Wróć do katalogu

Anioł zasługuje na śmierć

Wszyscy posiadali Anioły – tak samo nieznośne jak Pawcio...

Boru, opublikowano , 29 min czytania, 4,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

ANIOŁ ZASŁUGUJE NA ŚMIERĆ

Słońce zaszło wiele godzin temu, a temperatura powietrza spadła poniżej zera. Mężczyzna wysiadł z samochodu i nabluźnił siarczyście. Podniósł klapę i popatrzył dłuższą chwilę na obudowę silnika. Zakryty motor nie wydawał się być przyczyną awarii. - Pieprzony akumulator – zaklął ponownie. – Pieprzone gówno za piętnaście euro! Drzwiami od strony pasażera wysiadła kobieta o zatroskanym obliczu. Pocierała zmarznięte dłonie jedna o drugą i niezbyt wiedziała, co powiedzieć. - Koniec podróży, co? – Uśmiechnęła się krzywo, chcąc pocieszyć męża, jednak zdawała sobie sprawę, że są dobre dziesięć kilometrów od miasta. Darek spojrzał na nią spode łba i niemalże zgrzytnął zębami. - Daruj sobie – warknął rozzłoszczony. – I tak zaraz nasłucham się od tej plastikowej kukły. – Wskazał samochód i Karolina zobaczyła małą postać na tylnym siedzeniu, z zaciekawieniem wpatrującą się w nich parą szklanych, jarzących się błękitem oczu. – Lepiej zadzwoń po taksówkę. Metrowy ludzik o proporcjach dorosłego mężczyzny stał już obok nich. Ubrany w prosto skrojoną marynarkę i spodnie w podłużne paski, z twarzą przyobleczoną wyrazem lekkiego zatroskania, prezentował się śmiesznie i dostojnie zarazem. Otworzył czerwone do przesady usta, z których dobył się chłopięcy głosik. - Chyba nie stać cię, Darku, na taksówkę. O ile mi wiadomo, zarabiasz tylko sto pięćdziesiąt dwa euro miesięcznie. Darek spiął wszystkie mięśnie i wyglądał przez chwilę, jakby szykował się do morderczego ataku. „O ile mi wiadomo” wściekło go najbardziej. Pawcio wiedział lepiej niż ktokolwiek inny, że Darek dostaje na rękę sto pięćdziesiąt dwa euro, że pracuje na te marne pieniądze dziesięć godzin dziennie sześć dni w tygodniu, cztery tygodnie w miesiącu, że ostatni raz kochał się z Karoliną dokładnie dwadzieścia osiem dni temu, że załatwia się równo na godzinę przed snem, że ma notorycznie koszmary, w których jest więźniem w ośrodku dla pedofilów, że od początku małżeństwa marzy o dziecku, lecz nie jest wystarczająco zamożny, by żywić kolejnego członka rodziny, że zbliża się do czterdziestki i trapi go przez to coraz więcej dolegliwości zarówno zdrowotnych jak i duchowych, że chciałby się zabić, ale nie ma dość odwagi, no i wie oczywiście, iż jego życiowym marzeniem jest zabicie Pawcia, połamanie jego syntetycznego ciałka, wyprucie elektronicznych flaków i rozrzucenie ich w promieniu wielu kilometrów. To wszystko wie Pawcio lepiej niż ktokolwiek inny... lepiej niż sam Darek... - Być może rozwiązaniem jest dodatkowa praca – kontynuował Pawcio. – Przecież masz jeszcze wolne czternaście godzin w dobie. Ty jednak wolisz tracić ten czas na mało ważne czynności, a przy tym śpisz stanowczo za dużo, jesz za wolno, a przebywanie w ubikacji pochłania całe siedemnaście i trzy czwarte minuty, średnio licząc oczywiście. Darek trząsł się, a twarz miał koloru purpury. Karolina weszła do auta, by zadzwonić po taksówkę. Choć tak naprawdę wiedziała, co się zaraz stanie, a miała zbyt miękkie serce, aby się temu przypatrywać. Wolała zostać w samochodzie. Rysy twarzy Pawcia ułożyły się w wyraz zamyślenia i milczenie nie trwało długo. - Choć Karolina nie jest tu bez winy – rzekł spokojnie. – Zarabia marne pieniądze, wyszywając serwety. A przemysł zbrojeniowy? Braliście to pod uwagę? Mężczyźni nie mają wyłączności na pracę w fabrykach broni, kobiety równie dobrze mogą przyczynić się do obrony swego państwa... Darkowi nie trzeba było więcej. Rzucił się na Pawcia, poderwał go do góry i z impetem wykopnął przed siebie. Pawcio pofrunął z krzykiem kilka metrów dalej i upadł bezwładnie na zmarzniętą ziemię. Darek w momencie stał już przy nim i znów zamachnął nogą, trafiając Pawcia w głowę. Mały ludzik zawył rozdzierająco, a Darek tłukł go nogami i pięściami, w ogóle nie reagując na płacz, skomlenie i wycie wniebogłosy. Kopał go, przeciągał po asfalcie, walił małą główką o ziemię i przerzucał z miejsca na miejsce. Karolina nie potrafiła już dłużej znieść krzyku Pawcia. Zapłakana wyskoczyła z auta i podbiegła do ogarniętego furią męża. - Darek! Darek! Proszę cię, przestań – wołała przez zalane łzami gardło. – Wystarczy... Proszę! To przecież nie jego wina, że jest taki... Darek zwrócił się w jej stronę i Karolina o mało nie zemdlała pod naporem tryskającego z jego oczu szału. - Nie jego wina?! – ryknął. – Chryste! Mówisz mi, że to nie jego wina...? A czyja, do kurwy nędzy, jak nie tej silikonowej kukły z blaszanym mózgiem, która piętnasty rok dzień po dniu, godzina po godzinie mówi nam, co zrobiliśmy źle, co moglibyśmy zrobić lepiej, skąd się biorą nasze błędy, co źle obmyśliliśmy, i tak w kółko, ciągle, bez końca, aż do usranej śmierci? Jak ja nienawidzę tego małego ludzika, który wie więcej o nas niż my sami, jak ja go kurewsko nienawidzę... Kolana ugięły się pod nim i usiadł na zimnym asfalcie. Ukrył twarz w dłoniach i oddychał tak ciężko, iż zdawało się, że warczy. Obok niego leżał Pawcio. Marynareczka podarła się zupełnie, a spodnie były ubłocone i poprzecierane. Mały ludzik wyglądał żałośnie i przez dłuższą chwilę nie ruszał się w ogóle. Dopiero, gdy Karolina uklęknęła przy nim, zamrugał parą błękitnych oczu i przez złożone w jedną linię wargi wyszeptał: - Ja już nie będę... Na pewno. To się już więcej nie powtórzy... Na te słowa Darek zawył płaczliwie, a z ust wypłynęły mu kłęby pary. - Nie zniosę tego! Nie zniosę! Przecież on to powtarza za każdym razem... że już nie będzie, ale... Nie mam siły. – Rozłożył ręce w geście bezradności i podniósł się z asfaltu. Z lewej strony zbliżały się dwa snopy białego światła i po chwili minął ich niespiesznie czarny, stłuczony w kilku miejscach samochód. Przez panującą wokoło ciemność Darek nie dojrzał twarzy ani kierowcy czy też pasażera, jednak w tyle auta mignęły mu dwa jasnoniebieskie punkty. To Anioł tamtych ludzi siedział sobie i ględził na pewno, rozwodząc się nieprzerwanie nad niedoskonałością swoich właścicieli. Darek przelał współczucie na nieznajomego kierowcę auta. Jeśli była to kobieta, siedziała zapewne sztywno, kurczowo ściskając koło kierownicy i starała się anielskie słowa wpuszczać jednym uchem, a drugim od razu wypuszczać. Jeśli kierowcą był mężczyzna, to najprawdopodobniej – myślał sobie Darek – ciął ciemność przed sobą przekrwionymi ze złości oczami i czekał tylko momentu, aż wjedzie w jasne obrzeża miasta, wyskoczy z auta i skopie wredną kukłę. Tak – nic więcej poza porządnym skopaniem Anioła nie wchodziło w grę. Pawcio właśnie podnosił się z jezdni i malutkimi rączkami starał otrzepać do całkowitej czystości zniszczone ubranko. Na dzisiaj mam z nim spokój – ucieszył się w duchu Darek. - Gdzie ta cholerna taksówka? – zapytał na głos. – Zaraz zamarzniemy na śmierć. Temperatura rzeczywiście spadała coraz bardziej. Noc była pogodna, niebo gwiaździste, a księżyc chwalił się swym pełnym obliczem. Drzewa po bokach jezdni stanowiły zwartą, ciemną ścianę, strasząc niedostępnością. Karolina obciągnęła rękawy swetra na dłonie, chcąc choć trochę się ogrzać, jednak nic jej to nie pomogło i dygotała na całym ciele. Oparła się o zimną blachę samochodu i z wyrazem bezradności w oczach patrzyła na męża. - Kochanie, nie ma sensu, żebyś marzła. Wejdź do auta. – Darek stanął obok niej i pogładził lodowatą dłonią po jeszcze zimniejszym policzku żony. – Wyjmę tylko akumulator i przyjdę do ciebie. – Popatrzył na nią z miłością i przeszedł go dreszcz grozy, gdy wyobraził sobie świat, w którym jest bez niej. Taki świat nie jest moim światem, nienawidzę go jeszcze bardziej, niż tego tutaj – pomyślał i wymownie zerknął w stronę Pawcia, który stał bez ruchu, z grzecznym wyrazem twarzy, bez słowa czekając na polecenia Darka. Jutro i tak znów wszystko będzie po staremu... Darek wzruszył bezradnie ramionami i ruszył odpiąć klemy z akumulatora. - Tak bardzo cię kocham, Darku. – Karolina nie posłuchała męża i stała obok niego. – Jest mi cholernie przykro, że... że... Sama nie wiem! Wszyscy mają swojego Anioła, ale... Chodzi o to, że nasza miłość jest przez cały czas wystawiana na ciężką próbę... no wiesz, nie chcę, byśmy się poddali, a Pawcio ciągle mówi o nas więcej, niż chcielibyśmy wiedzieć. Znaczy, nie są to jakieś złe rzeczy, broń Boże, ale ta jego przenikliwość odbiera nam jakąkolwiek prywatność... Słabe punkty, ciągle je podkreśla. One czasem bolą... Tak! Dobrze o nich wiemy, ale wolelibyśmy nie mówić o nich głośno... a on mówi. Darku... To znaczy... chcę cię zapewnić o mojej miłości do ciebie. Kocham cię i... dziecko... może mimo wszystko powinniśmy o tym pomyśleć... Darek wystawił głowę spod podniesionej maski i ustawił odczepiony akumulator na ziemi. - Wiem, najdroższa – powiedział wzruszony. – Również kocham cię ponad życie i w żadnym razie nie myśl sobie, że mógłbym przestać cię kochać z powodu dziec... A zresztą to nasza wspólna decyzja. – Nagle w jego ciemnych źrenicach odbiły się reflektory nadjeżdżającego samochodu. Zamknął klapę i mocno objął Karolinę. – To już na pewno taksówka. Zaraz będziemy w ciepłym domu. – Pocałował sine usta i pogłaskał targane przenikliwym wiatrem włosy w kolorze kasztanów. Taksówkarz miał dobre pięćdziesiąt lat i co najmniej tyle samo myśli do wypowiedzenia w każdej chwili. Zaczął oczywiście od pogody, jaka to ona zmienna, że jeszcze wczoraj było dwadzieścia stopni, a dzisiaj przymrozek ścina ziemię. Potem gadał o swoim trzydziestoletnim stażu za kierownicą i że nie widzi dla siebie innego zajęcia, że lubi jeździć, bo czuje się wolny (nie to, żeby brakowało mi wolności na co dzień – dodał od razu, przechodząc tym samym do zalet państwa, w którym również uwielbia żyć), a tak w ogóle to on wszystko lubi, a konkretnie nie ma czegoś, czego by jakoś wyjątkowo nie cierpiał. - No bo i z tymi Aniołami to dobra sprawa – odezwał się znowu i kiwnął głową do lusterka wstecznego, w którym odbijały się błękitne oczy jego Anioła i Pawcia, a także lekko skulona postać Karoliny. Darek siedział z przodu i czekał znudzony ciepłego łóżka i dotyku kochanego ciała żony. Anioły zdawały się w ogóle siebie nie zauważać i wszyscy milczeli, oprócz kierowcy oczywiście, który mówił dalej: – Ile to ja już błędów uniknąłem dzięki radom Maciusia, tak ma na imię, wiecie. Racja, gada często różne takie rzeczy, że wolałbym ich nie słuchać, ale... Co ja wam zresztą będę tłumaczył, sami na pewno dobrze wiecie, że bez Aniołów byłoby o wiele gorzej. No bo i po was patrzę: szczęśliwe małżeństwo, myślę sobie, bo szczere niesamowicie względem siebie nawzajem być musi, gdyż jak nie, to i tak od Anioła prawda wyjdzie, on powie, czy kochacie naprawdę, czy tylko tak udajecie. Wielka to zaleta dla ludzi, że wszelakie kłamstwo się tak wyplenia, że wszędzie czysta prawda. Ach... – westchnął niby od niechcenia i skręcił w drogę na miasto. Dodał gazu i znów się rozgadał: – Toż to ta nasza kochanieńka władza sobie obmyśliła, naprawdę mądre tam głowy siedzą u steru. Każdemu po Aniele sprzedać – prawda, że drogo cholernie, ale Maciuś to już ze mną osiemnasty rok jeździ, więc nawet nie pamiętam, ile za niego dałem. Ja to się taki doskonalszy czuję, taki... prawie doskonały rzekłbym, ale skromność mnie hamuje. – Uśmiechnął się co najmniej nieskromnie i znów zerknął na odbicie we wstecznym. – To wszystko Maciusiowi zawdzięczam, tak wiele mnie on nauczył, że ho ho. Widzę, żeś pan stłukł przed chwilą swojego Anioła – tu niespodziewanie zwrócił się do Darka, zapatrzonego tymczasem w nieprzeniknioną czerń za szybą, z rzadka tylko rozświetlaną przez mijające taksówkę samochody. Darek nie odpowiedział od razu, co sprowokowało taksówkarza do dalszej przemowy: – Czyż to nie cudowny pomysł, że można Anioła złoić czasem na kwaśne jabłko? Jak to ci ludzie wymyślili, żeby krzyczał, że go boli, żeby naprawdę płakał i prosił, by przestać? Nic go przecież dosłownie boleć nie może, no bo niby i jak, kiedy on tylko maszyna. Ale ile w tym pomyśle geniuszu, żebyśmy mogli się wyżyć na lalce, zostawić na niej całą agresję. Bo i potem po co ja mam bić się, na przykład, z panem, kiedy pan wyglądasz na silniejszego i krzywdę byś jeszcze wyrządził, a tak dowalę ja Maciusiowi, ten pokrzyczy, czym niebywałą radość mi sprawi, a i zamknie się ze swoimi pouczeniami na dzień cały... tak on genialnie skonstruowany. Ja się czuję wspaniale, nazajutrz Maciuś powraca do swoich rad i wskazówek, wytyka błędy, od czego z dnia na dzień mądrzejszy się staję i kiedy znów przebierze miarkę w słowach, biję go raz kolejny. A pożytek z tego mam tylko ja... na tak wiele różnych dróg w dodatku. Wjechali między latarnie miasta i zrobiło się nieco przyjemniej. Ludzi na ulicach nie było w ogóle, bo zbliżała się już północ, a mróz doskwierał coraz bardziej. Taksówkarz raz kolejny wykazał ponadprzeciętną ciekawość i zapytał: - A w samochodzie to co się popsuło? Darek odkleił wzrok od latarni i niechętnie wymamrotał: - Akumulator siadł na mrozie. - Aaa... – przytaknął taksiarz. – Dziwne, że stało się to w trakcie jazdy. Sam się wtedy ładuje... wie pan. - Wiem. Dziwne. - Strach tak auto w środku lasu zostawić. Nie lepiej było wezwać lawetę? – dociekał. - Laweta jest droga. Przez noc podładuję akumulator i pójdę jutro przyprowadzić samochód. Mam nadzieję, że nic się nie stanie. - Na piechotę pan tam pójdzie?! – udanie zdziwił się kierowca. – Dwunasty kilometr już stamtąd jedziemy. Może pan już dzisiaj się ze mną umówi na kurs... za trzy czwarte ceny? Co pan na to? Darek poddał się narastającemu w nim gniewowi i wypalił bez zająknięcia: - Mówił pan, że jest doskonały. Trzy czwarte ceny dla człowieka w potrzebie to żałosna zniżka. Nie sądzi pan? Taksówkarz nic nie odpowiedział i przyspieszył. W końcu stanęli pod wskazanym adresem, a na taksometr zaskoczyło jedenaście i pół euro. Tylnymi drzwiami wygramoliła się Karolina, ciągnąc za sobą Pawcia. Pawcio powiedział „do widzenia” do kierowcy, a Maciuś tymi samymi słowami pożegnał Karolinę. Same na siebie Anioły nawet nie spojrzały. - Jedenaście euro się należy – powiedział łagodnym, przepraszającym głosem taksiarz. Darek dał mu kartę, ten włożył ją w czytnik i na klawiaturze wystukał należność. Oddał kartę i Darek wysiadł, dźwigając akumulator. - Doskonałość…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych