Wróć do katalogu

Bezimienni

Beztroskie życie głównego bohatera kończy się w momencie kiedy, nieświadom tego, zostaje z rekrutowany przez tajemniczą organizację. Jak się okazuje jego najlepszy przyjaciel jest jej członkiem.

AnonimL, opublikowano , 30 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Rozdział I

- Otwierać ! - wydarł się któryś ze strażników będący obecnie na murze – Do jasnej cholery, otwierać ! Łańcuchy załopotały, mechanizmy bramy zaskrzypiały, stare dębowe wrota okute żelazem stały teraz otworem. Przez tylną bramę miasta A'benis wjechało dwóch jeźdźców, jeden w podeszłym wieku na kasztanowej klaczy, drugi o wiele wiele młodszy, krótko włosy brunet na gniadym wierzchowcu. Przejeżdżając kłusem obok strażników bramy, starzec rzucił jednemu z nich brzęczącą sakwę zawiązaną skrzętnie sznureczkiem. - Chwali się wam to panie – krzyknął ten który złapał sakiewkę w stronę odjeżdżających wędrowców. Starzec nie czuł naglącej potrzeby odpowiadać, młodzieniec zaś odpowiedział, wynoszącym go nad chwalącego, gestem. Chwilę później Ciss Cinas, bo tak nazywał się starzec skarcił młodzika uderzeniem otwartą dłonią w potylicę. Potem oboje wyjechali z krótkiej uliczki poprzedzającej posterunek straży i tylną bramę miasta, skręcili w stronę rynku. Miasto było zatłoczone, mimo iż dopiero świtało, słońce ledwie zaczęło się przedzierać między murami i basztami cienkimi wstęgami światła. Baszty tak samo jak mury były wykonane z Grarmery, czarnego kamienia. Najtwardszy budulec w królestwie, przepięknie błyszczał się w świetle, niczym szmaragd. Handlarze nawoływali do swych stoisk, machali rękoma, krzyczeli. W powietrzu unosił się zapach warzyw, mięsa oraz wielu wielu przypraw wystawianych na straganach. Rynek był zatłoczony, co chwila jakiś obdartus z butelką wina wpadał pod konia Ciss'a lub jego bratanka. Obijali się oni o nie, upadali, po szemrali coś pod nosami, wstawali, podnosili butelkę i szli dalej, za każdym razem tak samo. Z każdą chwilą słońce było coraz wyżej a upał się wzmagał, wszystko zaśmierdziało nagle potem, nawet zapach jakże miły dla nosa, zapach przypraw został zamaskowany smrodem potu. W końcu konie zawiodły, nie dały rady przebić się przez tłum. Ciss zarządził, że od teraz idą na piechotę. I faktycznie szli na piechotę, prowadząc swe konie za sobą, trzymając je za wodzę. Szli między dziesiątkami straganów, stoisk, parkietów i namiotów. Obserwowali po drodze dziwa wystawiane na sprzedaż czy też do pooglądania. Uwagę starca przykuł mały namiot, w środku którego za ladą stał ryży krasnolud. Lada zapełniona była zaś najróżniejszymi zegarami, wodnymi, słonecznymi czy też klepsydrami. Prawdziwymi rarytasami były zaś zegary magiczne, problem z owymi był jeden i tylko jeden, natomiast dość poważny, nikt nie wiedział jak owe działają. - Zechce pan wejść, – spytał z namiotu krasnolud – mamy ogromny wybór. - Nie nie, dziękuję – odparł szybko staruszek – przepraszam, śpieszno mi. Ciss chciał zawołać Nikk'a, który przystanął przed parkietem na którym pokazywany był dzik szablo zębny, lecz brzdękanie wszechobecnych grajków i szemranie gawiedzi nie dało mu szansy. W końcu rozpychając się ręką którą akurat nie trzymał konia, dotarł do chłopaka. - Chodź, - starzec poklepał Nikk'a po ramieniu – i tak zmarnowaliśmy za dużo czasu. Tłum lekko się przerzedził, obaj czym prędzej wskoczyli na konie i w pośpiechu opuścili rynek. W końcu dotarli na miejsce. Miejscem owym była stara rudera uplasowana między dwiema kamienicami w niewiele lepszym stanie. Deski w drzwiach powygryzały korniki, zostawiając dość duże braki , z między nich wydobywał się nieprzyjemny zapach, piwa i potu. Na dachu budynku brakowało kilku ciemno niebieskich dachówek, inne były popękane. Całość obrazu nędzy i rozpaczy dopełniał przekrzywiony drewniany szyld górujący nad drzwiami. Napis głosił „Glovis Ann'Marra – przewodnik i kartograf” Przynajmniej tak domyślali się Ciss i Nikk, ale bowiem kilka liter szyldu było już zamazanych, nie wyraźnych, żółta farba której użyto najwyraźniej traciła już termin przydatności. - To na pewno tutaj ? - Upewnił się Nikk – Nie wygląda przekonywająco. Wuju ? Tak tak – opowiedział starzec, jeszcze raz sprawdzając co napisane jest na pergaminie -To musi być tu. Starzec wepchnął palce w szparę między deskami i ciągnął, drzwi skrzypiały okropnie, zawiasy były stare i dawały o sobie znać. Kiedy otworzył drzwi ich oczom ukazała się niewielka izba. Wydawać by się mogło iż dwie okiennice umieszczone z tyłu ów izby będą zapewniały dostateczne oświetlenie. Tak nie było. Pomieszczenie skąpane było w mroku, dodatkowo teraz do zapachu potu i alkoholu doszedł świdrujący nos zapach kurzu. W środku nie znajdowało się zbyt wiele, ot hebanowe biurko i troje krzeseł. Jedyną rzeczą która zainteresowała obu wędrowców w pokoju był niezidentyfikowany przedmiot, leżący obok biurka. Niestety nie liczne promienie światła które padały na ów obiekt zainteresowań wytwarzały refleksy świetlne które oślepiały obydwu, uniemożliwiając rozpoznanie kształtów. - Witam – Z mroku, zza biurka wyłonił się mężczyzna – witam, drogich klientów. Mężczyzna był młody, lecz nie był już nieokrzesanym młodzikiem. Lat miał około dwudziestu, jego długie, sięgające ramion, złote włosy, były zadbane. Ułożył je tak by nie przysłaniały mu ni oczu ni uszu. Jego czarne odzienie świetnie wtapiało się w mrok izby, był prawie niewidoczny. - Witam. - starzec ukłonił się i zmusił do tego samego swego bratanka – Czy pan Marra, przewodnik i kartograf ? - Ann'Marra – poprawił przewodnik – To moje pełne nazwisko. Proszę siadajcie. Usiedli. Kartograf, zrobił miejsce na środku biurka rozpychając malownicze sterty pergaminów na boki mebla, tworząc istne papierowe góry. Teraz na między nimi leżał tylko sztylet. Niezbyt długi, wypolerowany i dokładnie naostrzony sztylet. Prawdopodobnie jedyna obrona kartografa przed niezadowolonymi klientami. - Panie Ann'Marra – zaczął pewnie starzec – chcielibyśmy pana wynająć. W charakterze przewodnika. Tak właśnie tak, chcemy by nas pan gdzieś zawiódł. - Gdzie konkretnie – Przewodnik, położył na biurku swe przedramiona i splótł razem palce dłoni – wiedzcie, że liczę sobie nie od przebytej mili, lecz od trasy. Mam nadzieję, że to nie będzie problem. - Gdzież tam – uśmiechnął się Ciss – Chcemy dostać się do Dur Rukar, mamy nawet mapę konkretnego miejsca. - Na pustynię ? - Kartograf, spochmurniał nagle – Żaden przewodnik w A'benis nie zapuszcza się w tamte strony. Po co tam idziecie, jeśli można wiedzieć. - Jeśli pan pozwoli, chciałbym zachować cel podróży w tajemnicy. - No nie wiem – przewodnik podrapał się w dokładnie ogolony pod brudek. - Żartujesz sobie, ty też ? – Wybuchnął Nikk, lecz uspokoił się szybko pod groźnym spojrzeniem swego wuja. - Widzicie ? - dodał wuj, wzdychając – Ja już u sześciu waszej profesji byłem, i nic. Żaden nie chcę się poważyć z nami ruszyć. A przecie hojna nagroda czeka na tego kto z nami ruszy. Daję pięćdziesiąt srebrniaków, prosto do ręki. - Pięćdziesiąt ? – uśmiechnął się lekko, jednak zauważalnie – Myślę, że jednak damy radę coś zdziałać. - My ? - zdziwił się starzec – To będzie jeszcze ktoś ? - Tak, będzie. Ale nie martw się, cena zostaje ta sama. Dlaczego się krzywisz ? Przecież tylko głupiec poszedł by sam na pustynie, a ja głupcem nie jestem. - Ale... - Zaczął Ciss. - My musem w drogę już musimy ! - przerwał mu Nikk, ale znów ustąpił pod spojrzeniem wuja. - Słyszycie – wzdychnął jeszcze raz wuj – my musem w drogę . Nie ma czasu do stracenia. - To nie potrwa długo – zaśmiał się zagadkowo przewodnik – wiem gdzie jest. To nie daleko. Kartograf pochwycił za sztylet i umieścił go za pasem, który jako jedyny w jego ubiorze nie był czarny – był brązowy. Jednak każdy kto myślał, że sztylet to jego jedyna obrona, był w błędzie, wielkim błędzie. Przewodnik wychodząc z zza biurka, schylił się i podniósł zagadkowy przedmiot, którego identyfikacji podejmowali się na początku archeologowie. Teraz widzieli już bardzo dokładnie. Wielki dwuręczny miecz, w czarnej, okutej gdzie nie gdzie stalą, pochwie. Rękojeść miecza zdobiło srebro zaś głownia dokładnie owinięta była bandażem, który pozwalał jedynie rozpoznać jej kształt – romb. Przypasał miecz do pasa, porwał zawieszony dotychczas na swoim krześle, również czarny, również posiadający stalowe wstawki płaszcz i wyszedł, dając znać klientom, że mają za nim iść. Rzeczywiście nie szli długo, minęli zaledwie jedną ulicę i w chwilę później znaleźli się przed gospodą. Była równie zaniedbana co biuro przewodnika. Przed drzwiami leżały drewniane elementy okiennicy. Glovis'owi więcej nie trzeba było, wiedział gdzie jest jego przyjaciel. Archeologom którzy nie mieli takiej siły dedukcji, wskazał skinieniem głowy, wyższe kondygnacje gospody. Spojrzeli. W istocie na pierwszym z dwóch pięter budynku brakowało okiennicy, lecz ten fakt nie przykuł ich uwagi aż tak jak chłopak leżący okrakiem na szyldzie gospody. - Musiał wylecieć przez okno – zaczął z niepokojem starzec - I spadł na szyld – wtrącił się jak zwykle Nikk. Tym razem nie było karcącego spojrzenia, byli zbyt zajęci, śpiącym na szyldzie chłopakiem. - Czy on, śpi ? - zapytał zdziwiony Ciss – Może trza jaką pomoc sprowadzić, Nikk biegnij po... - Nie trzeba, – Przewodnik ruchem ręki nakazał spokój – to nie pierwszyzna. Glovis chwycił za odłamany kawałek bruku którym wyłożona była ulica, zważył go dokładnie w dłoni po czym cisnął nim w śpiącego. Ten budząc się z wrzaskiem, najwyraźniej zdziwiony swoim położeniem, runął na ziemię. Archeolog przysiągłby się, że słyszał trzask kości. Młodzik jednak bez problemu i choćby słowa zniewagi dla rzucającego podniósł się z bruku i otrzepał odzienie. A odziany był raczej schludnie. Szara kurtka od której ktoś oderwał rękawy, przykrywała burą, zbyt dużą bluzę. Spodnie też burę ledwo sięgały za kostkę, mimo iż buty i spodnie przykrywały nogi można było zauważyć, choćby przez liczne, niezaszyte dziury w spodniach, że jego nogi owiązane są bandażem, dość brudnym zresztą, tak samo jak dłonie. Chłopak miał najwyżej piętnaście lat. - Dokąd, – spytał świeżo obudzony, bez ogródek – za ile ? - Dur Rukar – odparł przewodnik, w ogóle nie zdziwiony zachowaniem chłopaka – dostaniesz pięć. - Tego smarkacza też ? - zmierzył wzrokiem Nikk'a krzywiąc się przy tym wyraźnie – Nie ma mowy, nie idę. Chłopak odwrócił się na pięcie i nie przejmując się w ogóle ani przewodnikiem ani archeologami ruszył w swoją stronę powolnym acz zdecydowanym krokiem. Glovis nie podążył za nim wzrokiem, nie obrócił się, nie zareagował, uśmiechnął się jedynie zagadkowo. Znów. - Ostatni raz – zaczął kartograf dalej patrząc przed siebie – miałeś jakąś robotę czternaście dni temu. Według mojej rachuby. Chłopak zatrzymał się, był już dobre dziesięć kroków przed nimi. - Jesteś pewien, – podjął znów, z uśmiechem widząc, że się wstrzymał – że masz za co jeszcze pić ? Młodzik przeczesał dokładnie swoje kieszenie po czym zaklął z cicha. Odwrócił się. - Kiedy, – odburknął z grymasem na twarzy – wyjeżdżamy ? - Natychmiast. Ω

Prowadził na szarej klaczy Glovis Ann'Marra a zaraz za nim trzymali się nieomal w jednej linii badacze, Nikk oraz Ciss a zaraz koło nich młodzieniec o szarych włosach którego poznali przed karczmą a którego przedstawiono im jako Ed'a, po prostu Ed'a. Pogawędki Ed'a z badaczami nie były zbyt radosne, otoczenie również nie napawało optymizmem. Od dwóch dni otaczał ich tylko i wyłącznie piach. Złociutki piach, który przy każdym podmuchu wiatru grzęz między zębami tak jeźdźców jak i koni. Jeźdźcy czym prędzej go wypluwali. Konie nie były widać takie sprytne, nie wpadły na to. - A więc mówisz, że Ed – ciągnął dalej wymuszoną rozmowę starzec – A masz może jakie nazwisko, panie ? - Nie mówcie do mnie panie – odburknął Ed – A wam powinno starczyć Ed, po prostu Ed. Nazwiska nie mam. - Ale każdy ma jakie nazwisko – wtrącił wywyższającym tonem Nikk – odkąd dwa wieki temu wprowadził ów nakaz król Dathern gdy go pomylono z jakim parobkiem o podobnym imieniu. Ed westchnął głośno i jednoznacznie, nie podobało mu się nowe towarzystwo. Pognał konia i dopędził swego kompana, Glovis'a. - Zmienię cię, teraz ja poprowadzę, - dodał odbierając mu mapę w którą był namiętnie wpatrzony – a ty zagaduj te zrzędy. Mam ich serdecznie dosyć. - Jak chcesz – powiedział beznamiętnie – mnie to za jedno. Ed pognał ostro klacz, zostawiając jak najdalej w tyle resztę kompanii. Z pod kopyt klaczy strzelały małe drobinki piasku. Rozłożył mapę tuż nad grzywą Karri, bo tak zwała się jego klacz i czym prędzej począł ustalać pozycję swoją oraz celu. Wykalkulował, że będzie musiał spędzić jeszcze dwie godziny w tym nieodpowiadającym mu towarzystwie. Gdy badacze zrównali się z Glovis'em, starzec znów podjął rozmowę. Tym razem nie tak sztuczną, przewodnik potrafił takową prowadzić i bez problemu utrzymywał płynność swych wypowiedzi. - Kimże jest ten chłopaczyna ? - zaczął zaraz starzec – straszny z niego ignorant. - To mój stary przyjaciel – odparł z uśmiechem, patrząc się na plecy jadącego przodem chłopaka – znam go od szczeniaka. Dobry z niego chłopaczyna, tylko rodzice nie Ci co trzeba. - Skąd on w ogóle pochodzi ? - Nikk spojrzał na Glovis'a - O dziwo, nie rozpoznaje jego akcentu. - Ten pijaczyna ? Pochodzi właśnie stąd, z Dur Rukar. Jest członkiem jednego z plemion zamieszkujących te pustynię. - podjął po chwili - Opuścił plemię gdy miał osiem lat, dokładnie siedem lat temu. - Czemu to zrobił ? – spytał marszcząc brwi Nikk – źle mu było u swoich ? - Nikk – przerwał mu starzec – nie wpada. - Nie, spokojnie – odparł rzeczywiście ze spokojem Glovis, nie zaszczycił ich jednak spojrzeniem – on nigdy tego nie ukrywał. Prawda jest taka, że mój ojciec wygrał go w kości. Gdym tu ostatnio był jego matka przegrała, bawiąc się w hazard wszystko co miała. Więc ojciec Ed'a zaproponował żeby postawiła syna. Do dziś nie jestem pewien czy ojciec żartował, czy mówił prawdę. Nie miało to jednak znaczenia, bo matka tak czy owak postawiła syna a, że mój ojciec nie zwykł się wycofywać to i przyjął zakład. No a dalej, dalej to się pewnie domyślacie. - A czemu on teraz na wolności, - spytał Nikk, nie zwracając uwagi na karcące spojrzenie wuja – skoro podobno jest twego ojca ? - Był jego. Lecz gdym w dorosłe życie wkraczał, przekazał mi go, że niby jako podarunek. A ja nie jestem przyzwyczajony kogo na smyczy trzymać, więc go puściłem. - Może nie wypada – podjął trochę niepewnie starzec – ale ciekawość nie pozwoli nie zapytać. Dlaczego chłopaczyna ma włosy jak twa siwka, szare jak ja starzec chociaż nawet połowy nie widział z tego co jam widział ? - Prawie wszyscy jego krewni – odpowiedział po chwili – takowe posiadają. To pamiątka po jego klanie. Jego dziedzictwo. - Musi być z tego dumny – ciągnął starzec – Rzadki to znak, siwe włosy u dziecka, charakterystyczny. - Właściwie – przerwał na chwilę – jeśliście ciekawi spytajcie go sami, ale myślę iż będzie miał odmienne zdanie niźli wy macie. Ku zadowoleniu siwowłosego chłopaka wśród wydm zaczął…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych