Arytmia wspomnień
A na samej górze, okaleczone trójkątem pinezek, tkwi zdjęcie.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Biurko mam ustawione przed oknem. Podobno nie powinno się tak robić - to rozprasza, mówią. Tyle, że piętnaście lat skończyłem dawno temu i nie potrzebuję go do nauki, a z koncentracją rzadko miewam problemy. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, z którymi naprawdę dobrze sobie radzę. Bywają jednak dni, gdy tętniący życiem krajobraz, czy granatowo-szare chmury, zwiastujące burzę stulecia, pochłaniają mnie bardziej niż wszystko inne. Zasuwam wtedy ciemne zasłony, a w ich ciężkiej fakturze umiera światło. Tak jak teraz. Chłonę przez chwilę spokój mroku, pozwalając, by wzrok powoli się z nim oswoił. Korkowa tablica, wisząca po lewej stronie, niespiesznie zarysowuje się w czerni podłużnym, jasnym prostokątem. Po chwili - niczym otwarta skalpelem klatka piersiowa - ujawnia szczegóły swoich wnętrzności. Na dole wiszą rysunki pokracznych, wychudzonych ludzi pozbawionych oczu, za to obdarzonych uśmiechami przepoławiającymi czaszki - podobizny moje i żony, powołane do papierowego życia przez dwójkę naszych pociech. W ich sąsiedztwie rozsiadły się - okraszone słabej jakości zdjęciami - absurdalne wycinki z brukowców; {i}„Kolejne ofiary krwiożerczej windy", „Chłopiec-nietoperz nie żyje", „Banda gwałcicieli-wampirów wciąż na wolności".{/i} Gdzieniegdzie wiszą jeszcze trupy żółtych karteczek, naznaczonych wyblakłym atramentem. Przypominają o pierwotnym przeznaczeniu tablicy - byciu niezawodną bazą informacji dotyczących ważnych spotkań i naglących terminów A na samej górze, okaleczone trójkątem pinezek, tkwi zdjęcie. Spowity mgłą most rozciąga się szarością na pierwszym planie. W tle majaczą potężne przęsła kolejnego, przywodząc na myśl truchło z cmentarzyska słoni. Jasnożółte poranne słońce czai się w samym rogu, niczym łobuz truchlejący ze strachu przed karą - jego promienie, miast przydać fotografii ciepła, są chłodne. Kojarzą się z mrozem kłującym soplami lodu bezbronne ciała ludzi - mężczyzn i kobiet zmuszonych wstawać o godzinach przynależnych do snu. Ale ulica jest jeszcze pusta, nie rozcina jej nawet jedna rozmazana sylwetka pędzącego samochodu - całość emanuje spokojem, jakiego można doświadczyć siedząc samotnie w ogromnej katedrze, wypatrując sufitowych fresków, wysoko nad nami. To taka osobista nirwana z betonu i smoły, święty obrazek uchwycony na kliszy. Nikt, poza mną, nie zna istoty jego sacrum. Rytuał jest prosty: wystarczy, że zamknę oczy i rozcapierzę palce, wyciągając je w kierunku fotografii. Wtedy cisza zniekształca się w głos, a wilgotny wiatr - mokry kroplami skradzionymi rzece - smaga mi twarz. Z dźwięków - jak w umyśle synestetyka - eksplodują kolory, formując dobrze znane kształty. Uśmiecham się, bo wiem już, co przyniosą kolejne sekundy. W sposób podobny echu puszczonemu od tyłu, ożywają miękkie kroki kogoś, kto biegnie. Kto odnajduje ukojenie w rytmicznym mijaniu drzew, mostów, przekraczaniu rzek. Harmonii nie psują ciężkie uderzenia pięty o twarde podłoże. Za tym kimś staram się nadążyć. Znowu mam dwanaście lat. Jestem zmęczony i ciężko oddycham. - Tato, zwolnij trochę! - krzyczę. Znam na pamięć tył zgniłozielonej bluzy z kapturem i luźnych szarych spodni. Stroju dopełniają sportowe buty -torturowane regularnymi treningami zbyt długo, by określić kolor. Wpatruję się w nie, kiedy zaczyna brakować mi sił, hipnotyzując miejscem, gdzie puszcza klej scalający skórę z gumą. W sztuczną ranę wpadają drobne kamienie i drobinki błota - lewa podeszwa wkrótce nie wytrzyma, puści. Będzie kłapać - tak mówiłem, kłapać. Wtedy tenisówki wylądują w koszu, razem z kawałkami naszych wspomnień, zawieruszonych między sznurówkami. Ale teraz jeszcze biegniemy, a ja uspokajam oddech i przyspieszam, łowiąc sylwetkę taty w kosmykach mgły, mknącego między duchami. Mijamy kolejny most, machając do marynarzy z przepływającej nieopodal barki. Wątpię, żeby mogli nas dostrzec. Krążymy różnymi trasami - wyznaczanymi przez chodniki i wyobraźnię - jeszcze kwadrans. Dopiero wtedy decydujemy się zawrócić do domu, korzystając z zapasów sił zmagazynowanych właśnie na te paręset ostatnich metrów. Udręczony organizm uwalnia w końcu epinefrynę, wprawiając moje dwunastoletnie ja w stan euforii - pierwszej i wciąż jeszcze niewinnej namiastki orgazmu. Odpoczywamy chwilę nim zapukamy do drzwi - zmęczenie ucieka obłokami pary, przypominającymi dusze opuszczające ciała. Tata ma zaczerwieniony nos, ja chyba też, bo kąciki ust zaczynają mu drżeć, zapowiadając nadchodzącą wesołość. Usiłuję udawać poważnego - przecież dzieci uwielbiają wyglądać na dużo starsze i wyjątkowo dojrzałe - ale szybko rezygnuję. Pękamy więc ze śmiechu, trwa to dobre trzydzieści sekund albo wieczność. Wtedy ktoś otwiera okno i wiem, że za chwilę wszystko się skończy. Wciągam jeszcze rozpaczliwie zapach ciepłego kakao i owocowego szamponu, którym mama myła włosy.
Znowu siedzę w moim fotelu, w pokoju opuszczonym przez światło. Tylko, że ciemność zdążyła się zmienić. Teraz jest mrokiem wnętrza trumny, smutnym i przygnębiającym. To przekleństwo nieodłącznie towarzyszące szczęśliwym wspomnieniom. Są wymarzonym prezentem zapakowanym w cienki i ostry jak brzytwa papier - rozrywając go, zawsze skończymy z boleśnie poprzecinanymi palcami. Nie umiem wybierać zdarzeń, do których powracam, nie panuję też nad ich intensywnością. Przejawiają się w nagłym wzroście temperatury, znajomym smaku na koniuszku języka lub mocniejszym zabiciu serca. Większość pozostaje na etapie fatamorgany - często zbyt niewyraźnej, by zrozumieć cokolwiek. Żadne jednak nie może równać się z dniem, w którym biegaliśmy. To chyba nie przypadek, że właśnie ów poranek jest najbliższy rzeczywistości - trudno o piękniejszą rzecz niż narodziny więzi ojca z synem. Między innymi dlatego myślę, że Los istnieje w formie bytu obdarzonego przewrotną osobowością. Bo jak inaczej wytłumaczyć, że cud powrotu do dzieciństwa objawił się kilkanaście godzin po kłótni, w czasie której córka oznajmiła, że nie chce mnie znać?
Zdarzyło się to w wigilię Bożego Narodzenia. Nic dziwnego - odgórny przykaz umiłowania bliźniego działa na ludzi podobnie do czerwonej płachty, wzbudzającej w bykach morderczy szał. Dochodziła dwudziesta pierwsza, nikt już nie pamiętał treści błahych życzeń składanych przy stole. Cieszyliśmy się - lub tylko udawaliśmy - z otrzymanych prezentów, w duchu dziękując Bogu, że obłęd zakupów powróci dopiero za rok. Patrząc z boku, ktoś mógłby pomyśleć, że jesteśmy przykładną, niemal modelową rodziną - szczęśliwy mąż z żoną, nastoletni syn i młodsza córka. Sielanka wprost ze świątecznego katalogu w supermarkecie. Nie potrafię sobie przypomnieć, dlaczego zaczęliśmy się kłócić. Pewnie poszło o drobiazg - bo zawsze chodzi o drobiazgi. Bombki i talerze przetrzymały atak gwałtownej nawałnicy - ucierpiały jedynie uczucia, sztyletowane, raz za razem, niepotrzebnymi pretensjami. Żona i syn wyszli z pokoju, zostawiając nas samych - dwójkę bokserów w pojedynku bez rund. Minęła godzina nim w końcu zapędziliśmy się wzajemnie do miejsca, skąd nie było już wyjścia. Zrozumiałem, że jeśli padną jeszcze jakiekolwiek słowa, to tylko takie, które niebezpiecznie nadwyrężą łączącą nas nić - być może nawet zrywając na zawsze. Zawczasu podniosłem rękę w uspokajającym geście. Za późno. - Nienawidzę cię, nie kocham! Nie chcę cię, nie chcę! Nie chcę takiego taty! - Kochanie, uwierz mi, wiem, co czujesz... - spróbowałem załagodzić sytuację. - Gówno wiesz! - przerwała - Nie masz pojęcia, jak to jest... Wybiegła z pokoju. Zostałem sam, pośród grobów kolorowych opakowań i porzuconych prezentów. Choinka odbijała się w oknie tysiącem mrugających światełek, stwarzając iluzję, że w tym oto domu wszystko jest w porządku. - Masz rację. Nie wiem. - powiedziałem cicho, nie wiedząc do kogo. Zostałem sam.
Leżałem na kanapie wpatrując się w sufit, kiedy trzasnęły drzwi - do korytarza wleciało lodowate, zimowe powietrze w towarzystwie kilku płatków śniegu. Parę minut później zabrzęczał telefon, oznajmiając odebranie wiadomości. „Wyjeżdżamy na weekend, tak będzie chyba najlepiej. PS Mała prosi, żebyś nakarmił jej rybki i nie wyrzucał szczurka." Zatem stało się. Rysa wyewoluowała w pęknięcie - złe słowa, które padły niedawno, dopełniły rozkładu toczącego naszą rodzinę od pewnego czasu. Mimo wszystko, błahe, wydawałoby się, post scriptum napełniało mnie nadzieją, że nie jest, że nie będzie tak źle. Z tą myślą poszedłem do kuchni - w zamrażarce leżała nietknięta butelka wódki. Doprowadzanie się do stanu całkowitej nieużywalności zajęło mi około dwóch godzin - nie pamiętam dokładnie, wszak wiek ma swoje prawa. Zasnąłem w ubraniu, pomiędzy opróżnioną flaszką, a starymi fotografiami, które zacząłem przeglądać w przypływie nostalgii, wierny zasadzie, że jeśli się dobić - to tylko do końca.
Fenomen zaistniał o ósmej rano, czterdzieści minut po tym, jak zacząłem sprzątać. Stłukłem dwa kieliszki i drobne szkło skaleczyło palce, znacząc opuszki czerwonymi kropelkami. Zanim to zauważyłem, zdążyłem poplamić większość zdjęć. Wyglądały teraz, jak robione w pierwszym dniu końca świata - jeśli tylko Bóg zdecydowałby się utopić wszystkich w deszczu posoki Niecierpliwie jąłem je wycierać i byle jak upychać między stronami albumów. W końcu sięgnąłem po fotografię, na której widniał most. Jeden z krwawych paciorków rozprysł się dokładnie pośrodku, tworząc mini-kałużę w kształcie zdeformowanej ludzkiej sylwetki. Raz, dwa starłem ciecz rękawem - i usłyszałem śmiech. Gdyby nie fakt, że alkohol wciąż krążył mi w żyłach - przestraszyłbym się. Zamiast tego, nadstawiłem uważniej uszu. Liście ze zdjęcia zaszeleściły na wietrze. Skądś dobiegł dźwięk syreny, przypominającej nawoływanie zapomnianego upiora. Zupełnie odruchowo przytknąłem palce do miejsca, gdzie znajdowało się słońce. Poczułem lekkie pieczenie, podobne dotknięciu wnętrza wygasającego piekarnika. Wszystko trwało nie więcej niż pięć sekund. A potem umarło. Do tamtej pory uważałem się za agnostyka i mężczyznę twardo stąpającego po ziemi. Nie mogłem jednak zignorować cudu - zbyt realnego i pięknego, by uznać za delirium.
Zajęło mi pół roku nim doświadczyłem go ponownie. Sześć długich miesięcy pochłaniania książek dotyczących koncentracji, świadomych snów, opuszczania ciała. Przede wszystkim jednak oddaliłem się - jak nigdy wcześniej - od rodziny. Próby nawiązywania poprzednich stosunków spełzały na niczym. Coś pękło. I chyba żadne z nas nie wiedziało, od czego zacząć sklejanie. Odzyskałem radość życia dopiero, gdy moje powroty do przeszłości nabrały cykliczności - zdarzało się, że chłonąłem emocje dzieciństwa parę godzin dziennie. Jeśli nie siedziałem w gabinecie, chroniony przed ciekawskimi świeżo kupionym zamkiem, biegałem. Tak jak kiedyś.
Zaczęliśmy sypiać z żoną w…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil reaktywacja_pstraga
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…