Wróć do katalogu

Bella - część I (rozdziały 1-3)

Reżyser zwany życiem tworzy najciekawsze scenariusze...

Ewa1Bella, opublikowano , 23 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

CZĘŚĆ I BELLA

Bella to trzynastoletnia dziewczyna, która mieszkała z mamą przez 3 lata w Australii. Mama Belli jest sławną dziennikarką. Niestety kosztem pracy traci córkę. Ale na szczęście wszystko sobie wyjaśniają. Jednak w czasie podróży staje się coś... hm.. nietypowego. Można powiedzieć strasznego. Chcecie wiedzieć co się stało. Gdzie Belle jej mamę i innych sławnych ludzi zabrano ? Kogo Bella poznała i wreszcie jaką ten ktoś kryje tajemnice ? Czytajcie !! [e-mail] Rozdział I

Ostatni dzień w Australii

Od zawsze mieszkałam z wiecznie zapracowaną i piękną mamą. Jest –jak mówią wszyscy- fantastyczną kobietą, dziennikarką i matką. Potrafi pogodzić te trzy role znakomicie! Tak twierdzą wszyscy. Znajomi i rodzina (która mieszka w Wenecji). Tak myślą wszyscy. Wszyscy, tylko nie ja. Nie twierdzę oczywiście, że nie potrafi być piękną kobietą (co dwa dni odwiedza kosmetyczkę) i fantastyczną dziennikarką (o problemach rodzin i sławnych ludziach wie chyba wszystko), ale co do roli matki… Inni myślą że mam wszystko, ale wszystko to znaczy wszystkie gadżety i śliczne ubrania. Piszę ten pamiętnik, bo nie mam z kim porozmawiać o swoich problemach. Jak już wspomniałam rodzina mieszka w Wenecji, a wszyscy moi przyjaciele zostali w Australii gdzie mieszkałyśmy przez trzy lata, gdy mama pisała całą tonę artykułów o tamtejszym życiu. Mną się nie kompletnie przejmowała. W Australii znalazłam prawdziwych przyjaciół. Spytacie dlaczego z nimi nie kontaktuję się pocztą elektroniczną, przez gadu-gadu, tlen czy sms-y? No tak, zapomniałam wspomnieć że tam mieszkałyśmy (a raczej tylko spałyśmy) w małej wiosce, mama stwierdziła że taka sława jak ona tylko tam będzie miała wieczorami trochę spokoju. Ja poszłam do szkoły w której mówiono po angielsku. Ale nie było to dla mnie żadną przeszkodą, ponieważ już jako dziecko świetnie umiałam ten międzynarodowy język. Szybko zaprzyjaźniłam się z tamtymi ludźmi. Byli bardzo mili i szczerzy. Przez całe trzy lata wszystkie popołudnia spędzaliśmy razem na wygłupach, razem, w piątkę (Ja, Miley, Sara, Josh i David) Mniej więcej w połowie roku szkolnego w szóstej klasie do naszej szkoły przyszedł nowy chłopak –Sam. Jedyne wolne miejsce w naszej przepełnionej klasie było obok mnie. Całą lekcję rozmyślałam jak fajnie by było mieć go za swojego przyjaciela. Minął tydzień rozmyślania o nim… Aż (niedowiary) „mr S” (tak go zaczęłam nazywać w ciągu tego tygodnia) zaprosił mnie na pizzę! Szykowałam się jakieś półtorej godziny! Gdy dotarłam na miejsce już tam czekał. Zamówiliśmy i zaczęliśmy rozmawiać. Najpierw rozmawialiśmy po angielsku. Ale potem dowiedziałam się że on jest polakiem. Super było rozmawiać i obgadywać japonkę w dziwacznym kapeluszu którego lampki się świeciły gdy klasnęła w naszym ojczystym języku. Te cudowne chwile przeplatane spotkaniami z Samem i moimi przyjaciółmi trwały jeszcze pół roku. Do czasu gdy mama zebrała wszystkie potrzebne informacje i oznajmiła, że wracamy do Polski. Ten dzień był najgorszym dniem w moim życiu. Obraziłam się na matkę i uciekłam do Sama, który stał się już moim przyjacielem. Ale muszę przyznać, że w głębi serca liczyłam, że w przyszłości stanie się kimś więcej. Mama podobno mnie szukała, ale skąd miała wiedzieć gdzie mnie szukać skoro się mną nie interesowała. Nie wiedziała kim są moi przyjaciele. Po tygodniu wróciłam. W Australii spędziliśmy jeszcze tydzień. To był najbardziej smutny tydzień mojego życia. Nie chodziłam do szkoły, bo zostałam z niej wypisana. Moi przyjaciele i Sam spędziliśmy cały tydzień razem ze mną. Wyjeżdżałyśmy w niedziele, a ja w sobotę pokłóciłam się z mamą. To było dziwne uczucie. Uczucie którego nigdy nie doświadczyłam. Z kimś się pokłócić. Pokłócić się z matką. To coś a`la rozmowa. To coś wspaniałego. Porozmawiać z mamą. I chociaż to bezwątpienia było coś złego -oczywiście o mówię o kłótni- to przyniosło rezultat, którego się nie spodziewałam. Wieczorem kiedy już spakowana oglądałam kulminacyjny moment ostatniej serii mojego ulubionego serialu przyszła do mnie moja mama. Cała zapłakana. -Przepraszam cię –powiedziała połykając łzy- przepraszam za wszystko. Za to że byłam okropną matką, że myślałaś że cię nie kocham. To nie prawda… Widzisz ja… Ja myślałam, że jak dam ci wszystkie gadżety i jak będziesz córką celebrytki to będziesz szczęśliwa. Pomyliłam się. Zapomniałam, że dziecku potrzebna jest przede wszystkim miłość… Ja jej nie miałam. Moja mama nigdy nie miała dla mnie czasu. Chciałam żeby moje dziecko miało inne dzieciństwo. Ale dziennikarstwo… to wszystko… to wszystko mnie przerosło. Moja praca… Tak cię przepraszam… -łkała- Wybaczysz mi? -Mamo… -ja też się rozpłakałam- oczywiście że ci wybaczę… Nawet nie wiesz jak było mi ciężko. Kocham cię! - I ja ciebie też. Najbardziej na świecie… -dodała przytulając mnie. Pomyliłam się. TO była rozmowa z mamą. Chciałabym żeby teraz wszystko się zmieniło. Mogę spędzać całe dnie sama. Nie będzie mi to przeszkadzać jeśli będę wiedziała, że cały wieczór spędzę z mamą. Będę z nią rozmawiać, zwierzać się, oglądać filmy, chodzić do kina, do teatru, kłaść maseczki. No i rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać. Ten ostatni wieczór w Australii spędziłam z najważniejszą kobietą mojego życia. Najpierw obejrzałyśmy film, potem położyłyśmy maseczki na twarz. I zaczęłyśmy rozmawiać. Tak długo rozmawiałyśmy i tak się śmiałyśmy, że aż maseczki stwardniały i zaczęły nam spadać z twarzy. Opowiadałyśmy sobie straszne historie no i mówiłyśmy sobie co czułyśmy przez te wszystkie lata kiedy żyłyśmy tylko obok siebie… to za dużo powiedziane. Wiedziałyśmy tylko że z kimś mieszkamy i że ta osoba jest naszą rodziną, ale widziałyśmy się –jak dobrze poszło- jakąś godzinę, góra dwie w ciągu tygodnia. Jak się okazało dla mamy to też było coś strasznego. Mama opowiedziała mi o swoim strasznym dzieciństwie, aż się popłakałam. Jej dzieciństwo było takie samo jak moje -mam nadzieję- do tej pory. Tylko że jej koszmar się nie przerwał. Jej życie to była przeplatanka czterech rzeczy: spanie, jedzenie, robienie co chciała i udawanie na bankietach i innych uroczystościach że jest cudownie szczęśliwą córką znanych rodziców. W dodatku oni przekonywali ją, że robią to wszystko dla jej dobra. Żeby ona miała droga do kariery prostą jak zjazd z ośnieżonej górki na sankach. Tylko że nikt jej nie spytał czy ona chce być sławna. Ja przynajmniej nie muszę być sławna. Chociaż bym chciała. Chociaż nigdy nie powiem tego mojej mamie, o rodzinie w Wenecji już nie wspomnę.

Rozdział II

Nieoczekiwana zmiana celu podróży

Rano wstałyśmy w wyśmienitych nastrojach. Nareszcie czułyśmy że mamy siebie, że mamy na kogo liczyć, kogoś kto zawsze i bezwzględu na wszystko nam pomoże. Zjadłyśmy śniadanie z ostatków które nam pozostały (ostatni tydzień miałyśmy wyliczone jedzenie ‘żeby nic się nie zmarnowało’). Podczas posiłku. Rozmawiałyśmy i rozmawiałyśmy. Rozmowa stała się ostatnio naszym ulubionym zajęciem. Od wczoraj rozmawiałyśmy o wszystkim. W końcu opowiadanie jakiś -w moim przypadku- trochę ponad 13 lat, a w mamy jakieś 34 musi zająć trochę czasu. Ale uwielbiam te nasze rozmowy. Jak tak dalej pójdzie to zacznę pracować w talk show… Ale wcale mi to nie przeszkadza. Nigdy nie zapomnę opowieści mamy: Dzień zaczął się zwyczajnie. Mama nie mogła przypuszczać że dzisiejszego dnia ośmieszy się przed pływakami. Moja matka miała prześliczną figurę. Jej wymiary były idealnymi 90-60-90. Dlatego zaproponowano jej by zaśpiewała na Olimpiadzie. Nie dość, że w mieście były straszne korki to jeszcze jej pareo które miała mieć narzucone na kostium popruło się i musiała wysiąść z samochodu i na własnych nogach biec do ogromnego centrum handlowego gdzie pomimo tego że jest wszystko to gdy trzeba coś znaleźć nie ma kompletnie nic. Nagle regały stają się zbiornikami kompletnie niepotrzebnych nikomu rzeczy. Więc zanim mama znalazła stoisko z kostiumami kąpielowymi i dodatkami do nich minęła trochę ponad godzina. Do tego jakieś pół godziny wybierała odpowiedni dodatek. Wszystko łącznie zajęło jej około dwóch godzin. A limuzyna nadal stała w tym samym miejscu. (być może ruszyła się o jakiś metr) Gdy po trzech godzinach moja rodzicielka znalazła się wreszcie mocno spóźniona na basenie przebrana w kostium kąpielowy i śliczniutkie nowe pareo zaczęła śpiewać przebój ”Together” w momencie kiedy miała właśnie w pięknym stylu zeskoczyć ze startówki poślizgnęła się i zamiast zjawiskowo skoczyć do wody w efekcie zeskoczyła na „bombę” a jej pareo którego szukała godzinę i wybierała kolejne pół odwiązało się z jej idealnych bioder i sfrunęło na łysego ale za to z perfekcyjnie okrągłą głową sędziego. A właściwie to przewodniczącego komisji. Nikt w zasięgu jego wzroku nie śmiał się odezwać, ale za to po zawodach gdy większość zawodników już wyszła, zwycięzcy „specjalnie dla mamy” zaczęli skakać na „bombę” z obwiązanym pareo wokół bioder. Mama o mało co nie pękła jak to zobaczyła. Uświadomiła sobie wtedy jak to musiało wyglądać. Przez kolejne trzy godziny wspaniale się bawiła z tymi ludźmi. Okazali się fantastycznymi przyjaciółmi na całe życie (mama utrzymuje z nimi kontakt do tej pory). Po zjedzeniu śniadania i poprawienia sobie humoru opowieścią o przeboju „Together” na zawodach pływackich odpowiednio wcześnie wyjechałyśmy na lotnisko. Jedzie się tam kilka godzin, ponieważ –jak już wspomniałam- mieszkałyśmy na odludziu. Byłyśmy w świetnych humorach, kiedy po godzinie drogi prze puszczę (droga wiodąca przez las była tą najkrótszą) z dżungli wyskoczył jakiś czarny człowiek (jego skóra była w kolorze gorzkiej czekolady). Wszystko działo się dość szybko. Człowiek podszedł do naszego auta, a znikąd pojawił się przy jego boku biały tygrys. Widać było, że zwierzę jest oddane całym swoim sercem czarnoskóremu mężczyźnie z przepaską na biodrach, i jest również gotów zaatakować w każdej chwili by bronić człowieka obcującego z dziką naturą ( widać było po jego sposobie zachowania się, że jest z buszu). Murzyn –o dziwo- przedstawił się po angielsku. Na imię miał Tony. Chwilę z nami porozmawiał i powiedział, że chciałby się dostać na lotnisko. Dziwnym trafem na to samo co my. Człowiek już od samego początku wydał mi się dziwny. Przecież wyskoczył z buszu miał na sobie przepaskę, a mimo to posiadał przy sobie paszport i kartę pokładową. To było dziwne. Bardzo dziwne. Nagle znikąd wyjął torbę i jakby nigdy nic zaczął zajadać kanapkę. Zapomniałam wspomnieć, że po długim namyśle zgodziłyśmy się zabrać go na lotnisko. Doszłyśmy do wniosku, że przecież nie miał gdzie ukryć broni czy czegoś takiego. A jeżeli gdzieś (niewiadomo gdzie) schował jakieś ładunki wybuchowe to przecież nie nasza sprawa. Wracając do podróży: Jechałyśmy jeszcze kilka godzin przyglądając się nieufnym wzrokiem na przypadkowego i „dzikiego” towarzysza podróży. Po pięciu godzinach jazdy (licząc od przyjęcia nowego towarzysza) dotarłyśmy na lotnisko. Gdy weszłyśmy na lotnisko człowiek z buszu w mgnieniu oka zniknął. Nie zmartwiło nas to, wręcz odetchnęłyśmy z ulgą, że pozbyłyśmy się tego dziwnego typka. Następnie pobiegłyśmy na odprawę. Zostałyśmy obsłużone poza kolejnością, dzięki mojej sławnej mamie. Normalnie bym się…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych