeczy mają niestety prawo się zdarzać, co nie znaczy, że należy się przez nie doprowadzać do bólu głowy. Postanowił przestrzegać tej świeżo wymyślonej przez siebie zasady i zapomnieć o przykrym i niemiłym zdarzeniu. Udawało mu się to doskonale, do chwili, w której zobaczył, że Amakoro we własnej osobie stoi tuż przed sklepem, w którym on zwykle kupował sobie drugie śniadanie. Stoi i wygląda, jakby na kogoś czekał. No, to już są jakieś kpiny. Zaczął podejrzewać, że ktoś temu idiocie zapłacił za prześladowanie go. I to ktoś, kto go dobrze znał i chyba naprawdę chciał mu nadepnąć na odcisk. Czy w innym wypadku „Amakoro” wiedziałby, gdzie na niego czekać? I czy odważyłby się stanąć z nim twarzą w twarz po raz drugi i to w dodatku tak szybko? Na pewno nie. Ktoś, kto robił sobie żarty z nudów, dałby już sobie spokój i przerzucił się na kogoś innego. A skoro ten tutaj wcale nie miał zamiaru tak postąpić, to znaczyło, że dureń ma jakiś cel i nie podda się tak łatwo. Pan Grzegorz zawrócił i skręcił w inną ulicę, żeby pójść do pracy naokoło, omijając sklep. Po drodze zastanawiał się, kto mógłby chcieć urządzić sobie przedstawienie jego kosztem. Gdyby ten natręt go przed chwilą zauważył, z pewnością zrobiłby z niego pośmiewisko na oczach mnóstwa ludzi. Komu mogło na tym zależeć? Myślał i myślał, ale do głowy przyszło mu tylko jedno rozwiązanie:”znajomi” z pracy. Na pewno znalazłby się wśród nich osobnik zazdrosny o jego osiągnięcia i na tyle chamski, by uciec się do tak prymitywnego sposobu. Cóż, w takim razie będzie musiał się tym zająć. Już niedługo naiwniak, który chciał sobie dorobić na durnych przebierankach, straci pracodawcę, a pracodawca dostanie przyzwoitą nauczkę. Dotarł na miejsce trochę spóźniony, ale zupełnie się tym nie przejął, choć zwykle krzyczał na arogantów, którzy uważali, że są ponad coś tak błahego jak punktualność. Dzisiaj miał jednak zupełnie co innego na głowie. Mówiąc wszystkim po kolei „dzień dobry”, przyglądał się uważnie ich twarzom, szukając ironicznego uśmieszku, szukając miny, która mówiłaby:” spodobał ci się nowy przyjaciel rodem z Wariatkowa, co?”. W czasie przerw czynił rozmaite aluzje, opowiedział nawet ze szczegółami swoja przygodę z tym klaunem, licząc, że po reakcjach rozpozna tego, kto za to odpowiadał. Przeanalizował dokładnie wszystkich swoich współpracowników, mając nadzieję, że odnajdzie wśród nich kogoś o ambicjach przewyższających zdolności, kto mógłby posunąć się do czegoś takiego. Szukał i obserwował, myślał i analizował, ale nie było żadnej osoby, co do której miałby pewność. W takim wypadku nie mógł oskarżyć nikogo wprost, bo gdyby nie trafił za pierwszym razem, jego autorytet bardzo by na tym ucierpiał, a pewnie o to właśnie chodziło temu jeszcze anonimowemu komuś, więc był gotów zrobić wszystko, byle do tego nie dopuścić. Przecież w końcu i tak się dowie, w obecności wszystkich rzuci oskarżenie i będzie patrzył, jak delikwent próbuje się wypierać albo niezdarnie obrócić wszystko w żart. Jeśli myśli, że Grzegorz Sacharyński da się wystrychnąć na dudka, to grubo się myli. Dzisiaj wprawdzie udało mu się jeszcze umknąć, co było trochę frustrujące, ale nie miało znaczenia. Pan Grzegorz potrafił być cierpliwy. Jeszcze tylko trochę czasu, a kolejne zwycięstwo nad zbyt pewnym siebie młodzikiem zostanie odniesione. Trzeba tylko nie dać się sprowokować i nadal bacznie wszystko obserwować, a on sam się ujawni. Z Grzegorzem Sacharyńskim nie należy zadzierać, bo on i tak prędzej czy później wygra. Jego zawsze będzie na wierzchu, bo to on przecież zawsze ma rację. Tak właśnie myślał pan Grzegorz o samym sobie, wracając z pracy, a niepowodzenie w poszukiwaniu autora dowcipu z klaunem Amakoro w roli głównej udało mu się przekuć w zwycięstwo na polu cierpliwego i wytrwałego dążenia do celu, przynajmniej w jego własnej wyobraźni. Był dumny z siebie i absolutnie pewien, że ma już tego kogoś w garści. Zastanawiał się nawet, jak odpowiedzieć na korne przeprosiny, które już wkrótce zostaną do niego skierowane. Wybaczy, oczywiście, że wybaczy, ale postara się, by przepraszający dogłębnie odczuł własną głupotę. Pochłonięty myślami, pan Grzegorz dotarł pod drzwi swojego mieszkania we wspaniałym humorze, ale gdy już tam stanął, jego dobry nastrój momentalnie się ulotnił. Nie dlatego, że nagle dopadły go wątpliwości co do słuszności jego poczynań. O nie. Pan Grzegorz nigdy nie wątpił, że ma rację i postępuje jak najwłaściwiej. Był zły z zupełnie innego, znacznie bardziej prozaicznego powodu. - Gdzie do cholery są moje klucze? - mruczał do siebie, dokładnie przeszukując wszystkie kieszenie. Był pewien, że je miał (musiał je mieć, skoro zamknął drzwi), ale teraz ich nie było. - Kurwa mać! - zaklął, ale to mu wcale nie pomogło w ich znalezieniu. Gdy obszukiwał się dokładnie po raz piąty, mimowolnie zaczął się zastanawiać, co zrobi, jeśli jego klucze się nie znajdą. Wolał o tym nawet nie myśleć. Nie nosił przy sobie zapasowej pary, nie miał też sumy wystarczającej na opłacenie natychmiastowej wymiany zamka, a bał się pójść do banku. Jeśli ktoś mu ukradł te klucze i w międzyczasie włamie się do mieszkania... Pan Grzegorz nie miał też za bardzo do kogo zwrócić się o pomoc, więc znalazł się niestety w sytuacji naprawdę kłopotliwej. Krążył pod swoimi drzwiami, mrucząc pod nosem przekleństwa i starając się znaleźć jakieś rozsądne wyjście, co jednak nie szło mu zbyt dobrze. Sfrustrowany kopnął wycieraczkę. Wykrzywiła się i odsłoniła brudną posadzkę klatki schodowej, ale pan Grzegorz nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Zwrócił natomiast uwagę na to, że pod wycieraczką coś podejrzanie zabrzęczało. Podniósł ją i ku swemu ogromnemu zdziwieniu zobaczył leżące pod nią jego własne klucze wraz ze złożoną na pół kartką papieru. - No kto by pomyślał....- mruknął zaskoczony. Wziął cenną zgubę do ręki i próbował sobie przypomnieć, co takiego zrobił z kluczami, że wylądowały tutaj. Odtworzył w myślach wszystkie wykonane dzisiaj czynności, które miały z nimi jakikolwiek związek, ale w żaden sposób nie mógł znaleźć sensownego wyjaśnienia. W końcu, zrezygnowany, sięgnął po kartkę papieru, narzekając przy tym na swoją sklerozę. Rozłożył ją, a tam znajdowała się wiadomość następującej treści:
Do Pana Grzegorza Sacharyńskiego
Chciałbym bardzo, bardzo przeprosić za to, że nasze pierwsze spotkanie zakończyło się tak niefortunnie. Tak na nie czekałem, a wszystko poszło źle. Nie chciałem Pana urazić i mam nadzieję, że mi Pan wybaczy i da drugą szansę. Bardzo, bardzo o to proszę. Nawet nie wie Pan, jak bardzo mi na tym zależy. Pozwoliłem sobie (w ramach przeprosin i żeby udowodnić moje najszczersze chęci) skorzystać z Pańskich kluczy, które na szczęście znalazłem, gdy je Pan zgubił. Przygotowałem dla Pana w Pańskim mieszkaniu niespodziankę - bardzo chciałbym, żeby się Panu spodobała. Mam nadzieję, że to pozwoli Panu dostrzec moją lepszą stronę (inną niż ta, która tak Pana zdenerwowała wczoraj - bardzo mi przez to przykro, bardzo) i że dzięki temu zostaniemy prawdziwymi przyjaciółmi. Pański oddany sługa Amakoro
Pan Grzegorz oniemiał. Ten dziwak, który zachowuje się tak, jakby dopiero co spadł z Księżyca, wziął sobie jego klucze, ośmielił się wejść do jego mieszkania bez zgody i wiedzy właściciela, bez jakiegokolwiek nadzoru - i jeszcze coś tam zrobić? Przygotować NIESPODZIANKĘ? Znając jego gust, pewnie pomalował ściany w słoneczka, kwiatki i serduszka, a meble poobklejał kolorową bibułą... przemienił jego mieszkanie w okropieństwo dla kilkuletnich dzieci... powyrzucał wszystkie cenne rzeczy, bo nie przyszło mu do głowy, że mogą być wartościowe... Nie! Był gotów puścić w niepamięć tamto najście, bo właściwie nie wyrządziło mu żadnej szkody, ale teraz skończyły się czasy pobłażliwości! A jeśli ten „Amakoro” coś ukradł? Jeśli w mieszkaniu, gdzie przez tyle lat gromadził swe skarby, zostały tylko gołe ściany? Koniec z tym! Wezwie policję, poda go do sądu o nachodzenie, nękanie, cokolwiek, byle tylko nie widzieć tego oszusta, głupka i złodzieja więcej na oczy! A nawet jeśli okaże się, że jakimś cudem nic nie zginęło, zrobi wszystko, żeby „Amakoro” raz na zawsze zniknął z jego życia. Jak on śmie?! I jakby tego było mało, nazywa się „oddanym sługą”! Jak on śmie! Purpurowy z wściekłości, pan Grzegorz prawie wyważył drzwi i wpadł do mieszkania. Wszystkie meble były na miejscu. Dywany na miejscu, firany na miejscu. Ściany nie pomazane. Wszystkie obrazy wisiały tam gdzie zwykle, żadnego nie brakowało. Rzucił się do szaf, szafek i szuflad. Liczył spodnie, koszule, zegarki, książki, płyty, wszystko po kolei, rzucając to potem na podłogę i robiąc nieopisany bałagan. Sięgnął nawet do pudełka, w którym trzymał swoje oszczędności na czarną godzinę i przeliczył pieniądze dwukrotnie. Przejrzał półkę z środkami czystości, na którą zwykle rzadko zaglądał. Skontrolował zawartość lodówki. Dokładnie sprawdził, czy nie brakuje któregoś z obrazów, dla których zabrakło miejsca na ścianach i które musiał położyć na szafie. W końcu, po ponad dwóch godzinach, stwierdził, że Amakoro nie ukradł niczego, nawet długopisu. Wcale go to nie ucieszyło, przeciwnie, nadal był wściekły. Przez tego durnia przewrócił mieszkanie do góry nogami i pewnie uporządkowanie wszystkiego zajmie mu ładnych parę dni. Co więcej, chociaż Amakoro w liście wyraźnie oświadczył, że przygotował niespodziankę i nawet wyraził nadzieję, że się spodoba, to pan Grzegorz nie znalazł niczego, absolutnie niczego, czego nie byłoby w mieszkaniu wcześniej i co można by uznać za niespodziankę. Wniosek z tego był prosty – zakpiono z niego. Pewnie teraz ten ktoś, kto przysłał tu tego udającego idiotę przebierańca, leżał brzuchem do góry, wyobrażając sobie pana Grzegorza z rękawami zakasanymi po łokcie i śmiał się do rozpuku. Ktoś zrobił z niego obiekt kpin. Śmiał się z niego. Bawił się jego kosztem.Te myśli były nie do zniesienia. Pan Grzegorz czuł, że jeśli zaraz czegoś z tym nie zrobi, to po prostu szlag go trafi i tyle z tego będzie. Na szczęście miał już doświadczenie w uspokajaniu się i kilka sprawdzonych sposobów w zanadrzu. Była to najpierw wiązanka całkiem niezłych przekleństw, a potem jego ulubiony przeźroczysty napój, który miał moc zagłuszania wszelkich ludzkich zmartwień. Pan Grzegorz pił, gapił się na nieziemski bałagan, który będzie musiał posprzątać i z całego serca przeklinał dzień, w którym Amakoro zapukał
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil PaulinaT
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…