Wróć do katalogu

Backstage mundi

Wlazł kotek na płotek...

erazmusopublikowano 21 sierpnia 201124 min czytania 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Backstage mundi

Wlazł kotek na płotek i mruga, niestety nie śpiewa. Nie potrafi i ponoć nie ma słuchu, a poza tym męczy go kac. Nazywa się Moniuszko i ma chorą wątrobę. Przez chwilę przygląda się z sympatią ślicznej dziewczynie śpiącej pod sceną. A więc uśmiech na pyszczku, pożądliwe pomruki i fantazje. Szybko jednak mu przechodzi, przytomnieje, wraca ból głowy i przypomina sobie, że przecież za pół godziny odjeżdża ich pociąg.

Wlazł kurek na murek i budzi, i pieje, że dwie wiadomości, obie złe. Nie zaczyna jednak od żadnej, bo dziewczyna swoim wzrokiem przemienia go w kamień. Piękna, miauczy, nie irytuj się tak, co z tego, że bez makijażu, coś wyczarujesz, w końcu jesteś rockową wróżką.

A piękna ma na imię Manson, choć wygląda jak Marilyn. Wiecznie wytapirowane blond włosy, błyszczące – trochę tandetnie – oczy, a uśmiech szeroki, ze wzgórz Hollywood, nawet bez makijażu. No i jeszcze tyłek, ale o tym to już myśli w duchu kot i boi się powiedzieć głośno.

Więc jak przystało na wróżkę, Manson wyczarowuje dla nich odrobinę luksusu, bilet na pierwszą klasę i ruski szampan na śniadanie. Żyć, nie umierać, elegancja-francja, aczkolwiek bąbelki z rana nie zamortyzują karuzeli pod czaszką. Wszystko wydaje się być odrobinę kosmiczne, gdy siedzą potem na peronie i czekają na spóźniający się pociąg. Nie ma sensu zastanawiać się nad inną karmą, wyrokuje w końcu Moniuszko, a po namyśle kładzie na jej kolanach czarną główkę i coś mrucząc, ucina sobie jak gdyby nigdy nic drzemkę.

Manson jest niegrzeczną dziewczynką. Wydziarana jeszcze w kołysce, ukradła mamie trampki i szminki. Miała dziesięć lat, gdy usłyszał o niej świat, na koncercie, kiedy zgasły wszystkie światła, rockowe bóstwa magiczną różdżką przemieniły ją w swoją wróżkę.

Jest niegrzeczną dziewczynką i to chyba właśnie dlatego, wciąż lekko niewyspana i poirytowana, zastanawia się, czy – i ewentualnie w jaki sposób – pozbyć się czarnego futrzaka. Potem jednak przypomina sobie, że to przecież wszystko dzięki niemu. I kończy się na tym, że jest wdzięczna. Zresztą jak zwykle, jak to u kobiet bywa, pełna emocjonalna paleta barw. A pociąg wciąż nie przyjeżdża.

Manson przez chwilę uśmiecha się, próbuje przypomnieć sobie wszystkie historie poprzedniej nocy, w końcu łapie się za głowę i z bólem serca uznaje, że większości i tak nie pamięta. Trochę szkoda, bo, co by nie kręcić nosem, przystojny był ten perkusista…

Po chwili znów analizuje anatomię kota odsypiającego kaca. Moniuszko powiedział kiedyś, że kobiety różnią się od nich tylko tym, że nie mają dziewięciu żyć. Wyśmiała go wtedy, ale powiedziała, że zgoda, ja będę Nancy, a ty Sid, uśmiechnęła się zalotnie, ale nie myśl sobie, nie wyobrażaj Bóg wie czego, jeśli erotyka międzygatunkowa, to tylko po reinkarnacji.

W ich duecie to kot robił za człowieka, zaklęła, wyciągnęła zapalniczkę i przez moment, przez ułamek sekundy przyłożyła do wąsów czarnego futrzaka. Spokojnie, zupełnie naturalnie, tak samo jak reszta kobiet dopasowuje wieczorowe kreacje, przymierza nowe buty. Zresztą doskonale wiedziała, że i tak na nic by się to zdało, bo Moniuszko był kotem magicznym i miał dar przepowiadania. Szczególnie wtedy, gdy tracił pamięć pół litra za zakrętem, pod płotem wieszcząc kaca i Gomorę.

Zawsze wiedział, gdzie będzie najlepszy koncert i dlaczego to nie Woodstock. Ciągał ich po najmroczniejszych melinach, gdzie prawdziwi garażowi geniusze wiosłowali uparcie w morzu alternatywnych nut. Prowadził go szósty, zwierzęcy zmysł. Oczywiście posiadał również rozliczne kontakty, konszachty, znajomości, jak to kot. Siedział w branży muzycznej od zawsze, a Manson nie znała innego życia, jak wiecznej trasy koncertowej. Skończyła rozmyślać, wyciągnęła papierosa, a gdy zapaliła, przyjechał pociąg.

Bo to było tak, że w sumie dziś już dobrze nie pamięta, ale chyba chodziło o seks…

{i}Akt pierwszy (ołówek, czyli biel i czerń){/i}

A więc scena, a na niej naga Manson. Nad leżącą dziewczyną stoi Dżudas Fetyszysta i twierdzi, że jest prorokiem, wyklętym z Edenu wybrańcem, który zaraz pokaże jej, czym jest raj utracony. Wokół panuje półmrok, gdzieś w oddali zaczyna wschodzić słońce w oparach kurzu pozostałego po niedawnym koncercie. A więc czekają na cud, dziś nie będzie gry wstępnej, przemieńmy coś od razu.

Mężczyzna podpala gitarę basową. Zagrajmy, kotku, za chwilę spłoniesz, a ja będę twym strażakiem, mówi. Dziewczyna wyczarowuje ogromny hełm, zakłada go na głowę wybranka i czeka. Jak i czym ugasi dziś ten pożar? Struny gitary pod wpływem temperatury pękają, wydając z siebie stłumiony pisk. Wesoło strzela też drewno, mamy ognisko, myśli rockowa Hestia, robi się ciepło i rodzinnie. Dżudas wreszcie się decyduje, ona na raz, on na dwa, ona wdech, on wydech, ona go wpuszcza, on wchodzi.

Na lewej piersi Mansona zaczyna rytmicznie falować, powiewać wytatuowana flaga, zatknięta tam przed laty podczas dziewiczej ekspedycji w celu zdobycia szczytu. Tej nocy jednak biedna dziewczyna ledwo wychodzi z depresji, nie dochodzi nawet na pagórek, jedynie niedoszły kumpel Jezusa krąży przez chwilę gdzieś po ciemnych dolinach. Drąży, nie wytrzymuje zbyt długo i w finale cytuje Biblię, by po wszystkim zejść na ziemię. Odwrócić się. Zgasić i schować gitarę. Zapiąć rozporek.

Ale trzeba mu to wybaczyć, bo ma stresującą pracę. Dżudas zwany Fetyszystą jest muzykiem, basistą w jednym z tysięcy podobnych do siebie zespołów heavy-metalowych. Takim ludziom się nie odmawia, zwłaszcza gdy jest się rockową wróżką. A poza tym oprócz problemów z erekcją ma także tłumy innych, czekających fanek. W końcu, jakby nie patrzeć, jest czarnym charakterem, a w przypadku kobiet działa to zupełnie bezwiednie i automatycznie.

A droga za kulisy i do ich spodni wcale nie jest taka prosta. Przy wejściu jest selekcja, duży, czarny goryl pilnuje drzwi, zwykły banan tu nie wystarczy. Wcale też nie zawsze chodzi o wygląd, cycki, proste zęby. I choć całość przypomina skomplikowane podchody, kampanię prezydencką z książek fantasy, Manson świetnie sobie radzi, wyczaruje zawsze jakieś uroki, wdzięki i przebiegłe koronki.

Tak było i tym razem, zdobyła Dżudasa niewinnym podstępem, mówiąc, że jest Madonną i przybywa, by go oświecić. Choć oczywiście nie bez znaczenia był tu też długi język, a na nim uśmiechnięta buźka i fikuśny kolczyk...

Na scenie wciąż półmrok, przecież wszystko trwało upokarzająco krótko, słońce zresztą też się jeszcze trochę wstydzi, na horyzoncie przez palce podgląda nagą dziewczynę. A Manson wyobraża sobie właśnie, że trwa koncert, że na dole tłumy skandują jej imię. Na prawym przedramieniu uśmiecha się wytatuowana Madonna, nieco ironicznie dodaje, że znowu zaliczyła wschodzącą gwiazdkę, ale dziewczyna wie, co królowej popu chodzi po głowie, kto już zdążył rozchylić tam kolana. Patrz i ucz się jak zaspokajać tłumy, wszyscy jesteśmy samowystarczalni.

Potem wstaje, podchodzi do mikrofonu, dziękuje publiczności i żegna się, zdejmuje powieszony na nim stanik. Ubiera się powoli i z gracją, cały czas obserwując przy tym siedzącego nad dogasającą gitarą muzyka. Zagraj to jeszcze raz, Dżudas, rzuca od niechcenia. Ten odwraca się do niej, patrzy zdziwiony i pyta, czy chce, by napisać jej piosenkę.

A jednak romantyk, częstuje się papierosem, z manierami, dodaje w myślach zadowolona. W zasadzie nie będzie to pierwszy muzyczny utwór jej poświęcony, a gdyby nawet na chwilę założyć, że faktycznie przejmuje się takimi sprawami przyziemno-metafizycznymi, należałoby by w tym miejscu zaznaczyć, że zostawi kiedyś na Ziemi naprawdę pokaźny ślad po odgrywaniu roli wielkiej muzy. Ale przecież na świecie jest tyle ważniejszych spraw, na przykład jej prywatny koncert, ta piosenka i ta scena o wschodzie słońca.

I tutaj zaczyna się przygoda Mansona z Dżudasem Fetyszystą, ich płomienny, nieco burzliwy, ale długi romans. Trwać będzie przez większą część trasy koncertowej po Europie, i choć zazwyczaj bez satysfakcji, bez serenad pod oknem i bez kwiatków, za to z kolekcją pejczy, świetnym nagłośnieniem i krótkim, ale latającym basem. W końcu ona jest rockową wróżką, a on gitarzystą, często więc wędrować będą po pięcioliniach, gdzie czas jak kwas powiesił się na kluczu wiolinowym, gdzie uważać trzeba, by nie nadziać się na hak, czające się zewsząd gwałcące, fałszywe nuty i akordy.

Zabiorą ze sobą zazdrosnego Moniuszkę i resztę groupies, ale – oczywiście, jakżeby inaczej – piękną Manson pośród nich uprzywilejowaną… Niestety układ ten w końcu przestanie jej odpowiadać, czego łatwo można się domyślić, bo przecież niegrzeczne dziewczynki nie lubią dzielić się zabawkami.

A poza tym, jak szybko się przekona, z muzykami jest jeden zasadniczy problem. Choćby wyśpiewali twoje imię sto razy, na koncertach i pod oknem, nuty są niezdrowe i powodują impotencję, a w przypadku Dżudasa – niestety – problem ten był b a r d z o m a ł y. Ale miał gitarę, przedłużenie i magiczną różdżkę, więc napędzając zaklęty krąg, choć bez satysfakcji, czarował dalej, także Mansona. Przynajmniej jeszcze przez jakiś czas.

{i}Akt drugi ( pastele, kolorowe, ale mdłe){/i}

Tym razem bar, Manson ubrana, aczkolwiek bez przesady. Siedzi na wysokim krześle przy kontuarze i próbuje ratować leżącego obok Dżudasa. Zapijaczona gęba słodko tuli pustą butelkę. Podjęta resuscytacja nie przynosi efektów, czas zgonu dziesiąta sześćdziesiąt dziewięć, tym razem nie wytrzymał nawet do północy. Proszę nie wzywać karetki, rano obudzi go nasz techniczny, nazywa się kac, tłumaczy dziewczyna wszystkorozumiejącemu barmanowi.

W kącie sali gra na rozstrojonym instrumencie ślepy czarny pianista. Muzyka choć nierówna raz po raz zalewa wszystkich wesołymi falami. Szumi w uszach, szumi w głowach, mamy dzisiaj w szklankach jazz. Atmosfera jednak gęstnieje, gdy do środka wchodzi, stukając obcasami, Słodki Transwestyta. Milknie pianino, ucichają rozmowy, głośnieją szepty. Po chwili ktoś rzuca garścią głupich uwag, rozlega się śmiech, bo przecież wszyscy dobrze się znamy, a muzyk wraca do swej czarnej, nierównej melodii.

Perfekcyjny makijaż, skórzana czerń i kabaretki siadają obok Mansona, zamawiają kolorowy drink bez palemki, bo, jak ze smutkiem wyjaśnia barman, skończyły się ulubione różowe. Słodki Transwestyta wyciąga papierosa z drogiej torebki, częstuje rockową wróżkę i pyta, czy jest przekonujący. Bo widzisz, słodziutka, mam obsesję i naprawdę zły dzień. Jego czerwona szminka zostawia soczyste ślady na filtrze, a dziewczyna myśli, że to przez paznokcie, w życiu nie miała tak doskonale zrobionego maniucure. Ale uśmiecha się, jest zauroczona i już prawie zakochana.

I tak siedzą, rozmawiają miło, alkohol trzyma jedno pod ramię i tłumaczy słowa drugiego, potem zmiana, hop, i na drugą nóżkę. Raz po raz szturchają się więc łokciami, grają w niewidzialną grę, poznaj swoje życie w jednym łyku. Ale Mansona fascynuje nowy chłopak. Albo dziewczyna. Zaintrygowana wspomina Einsteina, wszystko jest względne, zwykła nomenklatura, bo seks to nie kwestia płci, a otworów. A ty czego dziś używasz w łóżku?

Jest boskim architektem, zaczyna jej tłumaczyć. Na zlecenie Najwyższego projektuje planety i układy słoneczne. Codziennie od ósmej do szesnastej cyrklem kreśli gwiazdy, skreśla totka i loterię naszych teleskopów, losów i niefartów. A więc jednak znowu artysta, myśli Manson, a to dobre, po czym z zapałem wsłuchuje się w historię pracy Słodkiego Transwestyty.

No więc wyobraź sobie, że dryfujesz w przestrzeni kosmicznej, jest ciemno, ale tylko do czasu, bo wszystko zależy do ciebie. Chcesz, mogę narysować Saturna, a wokół niego wielki winylowy pierścień, nad głową nagle…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych