Astra
Taka gwiazdka z nieba dla królów.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Część I Morze szumiało. Słońce rysowało na niebie czerwone smugi. Piasek był bardzo gorący, trwał miesiąc Ukan, najgorętszy w roku. Ludzie nie wychodzili podczas dnia z domów, a pracować dało się tylko wieczorem, a i tak było bardzo parno. Dzieciak rybaka naprawiał na plaży sieci. Robił to bardzo niedokładnie i od niechcenia. Wolałby bawić się z podobną jemu hałastrą, albo dać swobodnie wędrować swoim myślom w bliżej nieokreślone rejony czy nigdy niepełniące się marzenia, a nie zajmować się tym niewdzięcznym zajęciem. Sieć trzeba było naprawiać po każdym połowie, a ta plątała się i wpijała w ręce. Gdy tak wiązał supełki nagle jakieś sto łokci od niego coś spadło. Zadymiło i wypaliło dziurę w piasku. Chłopiec nieśmiało do tego czegoś podszedł. Wyglądało na kryształ. I w tedy stała się dziwna rzecz. Kozik, który zwędził ojcu, wyleciał z jego kieszeni i zaczął wirować wokół tego czegoś. Dzieciak nie przestraszył się. Naturalnie pobiegł do wioski z wiadomością, że dostał gwiazdkę z nieba. * Przez szparę od drzwi zaglądał promyk słońca. Wędrował poprzez sterty siana przeznaczonego dla koni, podłogę, widły aż na zamknięte oczy, w sumie przystojnego, młodzieńca. Młodzieniec ów miał na sobie zielone spodnie i naznaczone ilością przebytych dystansów buty. Koszula wisiała na przybitej do ściany podkowie. Pod ubraniem leżała, roztrojona w tej chwili, lutnia i fujarka. Młodzieniec ten w obecnym momencie znajdował się w szopie na siano, która to z kolei miała swoje miejsce w niewiele znaczącej mieścinie. Otworzył oczy. Miały one niezwykły, chabrowy kolor. A ile złamanych serc naiwnych gąsek wisiało na ich sumieniu... Otworzył niezwykle czarujące chabrowe oczy. Na lewo od jego głowy leżała niebieska damska pończoszka. Uśmiechną się tryumfująco. Poranek, jakich wiele. -Zachowam jako trofeum... Włożył ją do kieszeni. -Co za... Dama minionej nocy, jak się okazało ponad uwodzicielską aparycje grajka postanowiła przedłożyć to, dla czego głównie parała się swoim zajęciem, mianowicie zysk. Ten był dość mierny, bo grajczyna miał tylko pieniądze na dzisiejsze śniadanie i to skromne. Trzeba jakoś zdobyć jedzenie. Ubrał na siebie koszule i zielony kubrak z przypiętym zwiędłym, żółtym czymś, co jeszcze wczoraj było kwiatem. Otworzył wrota szopy, a za nimi ukazała się tętniąca życiem ulica. Słońce dochodziło zenitu. Stragany z różnościami stały po obu jej stronach. Przekupki prowadziły między sobą zażarte dyskusje, okraszone wzajemnymi obelgami. Inne kramy oferowały klienteli różnorakie ingrediencje, płaty suszonej skóry bazyliszka, wywary i wyciągi z ziół, korzenie mandragory, a nawet eliksiry na mniejsze i większe dolegliwości. Gdzie nie gdzie ktoś wygrywał, a ktoś przegrywał ostatnie miedziaki. Po bruku odbijał się stukot gwoździ od butów ćwierć inteligentnych struży prawa patrolujących ulice, skrupulatnie starających się nie zobaczyć powszechnych aktów łamania przepisów, wandalizmów i wszechobecnego hazardu. Cóż, święty spokój sam się nie zapewni. W bocznej uliczce jakaś dziewczyna w fioletowej kiecce zakładała się, z chwilowo będącymi na przepustce żołdakami o trzy rzuty nożem do celu. „Idiotka”. Pomyślał. Między kuglarzem, który ku uciesze gawiedzi czynił różne sztuczki, które sprawiały, że ludziom z sakiewek znikały pieniądze, a kramem z łukami, kuszami, bełtami i takiego rodzaju niebezpiecznymi narzędziami stał stragan prowadzony przez karzełków. Te krępe, małe istoty pracowały na roli, a plony swych trudów sprzedawały w miastach. Ich produkty uchodziły za najlepsze. Jednak były to dość wrednawe i mściwe stworzenia. Tym stoiskiem zajmował się rudobrody niziołek o niemiłym wyrazie twarzy. Grajek uśmiechnął się czarująco. -Ciekawa rzecz. Wskazał wzrokiem na małą ampułkę wypełnioną czerwonym płynem, wiszącą na szyi karzełka. -To amulet.- Odburkną brodacz.-Mam go od takiego jednego maga. Krew z... Domyśl się, z czego. Nachylił się do ucha młodzieńca. Ten sprytnie wykorzystał okazje i zręcznie zwinął coś do zjedzenia. -Ma zapewnić powodzenie u dam... Mrugną okiem i obaj się zaśmiali. -A gdzie można sobie coś takiego sprawić? Kolejny raz zwędził sobie warzywo. -Tobie to chyba niepotrzebne. -Schlebia mi pan. Jeszcze raz się uśmiechną. -Do zobaczenia. Odwrócił się i odszedł. „Stary kretyn”. Ledwie to stwierdzenie przemknęło mu przez głowę, a za sobą usłyszał... -Złooodziej!!! I natarł na niego tłum. Kobiety zaczęły piszczeć, a jakby z pod ziemi wyłoniła się banda karzełków. Niewiele się zastanawiając zaczął biec przed siebie i krzyczeć. -Złodziej! Złodziej! Tam pobiegł! Tłum za nim. On biegł. Tłum za nim. Skręcił w wąską uliczkę. Przebiegł obok jakiejś gospody, aż trafił pod CZERWONY OBCAS. -Dziewczyny... to on! Oto we drzwiach stanęła blond właścicielka niebieskiej pończoszki. Dama wczorajszej nocy była widocznie podenerwowana. -Ej ty! Jesteś mi coś winny... -Droga moja, mam tylko to. Odpiął zwiędły kwiat i rzucił dziewczynie pod nogi. Ona histerycznie zdeptała go i wrzasnęła. -Brać gooo!!! Banda pań wypadła z CZERWONEGO i rzuciła się na niego. Obrócił się i zaczął uciekać, kobiety za nim. Naraz z przeciwnej strony ulicy wyłoniła się mściwa kohorta karzełków. -To on. Rudobrody niziołek z amuletem z krwią, która należała zapewne do jakiegoś bydlęcia albo kobyły, nie do dziewicy, trzymał w rękach pałkę. Wszczęła się naprawdę malownicza bójka. Damy lekkich obyczajów z karzełkami walczyły o to, kto ostatecznie dołoży grajkowi. Ten poczuł uderzenie w głowę. * -Ej ty... Dochodził go jakiś głos, słyszał jakby był pod wodą. -Ej ty... Ocknij się! Głos był zdecydowanie damski. Był w jakimś lesie. W ciało wrzynały mu się sznury. A więc był związany. Musiały go dostać karzełki. Otworzył oczy. Przez mgłę widział kogoś, również spętanego. -Wreszcie... To była dziewczyna. Wywnioskował to po długich, brązowych włosach. Mało tego, dziewczyna, zgięła się i pomimo związanych rąk wyciągała z cholewki buta nuż. Rozcięła nim sznury na kostkach, po czym włożyła go między stopy i przecięła więzy na rękach. -A... -Cicho! Wstała. Miała na sobie fioletową spódnicę przed kolana, brązowe legginsy, czarną koszulę z podwiniętymi rękawami i buty z cholewkami. We włosach tkwiło jastrzębie piórko. -Cicho sieć! Zaczęła rozcinać jego sznury. -Teraz są pijani, jak będziemy cicho to zwiejemy. Nie są zbyt bystrzy kretyni. Ta lutnia to chyba twoja. * Siedzieli przy ognisku, na leśnej polanie. Las nucił swoją nocną, pobudzającą nerwy melodię. W koło rosły stare czarne olsze. Dalej były bagna porośnięte kolczystą tarniną. To wszystko sprawiało, że nocą ta polana była twierdzą nie do zdobycia. Nawet zwierzęta bały tu zapuszczać, by przypadkiem nie zakończyć w obślizgłym mule. Między drzewami pojawiały się i znikały niebieskie płomyki. -Nigdy nie idź za nimi.- Powiedziała dziewczyna.- Tak cię wyprowadzą, że nigdy nie odnajdziesz drogi do domu. -A skąd wiesz, że takowej szukam? -Chyba nie chcesz skończyć, jako kolacja dla wilków lub wilkołaków? -Są tu wilkołaki?- Zapytał trochę zaniepokojony. -Auuuuu... Roześmiała się i wróciła do naprawiania strzał. -Ej... Widziałem cię. To ty zakładałaś się z tymi żołdakami, w tej uliczce tak? -Też cię widziałam. Jak kradłeś tym typkom owoce ich ciężkiej pracy. Za to cię dorwały, tak? -Też leżałaś związana. W ogóle, kim jesteś? Nie boisz się dziewczyno-to słowo zaakcentował szczególnie mocno, jakby chciał przez to ująć, że miejsce kobiet jest raczej nad garnkiem z zupą albo w łóżku, a nie w środku nocy w głębi lasu- ...sama w tej dziczy? Nie boisz się? -Czego? Ciebie czy tych karzełków? A może wilkołaków, wampirów i strzyg? Schowaj te pończoszkę... Z kieszeni wypadło mu trofeum po nocy, w której spał na miękkim sianie, a nie na mokrym mchu na jakiejś cholernej polanie w cholernym lesie. Zmieszał się nieco. -To... masz jakieś imię? -Kora -Kora... ładnie. Ja jestem Remik Denko wędrujący trubadur i poeta. -Czyli nisko opłacalny grajczyna. -Czemu o niewiasto jesteś taka dla mnie niemiła? To co robiłaś tam związana? -Powiedzmy, że byłabym wartościową kartą przetargową. Ci głupcy powinni się cieszyć, że im zwiałam. Inaczej stracili by głowy. -To jak złapali taką amazonkę jak ty? -Gdyby ci ktoś przyłożył eter do ust też byś odpłyną. Wzięła do ręki łuk. Założyła strzałę, napięła cięciwę. Grot ze świstem wylądował obok nogi Denka. -Możesz trochę uważać?! -Spokojnie... Dziś wygrałam ten nożyk...-Wyciągnęła ostre narzędzie z cholewki, to samo, którym rozcięła więzy.-...z tymi żołnierzykami. Wiedziałam, że się przyda.- Na jej twarzy pojawił się tryumfalny uśmiech. Z daleka doleciało przeciągłe wycie. -Nie bój się. Do ognia nie podejdą. -Kto nie podejdą? -Wilkołaki, wampiry i strzygi. Nie wspominałam, że tu są? -Coś tam mówiłaś... -Żartuję... Strzyg nie ma w tych lasach. Reszta się znajdzie. Jak coś to mam srebrne bełty. -Pocieszające... -Rano odstawię cię do najbliższej drogi a teraz zaśpiewaj coś trubadur. Wziął do ręki lutnię, szarpną struny i zaczął śpiewać.
Na niebie malowanym atramentem, Gwiazdy błyszczą jak oczy kochanki. Taka gwiazda spada czasem na ziemie, I płomień zapalny daje władzy.
* „Koszmarne, cholerne gorąco.” Kora, jak obiecała, odstawiła grajka do najbliższej drogi. Ta okazała się być zupełnie nieuczęszczanym traktem, więc teraz Remik Denko wędrujący trubadur i poeta szedł w spiekocie i skwarze lejącym się z nieba. Przy drodze nie rosło nawet najmniejsze drzewko, czy najlichszy krzaczek by schronić głowę pod cieniem i dać ulgę zarówno nogom jak i duszy. Tym bardziej naiwnym było by mieć nadzieję na źródełko czy studzienkę z życiodajną, chłodną wodą. „Cholerne gorąco, cholerne słońce, cholerna droga. Naprawdę nikt, tędy nie jeździ! Po co komu taka droga, której człowiek nie używa!” Popatrzył na niebo. Słońce wspinało się coraz wyżej, co zwiastowało jeszcze większy upał. „Cholerna dziewczyna. Nie mogła by pokazać mi jakiegoś bardziej popularnego duktu. W ogóle to kim ona była? W sumie całkiem ładna... ale niebezpieczna, te strzały, ten nóż... Lepiej było by jej więcej nie spotkać. W sumie to i tak zaraz tu skonam z tego gorąca. Nawet nie mam kartki by spisać swój ostatni przedśmiertny poemat. Cholerne gorąco” Gdy tak godził się już z myślą skonania w mękach, usłyszał za sobą odgłos uderzania kopyt konia o suchą drogę. Na horyzoncie pojawił się jeździec. Błyskawicznie zbliżył się do Remiego. Miał bardzo dobrego konia. Zeskoczył ze swego rumaka. Był to postawny mężczyzna z rudymi włosami i zarostem, na pierwszy rzut oka widać było, że żołnierz, mało tego, oficer. -Mogę jakoś pomóc? Grajek popatrzył się tępo na niego, po czym zaniósł się gromkim śmiechem, tak, że przybysz przez chwilę myślał, że skwar pomieszał mu zmysły. -A i owszem. Możesz. Masz trochę wody? Jeździec wyciągną skórzaną torbę na wodę i podał mu. Remik zachwycał się błogością smaku życiodajnej, chłodnej wody. -Dziękuję.-Oddał bukłak żołnierzowi.-Co pana wiedzie po tych jakże nieprzyjaznych człowiekowi drogach? -Słyszał pan może o gwieździe z nieba, wokół której wiruje wszystko, co z metalu? -Nie niestety. Chociaż... Może w jakimś wierszydle... Ale nie. Nie przypominam sobie. Pomyślał, że wyraźnie temu człowiekowi upał również dał się we znaki. -No nic, więc mi pan nie uwierzy. Jak brzmi pańska godność, jeśli można wiedzieć? -A! Tak! Remik Denko wędrowny poeta i trubadur. Po czym skłonił się swoim do bólu wyćwiczonym ukłonem. -Ta... To by się zgadzało... -Co by się zgadzało? -Nie, nic.-Uśmiechnął się czarująco. - Może gdzieś podwieść? I zanim grajczyna się spostrzegł już ogłuszony zwisał przez zad konia. * Obudził się przed szafotem. Ktoś go od tyłu podtrzymywał, ktoś coś mówił. Rudy żołnierz rozmawiał z jakimś starym urzędnikiem, może to był prawnik. Obok nich stał rudy karzełek. Remika wprowadzono na szubienicę. Wkoło zebrała się gawiedź, by dostarczyć rozrywki swojemu nudnemu życiu. -Nie!!! -Niechże się pan uciszy.- Rzekł flegmatycznie chudy jak tyczka prawnik.-Zostaje pan dziś stracony. Wysłano za panem list gończy. To było dziwne. Jeszcze przed chwilą szedł w okrutnym słońcu po jakiejś zupełnie opuszczonej drodze, rozmawiał z jakimś człowiekiem, potem on dał mu wody a teraz ma zawisnąć na szubienicy. „Może to tylko omamy wywołane gorącem. Obudzić się! Natychmiast się obudzić!” -Za co?! Ja się pytam za, co?! -Tak, oczywiście przeczytam panu wyrok. „Za kradzież mienia pana Baku z Czarnoziemniej Doliny w postaci dwóch sztuk marchwi i jednej sztuki jabłka oraz uprawienie nierządu, pan Remik Denko zostaję skazany na karę śmierci poprzez powieszenie. Ponadto sir Servin zostaje nagrodzony 10000 dukatów za pojmanie złoczyńcy. Podpisano Sąd w Gamau” To był cios. „Wredne karły” -Ale jak to śmierci?! Tak bez sądu?!”- Coraz żałośniej krzyczał Denko. -Ależ właśnie powiedziałem, że sąd się odbył. Tylko pan leżał wtedy nieprzytomny w lochu. – Flegmatycznie odparł sędzia. -Śmierci?! Śmierci!!! Nie można mi było uciąć rąk, czy coś? Tylko od razu śmierć?! -Ależ oczywiście. Według prawa miasta takie wykroczenie karane jest tylko grzywną, jednak był pan sądzony według prawa niziołków z Doliny i w takim wypadku konsekwencje są następujące. Rudy karzełek uśmiechną się triumfująco. Denko czuł jak mu sznur oplata szyję. Już żegnał się ze światem, gdy... -Stop! Schodami prowadzącymi na szczyt murów schodziła młoda kobieta w zielonej sukni i o długich brązowych włosach, w które było wpięte jastrzębie piórko. Mało tego, jej głowę zdobił delikatny, kunsztownej roboty diadem. Niziołek, gdy tylko zobaczył ową damę, rozpłyną się w powietrzu. -Z tego, co mi wiadomo w tym mieście nie obowiązuje prawo Doliny, więc owe... zbiegowisko jest absolutnym bezprawiem i farsą. Pan już nie ma pracy panie sędzio!-Popatrzyła żądlącym wzrokiem na urzędnika.-Radzę szybko zniknąć. -A... ale pani... Prawo mówi... -Cisza!- Nie krzyczała, lecz w jej głosie było coś, co nakazywało być jej posłusznym.-Jeśli kwestionujesz prawo wypowiedziane przez córkę króla, kwestionujesz i jego prawo! Uwolnić tego człowieka!!! Denko odetchną z ulgą na nowo witając się ze światem. -Oczywiście zobowiązany jest on zapłacić karę pieniężną. Kat wyraźnie rozczarowany ściągną sznur z szyi grajka. -Servin!- Zwróciła się w stronę rudego żołnierza.-Zdaje się, że nie zdrajcy nie są mile widziani w tym mieście. * „Głupia dziewczyna!” Pomyślał Servin idąc najparszywniejszą z parszywych ulic. Doszedł przed czarne dzwi. Zakołatał do nich kilka razy. -Wejść... Otworzy je, po czym przekroczył próg. Spojrzały na niego pomarańczowe źrenice. -Jest.-Powiedział. -Przynieś mi to.-Syknął głos spod pomarańczowych źrenic. * W tym samym czasie, kiedy to Denko poznał Korę, został bezczelnie uprowadzony i cudem ocalony, w małej, rybackiej wiosce działy się dziwne rzeczy. Do sioła, do tej pory docierały tylko echa ustrojów politycznych. Jednak oto w tym małym miejscu na ziemi pojawił się prymitywny hierarchiat społeczny. A było to zasługą leniwego syna rybaka. Dzieciak oczywiście pochwalił się swoją „gwiazdką z nieba” ojcu. Ten, gdy tylko wziął to w ręce, poczuł przemożną chęć sprawowania władzy i w natychmiastowym tempie ogłosił się wodzem wioski. To oczywiście nie uszło uwadze człowieka, który już raz zachłysną się wielkim światem. * -Uratowałaś mnie! -Miło, że zauważyłeś. Szli krętymi schodami na wieżę. -W ogóle to ty... ty jesteś córką króla?! -A ty jesteś głupi. -Myślałem, że tylko jakąś walniętą dziewczyną, co bawi się w chłopaka. -Chcesz wrócić z powrotem na szubienicę, tak? -Co w takim razie robi królewna wśród pospólstwa i w ciemnych lasach pełnych upiorów? Nie milej by było bawić się na balach i sypiać w atłasowych łożach, a nie na mokrym mchu? -Nie. Otworzyła, małe półokrągłe drzwi. Za nimi okazała się być komnata pełna ksiąg, zwojów, ziół, dziwnych starych przedmiotów. Pod oknem stało coś jakby luneta tylko dużo większa i wycelowana w niebo. Ponad to pomieszczenie służyło za mały magazynek broni siecznej jak i miotającej. -Patrząc na tę komnatę stwierdzam, że nie ocaliłaś mi życia z dobrego serca... -Przede wszystkim nie lubię głupoty, a wieszanie śpiewającego idioty, w dodatku nieprzytomnego jest głupotą. A tak poza tym to przydasz mi się. -Nie wątpię. Może w śród tych ksiąg nauczyłaś się czarować? Może jakieś małe hokus pokus, co? -Umiem tak... Energicznym ruchem wyciągnęła dłoń w kierunku małej, srebrnej figurki jednorożca, po czym ta z impetem walnęła o ścianę. -Imponujące...-Powiedział z lekkim przestrachem. -Może powiem ci, dlaczego jeszcze żyjesz? Słyszałeś kiedyś o Astrze? -O czym? -Gwieździe, wokół której wiruje metal. -Ten duży, rudy, co mnie pojmał mówił o czymś takim. -Mówił? Co mówił?! Kiedy?! -No przed tym jak perfidnie i bezhonorowo mnie uwięził. Zamyśliła się przez chwile. -Tacy ludzie jak on nie wiedzą, co to honor. Choć wytłumaczę ci. Pociągnęła go do dużego, drewnianego stołu z mosiężnymi okuciami. Na stole leżał stary zwój z obrazkami i nieznajomym pismem i kilka ksiąg pootwieranych na różnych stronach. -Czytasz runy?- Ze zdziwieniem zapytał. -Ta... To jest kronika tego miasta, na oko 500 lat, a to...-Wskazała na książkę.- Historia Alnus-Tel... -Tego klasztoru z zwariowanymi mnichami? -Ale się zdziwili, gdy in zwinęłam tę książkę... We wszystkim tym pojawia się Astra. Nawet jest opisany przypadek, gdy ktoś ją miał, miał też dużą władzę. -A... i chcesz ten kamyk zgarnąć dla siebie i rządzić tym miastem i krajem... -Nie idioto!- Zrobiła się naprawdę zła.-Oprócz tego jest jakaś przepowiednia, ostrzeżenie. Ale nie potrafię tego odczytać. -Ale czego chcesz ode mnie? -Właściwie to nie chciałam niczego, ale się nawinąłeś, wiec mi pomożesz. Poza tym pamiętasz tę piosenkę, co nuciłeś ją na tej polanie w lesie? Gdy zobaczyłam jak już niemalże, co dyndasz, coś szepnęło mi że możesz byś potrzebny. -Być może coś nuciłem o jakiejś gwiazdce. Nie pamiętam wszystkiego, co śpiewam. Po prostu przychodzi i już. -Jak powiedziałam, nie umiem tego odczytać, ale wiem, kto sobie z tym poradzi. -Kto? -Ogrodnik. -Kto?! -Rrrrrr.... Astra może być... jest niebezpieczna, ale ty jesteś zbyt tępym kretynem by to zrozumieć! * Konia miał wspaniałego. Pędził przez pustkowia, do małej nadmorskiej wioski skąd pochodził. Przed chwilą świtało. Nie miał czasu do stracenia. Do jego rodzinnego sioła było cztery dni drogi, a trwał najgorętszy miesiąc, nie sposób było podróżować południem. Rude włosy w słońcu zdawały się być jeszcze bardziej ogniste. * W ogrodzie bawił się mały chłopiec. Miał on może 5 lat. Dzielnie odbywał swoją najważniejszą w życiu bitwę z papierowym smokiem. -Giń poczwalo...- Celował drewnianym mieczykiem w serce potwora. -Cacper!!! Na kamiennych stopniach stanęła Kora. Dzieciak odwrócił się w jej stronę. -Ile smoków zabiłeś dzisiaj braciszku?-Roześmiała się serdecznie. Chłopiec podbiegł do niej i objął w pasie. -Tylko tego jednego. Ale był bardzo gloźny i zionął ogniem. -Za zasługi dla królestwa otrzymujesz tytuł sir Cacper. -Jakbym widział ciebie, gdy byłaś mała.- W ogrodzie pojawił się mężczyzna w strojnej szacie i z koroną na głowie.-Też wolałaś walczyć ze smokami niż bawić się tymi wszystkimi lalkami, które dostawałaś w darach. A lalki były piękne: z porcelany i jedwabiów, oczka miały z szlachetnych kamieni, a włosy były włosami kobiet, które wolały sprzedać swoją urodę niż siebie, kunsztowne hafty i aplikacje, najlepsze materiały barwione drogimi barwnikami. Lecz każda z nich lądowała w końcu w skrzyni. Kiedy Kora miała kilkanaście lat rozdała je ubogim dziewczynkom, co robiły sobie lalki z kolb kukurydzy. -I dalej wolisz przestrzeń od przepychu pałacy.-Tym razem głos należał do nie młodej, już, ale wciąż pięknej kobiety. Ile to było radości, gdy wydała ona na świat syna, mimo swojego wieku. W mieście nie było takiego święta nawet, gdy kilkanaście lat wcześniej, jakby nagle, pojawiła się królewska córka.– Pamiętaj, że wciąż masz obowiązki wobec królestwa. Dobrze wiemy, że wymykasz się z pałacu. -Ale ja nie... -Koro!- Nie krzyczała, ale w jej głosie było coś, co kazało być jej posłusznym.-Martwimy się o ciebie. -O mnie?!- Wybuchła.- Chyba o sukcesję i moje za mąż pójście. Mam jedynie dobrze wyjść za mąż by ustanowić korzystny sojusz dla królestwa. Tron i tak będzie należał do Cacpra. -Ale zanim Cacper osiągnie pełnoletniość nas już może nie być, a ktoś będzie musiał sprawować pieczę nad sprawami. -Dzieją się sprawy o wiele ważniejsze, ale wy o nich nie macie pojęcia. * Było jeszcze przed wschodem słońca. Zaspany grajek podpierał się o słup w stajni w czasie, gdy Kora szykowała konie. -Wytłumacz mi, dlaczego tak wcześnie.-Powiedział ziewając. -Pojedziemy przez pustynię. W ciągu dnia jest na niej bardzo gorąco, a w ciągu nocy lodowato. Musimy dziś zrobić jak największy dystans. Do Ogrodnika są jakieś dwa dni drogi. -Czemu ten gość mieszka na pustyni? -Czemu? Czemu? Bo tam ma spokój. To nie jest zwykły człowiek. -Domyślam się. Kto normalny mieszkałby w środku takiej patelni. Tak w ogóle... –Zawahał się czy w ogóle zadawać do pytanie.-Czemu mówisz, że ten Servin jest zdrajcą bez honoru? -Zdrajca zazwyczaj jest bez honoru. -Wiesz, o co mi chodzi... -Miałam dziesięć lat. Servin był bardzo młodym, ale bardzo zdolnym, rozwijającym się żołnierzem. Mógł mieć wtedy około dwudziestu lat, a już był w straży królewskiej. I pewnej nocy próbował mnie zabić. Oczywiście zrobił to nieudolnie, jak widać, ale śledztwo zostało przeprowadzone również nieudolnie i uniknął konsekwencji. A! No i ktoś wykupił go z więzienia, do dziś nie wiemy, kto. Wrócił on potem do swojej rodzinnej wioski gdzieś nad morzem. Dopięła ostatni pasek na koniu. -Możemy ruszać. * Za nimi był cały dzień podróży, w okrutnym żarze. Konie były wyczerpane do granic, podobnie jak Kora i Remik. Leżeli opatuleni kocami i wtuleni w swoje wierzchowce, a i tak było im potwornie zimno. -Może rozpalimy ogień?-Zaproponował nieśmiało Denko. -Nie, bo zwabimy zwierzęta. -Tu w ogóle coś żyje? -Naturalnie.-Powiedziała jakby to była oczywista oczywistość.-Skorpiony, węże, a wszystko to wyjątkowo wredne. Muszą walczyć o przetrwanie w tak nieprzyjaznym środowisku, to też się im nie dziwię. Oprócz tego cała masa pustynnych duchów, mar i poczwar. W dali pustynia utworzyła jakby tuman z piachu. -K... Kora.-Wskazał na powstały tabun.-Czy to burza piaskowa? -Nie. Skąd? To Elfy Pustyni. Przestępcy wydaleni z elfickiej społeczności. Między innymi dlatego nie chciałam zapalać ognia. Mogłoby to je do nas przyciągnąć. A tego nie chcemy. Pustynia nocą była piękna. Ogromna przestrzeń, a nad nią miliony migoczących gwiazd na czarnym niebie. Teraz były bardziej widoczne niż, gdy przebywało się w mieście. I ogromny księżyc odbijał swe światło w piasku. -Niebo przeczuwa, że wisi nad nami niebezpieczeństwo. Zresztą Ukan jest też gorętszy niż zwykle. Przyroda wie, że coś jest nie tak, czuje dysharmonię. -Skąd to wiesz? – Zainteresował się Remi.- Przecież niebo jest takie jak zawsze. -Widzisz ten gwiazdozbiór. To największy z krasoludzkich wojowników Jasin Wilczy Kieł. Jego miecz zawsze podnosi się do góry, gdy coś się czai w powietrzu. -Ale krasnoludy już chyba wyginęły? -Może tak, a może tylko się ukryły razem ze swoimi skarbami... -Skąd to wszystko wiesz? -Bo miałam dużo czasu na naukę. Może ty dla odmiany coś o sobie opowiesz... Dlaczego zarabiasz na życie jako grajek? -Tak wyszło. Wychowałem się w sierocińcu, tam nauczono mnie martwić się o wszystko, ale pewnego dnia postanowiłem już o nic się nie troszczyć, żyć z dnia na dzień i póki co mi się to udaje. * Jechali w ogromnej spiekocie. Pierwszy dzień już był ogromna męką, ale drugi był koszmarem na jawie. Konie nie mogły iść. Piasek, gdy się na niego stanęło palił ogniem, a gdy się siedziało na koniu wlatywał do oczu. Powoli pojawiały się pierwsze padlinożerne ptaki. Woda się kończyła. Noc również była ciężka. Przejmujące zimno przyprawiało ich o drgawki, nie pomogły nawet koce, które ze sobą zabrali. Nie mieli już siły rozmawiać. Piasek, który błyszczał w słońcu zdawał się poruszać. Remik miał nadzieję, że to tylko złudzenie. Pojawiało się najpierw kilka, potem kilkanaście miniaturowych wydemek piasku. Owe wydemki otoczyły ich. Nagle spod piasku zaczęły wypełzać kobry pustynne, tylko dwa razy większe od tych powszechnie spotykanych. -Przyspiesz! Remik dźgną boki konia. Biedna kobyła z trudem poderwała się do szybszego biegu. -Uważaj by cię nie ukąsiła! Jej jad jest śmiertelny! Zginiesz w kilka sekund! W tem jeden z węży ukąsił konia Denka. Ten padł natychmiast, wydając z siebie bolesne charczenia. Kora zeskoczyła ze swojego. Zaczęła dźgać mieczem piasek, ale nie trafiała w żmije. Jedna z nich zaczęła pożerać padniętego rumaka, pozostałe za nowy cel upatrzyły sobie grajka. Dziewczyna w szale zaczęła je od niego odganiać. -Walcz! Jej starania były jednak nieudolne. Piasek latał w koło. Gdy sytuacja zdawała się być beznadziejna, i że zginął tu niechybnie okropną, wypalającą od środka śmiercią, Denkowi zaświtał w głowie pewien pomysł. W kieszeni na piersi miał fujarkę. Sięgnął po nią i zaczął grać. Węże jakby się zahipnotyzowały i w transie poruszały się do melodii fujarki. Kora dosiadła swojego konia. -Graj dalej! Wciągnęła go na swojego konia. -Nie przestawaj! Sunęła galopem tak, że piasek tryskał spod kopyt. Kobry w transie sunęły za nimi. Przyspieszyła jeszcze bardziej. -Już niedaleko! Widać mury! To prawda. W oddali pojawiły się kamienne mury. * Kamienne wrota zamknęły się za nimi. Zeszli z konia. Zwierzę jakby ciągnięte instynktem pobiegło do wody wypływającej ze źródełka. -Nieźle poradziłeś sobie z tymi wężami.-Powiedział szeptem Kora. -Chyba uratowałem ci życie? -To jeden dług spłaciłeś. Znajdowali się w ogrodzie, w ogrodzie na środku pustyni. Za kamiennymi murami znajdowała się prawdziwa oaza. Najdziwniejsze, że z zewnątrz wydawało się to być bardzo małą posiadłością, lecz gdy weszło się do środka, oczom ukazywały się nieprzebrane połacie łąk i sadów. -Witaj Koro. Widzę, że nie jesteś tu sama. Na schodach prowadzących do kamiennej altanki stał człowiek, już starzec, lecz w bliżej nieokreślonym wieku. Na ciele miał białą szatę, a na głowie słomiany kapelusz. -Witaj Gardenie. To jest mój towarzysz i pomocnik Remik Denko. Przychodzimy do ciebie z prośbą o pomoc. -Każdy przychodzi tu po pomoc, a ja jej nie odmawiam. W sumie jak już ktoś się tu dostanie to się mu należy. Nie łatwo przejść tę pustynię. Chodźcie za mną. Mam nadzieję, że moi strażnicy nie wystraszyli was? -To te kobry?-Zapytał Kora.-Wydawały się właśnie jakoś nienaturalnie duże. Straciliśmy przez nie konia. -Przepraszam, ale muszę się jakoś chronić. Wynagrodzę to wam. Ale co was do mnie sprowadza? -Astra. Wiemy gdzie jest. Ogrodnik strapił się na chwilę. Weszli do drewnianego domku. Kora wyciągnęła stary zwój z torby i rozłożyła go na stole. -Potrafisz to odczytać? Garden badawczym wzrokiem przeglądał zwój. -Ty chyba sama wiesz, o co w tym chodzi. -Wiem tyle, że jest to coś w rodzaju przestrogi. -Otóż tak moja droga. Zdajesz sobie sprawę, jakie niebezpieczeństwo niesie ze sobą ta gwiazda? I zdajesz sobie sprawę, że straciliście mnóstwo czasu? -Jak to?!-Tym razem odezwał się Denko.-Przemierzaliśmy tę cholerną pustynię na darmo? -Uspokój się.-Syknęła Kora i zwróciła się do Gardena.- Co masz na myśli? -Ten zwój nie mówi o tym, czego byśmy nie wiedzieli. Astra jest o tyle niebezpieczna, że jeśli dostanie się w ręce człowieka pragnącego władzy, pomiesza mu ona umysł, a sam człowiek dokona ogromnego zła. Oj mam tu niespęnione marzenia o władzy. Widząc po ich minach, że nie rozumieją, rzekł: -Pokarzę wam. Przeszli przez małą furtkę. W tej części ogrodu nie rosły piękne rośliny o bajecznych kwiatach tylko małe suche badylki, kłącza i korzonki. Niektóre miały maleńkie listki, lecz i one miały wkrótce umrzeć. -Dziwi was ten widok?-Zaczął Ogrodnik.- To są nigdy niespęłnione marzenia. Wykiełkowały w głowach ludzi, ale niedane było im się spełnić i teraz wyglądają tak.-Wskazał ręką na wątłe roślinki.-O te trzeba dbać najbardziej. W tamtym ogrodzie rosły kwiaty spełnionych zachcianek. Są piękne, ale zaraz przekwitają, a na ich miejsce pojawiają się nowe. Denko zastanawiał się, które są jego. -Niespęnione marzenia wywołują frustrację i budzą w sercu ogromny żal. A wiecie, jakie to destrukcyjne. -Jeśli wy wiecie o Astrze...-Ciągnął Ogrodnik.- To inni też wiedzą, może nawet są bliżej niej od was. Nie macie czasu na odpoczynek. Jeden koń wam nie wystarczy. * Wylądowali na brzegu morza. Białogrzywe fale uderzały o piasek. Była noc. Na niebie migały miliony gwiazd, układających się w przeróżne gwiazdozbiory. W głowach kręciło im się okropnie od teleportacji, jaką zafundował im Ogrodnik. Całe ciało odmawiało posłuszeństwa, a te zawroty przyprawiały o mdłości. -Ładnych masz przyjaciół dziewczyno. -Zamknij się. Wstawaj, musimy iść do wioski. Ruszyli piaskiem w kierunku świateł domostw. Przemieszczali się jak nietoperze, cicho i niezauważalnie, chowając za czym się da. Na wioskowym placu odbywało się nietypowe zbiegowisko. Wódz wioski stał na środku i przyjmował od ludzi dary, lub raczej ofiary. Ci których nie było stać na stosowną zapłatę, zostawali siłą zamykani w wielkiej drewnianej klatce. Od wodza na odległość wyczuwalna była aura zła. Jego głowę zdobiła dziwna korona, a na jej środku znajdowała się Astra. Kora i Remik obserwowali to z ukrycia. W pewnym momencie, przyjąwszy haracz od ostatniego mieszkańca, wódz udał się do domu. Lecz ktoś podążył za min. -Servin...- Powiedzieli jednocześnie -Musimy tam iść.- Zaczęła szeptać Kora.-Astra jest już blisko, on tez jest od niej blisko. Idziemy! Przekradli się do chaty wodza. Otworzyli drzwi. Wódz leżał z podciętym gardłem na podłodze, podobnie jak jego rodzina. Servin próbował wydobyć Astrę z korony, lecz nóż, którym chciał to zrobić zaczął wokół niej wirować. Odwrócił głowę. -Oddaj to! Mężczyzna roześmiał się. -Co jest głupia dziewczyno? Chcesz gwiazdkę z nieba? -Servin oddaj to. Zostaniesz ułaskawiony. Nie będziesz musiał się kryć. -Nie muszę się kryć. I ja nie pertraktuje. Wyciągnął miecz i rzucił się na dziewczynę. Ona skutecznie sparowała jego cios. Astra poleciał pod stół, przyciągając do siebie wszelkie łyżeczki i widelce. Denko to zauważył. Zanurkował pod stół i chwycił ją w dłonie. I w tej chwili poczuł, że jego wszystkie problemy mogą się skończyć, że może być panem tej wioski, później królestwa, a na końcu świata. -Biegnij tam, gdzie wylądowaliśmy!- Krzyczała Kora walcząc z Servinem.- Jej siła powinna reaktywować teleport! Wrzuć ją do niego! * Remik biegł najszybciej jak mógł. Już nie czuł chęci władzy, ale przeogromny strach. Chciał się tego jak najszybciej pozbyć. Dotarł do brzegu. Nagle w powietrzu rozbłysną złoty okrąg. -Teleport, taki sam, jaki otworzył Ogrodnik. Siła, jaka wyzwoliła się w chwili aktywacji, odrzuciła go na ziemię. Czuł niemoc, jednak ostatkiem sił napiął się i wrzucił Astrrę w błyszczący okrąg. Teleport momentalnie znikł. -Teraz to już nie nasz problem... Padł nieprzytomny na ziemię. * -Stój!- Krzyknęła Kora i wyciągnęła rękę w kierunku Servina. Ten uderzył o ścianę. -Moce, których nie kontrolujesz siostro? Uderzyła go jeszcze raz, tak, że zawył z bólu. -Jesteśmy rodzeństwem. Zdziwiona? -Łżesz! -Córka króla jest zwykłą wieśniaczką, z zapyziałej dziury. I to w dodatku siostrą zdrajcy. Wściekła, napinając do granic rękę, przycisnęła go znowu do ściany. Ten zaczął się dusić. -Dawo... ekhe... dawno temu. W zapomnianej przesz wszystkich wioski nad morzem... ekhe... zjawił się mag, najstraszliwszy i najpotężniejszy, Borun Pomarańczowa Źrenica. By... ekhe... dać upust swoim rządzom zawiązał znajomość z pewną, półgłupią wieśniaczką. Ekhe... Ona kochała go bardzo... Dziewczynie pot błyszczał na skroniach, a ręka drgała w napięciu. -... on ją tylko wykorzystał. Z resztą jak każdy mężczyzna w tej wiosce... ekhe... -Ale, jaki ma to związek ze mną?! -Nie zauważyłaś u siebie magicznych mocy? Ekhe... Choćby to miotanie przedmiotami, a teaz mną? -O co ci chodzi? -Ta kobieta urodziła potem dziecko, dziewczynkę. Owe dziecko... ekhe... wykazywało magiczne moce, jak jego ojciec, mogło być tylko przekleństwem. Kobieta wsadziła je do kosza i oddała morzu... Potem całkiem oszalała...Ekhe... Akurat wracali z podróży statkiem król i…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil pannaNN
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…