Wróć do katalogu

Artefakt

Inspiracja leśnymi klimatami Blair Witch.

hydrant, opublikowano , 24 min czytania, 4,4 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Cielsko dwusilnikowego bombowca powoli, lecz nieubłaganie zbliżało się do ziemi. - Długo już nie pociągniemy- naciskał pilot. - Leć. Nie możemy lądować na terenach okupowanych- odparł dowódca- tu aż się roi od partyzantów. - Przecież nic nie widzę przez tę śnieżycę, a do granicy na pewno nie dotrzemy... - Słuchaj tchórzu. Ten ładunek musi jak najszybciej dotrzeć do Berlina. Taki jest rozkaz. Jeszcze słowo, a skończysz przed sądem polowym. Dowódca odwrócił się i zniknął za drzwiami kabiny pilotów. - Na jednym silniku- pomyślał Hans- na dwóch byłoby ryzykownie przy tej pogodzie. Samolotem zaczęło rzucać na wszystkie strony. Żołnierze eskorty trzymali się kurczowo ławek, na których siedzieli po obu stronach transportowanej skrzyni. Pilot ogarnął niespokojnym spojrzeniem tablicę przyrządów. Jego wzrok zatrzymał się na wskaźniku poziomu oleju, którego wskazówka z niewiadomych przyczyn coraz szybciej zbliżała się do zera. Wyjrzał przez okno, ale przez śnieżycę ledwo dostrzegł zarys skrzydła.. Nagle obroty zaczęły spadać, a z zatartego silnika buchnęły płomienie. Hans akurat chciał wezwać dowódcę, kiedy ten wpadł do kabiny pilotów. - Co tu się dzieje do cholery! - Musimy skakać, straciliśmy silnik i... - Jak... Samolotem targnęła eksplozja. Z lewego skrzydła został tylko płonący, poskręcany strzęp metalu i maszyna bezwładnie runęła ku ziemi ciągnąc za sobą pióropusz dymu.

Alojzy Paśko pochylony nad talerzem zupy, w zamyśleniu grzebał łyżką w poszukiwaniu kawałka marchewki. Ta zamieć nie dawała mu spokoju. Dawno tak mocno nie padało, a jeszcze ten samolot... - O czym tak myślisz? Słysząc głos żony Alojzy podniósł głowę. - Męczy mnie ten samolot. Nigdy tędy nie latali... - Coś ci się na pewno przesłyszało. W taką zamieć nie mogłeś go usłyszeć, nawet jakby ci nad głową przeleciał, ty stary pierniku. - Przecież znam ten dźwięk... - Aleś ty uparty. Alojzy wstał, założył kożuch i ruszył w stronę drzwi. - Dokąd idziesz? - Zapalić. - Zapal tutaj, w taką pogodę lepiej nie wychodź, jeszcze się rozchorujesz. Zignorował ją i wyszedł przed chatę. Już po chwili zaciągnął się głęboko i wsłuchał w wiejący wiatr. Zmarszczył czoło i znieruchomiał, gdy do jego uszu dotarł przytłumiony odgłos eksplozji. - Wiedziałem- mruknął pod nosem. Teraz był pewien, że przed kilkoma minutami słyszał przelatujący samolot. Przypomniał sobie o papierosie i paląc zaczął przytupywać, z powodu przenikającego go chłodu. Zorientował się, że śnieg przestał padać, a z oddali dało się słyszeć cichy trzask. Po chwili, z lasu, od strony, z której słyszał eksplozję wybiegło kilka saren. Wyminęły chatę i wbiegły do lasu po drugiej stronie. - Musiały się spłoszyć- pomyślał depcząc niedopałek- ale coś jest nie tak. Ten trzask jest zastanawiający, jakby przybierał na sile. Zauważył że coraz ciężej mu się oddycha, jakby tysiące igieł wbijano mu w płuca. To ocuciło Alojzego. Odwrócił się i wszedł do środka. Od razu podszedł do kominka. - Co robisz? Co to za hałasy? - Nie wiem- odparł dorzucając drewna do ognia- dźwięk, jakby drzewa na mrozie pękały, ale skąd taki spadek temperatury?... - Wyjrzę na zewnątrz. - Lepiej nie, poczekaj. - O, słyszysz? Ucichło. - Kobieto, możesz choć raz mnie posłuchać? - Na chwilę przecież...- odparła kręcąc z politowaniem głową i ruszyła w stronę drzwi. Po ich otwarciu odwróciła się do Alojzego. - I widzisz nic...- głos uwiązł jej w gardle. Złapała się za szyję i w tej pozycji jej ciało zastygło pokrywając się szronem, którego warstewka pełzła już w głąb chaty. Wystraszony Alojzy cofnął się do kominka. Szron w pobliżu ognia zdawał się wolniej posuwać na przód, ale nie zatrzymał się. Starca ogarniał chłód wywołujący odrętwienie. Alojzy osunął się na podłogę i w tej pozycji zamarzł. Po chwili zgasł również ogień na kominku i chatę ogarnęła ciemność.

(18 kwietnia 2008r.)

- Panowie pamiętajcie, nawet jednego kurwa słowa. NIKOMU- mówiąc to zrobił najgroźniejszą minę, na jaką go było stać. - Spoko Olgierd, przecież wiadomo o co chodzi. - - Ta... a jakby ktoś zapomniał, to różnica jest duża. Dziesięć procent znaleźnego, albo sto procent na nas trzech... Witek co ty do cholery robisz? - A nic, już cię słucham- odparł Witek pocierając nerwowo czoło. - Mógłbyś się skupić choć na chwilę. - Przepraszam. Zastanawia mnie tylko, jak my się z tym czymś zabierzemy z powrotem. - O ile w ogóle będzie z czym- dorzucił Jacek. - Do cholery, pewnie że będzie z czym!- przerwał im Olgierd- A od kiedy z ciebie taki pesymista Jacuś? Żona cię przycisnęła żebyś nie jechał? - Weź wrzuć na luz Olo. Poważnie, trzeba się zastanowić jak to weźmiemy. Olgierd przeciągnął w zamyśleniu ręką po włosach i spojrzał przez okno. - Nie ma się co martwić na zapas. Nawet jeśli to, cokolwiek to jest, będzie za duże, lub za ciężkie, to wtedy wrócimy tam odpowiednio wyposażeni. - No i kwestia bezpieczeństwa- dodał Witek- ktoś musi wiedzieć gdzie jesteśmy, wiesz, tak na wszelki wypadek. - Odpada,- Olo pokręcił głową- przywlecze się tych paru frajerów, co to wokół nas węszą od pewnego czasu i pod byle pretekstem wyciągną od rodziny informację, gdzie pojechaliśmy. - Poza tym żona Jacka się nie zgodzi, jak się dowie- dodał Witek z uśmiechem. - Mam pomysł. Powiemy miejscowym kiedy wracamy. W razie czego zadzwonią na policję i zaczną nas szukać. Olgierd spojrzał na Witka, jakby ten był niespełna rozumu. - Oświeć mnie, z czego zadzwonią? Chyba znaki dymne puszczą, nie powiem którą częścią ciała. Przecież tam zasięgu nie ma, a stacjonarnego telefonu pewnie nikt nawet nie zaplanował w tamtej okolicy. - I tak nic lepszego nie wymyślimy- stwierdził Jacek. - W sumie masz rację... Mimo wszystko, to nie najgorsze rozwiązanie- zdecydował Olo. - Dobra ja spadam- Witek wstał i ruszył w stronę drzwi- do jutra. - Czekaj idę z tobą, podwieziesz mnie kawałek- powiedział Jacek ściągając kurtkę z wieszaka. - Podjadę po was około czwartej trzydzieści- rzucił Olgierd na pożegnanie.

Lada Niva powoli sunęła leśną przecinką na północ. - Może radyjko włączymy? - Zapomnij- Olo zaprotestował gwałtownie znad kierownicy- przez te twoje złote przeboje zmarszczki mi się robią. - Chyba na dupie- mruknął Jacek. - Słyszałem to! - Ej spokój dziewczyny, Olo, weź skup się na kierowaniu- Witek rzucał gniewne spojrzenia na kolegów- dajcie pomyśleć, bo będziemy jeździć po tym lesie do nocy...o, za tym wzgórzem powinna być ta wiocha. - No to zobaczymy jaki z ciebie harcerz Wiciu- powiedział Olgierd z szyderczym uśmieszkiem. Ze wzgórza zjeżdżali powoli, a właściwie zsuwali się, ponieważ błoto po roztopach jeszcze nie wyschło i droga była ledwo przejezdna. Olgierd nie zwracał uwagi na nic, poza drogą, ale Witek kątem oka zobaczył, że Jackowi opadła szczęka. - Stary, to wygląda jak osiedle do rozbiórki. Stok łagodnie przeszedł w równą drogę kiedy zbliżali się do zabudowań. Wieś tworzyło kilkanaście chat, będących w opłakanym stanie. - Tutaj chyba nikt nie myśli o remoncie...- Jacek nie mógł się nadziwić. - Chyba o wyburzeniu - Olo już rozluźniony skręcił przed najbliższą chatę.- Jak mnie te wieśniaki wkurwią, to im zryję podjazd. - Zryj sobie beret lepiej, przecież tu nie ma podjazdu, wszędzie błoto- Witek miał już szczerze dosyć. - Dobra, idę pogadać z tą oto reprezentantką ludu pracującego wsi- mówiąc to, Olo wskazał ruchem głowy na starszą kobietę pracującą w przydomowym ogródku. - Nie cierpię jak on... Dalszego ciągu Olgierd już nie usłyszał bo zatrzasnął drzwiczki samochodu. - Halo! Dzień dobry pani!- Zawołał. Kobieta w żaden sposób nie dała poznać po sobie, że cokolwiek słyszała. - Do pani mówię! Może pani na chwilę podejść? Staruszka ani drgnęła i Olo był już lekko zdenerwowany. Zaczął rozglądać się dookoła. Jego uwagę przykuł dziadek wpatrujący się w niego z okna sąsiedniego gospodarstwa. Na twarzy starca błąkał się dziwny uśmiech. Olgierd zawahał się przez chwilę, nie wiedząc co ma zrobić, po czym ruszył do domu starca. Wszedł powoli po skrzypiących drewnianych schodkach i zastukał do drzwi, które ku jego przerażeniu omal nie wyleciały z futryny. Po chwili usłyszał ciężkie powolne kroki z wnętrza domu. Drzwi uchyliły się i stanął przed nim ten sam staruszek. - Czego chcesz- zapytał - Dzień dobry panu...- zaczął Olo. - Tylko bez wazeliny synu, czego mi dupę zawracasz.- Dziadek spojrzał na niego ostro. - Noo...tego więc idziemy z kolegami do lasu i... - Nie radzę. - I chcemy żeby ktoś o tym wiedział. Idziemy na północ. To tyle- Olo zaczął wycofywać się spod drzwi. - Nie radzę- powtórzył starzec- tu jest pełno wściekłych lisów. No i jeszcze te dziki. Wiesz takie duże świnie tylko mało sympatyczne. - Wiem co to są dziki- Olo cofając się tyłem omal nie spadł ze schodków domu dziadka.- Wracamy rano. Gdybyśmy się nie pojawili, proszę kogoś powiadomić, policję czy coś... - No. Wyślę gołębia pocztowego- dziadek wybuchnął gromkim śmiechem który przerodził się w atak gwałtownego kaszlu. Już się obawiał że wieśniak zaraz padnie przed nim trupem, kiedy starzec opanował kaszel i spojrzał na niego rozbawiony. - Tak na marginesie, ta babka z którą gadałeś jest głuchoniema. Po chwili spoważniał i dodał. - Serio mówię. Znajdźcie sobie inne miejsce na biwak. Tutaj nie jest bezpiecznie. Dzikie zwierzęta, nie ma wytyczonych szlaków. Łatwo zabłądzić. Zanim was ktokolwiek znajdzie mogą minąć tygodnie... - Dzięki za ostrzeżenie. Tak jak mówiłem wrócimy jutro. Olo odwrócił się, szybkim krokiem wrócił do samochodu. Odpalił auto i powoli ruszył drogą na północ. - I jak?- zapytał Jacek. - Ci ludzie są naprawdę pogięci- rzucił znad kierownicy. - Ale z kim gadałeś? Co powiedział? - Nieważne. Załatwiłem sprawę i tyle- Olgierd włączył radio żeby zagłuszyć ewentualne dalsze pytania i skrzywił się, słysząc ulubioną stację Jacka.

***

Samochód zostawili na środku drogi "i tak nikt tędy nie jeździ", Olo zawsze miał jakieś wytłumaczenie na podorędziu. - Dalej musimy iść na piechotę- rzucił Witek patrząc na mapę. - OK. bierzcie plecaki- Olgierd otworzył bagażnik i zaczął wyciągać bagaże. - Z tego co Olo ustalił, miejmy nadzieję trafnie, cel znajduje się kilka kilometrów na zachód stąd. - Co to znaczy kilka?- zainteresował się Jacek. - Olo weź mu wytłumacz. Olgierd właśnie zamknął bagażnik i spojrzał lekko rozdrażniony na Jacka. - Kilka, dlatego że moje źródło informacji ma już swoje lata, poza tym- dodał odpalając papierosa- dziadek znał tą legendę z drugiej ręki. - To znaczy że nie masz pewności?- w głosie Jacka dało się wyczuć nutę zwątpienia. - Chodźmy już, bo przed zmrokiem nie dotrzemy na miejsce- Olgierd ponaglił Witka, który spojrzał na kompas i ruszył pierwszy między drzewa. - Powiem ci dokładnie to, co sam usłyszałem- powiedział Olo, starając się trzymać blisko Jacka, co nie było najłatwiejszym zadaniem biorąc pod uwagę gęstość lasu. - Wiesz dobrze że lubię wypić- zaczął z rozbrajającą szczerością- i że jestem stałym bywalcem "Klina", wiesz, ten bar koło mojego domu... - Tak wiem- wysapał Jacek w skupieniu omijając co większe, wystające korzenie drzew. - No więc pewnego razu dosiadłem się do takiego dziadka, on zawsze tam siedzi i sączy browar- zaciągnął się papierosem- ja po jednej stronie lokalu on po drugiej...no więc dosiadłem się do niego i tak gadaliśmy o życiu i w ogóle, jak to przy piwie. Jak już skończyły nam się tematy, zaproponował że opowie mi pewną historię z dzieciństwa... - To znaczy że błąkamy się po lesie, z powodu historyjki jakiegoś alkoholika? - Daj skończyć- Olo zgasił peta na pniu drzewa.-No więc w czasie drugiej wojny, kiedy miał jakieś dziesięć lat miała miejsce taka historia. Mieszkał we wsi tu niedaleko. Tereny okupowane, w lesie partyzanci, orientujesz się jak było? - No tak. - No więc była

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych