Wróć do katalogu

Autoportret

Nie bój się patrzeć w lustro.

Coward, opublikowano , 27 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Była noc. Chłód kłuł każdy kawałek ciała. Marcin stał na środku całkowicie pustej celi. Wszystko z niej zniknęło. Nie pamiętał, kiedy, ani z jakiego powodu ktoś zabrał wszystkie sprzęty... Nie było nawet drzwi i okna. Pozostał za to duży arkusz papieru leżący na środku podłogi. Podszedł do niego. Czuł, że na drugiej stronie jest coś narysowane; coś, co powinien zobaczyć. Chwycił róg kartki i zaczął powoli ją odwracać, bojąc się drugiej strony...

***

Sen zniknął. Rozpłynął się jak dym na porywistym, jesiennym wietrze. Zamiast niego pojawił się inny. Pod sobą widział ogromną chmurę. Rozciągała się po horyzont z każdej strony. W tym podniebnym bezkresie ciężko było ocenić odległość, ale niewątpliwie ziemia była jeszcze daleko pod nim. Wisiał w bezruchu, wysoko nad ziemią. Huraganowy wiatr rozwiewał włosy. Czuł zimno. W pewnej chwili zaczął spadać. Chmura przybliżała się powoli, coraz szybciej... Próbował się czegoś złapać, rozpaczliwie machał rękoma i nogami, krzyczał. Płynął w dół przez błękitny bezkres. Nie miał żadnego wpływu na to, co się działo. Przeleciał przez chmurę. Spadał. Ziemia zbliżała się coraz szybciej.

***

Obudził się, wściekle wierzgając nogami. Kiedy doszedł do świadomości, w celi rozlegało się jeszcze echo cichego jęku, jaki wydaje się z zamkniętymi ustami. Było mu przeraźliwie zimno. Widocznie niedostatecznie ciepło opatulił się na noc, chociaż tego wieczoru zrobił już chyba wszystko, żeby nie zmarznąć. Lodowate powietrze wlewało się do środka przez okno. Kilka razy próbował je czymś zasłonić, ale nie mógł dosięgnąć. Właściwie to było ono tylko niewielką dziurą w murze, przedzieloną kilkoma stalowymi kratami. Szczerze wątpił, żeby kiedykolwiek była w nim jakaś szyba. Znajdował się w sporym pomieszczeniu o ścianach zbudowanych z ciemnych kamieni, połączonych szarą zaprawą. Leżał na ustawionym w rogu, twardym łóżku. Oprócz niego był tam jeszcze niewielki stolik, duże lustro, malutkie okienko i solidne, dębowe drzwi. Żadnych innych więźniów - tylko on. Do środka wlewał się smukły snop bladego, księżycowego światła. Dzięki niemu mógł dostrzec swój oddech, zamieniający się w delikatną mgiełkę. Nie pamiętał, jak znalazł się w tej kamiennej celi. Wydawało się, że był w niej od zawsze, ale z drugiej strony miał przecież jeszcze inne wspomnienia, więc musiał kiedyś żyć na wolności. W rogu stał spory stolik. Leżał na nim duży arkusz porządnego, grubego papieru, a zaraz obok węgiel do rysowania i kilka ołówków. Kiedy kończył mu się papier, strażnik przynosił nową dostawę. Kiedy kończyły się ołówki, dostawał cały komplet... Do tego jeszcze kilka kromek chleba, trochę masła i szklanka ciepłego mleka, które mu nie smakowało. Oddałby wszystko za kubek czarnej kawy. Nie miał pojęcia, dlaczego tu trafił. Jego wiedza sprowadzała się do kilku przypuszczeń. Czasem odnosił wrażenie, że ktoś obdarzył go dwoma kompletami wspomnień, jakby żył jednocześnie dwa życia. Jedno gdzieś na wolności i jedno tutaj - w więzieniu. Wszystko to zdawało się przypominać kartkę papieru - jedna strona była widoczna od razu, a druga - niedostrzegalna. Podobnie jak najwcześniejsze dzieciństwo w tym pierwszym życiu, tak i początki uwięzienia w tym drugim ginęły w mrokach niepamięci. Nagle przyszło mu do głowy, że mógłby zaznaczać dni jako kreski na kamiennych murach celi. Gdyby robił to od pierwszego dnia, przynajmniej wiedziałby, ile już tutaj siedzi. Podniósł z podłogi ogryzek ołówka i postawił na ścianie długą linię. Grafit jęknął cicho, ocierając się o szorstki kamień. Wiatr uderzył w ścianę więzienia. To właśnie na niej była dziura, którą Marcin nazywał oknem. Zadrżał, kiedy zimny podmuch wdarł się między mury i chłodną dłonią pogłaskał go po włosach. Nie pamiętał jak dostał się do więzienia, ale w pamięci dobrze utkwił mu pewien dzień. Teraz wydawał się odległy o całe lata... Strażnik jak zawsze wszedł do celi i spoglądając na niego postawił na podłodze śniadanie. Już wtedy miał te swoje siwe włosy i pomarszczoną twarz. Prawdę mówiąc, Marcin nigdy nie zauważył na niej jakichkolwiek większych zmian. - Mógłbyś wreszcie zrobić coś, żeby się stąd wydostać, chłopcze. - Myślałem, że mam po prostu odsiedzieć swoje i wtedy mnie wypuścisz - odpowiedział Marcin. - To ty się łudziłeś, że to jest normalne więzienie i normalny wyrok? O nie. Nie ma tak lekko. Musisz sam zapracować na swoją wolność. Pamiętał bezwzględny ton starego człowieka - Co mam robić? - zapytał. I wtedy się dowiedział. Zadanie było proste - musiał narysować swój portret. Dostał ołówki, papier, lustro, wszystko czego zażądał, jeżeli tylko służyło to do rysowania. Nie wiedział, kiedy się tego wszystkiego nauczył - gdy brał ołówek do ręki, wszystko zaczynało się dziać prawie bez jego udziału. Wydawało mu się, że to ma coś wspólnego ze wspomnieniami, które nieustannie kołatały mu się w głowie. Życie, jak kartka papieru, miało dwie strony. Każdego ranka pokazywał strażnikowi arkusze z ukończonymi rysunkami. Jeśli któryś z nich okazałby się wystarczająco dobry, chłopiec byłby wolny. Z tego co pamiętał, kiedyś uważał, że to dosyć proste zadanie. Od dziecka lubił rysować i zawsze całkiem nieźle mu to wychodziło. Poza tym, miał do dyspozycji lustro, a z nim narysowanie autoportretu nie powinno stanowić problemu. Ale kiedy pokazywał strażnikowi swoje szkice, ten zawsze znajdował jakąś wadę, którą mu bezwzględnie wytykał. Czasem były to jakieś typowo techniczne błędy, ale to zdawał się najczęściej puszczać mimo oka. W większości chodziło mu bardziej o to, co znajdowało się na portrecie, niż to jak zostało to narysowane. Jasne było, że nie chodzi o zwykły portret. Musiał narysować coś więcej, ale Marcin nie miał pojęcia, co dokładnie.

Był śpiący; chwycił kartkę papieru i napisał na niej: "Sen o spadaniu. Pustka ". Nie lubił zapominać snów - często korzystał z nich podczas rysowania. Skulił się na twardym materacu i wkrótce zasnął. Wokół niego były tylko cisza i ciemność. Zupełnie jak w tej więziennej celi.

***

Kiedy otworzył oczy, zaczynało się już rozjaśniać. Słońce jeszcze nie wzeszło, ale Marcin postanowił być gotowy na jego przybycie. Ustawił lustro obok stolika, na którym leżała kartka białego papieru. W rogu zapisane były dwa zdania opisujące koszmar zeszłej nocy. Kiedy uznał, że jest już dostatecznie jasno, postawił na papierze pierwszą kreskę. Jeszcze kilka i zaczęła się z nich wyłaniać maleńka sylwetka chłopca, ubranego dokładnie tak jak on. Był widoczny na tle ogromnej, szarej chmury.

***

Strażnik wszedł do celi. Był ponurym człowiekiem grubo po pięćdziesiątce. Lata życia zostawiły na jego twarzy pomarszczoną skórę i krótką, szarą brodę. Z ust zionęło mu tanim tytoniem. Zatrzymał się za plecami więźnia, wpatrującego się w ukończony rysunek. - Kiepska kompozycja, młody. Jak tak dalej pójdzie, to nigdy się stąd nie wykaraskasz - powiedział, uśmiechając się szyderczo. Marcin nawet się do niego nie odwrócił. - Dla mnie jest w porządku - Nie było to do końca prawdą. Narysował ten portret, bo widział w nim jakieś szanse na uwolnienie, ale, prawdę mówiąc, nie był z niego całkiem zadowolony. - Gówno, a nie w porządku! Ale nawet jakby przymknąć oko na ten kolosalny techniczny błąd, który ukazuje wszystkie wady twojego warsztatu, to i tak praca jest niezgodna z tematem. To nie jesteś ty. - Oczywiście, że to jestem ja. - A gdzie tam. To jest jakiś chłopak spadający z dziesięciu kilometrów na twardy grunt. Swoją drogą, nawet mi go odrobinę żal... Ale to nie jesteś ty. Trzymaj tu jedzenie. Położył chleb i ołówki na łóżku, a kubek mleka na podłodze. Potem wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Marcin wiedział, że wróci jutro. Przychodził każdego dnia, zawsze o tej samej porze. Zawsze tak samo ubrany i tak samo śmierdzący. Nie wyglądał na człowieka, który zna się na rysunku, a w mgnieniu oka potrafił dostrzec każdą wadę. Jeszcze raz spojrzał na arkusz, zarysowany czarnymi kreskami. To faktycznie nie był autoportret. Położył go w rogu celi.

***

Rycerz był w pełnym bojowym rynsztunku. Wypolerowana zbroja odbijała płomyczek każdej zgromadzonej w sali świecy. U pasa zawieszony był długi miecz, a na głowie spoczywał skromny stalowy hełm z podniesioną przyłbicą. - Panie, chciałbym prosić o rękę Twej córki, królewny Weroniki - powiedział rycerz, klękając przed królem. Monarcha był starszym człowiekiem, o krótko przystrzyżonej, siwej brodzie i radosnych, niemalże dziecinnych oczach. Wstał z krzesła i uśmiechnął się dobrotliwie. - Panie Marcinie, może pan być pewien, że wspieram pana w tym trudnym boju - mówił uroczystym i oficjalnym tonem - Jednakże małżeństwo wbrew woli mojej córki byłoby błędem. Jeśli królewna się zgodzi, macie moje błogosławieństwo. Zbroja zaskrzypiała, kiedy rycerz podniósł się z kolan. - Dziękuję, wasza wysokość - powiedział i ciężkim krokiem ruszył ku wyjściu z komnaty. Odnalazł dziewczynę na werandzie zamku. Stała tam, oświetlona promieniami zachodzącego słońca, jak bogini zapadającej nocy, wpatrująca się w zapalające się gwiazdy. Odwróciła się do niego. Poczuł ciężar jej spojrzenia. Uklęknął. - Weroniko, kocham cię bardziej niż cokolwiek innego na świecie. Me życie bez ciebie jest bezwartościowe niczym twierdza bez murów. Każdego poranka wstaję tylko po to, by sprawdzić czy spełnią się moje nadzieje i zobaczę w twych oczach odwzajemnienie mojego uczucia. Zdjął hełm i spojrzał jej w oczy. - Weroniko, czy zechcesz zostać moją żoną? Nastąpiła krótka epoka oczekiwania. Ptaki przestały śpiewać. Wiatr przestał wiać. Tylko zimno nadal pełzło po skórze. Królewna wybuchnęła śmiechem. Rozbrzmiewało w nim okrutne szyderstwo, które niosło ze sobą jedyną możliwą odpowiedź. Drwina przeszła przez drzwi do zamku, tam odbiła się od kamiennych murów, a potem wróciła zwielokrotniona i dosięgnęła uszu wszystkich mieszkańców okolicy. Przez chwilę czekał, aż ona przestanie, ale to trwało i trwało. Zdawało się, że klęczał tak przed nią całe lata; zdawało się, że był już starcem, który całe życie czekał na jej odpowiedź, a ona nadal śmiała się szyderczo, czasem siadając na krześle, czasem ocierając łzy, obficie wypływające z oczu. W końcu podniósł się z kolan. Zbroja znowu zaskrzypiała. Raz jeszcze spojrzał na jej twarz i zobaczył to samo okrucieństwo, które dźwięczało w jej głosie. Skłonił się i odszedł. Kiedy Marcin się obudził, słyszał jeszcze ten drwiący chichot tuż obok wiatru, gwiżdżącego pradawną melodię na stalowych kratach celi.

***

- Więc mamy tu gotyckiego rycerza, zamek, jakiś... ogród, nocne niebo i w tle młodą damę, wypłakującą sobie oczy... - przybliżył oczy do papieru - Czy ona się śmieje? - Tak. Ona płacze ze śmiechu - powiedział Marcin. Siedział na podłodze swojej celi. Nie patrzył już na rysunek tylko na twarz strażnika, studiującego dokładnie każdy centymetr kwadratowy papieru. - No, no... Coś w tym jest. Nie powiem. Ale trochę mało to autoportretowe jak dla mnie. Marcin chciał zacząć protestować, ale mężczyzna powstrzymał go ruchem ręki. - Nie mówię, że jest beznadziejnie. Pokazałeś kilka dobrych chwytów. Na przykład wyraz twojej twarzy. Taki totalnie zbity pies. Jakby kogoś poprosił o kiełbasę, a dostał bat - uśmiechnął się, pokazując niepełny komplet pożółkłych zębów. Jak zawsze zostawił mu niezbędne zaopatrzenie, zamknął go na cztery spusty i wyszedł z celi. Więzień zauważył, że strażnik był tego dnia jakoś mało krytyczny. Nie wiedział, co o tym myśleć. Po kilku minutach zmusił się, żeby podejść do rysunku. Ten szkic był dla niego trudny. Rysując dziewczynę i odrzucenie, które z niej emanowało musiał kilka razy odchodzić od płótna, żeby się uspokoić. To właściwie nie był autoportret i Marcin doskonale o tym wiedział. Mimo to nie żałował, że go narysował. Był mu potrzebny, żeby się uwolnić. Nie z tych zimnych kamiennych murów, które go otaczały, ale tych niewidocznych ścian, wzniesionych w innym życiu, w jego umyśle.

***

Nigdy więcej nie miał już snów o śmiejącej się królewnie.

***

Leżał na łóżku w kamiennej celi. Czekał na wschód słońca. Ni stąd ni zowąd coś sobie przypomniał i postawił ołówkiem kreskę na ścianie. Policzył. Było już dwadzieścia jeden, oczko. Tej nocy nic mu się nie przyśniło. Z resztą, z tymi snami to trochę przesadzał. Nie było sensu rysować takich bzdur. Nad portretem trzeba się porządnie zastanowić. - Musisz się z tym kiedyś zmierzyć - wyszeptał cicho. Przypomniał sobie tamten dzień. Był wtedy praktycznie dzieckiem. Siedział spokojnie w kuchni i jadł jakąś nędzną kolację. Właśnie stwierdził, że mu nie smakuje, kiedy wszedł ojciec. Nawet po sposobie, w którym stawiał kroki można było spostrzec, że jest pijany. Rozległo się kilka nierytmicznych uderzeń butów o podłogę, przerywały je głośne sapnięcia i od czasu do czasu jakieś przekleństwo. Marcinowi zdawało się, że ojciec coś do niego powiedział, ale był to bełkot tak wysokiego stopnia, że po prostu nie dało się go zrozumieć. - Co mówisz? - zapytał, nie odrywając oczu od talerza. - Głupi jesteś - wybełkotał ojciec, próbując wlać sobie do kubka jakiś płyn. Marcin nie patrzył na butelkę w jego dłoni. Wlepiał wzrok w ten nędzny kawałek chleba z masłem. - On przynajmniej coś zrobić potrafi, a ty to tylko tymi kredkami machasz, debilu jeden ty... Do pracy byś się wziął. Jeszcze teraz, leżąc na twardej więziennej pryczy, widział ten kawałek chleba, a zaraz obok czuł zapach wódki i pełne nienawiści słowa. - Nie jesteś moim synem - ojciec pociągnął kilka łyków

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych