Wróć do katalogu

...

Pierwszego rozdziału początki

M-Agnes, opublikowano , 31 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Znowu padał deszcz. Już miałam dość odgłosu kropli rozbryzgujących się o szybę moich niedawno umytych okien- myśl o konieczności powtórzenia tej mozolnej i znienawidzonej czynności przyprawiał mnie o dreszcze. Ogromna chmura wisiała nad miastem od kilku już godzin, a wodospad z nieba zdawał się nie zmniejszać... ku mojemu zmartwieniu. Nie napawała mnie szczególną radością myśl, że za chwilę będę musiała przemierzyć cztery skrzyżowania w tej ulewie. Była już prawie dziesiąta. Jak na mnie przystało, przygotowania do wyjścia odbywały się w określonym porządku: prysznic, fryzura, makijaż i przymierzanie trzech strojów, bo znowu nie mogłam nic wybrać z mojej pełnej, choć nieco wyjałowionej, szafy. Właśnie nanosiłam tusz na rzęsy prawej powieki, kiedy zadzwonił telefon. Jakże uradowałam się widząc w lusterku czarną rysę na wypudrowanym już policzku. Ze złością w głosie odebrałam piskliwą komórkę. - Majewska, słucham! - wrzasnęłam. - Cześć Karolcia, co cię ugryzło? - usłyszałam znajomy głos i uspokoiłam się nieco- Słuchaj, jest sprawa, musisz zaraz być w redakcji...- nie pozwoliłam Robertowi dokończyć. - Młody, nie dobijaj mnie. Wstałam lewą nogą, wyglądam jak po spotkaniu z Lenoxem Louisem i zanim znajdę się w biurze przemoknę do suchej nitki. Poradźcie sobie beze mnie- wypowiedziałam jednym tchem, nie dopuszczając go do głosu, ale nie podziałało. - Nawet mokra wyglądasz pięknie- podlizywał się- a my nie damy rady bez ciebie. Chodzi o tę aferę ze szpitalem, są nowe informacje- podobno kolejna wpadka. Musisz być zaraz, szef na ciebie czeka - z coraz większym zaangażowaniem tłumaczył mi stan rzeczy. - Szef niech czeka na mnie z wypłatą za nadgodziny...- wymamrotałam pod nosem, rozłączając się. Nienawidziłam takich sytuacji, w ogóle nie lubię się spieszyć. Lubię mieć wszystko zaplanowane, zapięte na ostatni guzik, bez niedomówień, niejasności- klarownie i czytelnie. Ale zawsze coś się zdarza, coś najmniej spodziewanego, a nawet coś, o czym się nie ma zielonego pojęcia. Niestety takie jest życie! I ja na to nie poradzę nic, skoro setki pokoleń moich przodków musiały godzić się z powyższym stanem, poprzez szacunek dla nich i Sił Wyższych, nie pozostawało mi nic innego, jak tylko podporządkować się i z pokorą wypełniać to, co potrafię, najlepiej, jak to możliwe. Delikatnie wytarłam plamę tuszu z policzka, na nowo malując rzęsy. Sprawdziłam, czy wszystko już jest na miejscu, spakowałam papiery i zaczęłam się ubierać. Kiedy obładowana teczkami usiłowałam zamknąć drzwi mojego mieszkania, upuściłam klucze, a rozglądając się potrąciłam je nogą i ... zrzuciłam z trzeciego piętra aż na parter swojej klatki. Wszystko się we mnie zagotowało: źle przespana noc, problemy techniczne z makijażem, pustki w garderobie, gorący telefon z pracy i podwójny, ekspresowy spacer przez trzy piętra. Zastanawiałam się, co jeszcze może mi się przytrafić tego feralnego dnia, choć wydawało mi się, że dawka negatywnych sytuacji już przekroczyła dobowy limit. Wyszłam z budynku, i w tym właśnie momencie „oberwała się” chmura. Postanowiłam nie myśleć więcej, co jeszcze przyniesie mi ten czwartek i ruszyłam w stronę ulicy Mickiewicza, omijając slalomem największe kałuże. Zatrzymałam się przed trzecim skrzyżowaniem, na czerwonym. Kiedy zmieniło się światło, szybkim i zdecydowanym krokiem ruszyłam przed siebie, wraz z grupą przechodniów, solidaryzujących się ze mną w strugach deszczu zmarszczonymi minami na mokrych twarzach. Kiedy znajdowałam się prawie w połowie trzypasmowej jezdni usłyszałam przeraźliwy pisk, jakby zbliżający się z mojej lewej strony. Ułamek sekundy i ogromna ulewa uniemożliwiły mi rozpoznanie przyczyny tego hałasu, ale moja intuicja podpowiadała mi, że to sunące się po asfalcie, zblokowane koła rozpędzonego auta. W krótkim czasie po tej myśli, w głowie słyszałam jedynie huk i trzask, przed oczyma rozpostarła się czarna przesłona. Nie czułam swojego ciała, jakby nie istniało. Nie byłam w stanie wyobrazić sobie, co mogło nastąpić. Wszystko zaczęło wirować, a ja trwałam w odrętwieniu. Jeszcze nigdy nie panowała we mnie taka pustka, taka nicość. Nawet nie myślałam, nie mówiłam, nie widziałam niczego, choć moje powieki były otwarte szeroko. Po stanie próżni wypełniły mnie przerażające dźwięki: krzyk, sygnały, grzmoty. W przebłysku świadomości zobaczyłam nad sobą grupę ludzi- przechodniów, później policjantów i sanitariuszy i jedyne, co wówczas zaświtało w mojej głowie to myśl, że nie dotrę tego dnia do pracy. Następnie poczułam dreszcze na całym ciele, kłucie w sercu, wreszcie ból czaszki- nie do zniesienia, co doprowadziło mnie do utraty przytomności. „Urwał mi się film”. Obudziło mnie jaskrawe, rażące światło lampy, które zapaliła kobieta, wchodząc do sali. Zorientowałam się, iż znajduję się w szpitalu, a ten fakt zapewne związany był z moim porannym „spacerem” do pracy- na tym jednak moja błyskotliwość się kończyła. Próbowałam przypomnieć sobie całe zajście, jakie mogło mnie tu przytransportować, niestety nie byłam w stanie odtworzyć niczego, poza faktem wyjścia z domu. Blondynka ze szczerym uśmiechem krzątała się wokół mojego łóżka. Gdy zauważyła w moich oczach dezorientację odważyła się odezwać: - Czy pani wie, jak się nazywa? - spytała przyciszonym, delikatnym głosem, jakby bała się, by ktoś poza mną jej nie usłyszał. Ciężko było mi wydobyć z siebie jakikolwiek odgłos, chciałam zastąpić go kiwnięciem głowy. Próbując wykonać skinięcie naraziłam się na potworny ból, czułam jak ten jeden ruch przeszedł przez moje znieruchomiałe ciało. Kobieta powtórzyła pytanie. Z trudem składając litery, ale bez zastanowienia odpowiedziałam: - Karolina Majewska- w moim głosie, szepcie niemal, mieściło się przerażenie, cierpienie, niepokój. Ta blondynka, która zakładała mi kolejną kroplówkę pewnie nieraz rozmawiała z takimi jak ja, bo zdawała się wyprzedzać moje myśli. - Miała pani wypadek, potrącił panią samochód i to w zasadzie wszystko, co mogę pani powiedzieć. Zaraz powiadomię lekarza o pani przebudzeniu. On poda pani dokładniejsze informacje na temat stanu zdrowia. Proszę być cierpliwą i starać się nie wykonywać gwałtownych ruchów. Wyjdę teraz po doktora Kościelniaka, potem tu zajrzę. Dobrze? - zapytała retorycznie, wiedząc, że muszę zaoszczędzić siły na rozmowę z lekarzem. Kiedy wyszła z sali, rozpoczęłam akcję zapoznawczą terenu. Niestety mój horyzont był nieprzeciętnie ograniczony, gdyż nawet drobne skręty tułowia przyprawiały mnie o cierpienie. W pomieszczeniu stały trzy łóżka, ale dwa były nie zajęte, moje stało tuż przy wejściu, więc miałam na widoku także wycinek korytarza. Na przeciwległej do drzwi, białej jak pozostałe, ścianie znajdowało się duże okno, z przywieszoną krótką firanką i żaluzjami. Za nim panowała ciemność, widniały tylko trzy czy cztery światełka. Domyśliłam się, że jest wieczór lub noc, ale orientacja ta opierała się tylko na zapalonej lampie i mroku za szybą. Niecierpliwie czekałam, aż pojawi się postać w fartuchu i wyjaśni mi, co się ze mną stało. Byłam chyba pod wpływem środków uspokajających, ponieważ co chwilę przymykałam oczy i przysypiałam, jeśli można by to tak nazwać. Czując, jak opadają mi powieki, usłyszałam głos: - Dobry wieczór pani Karolino- powiedział powoli, jak do małego dziecka, sprawdzając, czy rozumiem jego słowa. Ciągną dalej- Nazywam się Marek Kościelniak, jestem ordynatorem oddziału chirurgicznego, będę zajmował się pani leczeniem- znów odczekał chwilę- Czy wie pani, co się stało? Oczywiście, że nie wiedziałam, już wcześniej sprawdziła to pielęgniarka, chciałam jednak udać bystrzejszą, niż byłam w danej chwili i kumulując swoje wszystkie siły odpowiedziałam: - Miałam wypadek...- usiłowałam powiedzieć coś jeszcze, ale speszona urwałam, bo przecież nie mogłam pojąć jaki wypadek, kiedy i gdzie. Jednak ów Kościelniak wydawał się być niezwykle przebiegłym towarzyszem rozmowy i z lekkim, aczkolwiek niezłośliwym, uśmiechem dokończył moją myśl, rozwijając ją tak bardzo, jak nie byłam w stanie sobie tego wyobrazić. - Potrącił panią samochód, na przejściu na Kolejowej- zaczął - Nadjechał z lewej strony, już na czerwonym świetle, uderzył w grupę przechodniów, jednak pani doznała najpoważniejszych obrażeń- ciągnął i obserwował- Ma pani złamaną lewą rękę w przedramieniu, właściwie została ona zmiażdżona i musieliśmy wstawić operacyjnie ”druty”- przy tym słowie nieco ściszył głos- Będzie pani musiała się przyzwyczaić do nich na około osiem tygodni, ponieważ to jedyna możliwość uzyskania pełni władz lewej ręki. Niestety to nie koniec złych wiadomości...- czekałam co jeszcze ciekawego mogę usłyszeć. Dopiero po tych słowach uprzytomniłam sobie, że mam zagipsowaną rękę, do tego na wyciągu. Zastanawiałam się, czym nie mogę poruszać, co jest usztywnione. Noga!!! O zgrozo! Myśl, która przebiegła mi przez głowę napawał mnie przerażeniem. Przecież nie mogłam tak leżeć tygodniami, czekała praca, cały reportaż, zbiór materiałów, ktoś musiał zająć się Kacprem, podlewać kwiatki, wycierać kurze i pilnować mieszkania. Byłam w tym mieście sama jak palec, a nie mogłabym ściągnąć mamy na tak długi czas... Nagle oprzytomniałam. - Czy pani mnie słyszy? - kiwnęłam potakująco- Miała pani także przestawioną kość piszczelową, ale to uszkodzenie jest już opanowane, co prawda mogą pojawiać się później problemy, ale istnieje duża szansa na pozytywny obrót spraw. Ogólnie jest pani poobijana, nastąpiło kilka stłuczeń, ale te zredukują się same, z czasem nie będzie po nich śladów. Ręka może zostać oceniona dopiero po usamodzielnieniu. - wreszcie zatrzymał się, „wreszcie”, bo powyższe zdania wypowiedział jednym tchem, jakby chciał to już mieć za sobą. Postanowiłam zapytać go, jak długo tu poleżę, ale niezmiernie bałam się odpowiedzi, jednak wolałam znać ciężką do zniesienia prawdę, niż łudzić się czymkolwiek. - Panie doktorze, jak długi pobyt czeka mnie tutaj, kiedy będę mogła wstać z łóżka, za ile wrócę do pracy? - potok pytań potoczył się z moich ust. - Minęło zaledwie trzynaście godzin od wypadku i pani stan jest niestabilny, dlatego nie jesteśmy w stanie o niczym pani zapewnić. Mam jednak nadzieję, że będzie pani silna tak bardzo, jak do tej pory. Teraz czas na odpoczynek, proszę spróbować zasnąć, a jutro zajmiemy się badaniami i analizą wyników. Dobranoc- uciął krótko i wyszedł. „Zostałam sama w czterech ścianach, pozostawiono mnie z całym ciężarem psychicznym mojej dolegliwości, z samotnością, której nigdy nie byłam w stanie znieść i z niemocą, niemożnością zajęcia się tym, co w danej chwili było najistotniejsze. Odzyskawszy świadomość spojrzałam na swoją lewą rękę: była usztywniona od nadgarstka aż po pachę, w związku, z czym jej ciężar i moje osłabienie uniemożliwiały mi wykonywanie jakichkolwiek manewrów. Odczuwałam skurcze w lewej nodze, jednak zdołałam poruszać palcami i choć sprawiło mi to trudność- delikatnie zgięłam ją w kolanie. Jeszcze nigdy tak drobna czynność nie wydawała mi się na tyle znacząca, aby czuć z jej powodu niekłamaną radość i satysfakcję. Fantastyczne uczucie! Pierwszy raz w moim dwudziestosześcioletnim życiu zrozumiałam prawdziwy, jakże- ku memu zaskoczeniu- głęboki sens, banalnego, jak mi się dotychczas wydawało, powiedzenia: „Mała rzecz a cieszy”!!! Miałam wypadek, mam zgruchotaną rękę, masę obrażeń, lecz będę mogła chodzić. Skoro stało się tyle, czy różnicą byłoby złamanie, oberwanie mi nogi, odcięcie stopy... Jednak „Ktoś” nie pozwolił na to, uchronił, pozostawił tę odrobinę nadziei, i zapewne chce, abym się nie poddawała. Nie zawiodę, będę walczyć o moje zdrowie, pracę i szybko wrócę do normalności” Zamyślona w powyższych spostrzeżeniach leżałam na szpitalnym łóżku, wpatrując się w wiszący naprzeciw mnie mały krzyżyk. Powiedziałam sobie w duszy: Karolina, będzie dobrze, nie jesteś sama; następnie zamknęłam oczy i chwilę później zasnęłam. Najwidoczniej sen był tym, czego w tamtej chwili szczególnie potrzebowałam, ponieważ moja domowa, nieustanna bezsenność wyparowała, spałam jak niemowlę. Oddech mój był nie miarowy, głębsze westchnienia sprawiały mi ból, powodowały kłucie, jakby mnie faszerowano igłami. Czułam wewnętrzny niepokój, coś dręczyło mnie od środka, nie dawało spokoju. Gdzieś tam z głębi słyszałam głos, dźwięk, jakby przez sen ktoś „mówił” do mnie: tak miało być, taka jest kolej rzeczy, to twój los, to było zaplanowane, musiało się tak stać, teraz tego nie rozumiesz, ale później się o tym przekonasz, musisz poczekać…to nie były słowa nikogo, kogo mogłabym rozpoznać, to nie był głos w umyśle schizofrenika, to było -nieznane mi dotąd doświadczenie. Wydawać by się mogło- rzecz anormalna. Choć czy w stanie takim, jaki mnie wówczas charakteryzował było to czymś nadzwyczajnym? Mogłabym nazwać to analizą, próbą wyjaśnienia samej sobie, co tak naprawdę stało się ze mną. Leżałam bezwiednie w swoim szpitalnym łóżku. Chciałam po prostu zasnąć, przestać myśleć o czymkolwiek, odciąć się od tego koszmaru i znów poczuć się, jak pełna energii, bojowa i niepokonana w swoich postanowieniach młoda kobieta. Chciałam poczuć się, jak Karolina Majewska sprzed kilku dni, która miała milion spraw na głowie i drugie tyle pomysłów, aby temu sprostać. Jednak w zaledwie ułamek sekundy zmieniło się diametralnie moje położenie! Najtragiczniejszy jest tu fakt, że zmianę położenia należy rozumieć dosłownie: z pozycji pionowej znalazłam się w poziomie, który od tego momentu nie był przeze mnie postrzegany jako pozycja błogiego odpoczynku. Cóż mi pozostawało? Czekać…słowo, którego nad wyraz nie znoszę, teraz musiało zawitać w moim słowniku. W piątek, a był to dwudziesty szósty września, zbudzono mnie około godziny 6:15. Jak na lekarza przystało, pan Kościelniak wymagał ode mnie niezrozumiałych zupełnie „akrobacji”: proszę ruszyć ręką, poruszać palcami u stóp, skręcić tułów w lewo, prawo…i jeszcze inne głupkowate polecenia. Żałuję niezmiernie, że nie zaproponował mi klaskania stopami- to dopiero byłoby komiczne- ubaw po pachy, którymi pewnie miałabym robić „kaczuszki”. Od feralnego czwartku była to pierwsza sytuacja, która mnie rozbawiła. Pomińmy fakt, iż w rzeczywistości jest żałosna, aczkolwiek w czymś trzeba odnajdować, choć odrobinę pozytywnych wibracji! Humor miałam nie najgorszy, czułam się przyzwoicie, żaden ból nie doskwierał mi szczególnie, a pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po przebudzeniu był szczery uśmiech. Muszę przyznać, że nie bezinteresowny, ale jednak niewymuszony- uśmiech do przemiłego doktorka. Kiedy o tym myślałam najprawdopodobniej uśmiech znów zawitał na moich ustach, bo moją idyllę przerwał wreszcie doktor Marek: - Pani Karolino, widzę, że nastrój nie najgorszy. Takiej zadowolonej jeszcze pani nie widziałem, od kiedy pani jest na moim oddziale- ale do rzeczy- ciągnął- Pani stan zdrowia poprawia się, noga wydaje się być sprawna, rękę dzisiaj prześwietlimy i jeśli nie ma powikłań, znaczy to, że wszystko jest na dobrej drodze! Musi być pani niezwykle silną osobą, zarówno w sensie zdrowotnym jak i charakteru. Dużo dobrego spotka panią w życiu…- tu zamyślił się, spojrzał mi w oczy i nie odrywał od nich wzroku. Czułam, jak przeszywa mnie do głębi. To było uczucie, jakiego dawno nie czułam, jakby wszystko w tym

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych