Bezpowrotnie
krótka powieść o czymś, co zdarzyło sie naprawdę... Nagle los daje wszystko, czego się pragnie, i czego brakuje. Równie nagle zabiera to wszystko i kończy się świat. Bezpowrotnie...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{b}{u}Bezpowrotnie{/b}{/u}
Przeczytałem ostatnio w jakiejś mądrej książce, że szczęście to: „możliwość pozostawania w zgodzie z samym sobą, napotykanie własnych pragnień w rzeczywistym, niewyimaginowanym świecie, dążenie do spełnienia się, osiągnięcia stanu satysfakcji ze wszystkich własnych dążeń”. Jak długo można czekać na kogoś, kto mógłby dać mi choć krótkie, ale pełne, poczucie szczęścia? Nie jego namiastki. Ponad trzydzieści lat? Na pewno nie krócej. Kiedyś zadałem Ci to pytanie. Pamiętasz? Nie umiałeś mi na nie odpowiedzieć. Ja również. Dziś jednak z pełną świadomością swoich słów i całkowitą odpowiedzialnością za ich wagę, mogę stwierdzić, że wiem już cokolwiek. Przez te z górą trzydzieści lat odliczanych mi skrzętnie upływem kolejnych dat na kartkach kalendarzy nie było ani jednej takiej chwili, ani jednego takiego momentu, bym poczuł się w pełni szczęśliwym. Jakieś namiastki tego stanu. Jakieś dalekie od zupełności skrawki, owszem, spadały na mnie niejednokrotnie. Choćby narodziny syna. Ale zaraz za nimi, jeszcze nim zdążyłem poczuć jakiekolwiek wyraźne zadowolenie (nie, wcale nie próżne i bałwochwalcze, ale takie zwykłe, od którego lekko się robi człowiekowi na sercu), dostawałem od życia jak obuchem w głowę. Mój piękny sen pryskał. Następował banalny powrót do dobrze mi znanej wytartej rzeczywistości. Bo szczęście nie jest chyba częścią rzeczywistości. Musi być jej zaprzeczeniem, skoro nie dzieje się z nią jednocześnie. Musi ją dopełniać, tak jak próżnię dopełnia byt. Nic innego, jak moje przekonanie do momentu poznania Aliny. Mając trzydzieści trzy lata poznałem smak niezaprzeczalnego szczęścia. Warto było czekać tyle lat. Naprawdę warto... Zyskałem coś niezwykłego, płacąc za całą resztę najwyższą cenę. Nie byłbym zdolny czuć ponadto nic lepszego, nic istotniejszego i nic dogłębniejszego.
Wczoraj skończyłem trzydzieści trzy lata. Wiek chrystusowy, jak mówią. Czy ten najbliższy rok przyniesie mi jakiś przełom? – instynktownie przyszło mi to na myśl. Tak było, gdy kończyłem lat jedenaście, i kiedy minęły moje dwudzieste drugie urodziny. Co jedenaście lat następował przełom. Zamykał się wyraźnym odcięciem jeden cykl mojego życia od następnego. Czy tym razem może nic szczególnego się nie wydarzy? Czego mogę się spodziewać, a czego nie? Od lat rocznice moich narodzin były jednymi spośród wielu podobnych dni. Żadnym szczególnym wydarzeniem dla otoczenia. Czy ktoś o nich wczoraj pamiętał? Raptem dwie osoby... Alina zadzwoniła jeszcze przed południem. Porządnie wyprowadziła z równowagi moją żonę. Już do końca dnia wyrzucała mi, nie bacząc na dziecko, ten jeden krótki telefon. Do roboty szedłem dopiero na noc. I właściwie telefon od Ali postawił mnie na nogi. Obudziłem się przed piątą. Gdy człowiek pracuje raz na dzień, raz na noc, traci po pewnym czasie poczucie normalności w odniesieniu do upływu czasu, przemijania pór dnia, dni tygodnia, trwania w ogóle. Gubi się w tym wszystkim. Noc staje się dla niego dniem, dzień najbardziej odpowiednią porą na sen. Gdy próbuje przestawić się na rzeczywisty ciąg jednostek czasu, kończy się to zazwyczaj bólem głowy, zniechęceniem, porażką. Za oknem ostre słońce zapowiadało piekielny upał. W głowie boląca pustka. Jakby chciała rozerwać mi czaszkę, rozsadzić jej kostną kopułę, by napełnić się nie wiadomo czym. Rzeczywistością? A może tylko ten ból chciał uwolnić zamknięte w mojej głowie jakieś zamierzchłe sny, niewytarte do końca wspomnienia, przeżyte dawno dni, moje klęski i rozczarowania. Może to byłby ratunek? A może to była zwyczajna fizyczna przypadłość. Jakiś guz czy krwiak na mózgu. Jakiś gwałtowny wzrost jednych komórek kosztem drugich. Albo zbyt wysokie ciśnienie w delikatnych mózgowych naczyniach krwionośnych. Echa niedawnego pobicia. A może to wszystko było złudzeniem... Wypiłem dwie setki czystej nim wstała Lidka. Potem jeszcze dwie. Nie mogłem słuchać jej zrzędzenia. Nie mogłem na nią patrzeć. I znowu, któryś już raz, jak błysk, przez głowę przebiegła mi zaskakująca myśl: jak bardzo można nienawidzić osoby, którą powinno się kochać. Kochać zawsze, na dobre i na złe. Mimo wszystko i ponad wszystko. W końcu przysięgaliśmy sobie nawzajem tę cholerną miłość, wierność i uczciwość. W końcu obiecywaliśmy sobie to wszystko póki śmierć nas nie rozłączy. I chyba śmierć mogła być tu jedynym wybawieniem. Nie jej. Moja. Nieraz myślałem, że tylko ona. Tylko czy wtedy, gdy patrzyliśmy sobie w oczy (jak dawno to musiało być, bo dziś już nie pamiętam nawet, jaki kolor oczu ma ona), przed obliczem namalowanego nad ołtarzem Boga i tylu ludzi, rozumieliśmy w pełni sens wypowiadanych przez siebie słów, formuł bezmyślnie powtarzanych za księdzem? Czy docierał do naszych świadomości ogrom ich znaczeń? Czy znany była nam ich ciężar? Czy któreś z nas zastanowiło się choćby przez chwilę nad tym, co mówi lub słyszy? Nie. To było wiązanie się z obowiązku, nie z miłości prawdziwej i czystej. To było wikłanie się w postępujący rozkład obustronnego szczenięcego zauroczenia. Mając dwadzieścia dwa lata człowiek tak mało rozumie. Jest tak niedojrzały, że co krok popełnia głupstwa. Szczęście, gdy są to głupstwa ciągnące się za nim kilka dni, tygodni, miesięcy. Niekiedy jednak ich konsekwencje ponosi się przez całe życie. Gdyby nie Kamil, żałowałbym tych paru chwil młodzieńczej przyjemności. Bo teraz, gdy na nią patrzę, ogarnia mnie już tylko znudzenie, obrzydzenie, w najlepszym razie płytka i powierzchowna obojętność. I tyle. A kiedy marudzi, gdera mi nad uchem, bym nie pił, bo mam plecaki do szycia, nie umiem się powstrzymać i wytykam jej te wszystkie sprawy, które wiem, że innej sprawiłyby przykrość. Ale nie jej. Mówię jej, że jest stara, że jest gruba, że nie ma w niej nic, co choćby trochę mnie w niej pociągało. Owszem, bywam wulgarny, ale tylko wtedy, gdy pierwsza przesadzi. Robię to wszystko świadomie, z pełną premedytacją. Zdeterminowany i pozbawiony jakichkolwiek skrupułów. Lecz jej zapewne nie robi się przykro. Nieraz tylko płacze. Denerwuje się jedynie i milknie. I wtedy mam upragnioną chwilę spokoju we własnej norze. Bo ja nie mam mieszkania. A już na pewno nie mam domu. Dom był u matki. Potem już były tylko jakieś nieudolne próby stworzenia jego namiastek, czegoś na kształt tamtego. Ale kiedy brakuje ciepła, nie może być mowy o domu. Moim skrawkiem wymarzonego domu był zawsze jedynie mój syn. Od niego czułem potrzebne mi do życia ciepło. Wyszedłem zapalić na klatkę schodową. Ze względu na Kamila nie paliłem w mieszkaniu. Tam dobiegł mnie dźwięk telefonu. Odebrała Lidka. Dzwoniła Alina. Gdy odłożyłem słuchawkę, wysłuchałem parę kąśliwych uwag na jej temat. Stek obraźliwych inwektyw. Ciekawe co byłoby, gdybym wtedy odsłonił przed nią całą prawdę. Ogrom i siłę tego, co łączyło mnie z Alą. Powstrzymałem się. Obiecałem sobie, że nigdy nie dam jej, mimo tej całej nienawiści, poczuć się zdradzaną i odrzuconą. Oszukam ją, że jest oszukiwana. Jakie to niebywale proste i okrutne. Może dowie się kiedyś przypadkiem, a może nie dowie się wcale. Na razie niech żyje w błogiej świadomości, że jej tylko nie kocham. O tym wie. Oboje wiemy to od lat. Ona również nie kocha mnie. Mając dość jej marudzenia, poszedłem do sklepu po bułki dla małego na śniadanie... Cały dzień później szyłem plecaki. Oryginalny sposób na spędzanie rocznicy własnych urodzin. Na maszynie zszywałem przody i tyły, wszywałem plastikowe zamki, doszywałem kieszenie i wypchane miękką gąbką szelki. Maszyna szybko łączyła wykrojone elementy w całość. W ciągu kilkunastu minut powstawał jeden kompletny plecak. Rodził się w bólu oczu, połamanych paznokciach, palcach ranionych ostrzem igieł, przeciętej ostrymi nićmi skóry na dłoniach. Tego dnia było o tyle ciężko, że igły łamały się jedna za drugą, a nici plątały się w mechanizm, na który nasadzana była szpula. Notorycznie zsuwał się pasek klinowy. Natrętna żona wywijająca plecaki na prawą stronę bez przerwy truła mi o porannym telefonie od Aliny. Jakby nie można było przesiedzieć cicho tych kilku godzin, kiedy się nie ma już o czym rozmawiać. Koszmarnie jest słuchać bez ustanku wywodów, których sensu nie jest się w stanie uchwycić, które nie mają dla Ciebie żadnego istotnego znaczenia. Do roboty wyszedłem godzinę wcześniej niż zwykle. Nie mogłem znieść już tego bełkotu. W pracy zapowiadał się długi samotny wieczór, a potem nocka i czekanie na świt. Dwunastogodzinna służba. Czuwanie, by nie ulec bezczynności i zmęczeniu, i nie usnąć. Czuwanie przede wszystkim nad sobą, by dotrwać do rana, by nie zawieść, by nie zawinić. Przedziwna lojalność pracownika ochrony. Ciężko jest siedzieć samemu całą długą noc. Nie mieć odezwać się do nikogo, choć właśnie wówczas człowieka nachodzi największa potrzeba, by mówić. By rozmawiać. O sobie i swoich sprawach. Nie o pogodzie i nie o pierdołach. O sobie samym i o własnym życiu. Może dlatego, że cisza i bezczynność w jakiś naturalny sposób determinują do takich rozmyślań. A gdy takich myśli nagromadzą się w głowie setki, cisną się na język bezwiednie i łatwo jak zakorzenione w potoczności życia przekleństwa. To by pomogło. Takie rozważanie z kimś o sobie naprawdę by pomogło. Ale ten ktoś musi cię słuchać, nie być ścianą, głuchym świadkiem czyichś uzewnętrznień. Ktoś, kto mógłby zrozumieć, a nie jednym uchem wpuścić twoje słowa, a drugim wypuścić je jak monetę rzuconą do garnka bez dna. To nie o to chodzi. To jest przecież spowiedź. Głównie przed samym sobą, ale, by nie próbować się oszukać, w obecności kogoś jeszcze. To musi być ktoś z szacunkiem dla prostoty zwierzeń innych ludzi. W tym wszystkim nie pragnie się żadnego doradzania, żadnej pomocy. Gdyby ktoś umiał mnie wysłuchać tak, bym poczuł, że na pewno choćby jedno moje zdanie utkwiło mu w pamięci i spadło na dno serca. Gdyby tu mogła być Alina... Później niejednokrotnie przesiedziała ze mną do rana. Ale wtedy górę nad rozmową brały uczucia, dwustronne nienasycenie sobą. Nie było możliwości spokojnego porozmawiania. Dominował subiektywny przesycony wzajemną namiętnością aspekt spotkania. Zaspokajanie własnych nieposkromionych żądz. Wzajemne sycenie się tą drugą osobą. Czy znalazłby się ktoś jeszcze poza Aliną? Myślałem, że nie. Nie było takiej osoby. Nie znałem w tej chwili nikogo takiego. Kiedyś sądziłem, że znalazłem dobrego człowieka, powiernika moich przejść. Niestety czar prysł. Nie zrozumieliśmy się do końca. Prawie zupełnie... Nie mam o to żalu. A może właśnie ogromny... Rozważania przerwał telefon. Dzwoniłeś ty. Jednak ktoś jeszcze pamiętał. Ten gest był bardzo ważny dla mnie. Spodziewałem się raczej po innych tej pamięci. Za godzinę byłeś u mnie. Zgodziłeś się na takie urodziny. Przyjąłeś moje zaproszenie, nieświadomy naglącej mnie potrzeby zwierzeń. Zjawiłeś się z półlitrówką żubrówki. Prosiłem cię o nią. Nie chciałeś pieniędzy. Powiedziałeś, że to prezent. Potem ze szklanek piliśmy czystą wódkę. Bez popitki, bez zakąszania, bez papierosa. Wtedy zacząłem opowiadać ci nagle swoje życie. Pamiętasz? Ze zwykłej potrzeby duszy. A może coś już przeczuwając...
W maju Getynga zawsze tonęła w kwiatach. Rejsowy autobus z Polski wysadził mnie naprzeciw głównego parku. Wielki klomb różnokolorowych kwiatów dusił wonią dziesiątków zapachów. Dusił i mdlił. Gama barw i odcieni, od bieli stokrotek przez żółcie, róże, intensywne czerwienie, amaranty aż po głębokie granaty i fiolety bratków, przyćmiewała świeżą majową zieleń. Cisza i spokój. Mimo upału uczucie chłodu rzucane przez rozłożyste konary drzew. Wyniosłe jesiony i lipy. Zupełnie jak w rodzinnych stronach. Zupełne przeciwieństwo mojego miasta, szarego i głośnego. Gdzie w letnie gorące dni trudno wytrzymać i gdzie od wczesnego ranka aż po późny wieczór hałas przejeżdżających tramwajów i samochodów nie daje żyć jak człowiek. Rozgrzane wnętrze małego pomieszczenia na poddaszu. Przedsionek piekła. Z człowieka leje się pot. Suche gęste powietrze wlewa się do płuc z takim trudem, że prawie sprawia ból. Ciasnota przestrzeni i jedno małe okienko na świat; wiecznie panujący półmrok. Lepiej byłoby żyć w piwnicy. Przynajmniej człowiek nie dusi się upałem. Nie raz temperatura wewnątrz przekraczała pięćdziesiąt stopni. I gdy na przestrzeni kilkunastu metrów kwadratowych funkcjonować muszą trzy osoby, ma się codziennie coraz bardziej dość i dość. I co rano, nim wstaniesz, przez głowę przebija ta jedna myśl: męczyć się można do diabła inaczej. Bezsilność zmusza jednak do trwania w tym piekle. Ten przyjazd do Getyngi to była swoista ucieczka. Znajomy próbował załatwić mi jakąś robotę. Na parę dni, góra dwa tygodnie. Chciałem dorobić do marnej pensji. Utrzymać z niej trzy osoby było nie sposób. Po pracy szyło się plecaki. Takie zwykłe, jakie dzieci noszą do szkoły. Zresztą jeden z nich dostałeś. Dwunastogodzinna służba, później kilka godzin przy maszynie do szycia. Co trzeci dzień wolny, a wtedy maraton, byle zdążyć pozszywać z gotowych wykrojów sto, sto kilkadziesiąt plecaków. Wieczorem nie czuć własnego ciała, nie czuć życia. I co dzień to samo, bez przerwy, bez ustanku, bez świąt i niedziel. Nieraz tylko popsuta maszyna dawała chwilę odpocząć. Ale przyszło zawsze słono płacić za naprawy. Nie udało się. Oszukał mnie. Przez kilka pierwszych dni włóczyłem się bezmyślnie po mieście. Od robotniczego hotelu przy akademickim osiedlu do centrum, na starówkę i z powrotem. Bezczynność, do której nie przywykłem. Wyrzuty sumienia, że z każdym dniem lecą ciężko wytyrane pieniądze. Miałem przyjechać tu zarabiać. Straciłem tylko miesięczny utarg za poszyte plecaki. Żadnych wymiernych pieniędzy, żadnego zysku. Poza pięćdziesięciomarkowym banknotem znalezionym nocą na pustym trotuarze. W bocznej uliczce przy rynku była mała knajpka z ogródkiem. Bardziej coś w rodzaju przytulnego pubu, kameralnego i spokojnego, niż typowego głośnego baru. Wejście kryło się za ciasno ustawionymi stolikami letniego ogródka. Rozłożone parasole i pędy dzikiego bluszczu szczelnie okrywały całą jego powierzchnię. Przydawały mu chłodu w duszne majowe wieczory, cienia i aury tajemniczości. Zaciszne miejsce w sercu tętniącego miasta. W środku panował zawsze przyjemny zapach świeżo warzonego piwa. Z bukowych belek stropu zwisały starodawne żyrandole. Drewniane kręgi z czterema imitacjami świec, dające światło mocno przygaszone, ale ciepłe. Na ścianach obitych boazerią wisiały zdjęcia. Czarno-białe widoki dawno zaginionych światów. Jakieś zagubione miasteczka, wsie, krajobrazy. Konie zaciągnięte w drewniane bryki, parowozy ciągnące rzędy stylowych wagonów z początku ubiegłego wieku, nowiutkie automobile na brukowanej powierzchni placów. Miejsca dawno utracone dla pamięci, a dla przyszłości ujęte w surowe kryształowe antyramy. Pod nimi masywne stoły z ławami. Kilka potężnych desek zbitych gwoździami na kształt dawnych wiejskich sprzętów. Na nich ręcznie szydełkowane obrusy w naturalnym odcieniu, gliniane wazoniki z żywymi kwiatami niezapominajek i kaczeńców, popielniczki i błękitne serwetki włożone w fikuśne stojaczki. Lubiłem to wnętrze. Było spokojne, przytulne i tanie. Podawali tu dobrze schłodzoną wódkę i nieduże smaczne golonki z sosem chrzanowym. A poza tym, co chyba najważniejsze, często przychodziła tam ona. Miała dwadzieścia kilka lat, długie czarne rozpuszczone włosy, twarz jasną, bladą. Siadała zawsze przy tym samym stoliku przy oknie. Paliła papierosa i czytała książkę. Od czasu do czasu ołówkiem robiła w niej jakieś notatki. Jeszcze rzadziej sięgała po kieliszek z czerwonym reńskim winem. Zawsze zamawiała ten sam gatunek. Reńskie wino z okolic Speyer-Germersheim. Piła je długo, dostojnie niemal, delektując się każdym jego łykiem. Nigdy nie brała nic do jedzenia. Pierwszy raz nie zwróciłem na nią uwagi. Umknęła mi chyba w grupie tutejszych bywalców. Inaczej być nie mogło. Dopiero przy wyjściu zauważyłem ją. Zupełnie przypadkiem, gdy zadzwonił jej telefon komórkowy. Ktoś w morzu niemieckich słów zaczął mówić po polsku. W jej wizerunku i sposobie zachowania ujęło mnie coś, co zostało już we mnie na długo. Nie ukrywam, że już później chodziłem tam przede wszystkim dla niej. Zamawiałem setkę czystej albo duże piwo, zajmowałem stolik w dyskretnym sąsiedztwie, i wypalając jednego papierosa za drugim wpatrywałem się w jej osobę. Czasem razem, choć osobno, potrafiliśmy przesiedzieć tak kilka godzin. Intrygowała mnie i nie pozwalała odejść w spokoju. Bo kiedy wychodziłem, zostawiałem ją tam w środku, czułem się jakbym tracił raz i bezpowrotnie coś istotnego, coś ważnego. Coś, co mogłoby zmienić moje życie, wyrwać mnie z marazmu, w które mnie wpędzało, pozwoliłoby odetchnąć i nabrać sił na nowe. W niej czułem jakąś nadzieję, jakiś cień szansy na wybawienie się. Choć może już wówczas było na to za późno. Przyjeżdżała do centrum miejskim autobusem. Kiedyś przypadkiem widziałem jak z czarnym skórzanym plecakiem wysiadała na przystanku przy śródmiejskim parku. Coś nakazywało podążać za nią. Cały czas siedziała na ławce za fontanną i czytała swoją książkę. Bite trzy godziny. Potem nagle zerwała się, niby ptak do lotu i szybkim krokiem przeszła przez ulicę i w znajomym lokalu zamówiła kieliszek tego samego co zawsze czerwonego wina. Piła go blisko godzinę. Piła wino i wertowała kartki w książce. Od czasu do czasu ołówkiem zatkniętym za ucho zaznaczała jakieś fragmenty tekstu. Wtedy też pierwszy raz nasze spojrzenia spotkały się. Na moje oczy padł zimny nic nie mówiący wzrok. Wyrażał chłodną obojętność. Przeszło mnie dziwne poczucie zawodu. Poczucie straty czegoś, czego jeszcze nigdy nie miałem, czego jeszcze nie próbowałem świadomie zdobyć. Nieprzyjemna obawa, że po raz kolejny pryska nieziszczalne wyobrażenie o własnym szczęściu. „Spojrzałam na Ciebie, jak spoglądam na wszystkich nowo napotkanych ludzi. Chłodno i nieufnie.” – napisała potem w liście do mnie. I dalej: „Nie ufam ludziom, nie wierzę im ani trochę. Nawet tym, których znam długo i wydawałoby się, że dobrze. Nie mam przyjaciół. Nie wierzę w przyjaźń tak, jak nie wierzę w bezinteresowność uczuć. Istotą postępowania człowieka jest obłuda i fałsz. Ludzie nie żyją. Ludzie prowadzą misternie planowane rozgrywki, w których zdaje im się, że to inni są pionkami, a oni potrafią tymi figurami rozgrywać swoje własne zamierzenia. Ale tu wszyscy są graczami i pionami. Każdy gra sobą i innymi przy pomocy dążenia do realizacji własnych interesów. Przekonałam się o tym. Doświadczyłam takich posunięć na własnej skórze. Trudno było mi przyswoić tę umiejętność.” Nie dałem za wygraną. To spojrzenie, które początkowo spłoszyło mnie, zdało odebrać mi nadzieję na bliskość, zaspokojenie mojej fascynacji, jeszcze bardziej rozbudziło te pragnienia we mnie. Oszołomiony tą chwilową krótką wymianą spojrzeń cały czas przed oczami miałem czarną głębię jej źrenic. Zmysłowa czerń oczu, rzęs, brwi i włosów na tle gładkiej jasnej cery. Ta pewność siebie na twarzy, kamienny jej wyraz. Surowość i piękno w jednym. Jak dzieło sztuki zamiast w martwą skałę włożone ręką twórcy w żywe ciało. Kiedy podeszła do baru, by zapłacić, stanąłem obok niej. Pachniała delikatną wonią ruty. Jak dziecięce miedze nad Romintą. Tęskno i sentymentalnie. - Ja zapłacę. – zatrzymałem jej rękę wędrującą do plecaka.. - Dziękuję, ale nie musi pan tego robić. – odparła stanowczo. – Nie życzę sobie tego... - Proszę pozwolić mi na ten jeden raz. – nie dałem za wygraną. – Potem dam ci spokój. Położyłem dwudziestomarkowy banknot na kontuarze. Młoda Niemka za barem nie rozumiała zamieszania, jakie było naszym udziałem. Natychmiast jednak chwyciła zmięty pieniądz i wydała resztę. Pewnie bezpodstawnie domyśliła się, że Alina zgodziła się, by jej lampka wina poszła na mój rachunek. - Proszę! – cisnęła głośno na ladę monetę i wyszła. Barmanka zdziwiona spojrzała na mnie. Schowałem monetę do kieszeni w spodniach i ruszyłem za dziewczyną. Ulicą przemierzał niezwyczajny tłum. Jakby ludzie mi na złość wylegli na ten zazwyczaj cichy i pusty deptak, i przemierzając go we wszystkie możliwe strony, tworzyli tak chaotyczny układ człowieczych postaci, ze sztuką było odnalezienie w tym natłoku kogokolwiek. Alina przepadła jak igła w stogu siana. Ruszyłem w stronę parku i przystanku. Pewnie wraca teraz do siebie – pomyślałem. Przeciskając się i potrącając co rusz kogoś, biegłem w tamtą stronę. W pewnym momencie dostrzegłem ją przed sobą. Swoim szybkim krokiem zręcznie manewrowała pośród ludzi. Wiatr rozwiewał jej czarne włosy. Wiatr pięknie nimi falował. Zacząłem biec. Co sił w nogach i w miarę możliwości omijania wolno snujących się we wszystkie strony ludzi. W pewnym momencie wyrosła przede mną jej postać. Całym swoim impetem wpadłem na tę dziewczynę. Spojrzałem na nią. Jej spojrzenie utkwiło mi w oczach. Patrzyła na mnie smutnymi oczami. Jakby za chwilę miały popłynąć z nich łzy. Przestraszona i cierpiąca. Dziwna... - Nie mogę. – wyjąłem z kieszeni spodni monetę. – To twoja. Zostawiłaś przy barze. - Tylko o to Ci chodziło? - Z mojej otwartej dłoni zabrała metalowy krążek. Schowała go do portfela w plecaku. - Teraz już możesz sobie iść. – odparła i ruszyła w stronę przystanku. - Poczekaj! – krzyknąłem za nią. – Jeszcze coś... Jeszcze jedna rzecz... - Co takiego?! - zatrzymała się podirytowana i odwróciła. - Nie zostawiaj mnie. – poprosiłem. – Nie odchodź tak po prostu... Zakochałem się. Zwyczajnie zakochałem się w Tobie... Jesteś mi potrzebna... - Idiota! – ruszyła dalej, a ja za nią. Zgodziła się jednak na wieczorny spacer. Doszliśmy aż na Hainberg. Z Wieży Bismarcka roztaczał się piękny widok na miasto. Chmury i niebo miały barwę nienaturalną. Wyglądały jak zwarzona śmietana w jagodowym chłodniku, który matka często gotowała latem. Całą gromadą chodziliśmy wtedy do Puszczy. Pod okiem starszych sióstr zrywaliśmy czarne drobne owoce do aluminiowych garnuszków lub szklanych słoików. Pamiętam, jak raz zgubiłem się. Straciłem z oczu siostry i brata. Gęste zarośla kruszyny i młodych świerków zasłoniły mi rodzeństwo. Rozpłakałem się i już nigdy potem będąc w lesie nie spuściłem wzroku z Ireny albo Teresy. Miałem wtedy niespełna pięć lat. To chyba pierwsze zdarzenie w moim życiu, którego mam pełną świadomość zaistnienia. Nic, co zdarzyło się wcześniej, nie zaistniało na trwałe w mojej pamięci. Jest obcym, dalekim wspomnieniem, ale jedynie dzięki relacjom naocznych świadków: matki i ojca, starszego rodzeństwa, dziadków, ciotek i wujków. Ten spacer z Aliną był teraz dla mnie czymś tak zupełnie nierealnym i odległym, jak owe pierwsze lata mojego życia, z których nic świadomie nie pamiętam. Nie wiedziałem, dlaczego zgodziła się na ten wspólny spacer. W drodze na Hainberg nie mówiła wiele. To raczej ja mówiłem. O czym? O sobie. Zresztą sama o to pytała. Bez ogródek, wprost i odważnie. Potem już codziennie włóczyliśmy się po mieście. Czekałem na nią zawsze pod uniwersytetem. Szliśmy na obiad, a później albo na Rynek do studni z gęsiarką, albo wzdłuż Weender Strasse, albo dalej na Hainberg. „Po północy najczęściej wracaliśmy z centrum. Do tych surowych murów akademika na północnych obrzeżach miasta powracaliśmy zawsze razem. Odkąd poznaliśmy się, a było to już chyba na drugi dzień jego przyjazdu do Getyngi, spostrzegłam, że spędzamy ze sobą niebezpiecznie dużo czasu. Oboje tak naprawdę uciekliśmy tu przed czymś; dla obojga nas przyjazd tu był świadomą ucieczką.” – pisała w liście. „Przylgnęłam tak do niego z podświadomej i ponad mną będącej naturalnej potrzeby posiadania kogoś bliskiego. I nie liczyło się dla mnie, że była to kompletnie obca osoba, starsza ode mnie o ponad dziewięć lat, o której istnieniu nie wiedziałam jeszcze nic przed tygodniem. Tu stał się dla mnie, pośród tysięcy obcych, jedynym znajomym. Stał się opoką bezpieczeństwa, poczucia czasu i rzeczywistości, od których coraz bardziej ostatnio odchodziłam. To była dla mnie zwykła potrzeba ciepła.” – spowiadała się i tłumaczyła, a dalej usprawiedliwiała mnie: „On zdecydował się na przyjazd tu nie tylko z prozaicznej potrzeby zarobienia kilku groszy, ale także, jeżeli nie przede wszystkim, z powodu odreagowania własnych przeżyć, o których nie lubił mówić i nie mówił. To była jego tajemnica, której istotę ważności zachowania w jego wnętrzu rozumiałam doskonale. Dlatego nie naciskałam na niego, nie żądałam żadnych wyjaśnień, odkrywania się całkowicie. Ja przecież też nie powiedziałam mu od razu wszystkiego.” Pochodziła z małego miasta na Pomorzu. Studiowała prawo w Toruniu. Przyjechała do Getyngi na roczne stypendium z racji partnerskich kontaktów obu uniwersytetów. Niemiecki znała doskonale. Podkreślała, że wszystko, co osiągnęła, zawdzięcza sobie i tylko sobie. Swej ciężkiej pracy. Los nigdy nie rozpieszczał jej, raczej rzucał kolejne kłody pod nogi, kolejne zawody i kolejne rozczarowania. Najpierw stwarzał iluzję szczęścia, a potem, gdy brała ją za pewnik, za coś, co było na bliskie wyciągnięcie ręki, ciął równo, pozbawiał ją złudzeń, niemal szydził i śmiał się do rozpuku, że znalazł jeszcze kogoś tak naiwnego, kto za marchewką na kiju poszedłby wszędzie. Gdy tak mówiła, w mojej głowie powtarzałem sobie po każdym jej zdaniu: „To zupełnie tak samo jak ja. Skąd ja to wszystko znam.” Może to nas później tak mocno do siebie zbliżyło. Może tylko dlatego w końcu mi zaufała. Wtedy nie powiedziałem jej jednak wszystkiego. Nie przyznałem się, że mam żonę i dziecko. Ani razu nie wspomniałem o nich przy niej. Bo choć postać syna miałem cały czas w głowie, to o żonie zapomniałem, gdy tylko wyjeżdżając do Niemiec, zamknąłem drzwi naszego mieszkania. Wyrzuciłem ją z pamięci jak wyrzuca się bez żalu stary zużyty but, pomięty skasowany bilet. Kiedy odważyłem się na ten krok, nie wiem. Następnego dnia musiałem wracać do Polski. Kończył się urlop i kończyły się pieniądze. Te przywiezione tutaj i te przypadkowo na miejscu znalezione. Siedzieliśmy wtedy na starym, moście z nogami spuszczonymi z filarów. - Zaczyna wydawać mi się, że przestaję być sama na świecie. – powiedziała. Patrzyło wówczas na nas całe getyńskie Stare Miasto. - Może to i dobrze, że tak ci się wydaje. - odparłem wpatrzony w ciemne tło wzgórz nad miastem przed nami i majaczące niewyraźnie na tle nieba drzewa. - Lepiej mieć złudzenia niż nie mieć nic, nie być zdolnym nic posiadać. - A jeśli to tylko pozorne poczucie stanu? - zadała pytanie i było ono chyba bardziej skierowane do niej samej, niż do mnie. - Ale czy mamy możliwość przenikać pozory? Czy jesteśmy do tego zdolni? „Milczał, ale ja doskonale wiedziałam, co myślał w tej chwili. Po prostu jego myśli wnikały w moje myśli i stawały się jednością. Wtedy nie przypuszczałam, że dwoje ludzi w tak krótkim czasie może zacząć rozumieć się bez słów.” – opisywała w liście. - Być może masz rację, że to zwykłe przedawkowanie rzeczywistości, że to tylko jej nadmiar, który burzy w nas jej poczucie. - powiedziała po chwili ciszy podszytej odgłosem płynącej rzeki. - Tak sądzę. - odparłem spokojnie. - Na każdym kroku próbujemy uciekać przed nią, a tak naprawdę dostajemy się coraz bardziej w jej tryby. - Jest więc ratunek dla nas? - Gdzieś na pewno jest... Chodźmy! - poderwałem się, a ona zrobiła to niemalże równocześnie ze mną. Jakby o pół myśli wyprzedzała moje myśli; jakby o pół zdania dystansowała moje słowa. „Nie zapytałam się dokąd. Postanowiłam mu zaufać. Ufałam mu coraz bardziej. Ufałam tak, jak nie ufałam do tej pory nikomu. Nawet bardziej niż sobie...” – przyznała się potem. Poszliśmy na Hainberg. Ostatni raz przed moim wyjazdem. Był ciepły majowy wieczór. Ulice pełne spacerujących ludzi. Roześmianych, rozgadanych. A mnie wciąż gryzły myśli, co się z nami stanie. Co będzie po moim wyjeździe. Co będzie po jej powrocie do Polski za niespełna miesiąc. Musiałem jej powiedzieć. Musiałem odkryć tę najważniejszą kartę, którą przed nią ukryłem. Tylko jak? Jak to zrobić, by jej nie stracić. Powtarzała mi, że nie zniosłaby kłamstwa. Że jedno małe kłamstwo podważa jakiekolwiek międzyludzkie zaufanie. Ale to nie było przecież kłamstwo. Nie okłamałem jej. Nigdy wprost nie pytała, czy jestem żonaty, czy mam dziecko. To nie było dla niej istotne, jak sądzę. Istotny byłem ja. Ja, jako bliska osoba, jako mężczyzna, jako potencjalny przyjaciel. To co najwyżej było świadome zatajenie prawdy. Fakt, że będąc całkowicie uczciwy, powinienem jej to wyznać. Ale obawa przed stratą jej była silniejsza niż wszelkie etyczne wątpliwości. W końcu wszystko zmierzało do jednego: prędzej czy później ją stracę. Albo teraz, albo po powrocie do Łodzi. A może jeszcze nie jest za późno, może jest jeszcze mały cień nadziei, że tak nie będzie. Że nie uzna tej całej sprawy za próbę oszukania jej. Bo przecież w istocie rzeczy nie są tylko jednoznacznie czarne i białe, dobre i złe. Są co najwyżej względne. Zatajenie istnienia żony i syna nie było z mojej strony oszustwem. Było niczym więcej jak niedopowiedzeniem. Ale tego wieczoru ona zdobyła się na szczerość. Opowiedziała mi o tych sprawach, o których dotychczas mówić nie chciała. Przedtem wspominała o nich tylko pobieżnie, a ja nie miałem zamiaru wyciągać od niej niczego na siłę. Ona zresztą też nie wymagała ode mnie, bym całkowicie się przed nią odkrywał. Ale najwyraźniej nastąpił taki moment, że poczuła się gotowa, by stawić czoła dawnym przeżyciom. Opowiedziała mi o Brunonie. Była z nim kiedyś. Poznała go jeszcze w Toruniu. Przyjechała wtedy na studia do dużego miasta. Czuła się obco i samotnie. Nie znalazła żadnych przyjaznych sobie osób. Nie umiała wytrzymać w ciasnym akademickim pokoju w gronie infantylnych współlokatorek. I wtedy poznała jego. Zupełnie przypadkiem na toruńskiej starówce. Malował portrety turystom. Był starszy od niej. Siedem czy osiem lat. Prawie tyle, co ja. Facet w moim wieku. Miał swoją pracownię na wprost ruin zamku. Z okna na poddaszu był przyjemny widok na Wisłę i jej drugi brzeg. Rzucił kiedyś studia i zaczął malować. „Wydawał mi się dojrzałym odpowiedzialnym mężczyzną. Był indywidualistą i to mi w nim imponowało. Robił to, co chciał robić w danej chwili. Kiedy chciało mu się spać, po prostu kładł się do łóżka. Kiedy chciał malować, w środku nocy zapalał wszystkie światła, wyciągał sztalugi, farby i pędzle i do rana tworzył. Przelewał na płótno utkwione w sobie emocje. Pełna ekspresja własnego ja – z dumą myślałam o nim. Potem dopiero zrozumiałam, że to było coś cząstkowego, fragmentarycznego. Niedługo potem okazał się niedojrzałym prostakiem.” – mówiła, jakby chcąc dać mi do zrozumienia, że nie mogę okazać się podobnym do niego. „Pojechałam z nim do Paryża. To miała być podróż mojego życia. Ktoś bliski sercu i magia tego miasta. Romantyczna wyprawa we dwoje. W dzień samotnie włóczyłam się po Paryżu, bo Bruno wystawiał swoje prace i malował pod Sacre-Coeur. Ale noce były nasze. Gorące letnie noce na Montmartrze, na poddaszu starej kamienicy na rogu Rue Vernon i Rue Lepic. Mieszkanie bardzo przypominało jego pracownię w Toruniu. Było może tylko trochę większe. Okno wychodziło na podwórze. Było tu zawsze cicho i spokojnie. Nie dochodziły nas odgłosy wielkiego Paryża. Nasze życie płynęło powoli i swoim odrębnym rytmem. Rano budziły nas wczesne promienie słońca wschodzące nad bezmiarem dachów. Musiało być chyba zbyt pięknie. A może ja tylko naiwnie nabrałam się, że to jest ktoś na całe życie. Ktoś, kto poza mną nikogo nie widzi. I nikt poza mną go nie obchodzi. Przecież mówił, że liczę się tylko ja.” „Opowiedziałam mu o Brunonie Nie wiem dlaczego. Pierwszy raz w życiu zdecydowałam się o tym komukolwiek opowiedzieć. Opowiedzieć jak bardzo mnie zranił, jak bardzo oszukał. Prawda, że w gruncie rzeczy wyzbył mnie złudzeń, którymi do tej pory żyłam. Naiwnością, że świat jest przyjazny i piękny, stąpają po nim sami dobrzy ludzie. Infantylne przeświadczenie wyniesione z domu. Nadopiekuńczość matki i bezproblemowość ojca. Wierz mi, że dla mnie nie do zniesienia. A jednak wierzyłam im, ufałam im. Nie miałam innego punktu odniesienia. Wielka kochająca się rodzina. Wszyscy wspaniali dla siebie, bez żadnych urazów, żadnej zawiści, żadnych zadrażnień. Jedynie skrzętnie skrywanych przed oczami dziecka. Obie z siostrą byłyśmy chowane w etosie wszechistniejącej zgody i braku jakichkolwiek konfliktów. Wypuszczając nas w świat, nie przewidzieli (to czysta bezmyślność z ich strony), że każą zderzyć nam się z czymś zupełnie odwrotnym. Obie zostałyśmy rzucone na pożarcie świata i ludzi. O ile Ewa trafiła na takiego samego jak i ona idealistę, tak ja pozostałam samotna i bezradna. Gorzko znosiłam swoje porażki. Może dlatego tak przeżyłam zdradę Brunona. Może dla kogokolwiek innego nie miałoby to takiego znaczenia, takiego wydźwięku. Ja poczułam się bezradna. Podcięto mi skrzydła. Wywrócił się cały mój etyczny porządek. Dzisiaj sama byłabym zdolna uczestniczyć w takiej zdradzie, ale nie zdradziłabym. Mogłabym wziąć odwet na kimś obcym, ale nie na osobie, względem której moje uczucie nakazywałoby mi lojalność. Wiesz, kiedy otworzyłam drzwi do atelier, zmęczona i przemoknięta (akurat rozpadało się nad Paryżem), miałam ochotę na herbatę z podwójną cytryną, miękką biel pościeli i ciepło jego ramion. Tymczasem herbatę z mojego kubka piła Sophie, a owinięta w białe prześcieradła i jego nagie ciało na łóżku chichotała jej koleżanka po fachu Yvette. Dwie paryskie dziwki. Wszyscy troje kompletnie pijani. Kupił im oryginalnego szampana. Tak świętował swój pierwszy sprzedany na Montmartrze obraz! To święto obiecał kiedyś mnie... Co miałam zrobić? Spakowałam swoje rzeczy i uciekłam stamtąd jak najszybciej. Daję sobie głowę uciąć, że nie zauważył w ogóle mojego odejścia. Widać nie obchodziłam go tak, jak mnie o tym zapewniał. Teraz po latach wydaję mi się, że było mi to potrzebne. Otworzyło mi to oczy. Stałam się zupełnie inna. Ostrożna i nieufna. Nauczyło mnie to niezależności sądów, odwagi w toczeniu bojów ze światem. Stałam się pełna. Poczułam się kobietą, odkryłam rzeczy, o których nie miałam pojęcia. Zrozumiałam nagle swoje miejsce w świecie. Jednak o Brunonie wolę milczeć. Nie lubię o nim mówić, nie lubię go wspominać. Staram się jak najrzadziej jeździć do Torunia Nie umiałabym spotkać się z nim na ulicy.” - I co było potem? – zapytałem. - Zaraz za drzwiami rozpłakałam się. – westchnęła. - To było jak uderzenie obuchem w łeb. Noc spędziłam na dworcu w oczekiwaniu na pociąg do Polski. Tak zakończyła się moja romantyczna wyprawa do Paryża. Już nigdy tam nie pojadę. Spojrzała na mnie wymownie. Zrozumiałem, o co jej chodziło. Zrozumiałem doskonale. Nie mniej jednak, gdy słuchałem jej opowieści, zdecydowałem się na ten krok. Miałem świadomość tego, jak to się może skończyć. Tę uczciwość byłem jej teraz winny. Zbyt wiele nas już łączyło, by się wycofywać. I choć tak wiele miałem do stracenia, to byłem gotów ponieść tego konsekwencje. Byłem gotów udźwignąć ten ciężar, jak nigdy przedtem, jak nigdy w życiu. Nawet gdyby wszystko miało się skończyć, warte było to dla tych kilku dni i kilku nocy z nią. - Jutro wyjeżdżam. – zacząłem. – Jutro wracam do siebie. - Będę tęsknić. – spojrzała na mnie. – Będzie mi brakowało ciebie, wspólnych spacerów, sączonych wolno butelek wina, długich bezsennych z wyboru nocy. - Ja także. – zgodziłem się z nią. – Ale wrócisz przynajmniej do swoich spraw. Do książek i nauki. W końcu mówiłaś, że zależy ci na studiach. - Tak mówiłam? – przygryzła wargi. – Musisz jechać? Zapytała mnie wyczekująco. A ja nie miałem przecież ochoty do powrotu do tamtej rzeczywistości. Chciałem, by ten pobyt w Getyndze trwał dłużej, wiecznie, zawsze. Bez umiaru i bez końca. Ale jeszcze wtedy czułem jakąś większą, niezrozumiałą dziś już dla mnie, powinność powrotu do żony i syna, niż targnięcie się na szaleństwo pozostania z Aliną. - Muszę. Niestety muszę. – odparłem. - Co cię trzyma? – dopytywała się. – Praca? - Praca. – przytaknąłem. – Ale też syn i żona... Uciąłem. Czekałem na jej reakcję. Była wyciszonym zarzutem. - Nigdy nie mówiłeś, że jesteś żonaty? - A czy to ważne? Czy miałoby to dla ciebie znaczenie, Alu? - Nie, i nie ma żadnego. - Więc o co chodzi? - Na pewno nie o fakt istnienia tej kobiety. Spojrzałem wyczekująco w jej czarne oczy. - O to, że zataiłeś to przede mną. - Nie powiedziałem. Nie zdążyłem... Bałem się... Bałem się, że cię stracę. Że stracę się szybciej, zaraz... - Jak mam ci ufać? – zapytała spokojnie, ale nie dała mi czasu na odpowiedź, bo zaraz zaczęła mówić dalej: - Nie umiem wyobrazić sobie, że mogłabym być blisko z kimś, kto choć w małym stopniu, świadomie czy nieświadomie, celowo czy przypadkiem, bawi się ze mną w niedopowiedzenia, kładzie na przeciwnych szalach swoją nielojalność oraz moją dobrą wiarę w jego uczciwość. Od razu ucinam takie znajomości. Kończę i nie daję szansy na kolejny raz. Mogę nie wiedzieć o sprawach drobnych, nieistotnych, jakiś błahych szczegółach, mogę być nieświadoma czyjejś przeszłości, choćby była niebanalna. Ale nie wyobrażam sobie, by ktoś ukrywał przede mną teraźniejszą rzeczywistość, sprawy, w które uwikłany jest na bieżąco, które stanowią bieg jego życia. – spojrzała z wyrazem zawodu na mnie. – Zawiodłam się na tobie. Przykro mi to mówić, ale zawiodłeś mnie. Myślałam, że będziesz inny, lepszy. - Bałem się... - Bałeś się. – uśmiechnęła się. – Że mnie stracisz? A więc chodziło ci tylko o fizyczne posiadanie, o zdobycie mnie. Odważyłeś się na to wyznanie, kiedy osiągnąłeś swoje, kiedy wydało ci się, że mnie zdobyłeś. – mówiła spokojnie i opanowanie. – To mnie w tym wszystkim boli. Gdybyś miał odwagę, gdyby szczerze i uczciwie zależało ci na mnie, powiedziałbyś mi to zaraz na początku. Albo przynajmniej przed. Przynajmniej przed tą pierwszą nocą, kiedy wspólnie tego chcieliśmy. Ja nieświadoma całości twojego położenia; ty w pełni świadomy wykorzystania mojej niewiedzy. Tak, to było wykorzystanie. I jak ja się teraz mogę czuć? - To naprawdę nie miało być tak. – odparłem. – Przyznaję, nie byłem zupełnie uczciwy. Być może wtedy górę wzięły żądze, fizjologiczny popęd. Być może to było odreagowanie na brak kobiety, seksu, kochania... – przerwałem na moment. – Ale widzisz, jeżeli nie sypia się z własną żoną od kilku lat. Jeżeli tłumi się w sobie naturalny instynkt, to nie do końca zastanawia się człowiek nad etyczną wymową własnych zachowań. - To nie jest żadne usprawiedliwienie. - Mam tego świadomość.- westchnąłem - Ale chciałbym zapewnić cię, że nie to było głównym zamiarem wobec ciebie. To było coś ponad to fizyczne pożądanie, to było coś o wiele bardziej wzniosłego, duchowego... I tak jest nadal. Czuję w sobie zakochanie. Coś więcej niż tylko zauroczenie. Uczucie jakieś pełniejsze i dojrzalsze od wszystkich, które dotychczas były moim udziałem. - Przykro mi, ale nie potrafię sobie z tym poradzić. Nie umiem wierzyć w to, co mówisz. Nie ufam twoim słowom. Może tracę tym samym bezpowrotnie szansę na coś pięknego, nawet na szczęście... Ale nie jestem w stanie uporać się z zaistniałą sytuacją. To byłoby wbrew zasadom, jakie sobie kiedyś postawiłam. - Co masz zamiar zrobić? – przeczuwałem najgorsze. - Chyba musimy się po prostu rozstać. Zakończyć ten rozdział w naszych życiach. Zakończyć i zapomnieć... - Chyba żartujesz! – próbowałem zapobiec takiemu rozwiązaniu. – W życiu o Tobie nie zapomnę! Dzięki tobie moje życie pojaśniało, nabrało na nowo znaczenia i wartości. - Więc wracaj do domu i próbuj spożytkować je tam. Nie próbuj mnie zatrzymać, proszę. Wstała i po prostu odeszła w stronę przystanku. Krzyknąłem za nią kilka razy, ale nie odwróciła się. Nie zatrzymała się nawet na moment, nie zwolniła choćby o odrobinę kroku. Chciałem się zerwać, biec za nią. Coś mnie powstrzymało. Echo jej ostatnich słów w uszach, a może świadomość własnej bezsilności wobec jej decyzji. Być może intuicyjna gotowość na jej odejście, jej stratę. „Miałam łzy w oczach, gdy szłam wieczornym chodnikiem i słyszałam jego wołanie. Zły czas na łzy. Mogłabym przecież odwrócić się, zwolnić kroku, zatrzymać się, a nawet pobiec w jego stronę i rzucić mu się na szyję. Mogłabym przecież zaprzeczyć własnym słowom. A przecież nie mogłam. Nie mogłam ulec. Przecież te słowa popłynęły wtedy z mojego wnętrza. Jak mogłabym przeczyć sama sobie? Zresztą to mógł być efekt utraconych korzyści, który zawsze pojawia się, kiedy człowiek zmuszony jest do dokonania jakiegokolwiek wyboru. Uparcie postanowiłam być twarda. Udało mi się. Ale być może jednak zrobiłam to wbrew sobie. Próbowałam od nazajutrz zapomnieć o nim i jakoś nie udawało mi się wymazać go z pamięci. Im bardziej starałam się nie pamiętać, tym silniej wracał w myślach, słowach, gestach i porównaniach.”
Wyjechałem z Getyngi następnego dnia rano. Po nieprzespanej nocy. Zdruzgotany i otumaniony wczorajszą stratą. Skończyło się to, na co od tylu lat czekałem. Tych kilka chwil mojego stanu ducha, w którym świat, mimo wszystkich swoich wad i niedoskonałości, wydał się być piękny i posiadał sens. Widzi się w nim, choć przez mgłę, jakiś cień nadziei na coś lepszego, jakieś małe skrawki szczęścia, które stać się mogą jego osiągnięciem. Tak jak z pąków pojawiają się piękne pachnące kwiaty malw. Z jednej strony czułem swego rodzaju satysfakcję, że mogłem być choć krótko szczęśliwy przy jej boku, że nie zatraciłem w sobie zdolności do postrzegania piękna życia, do czerpania z niego ponadchwilowych radości i w końcu, że szczęście może być tak blisko. Dotychczas wydawało mi się, że całokształt moich przejść i niepowodzeń na dobre już wypaczył moje spojrzenie na świat. Odarł mnie z pozytywnej umiejętności patrzenia na niego i na swoje życie. Zazdrościłem optymizmu innym. Jak bardzo zazdrościłem twojej pogody ducha. Z drugiej strony cierpiałem i było mi źle. Bo to wszystko okazało się jakże ulotne i krótkotrwałe. Rozczarowanie, że nie zaiskrzyło między nami tak silnie, jakbym tego pragnął. Że nie wybuchło, nie ogarnęło nas totalnie, zupełnie, bezwzględnie. Plułem sobie w brodę, bo już tęskniłem, choć od wyjazdu z Getyngi nie minęły jeszcze nawet dwie godziny. Straciłem ją i to wszystko, co dzięki niej doznałem. Poprzez ten jeden szczegół, ten jeden fakt. Nie, nie jeden fakt, ale fakt niedopowiedzenia stanu faktycznego. Skąd mogłem przypuszczać, że nie będzie miało dla niej znaczenia to, co było moim przekleństwem od ponad dziesięciu lat. Nie mogłem prosto z Getyngi jechać do Łodzi. Potrzebne mi było kilka dni wytchnienia, odreagowania tego wszystkiego, uspokojenia, wyciszenia, poukładania się na nowo wewnętrznie. Pojechałem do matki. To jedyne miejsce na świecie, gdzie zawsze czułem się dobrze. Bez względu na wszystkich i na wszystko tutaj odpoczywałem i nabierałem sił. Ładowałem witalne akumulatory, by móc jako tako funkcjonować na co dzień. Starałem się przyjeżdżać tam kilka razy w roku. Choć dzieliło mnie blisko czterysta kilometrów, wsiadałem w samochód lub w pociąg, nieraz zabierając Kamila ze sobą, i jechałem do dobrze znanych z dzieciństwa stron. Tam się urodziłem, tam dorastałem. Nigdzie indziej nie czułem się tak bezpiecznie, tak dobrze i tak wolny. Zwłaszcza, że Lidka omalże nie dostawała spazmów, kiedy musiała tam jechać. Nigdy nie protestowałem, może kilka razy na samym początku małżeństwa. Dawałem jej wolną rękę. Zwykle zostawała w Łodzi. Tylko czasem nadąsana i zła jechała do mojej matki. Nie znosiła jej tak samo jak mnie. Moja matka... Nazywaliśmy ją zawsze matulą. To brzmiało tak ciepło jak jej głos, jej spracowane dłonie, jej serdeczny uśmiech. To brzmiało miękko jak jej teraz już posiwiałe włosy, jej szeptane rano i wieczorem słowa pacierza, jej delikatne stąpanie po drewnianej podłodze. Zawsze starała się dać nam wszystko. Zawsze starała się być nam i matką i ojcem, zwłaszcza od momentu, gdy go zabrakło. Umiała być surowa i przylać pasem, ale przede wszystkim potrafiła przytulić, pogłaskać po głowie, ukoić ból porażki, niepowodzenia, straty. Może dlatego tam skierowałem się po rozstaniu z Aliną. Z dzieciństwa najbardziej pamiętam jej pieczony w domu chleb. Ciepły i rumiany bochen wyjmowany z pieca w naszym poniemieckim domu. Chrupiący i krojony wielkim nożem w grube pajdy smarowane masłem lub gęstą śmietaną z cukrem. Pulchny i rozpływający się w ustach, kiedy kęs po kęsie połykało się go w przerwach między jedną zabawą a drugą. Najsmaczniejszy był do białego barszczu. Ilekroć matula wychodziła przed dom lub przez okno otoczone wianuszkiem kwitnących malw i wołała nas na obiad, biegliśmy jak na złamanie karku na ten barszcz kraszony jedynie słoniną i cebulą. Matka nalewała każdemu na talerz wielką chochlą porcję zupy, a potem brała nóż i kreśląc na spodzie chleba znak krzyża, wykrajała każdemu zuchelek świeżego chleba. A przed Wielkanocą, gdy w wielkim żeliwnym saganie, który ojciec kupił jeszcze od szabrowników po wojnie, gotowała się szynka, lubiłem maczać grube kromki chleba w słonej wodzie. Raz o mały włos prawie nie ściągnąłem tego garnka na siebie. Dostałem wtedy od matki lanie, którego nigdy nie zapomnę. Byłem wtedy dziesięcioletnim smarkaczem, który jeszcze myślał, że nic mu się nie może stać złego. Rok później dotarło do mnie, że zło dzieje się wszędzie i przytrafia się wszystkim o wiele częściej niż dobro. Wtedy brakowało już ojca. Wtedy skończyło się właśnie moje beztroskie dzieciństwo, moja nieświadomość prawdziwego oblicza życia. Dzieciństwo wspominam ze łzami w oczach. Jedyny okres w życiu człowieka, kiedy może czuć się szczęśliwy. Nie jest się świadomym tego szczęścia. Nie bywa się w każdym bądź razie świadomym wszelkich niebezpieczeństw świata, możliwości niepowodzeń i porażek. Nie odczuwa się pełni ich dotkliwości. Rodzice zawsze stwarzali nam, jeżeli nie prawdziwe, to choćby pozorne poczucie bezpieczeństwa i miłości. Zawsze czuło się to ciepło, nawet, gdy byli surowi, nawet gdy dostawało się cięgi rzemiennym pasem. Miało się im wtedy to za złe, ale prędzej czy później każde z nas doceniło wymierzanie tych kar. Pamiętam, że było w naszym domu coś takiego, że jeżeli ojciec był zły na którekolwiek z nas, matka próbowała nas bronić. Gdy z kolei ona krzyczała, ojciec brał naszą stronę. I nie odbywało się kosztem podważania ich wzajemnych autorytetów w naszych oczach. To było raczej dążenie do stanu, w którym wilk byłby syty, ale i owca pozostałaby cała. To nie miało na celu uchronienie kogoś od kary, ale pokazanie, że mimo jej otrzymania, nie zostaje się samym z bólem jej wypełnienia. To było zmierzanie do stanu, w którym wymierzona zostałaby kara skuteczna i sprawiedliwa, ale która nie powodowałaby poczucia krzywdy. Za to jestem wdzięczny rodzicom. Tak staram się postępować z własnym synem, zwłaszcza że mam go jednego, a nas było przecież sześcioro. Oczywiście były sytuacje, gdy ciężar winy nie mógł ujść złości obydwojga rodzicieli. Na przykład gdy z blatu kuchni nieomal na siebie nie ściągnąłem garnka z wrzątkiem. Albo gdy Andrzej wyniósł z domu zapałki i rozpalał ogień przy stodole sąsiada. Wtedy było poczucie krzywdy, niezrozumienia. Łzy, rozpacz, krótkotrwałe poczucie niekochania. Ale taka kara zapadała w pamięci i była swego rodzaju pewną gwarancją, że nigdy potem nie powtórzy się podobnie bezmyślne działanie. Ojciec był surowym człowiekiem. Nie okazywał swych uczuć względem nas tak jak matka. Czy nas kochał? Myślę, że tak. Na pewno się starał, byśmy postrzegali go jako ojca nie tylko poprzez miejsce zajmowane w hierarchii domu, ale także poprzez doznania z jego strony takich słów, gestów, posunięć, które umacniałyby więź między nami. To nie był ten typ człowieka, którego nie obchodzą zupełnie własne dzieci. Umieliśmy się z nim porozumieć. Umiał pokazać, że w jakiś sposób mu na nas zależy. Tych momentów nie było może zbyt wiele, bo częściej ojca nie było w domu, częściej był zmęczony lub nieraz po prostu pijany. Ale zawsze w sobotę rano zabierał nas, swoich trzech synów, na ryby lub na raki. Nigdzie nie było takich sielaw i okoni jak w Czarnym. Nigdzie nie było tyle raków, co w Przerośli. To była zawsze dla mnie ważna wyprawa. Matka budziła nas jeszcze przed świtem. Dawała nam na śniadanie gorące mleko do picia i po pajdzie chleba z miodem lub konfiturą z dzikiej róży lub czarnego bzu. Potem, gdy mgły jeszcze wisiały nad wzgórzami, poprzez uśpioną wieś, obok cmentarza, szło się szosą w dół ku Przerośli. Wśród ciszy i wśród wilgoci rosy. Wśród bieli i chłodu poranka, gdy wschodzące słońce ledwo jeszcze przenikało gęste opary i niewyraźnym kręgiem, bladym i słabym, jawiło się znad horyzontu. A gumowe kalosze na nogach skrzypiały z każdym krokiem na mokrym od łzawienia nieba czarnym asfalcie. Ryby łowiliśmy zawsze z zachodniego brzegu jeziora. Małe bezleśne zatoczki umożliwiały swobodny dostęp od wody. Każdy z nas miał swoją zrobioną z wierzbowej witki wędkę i swoje własne miejsce do łowienia. Każdy z nas zarzucał przynętę i w ciszy i skupieniu czekał na branie. Ja, jako najmłodszy, zawsze tuż przy ojcu. Dalej Andrzej i Benedykt. Miałem najmniej cierpliwości z nich wszystkich w oczekiwaniu na rybę. Nieraz zdarzyło mi się zaplątać żyłkę w przybrzeżne tataraki. Kilka razy siedząc i czekając na szarpanie spławika, zdarzyło mi się zasnąć. Może dlatego wolałem chodzić na raki. Najwięcej raków było po wschodniej stronie Przerośli. Tam, gdzie brzegi porastały gęste i potężne olszyny. Kilka lat temu ktoś bezmyślnie ściął je wszystkie i raki bezpowrotnie znikły. Korzenie drzew tworzyły bowiem dla nich wymarzone kryjówki, pełne mulistych zakamarków. Wypłaszało się je stamtąd kijem, a potem, gdy panicznie uciekały w stronę głębi jeziora, czerpakiem wyłapywało się je i wrzucało do wiadra. W domu straszyło się nimi siostry. A potem była z nich pyszna rakowa zupa i obgryzanie raczych odwłoków z delikatnego mięsa. Jesienią natomiast częściej chodziło się na grzyby do Puszczy. Wtedy chodziły z nami siostry. Każdy brał wiklinowy koszyk lub drewnianą łubiankę i szło się na rydze pod Bludzie, podgrzybki i prawdziwki za Markowo, albo jeszcze dalej na smardze i koźlaki. Przemierzało się ten las nie zważając na czas ani na zmęczenie. Każdy znaleziony grzyb cieszył. Każdy niósł satysfakcję z jego znalezienia, odkrycia go pod przykryciem z leśnej ściółki, świerkowego igliwia, brzozowych pożółkłych liści. Czasem tylko w domu matka wyrzucała połowę z nich. Ale jako kilku- kilkunastoletni chłopak nie radziłem sobie jeszcze z rozpoznawaniem podobnych sobie wyglądem. Myliły mi się szatany z borowikami, olszówki z rydzami, muchomory z pieczarkami. Starsze rodzeństwo zawsze śmiało się ze mnie. Do momentu, gdy pierwszy raz udało mi się donieść do domu koszyk bez ani jednego niejadalnego grzyba. Potem był cały ceremoniał ich obierania. Rozdzielanie na te do suszenia, te do gotowania na pierogi lub zupę, te do marynowania. Rydze zawsze, bez wyjątków, szły na marynaty. Chyba że wcześniej któryś trafił do smażenia na rozgrzanej blasze kuchni. Posolone smakowały jak żadne inne. Kurki natomiast wybierało się i nosiło na skup. Dobrze za nie płacili. Podobno w Niemczech, tak mówili, to był rarytas. W dzieciństwie Niemcy w pierwszej kolejności kojarzyły mi się z żółtymi kapeluszami kurek. W lesie, gdy znalazłem ich gromadkę, zawsze fascynowało mnie, że ich niepozorne ciała pojadą tak daleko. Małe kruche grzybki z naszej Puszczy i wielki świat, którymi były niemieckie stoły. Kapelusze i korzenie przeznaczone do suszenia nanizaliśmy na długie nitki i ich wianuszki zawisały nad gorącem z pieca. Całą jesień roztaczał się w mieszkaniu ich intensywny zapach. Całą zimę ubywało ich, gdy na obiad były pierogi, zupa lub sos do kaszy. Las i woda żywiły nas. Smażone ryby, zupa z raków, pierogi z grzybami. Były też jagody. Maliny i jeżyny zbierane w zagajnikach i po miedzach. Czerwone borówki z suchych sosnowych borów i ciemnowiśniowe żurawiny z podmokłych trzęsawisk. Z nich matka robiła przetwory na zimę. Sok z malin i czarnego bzu do herbaty, doskonałe lekarstwo na przeziębienia, konfitura z borówek i żurawin do chleba lub budyniu na śniadanie, kompot z jagód, z którego zimą gotowało się zupę. Potem z czasem zaczęło tego wszystkiego brakować. To były najwyraźniej atrybuty mojego dzieciństwa. Gdy się skończyło, odeszły wraz z nim. Mój syn już nie spróbował ani raków, ani żurawin, ani smażonych smardzów. Po tamtych dniach pozostały jedynie wspomnienia. Wspomnienia, jak można umieć być szczęśliwym. Pierwsze jedenaście lat mojego życia urwane nagle i niespodziewanie śmiercią ojca. Zamknął się pierwszy cykl mojego życia, dzielonego przez los na jedenastoletnie kęsy czasu.
Nie umiałem znaleźć sobie miejsca u matki. Nosiło mnie w tą i z powrotem. Pierwsza nieprzespana noc. Poczucie pustki. Trawiąca tęsknota. Następnego dnia pisany na zwykłym papierze krótki list do Aliny: „Nie umiem zapomnieć. Nie umiem już wrócić do poprzedniego stanu. Nie wróciłem do Łodzi. Jestem u matki i czekam...” Kilka słów na poczet przeszłego rozstania. Że też wtedy tam, w Getyndze, zatrzymało mnie coś na tej ławce i nie pozwoliło za nią pobiec, zatrzymać jej dla siebie, dla nas. Z pomiętej kartki, odwrotnej stronie rozkładu jazdy autobusu, którym jeździliśmy z centrum do dzielnicy uniwersyteckiej, spisywałem na kopertę jej adres w akademiku. Nadałem list ekspresem. Teraz przyszło mi tylko czekać. Zdawałem sobie sprawę, że to mogły być moje ostatnie do niej słowa, ale mimo wszystko, mimo poczucia winy, mimo zrozumienia dla jej motywów, na podstawie których podjęła taką, a nie inną decyzję o rozstaniu, miałem jeszcze nadzieję na jakiś odzew, odpowiedź, reakcję. Nie było niestety żadnej. A może to tylko ja byłem niecierpliwy oczekując czegokolwiek już nazajutrz. List do Getyngi, nawet ekspresowy, musiał iść co najmniej kilka dni. Rozpadało się. Zaczęło padać już tej pierwszej bezsennej nocy u matki. Krople deszczu dudniły o szyby i parapet, liście malw i karpiówkę na dachu. Ciężkie grube łzy spadały z nieba, a wiatr raz wzmagał, raz przyciszał ich miarowe bębnienie o powierzchnie, na których rozlewały ich przezroczyste cielska. Do tego ten straszny ból głowy. Ogarniający całą czaszkę. Rozsadzający i upiorny. Wprost nie do wytrzymania. Po tamtym pobiciu w lutym powtarzał się nieraz i codziennie, zazwyczaj nie rzadziej niż co kilka dni. Czy był konsekwencją odniesionych obrażeń? Z jednej strony obserwacja w szpitalu nic nie wykazała. Ale to była tylko obserwacja, bez przeprowadzania żadnych badań, żadnych specjalistycznych ekspertyz. Przecież później w mieszkaniu odreagowywałem uderzenie w głowę zawrotami głowy, bólem oczu, zwracając przez kilka dni wszystko, co tylko zjadłem. Bo przecież z drugiej strony te wszystkie dolegliwości pojawiły się nagle, po pobiciu. Nigdy wcześniej głowa nie bolała mnie tak mocno i tak często. Prawda zapewne tkwiła pośrodku. Tylko w którą stronę jej bliżej? Noc skończyła się bezsennym świtem. Pianiem kogutów na dworze, pochmurnym szarym niebem i moknącymi murami obejścia. Wziąłem starą wędkę i poszedłem nad Przerośl. Zupełnie sam. Już bez ojca, bez braci. Nad bezleśną zatoczką nie stał obok mnie ojciec, nie stali Andrzej i Benedykt. Wydźwięk mojej samotności napatoczył tamte wspomnienia. W gumowym sztormiaku, wysokich kaloszach patrzyłem na puste szare jezioro. W deszczu i we mgle zdawało się zlewać z niebem, równie szarym i równie smutnym. Stan mojej duszy odzwierciedlony przez naturę. Stan wyciszenia i wyczekiwania. Świat miał nadzieję na bezdeszczowy dzień; ja na jakąś cudowną odmianę losu. Tylko że świat miał prawo spodziewać się słońca karmiony zapewnieniami synoptyków i meteorologów, a ja trwałem w oczekiwaniu samotnie i bez wsparcia. Świat miał jakieś podstawy ku swoim oczekiwaniom; ja miałem tylko własne niepewne przeczucie. Przemoczony i z dwiema niedużymi płociami w siatce wracałem do domu. To nie był poranek na połów. Deszcz przestał padać, gdy mijałem cmentarz. Ciemne chmury jednak dalej zalegały niebo. Dzieci z plecakami spieszyły do szkoły. Do sklepu przywieźli świeże pieczywo, nabiał i wędlinę. Kilku znajomych ludzi na powitanie dnia. Kilka znajomych twarzy; pewnie kiedyś znaliśmy się lepiej. Kilka niepewnych skinięć, by nie powiedzieli potem, że nie rozpoznaję ich na ulicy. Na przystanek podjechał biało-niebieski autobus. Poranny kurs z Suwałk. Niewielu wozi pasażerów. Zwykle nikt tu nie wysiada. Raczej ludzie wsiadają. Jadą do pracy i do szkół w Gołdapi. Kiedyś też tak dojeżdżałem. Tym razem ktoś wysiadał. Grupka wsiadających bowiem niecierpliwie tłoczyła się przed wejściem czekając na przybysza. Drobna kobieca postać z niedużą podróżną torbą. Jakby Alina... Zacząłem biec w kierunku autobusu. Serce waliło mi jak dzwon. Oddech przyspieszał i spłycał się pod wrażeniem perspektywy bliskiego spotkania. Autobus właśnie ruszył, gdy dobiegłem do przystanku. Ale to nie była Alina. Jakaś o wiele starsza kobieta. Zdyszany udałem przed nią, że spóźniłem się na odjazd. Przekląłem nawet kierowcę. Z politowaniem spojrzała na zabłocone kalosze, zasapaną twarz i dwie dyndające w siatce ryby. Zostawiła mnie samego pełnego rozgoryczenia, że przeczucia i marzenia tak rzadko się spełniają. Usiadłem na ławce pod parkanem. Otarłem pot i ślady deszczu z czoła. Zmierzwiłem dłonią wilgotne włosy. Zapaliłem papierosa. Zamokłe zapałki z trudem rozpalały się o draskę pudełka. Nim strząsnąłem pierwszy popiół żółte cinquecento przemknęło i zaraz ostro zahamowało. Cofnęło i zatrzymało się przede mną. Nie spojrzałem nawet na nie. - Wsiadaj! – rozkazał znajomy głos przez opuszczoną szybę. Usiadłem posłusznie obok niej. Milczeliśmy oboje. Ruszyła i dopiero wtedy przerwała ciszę. - Bolało? - Tak. Ale właśnie przestało. – dodałem szybko. – A ciebie? - Wtedy? Nie. Prawie wcale nie poczułam bólu. – odparła po krótkim zastanowieniu, jakby nieco zdziwiona. - Więc po co przyjechałaś? – spytałem odrobinę zawiedziony. - Bo tak naprawdę poczułam ból, gdy odjechałeś, gdy znowu zostałam sama, gdy dostałam twój list. – patrzyła szklistymi oczyma, poważna i skupiona na drodze. – Dokąd jedziemy? - Do Stańczyków. - Czy to daleko? – otarła spływającą łzę. - Nie. Zupełnie blisko. – odetchnąłem z ulgą. - Nie mogłam już wytrzymać, znaleźć sobie miejsca. Nie wiedziałam do końca, gdzie mam ciebie szukać... - Najważniejsze, że się znaleźliśmy. - Ze stempla na kopercie odczytałam nazwę poczty... Wróciłam do domu, znalazłam to miejsce na mapie, wzięłam samochód szwagra i oto jestem... - Dobrze, że jesteś. – schwyciłem ją za przegub dłoni. Znowu poczułem jej ciepło. Znowu zachciało się żyć. Serce zaczęło bić mocniej w piersi, krew szybciej pulsować. W oczach pojaśniało. Ledwo żywe ryby na powrót wrzuciłem do wód jeziora. Była niezwykle spokojna, opanowana. Niemal chłodna jak przy pierwszym wzrokowym kontakcie. Milczała. Coś w środku niej gotowało się, burzyło, jakby mając zamiar za moment wystrzelić, wypalić. Coś wewnątrz niej siedziało. Jakiś niespokojny duch. Widać to było po skupieniu na jej młodej twarzy. Jakby chciała mi coś powiedzieć, coś udowodnić, bojąc się jednocześnie konsekwencji, bojąc się mojej reakcji, reakcji swojej. Coś na pewno chodziło jej po głowie. Na miejscu szybko wysiadła z samochodu. Pobiegła zaraz na koronę wiaduktów. Nie nadążyłem za nią. Czekała na mnie na górze. Jakaś już inna, radosna i uśmiechnięta. Wzięła mnie za rękę. Zaprowadziła mnie na jego środek, tam gdzie było maksymalne przewyższenie. Największa odległość pomiędzy szczytem budowli a dnem wąwozu, nad którym był przerzucony. Puściła moją dłoń. Nasze palce rozeszły się wolno, niechętnie. Cofnęła się i oparła o betonową balustradę. - Kochasz mnie? – zapytała niespokojna, jakby potrzebowała potwierdzenia tego, co dla mnie było rzeczą niepodważalną, bardziej pewną niż cokolwiek innego. - Tak, wciąż niezmiennie. – powiedziałem. – Niezmiennie tą pierwszą miłością z Getyngi. Nagle wskoczyła na barierkę, w miejscu gdzie wiadukt niczym wielką nogą zakotwiczony był swoim filarem w głęboką dolinę płynącego pod nim potoku. Stojąc niepewnie na wąskim betonowym murku rozłożyła ramiona i odchyliła głowę do tyłu i nie mówiąc zupełnie nic przeżywała mocno każde muśnięcie wiatru na swojej twarzy. - Alina! – krzyknąłem. - Złaź, słyszysz! Natychmiast zejdź stamtąd! Nie zareagowała, a może właśnie reakcją na moje słowa było to, że jeszcze bardziej przechyliła się do tyłu. „Jakże byłam zaskoczona, gdy znalazłam się w powietrzu. Nawet się przez moment głupio ucieszyłam, że spadam. Zastanawiałam się tylko, dlaczego trwa to tak długo. Przecież to było zaledwie jakieś trzydzieści metrów. Gdy dotknęłam ziemi, poczułam dopiero uścisk jego rąk na swoich biodrach i wtedy ujrzałam przed sobą jego żywą postać. Więc to nie był sen, złudzenie, mara.” - Co ty do diabła robisz?! – wyrzuciłem jej nerwowo. - Doprowadziłeś mnie do takiego stanu, że mogłabym uczynić dla ciebie wszystko, wszystko poświęcić, wszystko rzucić, o wszystkim zapomnieć. Przytuliła się do mnie. Czułem drżenie jej ciała na swojej skórze. Była cała roztrzęsiona. - Potrzebuję cię. Potrzebuję cię jak wody, jak powietrza, jak światła. – rozpłakała mi się na ramieniu. – Dajesz mi wolę istnienia. Dajesz mi siłę zmagania się samej ze sobą. Przy tobie dopiero zaczęłam rozumieć siebie. Nie umiałabym już poradzić sobie bez ciebie, bez twoich dłoni, bez twojego głosu. Uzależniłam się od ciebie, odurzyłam się tobą. Gdybym cię nie spotkała, nadal samotnie przemierzałabym swoje życie zimna, harda i bezkompromisowa, nie tak jak trzeba, świadoma braku jakiejkolwiek nadziei na odmianę. Nie wierzyłam, że zdolna będę wykrzesać z siebie umiejętność współkochania. Sądziłam, że już dawno zabiłam ją w sobie. A potem ustami zaczęła wodzić po całej mojej twarzy; niemal nacierała na mnie całą sobą, aż usiadłem na nawierzchni korony wiaduktu, a ona muskała swoimi wargami moje czoło, brwi, policzki, nos, wąsy i brodę. Łapczywie i niecierpliwie jak spragnione wody zwierzę przy wodopoju. Między tymi pocałunkami i szybkimi łykami powietrza szeptała mi: „kocham cię, kocham cię, kocham cię”. Wsunęła mi wtedy do kieszeni list. - Napisałam go zaraz po otrzymaniu twojego, choć w myślach ułożyłam go następnego dnia po twoim wyjeździe. – zatrzymała moją dłoń sięgająca do spodni. – Możesz go przeczytać, możesz go czytać codziennie, byś miał jasność, jak to wszystko wyglądało. Ale nie teraz... Proszę! W pustym przedziale pociągu do Łodzi rozłożyłem kartkę z tym listem. Po raz pierwszy od chwili narodzin syna z oczu popłynęły mi łzy. „Przepraszam. Przepraszam za tchórzostwo. Nie powinnam była tak łatwo ulec własnym lękom. Zapewne wyrządziłam Ci krzywdę. Bo jeśli czułeś, a może nadal czujesz, to, co jest istotą moich uczuć względem ciebie, to musiała zaboleć cię moja reakcja. Nieprzemyślany do końca krok uczyniony cokolwiek odruchowo. Uruchomiony mechanizm ucieczki przed własną reminiscencją dawno minionych, choć jak widać niezabliźnionych jeszcze do dzisiaj, przeżyć. Decydując się na znajomość z Tobą nie sądziłam, że zaangażuję się w nią tak absolutnie i bezwarunkowo. Że narodzi się we mnie coś znacznie silniejszego, niż oczekiwałam po tym związku. Że stanie się to, czego się bałam i zapewne boję się nadal. Dałeś mi odczuć tyle ciepła i tyle zrozumienia, ile nie dał mi w życiu nikt. Bo nikt, kogo los postawił na mojej drodze, nie umiał mnie pojąć, nie potrafił mnie zrozumieć. Każdy chciał mnie zmieniać, dostosowywać do subiektywnie postrzeganej przez siebie utrwalonej formuły zachowań i posunięć. Ty jeden nie próbowałeś. Chciałeś mnie taką, jaką jestem, z całą moją złożonością, nieprzewidywalnością; trudną i krytyczną. Z wszystkimi moimi wadami. Ja potrzebowałam i w dalszym ciągu mocno potrzebuję ciepła drugiego człowieka. Przez lata wypalało się ono w moim wnętrzu, bo nikt nie pomagał mi go w sobie podtrzymywać. W końcu zgasło, gdy idiotyczne złudzenie po rozmowie z Piotrem, że moglibyśmy być razem, prysło jak bańka mydlana. Zdołałeś zapalić ten ogień na nowo. Tobie wierzę i Tobie tylko ufam. Podejmuję się tego ryzyka, bo nie mam nic do stracenia. Bo co mogą znaczyć resztki złudzeń? Tyle co nic. Nieprawdaż? Żona była dla mnie tylko wygodnym pretekstem, by stchórzyć. Bałam się, że możesz okazać się taki jak Bruno, że możesz być przez fakt jej istnienia tak nieosiągalny jak Piotr. Bałam się kolejnego rozczarowania. Bo przecież tak mało o sobie wiemy, tak niewiele się znamy. I może się okazać, że tak będzie. Nie ma się nigdy gwarancji, czy wybór dokonany był rzeczywiście słuszny. Prawie nigdy jednoznacznie słuszny nie bywa. Ale z drugiej strony jest ta niezwykła nić porozumienia między nami. Ta fascynująca przypadłość, dzięki której rozumiemy się bez słów, przenikamy swoje myśli, wyprzedzamy wzajemnie własne kroki. Nie zawsze, ale relatywnie często. Jak z nikim innym dotychczas. Jadę Cię więc szukać. Bo przecież przed miłością nie można uciekać. Miłość zdarza się raz. A ja nie mogę zmarnować tej szansy.” Alina miała zwyczaj pisania listów. Lubiła je pisać. Najdziwniejsze jednak w tym wszystkim było to, że nie miały one zazwyczaj swoich adresatów. Pisane były tak po prostu do szuflady. Potem ginęły w koszu na śmieci, gdy przeleżały już swoje i zaczęły przeszkadzać, zabierając miejsce na te nowo tworzone. Czasem, ale to rzadko, zdarzało się, że jej myśli przelane na papier, znajdowały odbiorcę. Jak ten list, który cicho włożyła mi do kieszeni na moście w Stańczykach. Jedyny, pierwszy i ostatni, który do mnie napisała. „Ludzie nie umieją czytać listów. Pożerają z nich tylko puste słowa, a sens tych słów pozostaje w dalszym ciągu zatopiony w martwym papierze. Bezużyteczny wysiłek nadawcy. Beznamiętne trawienie czyichś myśli. Dlatego nie wysyłam tych listów. Chowam je w szufladzie i sama decyduje, czy moje słowa pokryją się kurzem, czy skończą swoje materialne trwanie na wysypisku śmieci.” – pokazała mi kiedyś ten schowek w szafie z ubraniami. Zwykłe papierowe pudełko po butach wypełnione do połowy stertą najróżniejszych kartek i karteczek. Resztę drogi do Łodzi planowałem dalsze swoje wspólne życie z Aliną. Gotowy byłem z miejsca wystąpić o rozwód, nawet wziąć winę na siebie. Zostawić Lidce wszystko: mieszkanie, samochód, maszynę do szycia. Im bliżej byłem swoich śmieci, tym bardziej pragnąłem rozstania z nią i rozpoczynania wszystkiego na nowo z Aliną. Jedno mnie powstrzymało: syn wyglądający mnie przed bramą na podwórze i jego trzy szczere dziecięce słowa radości: „Tato, nareszcie jesteś!” Zyskując Alinę, straciłbym zapewne syna. Mógłbym widywać go tylko czasem, tylko przez chwilę, tylko niepełnie. Znaczył dla mnie zbyt dużo. Znaczył nie mniej niż Ala. Ledwie co przekroczyłem furtkę, Kamil rzucił mi się na szyję. Przytulił się mocno do mnie swoimi rączkami obejmując mnie w pół. - Mama mówiła, że już nie wrócisz... – oznajmił z wyraźnym wyrzutem i niepokojem. - Dlaczego miałbym nie wrócić? – zapytałem spokojnie, ale w środku burzyła się we mnie krew. - Mogłeś znaleźć sobie kogoś innego zamiast nas. Mógłbyś, tatusiu? Powiedz! – zapytał z powagą niespełna jedenastoletniego dziecka. Nie odpowiedziałem od razu. Chciałem powiedzieć, że nie, choć prawda była zupełnie inna. Połowicznie inna. Znalazłem kogoś, ale nie w miejsce syna. Alina mogłaby zastąpić wszystko, ale nie dziecko. - Nigdy nikogo nie będę kochał bardziej niż ciebie, synu. – pogładziłem go po czarnej czuprynie. – Nie słuchaj matki, gdy będzie gadać podobne bzdury. – odparłem. – Obiecujesz? Pokiwał potakująco głową. I po raz pierwszy w moich słowach wypowiedzianych do syna zabrakło lojalności wobec jego matki. - Zawsze będziesz dla mnie najważniejszy na świecie. Wiesz?! Uśmiechnął się pogodnie. Chyba wiedział to i wierzył w moje zapewnienia. Ufał mi, a ja nigdy nie zawiodłem jego oczekiwań. Zawsze starałem dawać mu tyle miłości, ile tylko umiałem z siebie wykrzesać. Nawet wtedy, gdy zgnieciony życiem myślałem o samobójstwie. Mały był dla mnie wówczas jedyną jasną iskierką nadziei. Jedynym powodem, by nie pozbawić się życia i raz na zawsze uwolnić się od łajdactwa tego świata. Bo choć wydawało mi się, że skoro ja dałem sobie radę bez ojca będąc w wieku swojego syna, on poradzi sobie tym bardziej, to chwilę później przychodziła refleksja, że nie mogę mu tego uczynić. Zbyt wiele bólu i cierpienia kosztowało mnie odejście mojego ojca. - Mam dla ciebie obwarzanki od babci Ani. - Serowe? - Tak. Twoje ulubione. Babcia specjalnie od rana smażyła je dla ciebie. Wyjąłem z podróżnej torby tekturową tytkę z ciastkami i poszedłem stawić czoła Lidce. Odpoczywała, gdy wszedłem do mieszkania. Rozłożona na naszym wspólnym małżeńskim łóżku. Razem w nim sypialiśmy od ponad dziesięciu lat; od dawna już nie ze sobą, lecz obok siebie. Czytała jedno z tych wielu kolorowych pism, których okładki emanują z witryn kiosków z prasą. Pewnie czytała o jakimś kolejnym romansie dwojga sławnych postaci lub fikcyjną historię dwojga niespełnionych kochanków. Zachwycała się tymi opowiastkami. Być może z czystej kobiecej próżności, a być może tylko z tego powodu, że nie było to nigdy jej udziałem. Po części z jej, po części z mojej winy. - Jestem. – oznajmiłem chłodno na powitanie, kładąc torbę na podłodze przy drzwiach. Niechętnie oderwała wzrok od swojej lektury. Równie od niechcenia odłożyła ją na bok i zwlokła się z posłania. - Rychło w czas. – burknęła pod nosem. – Cały dom został na mojej głowie! – zagrzmiała dziwnym wyrzutem. - Zostały ci także pieniądze. – odparłem. – Zostawiłem ci więcej, niż zazwyczaj wydajesz przez miesiąc na trzy osoby. Przez ostatnie trzy tygodnie byłaś przecież sama z małym. - Ile przywiozłeś?! - Nic. - Nic?! - Zupełnie nic. Wyraźnie chyba mówię. – z czajnika nalałem do szklanki przestudzoną wodę. - Pewnie wszystko wydałeś na papierosy, piwsko i dziwki! – wydarła się na mnie. – Zapominasz, że masz żonę i syna! - Wcale nie zapominam. – usiadłem w fotelu. - Ważniejsze jest by się uchlać i uganiać za jakąś kurwą! Powtarzał się stały scenariusz, który odgrywała po każdym moim powrocie z urlopu u matki, wyjazdu gdziekolwiek, późniejszym przyjściu z pracy od kilku dobrych lat. Znany mi nie od dzisiaj, znany mi bardzo dobrze. Znane niemalże na pamięć każde jej słowo, każdy jej zarzut. Może powinienem się przyzwyczaić, przywyknąć i nie przejmować się już takimi awanturami, puszczać to wszystko mimo uszu, nie dawać jej satysfakcji, że po raz kolejny wyprowadzi mnie z równowagi. Że zaraz, jak zacznę krzyczeć na nią, rozpłacze się, będzie histeryzować, odgrywać sceny sponiewieranej, krzywdzonej kobiety, osamotnionej w swych zmaganiach matki, niekochanej żony. Niekochana żona? To mógłby być jedyny prawdziwy powód. Brak miłości mojej do niej. Ale przecież to był obopólny brak tego uczucia. Ja byłem w tym związku tak samo niekochanym mężem. Byłem zawsze. Jeżeli łączyło coś nas kiedyś, o ile było coś takiego między nami, dawno i bezpowrotnie skończyło się, wygasło, wypaliło się do cna. Nie chciałem dać się jej sprowokować. Siedziałem cicho z bezczelnym spokojem na twarzy, gdy ona wygłaszała swój monolog męczennicy. Wyraźnie ją to irytowało, bo zaczęła walić z coraz grubszej rury. Coraz silniejsze argumenty, ciosy wymierzane coraz niżej, coraz bliższe kłamliwym oszczerstwom aniżeli faktycznej prawdzie. - Co z ciebie za mężczyzna, jeżeli nie potrafisz utrzymać własnej rodziny! Spójrz, jakie gówniane pieniądze przynosisz co miesiąc do domu! – wrzeszczała jak opętana. – Za to nawet psa nie idzie utrzymać! Gdybym nie szyła tych plecaków... - Dosyć! Słyszysz!? Dość! – podniosłem się. Znalazłem się oko z nią. W oczach kipiała jej cała pełnia nienawiści do mnie. – Jaki jest, do cholery, twój udział w ich szyciu?! Uszyłaś samodzielnie choćby jedną sztukę?! Dlaczego nie bierzesz się za szycie, kiedy jestem w robocie? - Nie umiem rozstawić maszyny. - To nic trudnego! Od lat jesteś obecna przy tym, jak ją rozkładam. Był czas, by się tego nauczyć. Gdybyś tylko chciała się nauczyć! Gdybyś naprawdę tylko chciała! - Ona jest ciężka. Za ciężka. - Nie waży więcej niż plecak Kamila. Nie umiała znaleźć dalszych kontrargumentów. Nie umiała wybronić się z moich. To ją na nowo wpędziło w obłęd. - Za co ja tak cierpię?! Za co Bóg mnie tak pokarał?! Za co?! – zaniosła się płaczem. – Znajdź sobie inną! Na innej się wyżywaj! Może któraś z tych dziwek bardziej ci odpowiada, skoro masz mnie za najgorszą! Idź sobie do innej! Idź sobie! Zostaw mnie w spokoju! - Uspokój się do jasnej cholery! – potrząsnąłem nią, by się uciszyła. – Przestań zachowywać się jak wariatka! Uciszyła się. Puściłem ją. Po chwili rzuciła się na mnie z pięściami. Ledwo zdążyłem zasłonić twarz przez ciosem. Złapałem ją za przeguby nadgarstków. Tak obezwładniona zaczęła kopać najpierw mnie, a potem torbę, z którą przyjechałem. - Zabieraj swoje rzeczy i schrzaniaj z powrotem do tej dziwki, u której byłeś przez ostatnie tygodnie! - Oszalałaś! Ty masz jakąś manię chorobliwej zazdrości! – usadziłem ją na łóżku. – Dla ciebie każda kobieta jest dziwką, kurwą, na którą ja mam ochotę, z którą cię zdradziłem albo zdradzam. Co za idiotyczna obsesja! To jest chore, po prostu chore! - Nie jestem chora. Nie wmawiaj mi choroby. To z miłości... Nie, to nie było z miłości. To było z czystego wyrachowania i jej własnej wygody. Beze mnie straciłaby jakikolwiek dochód, jakiekolwiek środki utrzymania. Nie pracowała od lat, nie miała wykształcenia, nie umiała nic, co wykraczałoby poza domowe obowiązki gospodyni. Potrafiła ugotować, ale już nie upiec. Potrafiła wyprać i wyprasować, przyszyć guzik, ręcznie pocerować dziury w schodzonych ubraniach. Sprzątała niedokładnie, po łebkach. Nigdy nie uruchomiła odkurzacza, nie zmiotła korytarza przed drzwiami. Lubiła za to jeździć na zakupy, wydawać pieniądze, drzemać za dnia i do późnej nocy oglądać filmy w telewizji. To ją bawiło i to sprawiało jej przyjemność. Była bezradna, jeżeli chodzi o pomoc Kamilowi przy lekcjach, zrozumienie wszelkich urzędowych pism, które przychodziły nieraz z korespondencją. To wszystko było na mojej głowie. Beze mnie zginęłaby w tym mieście, zagubiłaby się w zwykłych codziennych sprawach. Pewnie zmuszona do stawienia im czoła zdołałaby jednak przetrwać. Po tych napadach histerii, po tych kilku ostrych słowach, które padały w takich przypadkach z moich ust, pojmowała swoje położenie. Wyciszała się. Ocierała z twarzy łzy, poprawiała włosy. Potem zachowywała się spokojnie. - Zrobić ci herbaty? Jesteś może głodny? – spytała z wyraźną troską w głosie, kiedy podeszła do kuchni. - Nie, nie będę nic jadł. – odparłem. - Została zupa od wczoraj... – nieśmiało zaproponowała. - Nie jestem głodny. Wstaw wodę na mycie. Muszę się trochę obmyć po podróży. Po takich wybuchach na kilka dni sytuacja zawsze wracała do względnego spokoju, by nagle, zupełnie znienacka wybuchnąć kolejną awanturą, kiedy znowu owa idèe fixe opanowywała jej psychikę. Kolejne kuriozalne podejrzenia i zarzuty. Może one w końcu pchnęły mnie do tego, by znaleźć sobie w życiu kogoś innego, innego od Lidki. Miałbym wtedy chociaż uzasadnienie jej maniakalnych podejrzeń. Wiedziałbym, co mi zarzuca.
Alina przyjechała do Łodzi na początku lipca. Zaskoczyła mnie. Nie uprzedziła, że będzie akurat tego dnia. Zadzwoniła z automatu na dworcu, że jest, że dotarła. Bezradnie zapytała, co ma robić. Przyjechała mając przy sobie kilka groszy i małą walizkę na własne rzeczy. Przywiozła ją do mnie do pracy na przechowanie. - Gdzie przenocujesz? – zapytałem, gdy się zjawiła. - Nie wiem. Zupełnie o tym nie myślałam. – rozbroiła mnie swoją beztroską. – Nie zastanawiałam się nad tym... - Znasz tu kogoś? - Zupełnie nikogo... – przyznała bez namysłu. – Nigdy tu nie byłam. Nigdy nie jechałam gdzieś tak bez przygotowania, bez myślenia, jak to będzie. Moje myśli wypełniałeś tylko ty. Wspomnienia... – zamyśliła się. - Te z Getyngi i te z mostów... I jeszcze niecierpliwość zobaczenia cię, tęsknota za spojrzeniami ci w oczy, niedosyt poczucia twego ciepła, nienasycenie twą bliskością. Nie martw się! – ujęła moją dłoń w swoje dłonie. – Poradzę sobie. Znajdę coś na tę noc. Pokój w jakimś hotelu albo coś... - O tej porze? Jest już późno. – spojrzałem na zegarek. – Kończę za niecałą godzinę. Poczekaj na mnie. Spróbuję coś ci załatwić na tę noc. Zadzwoniłem do Szczepana. Znałem go jeszcze z czasów, kiedy pracowałem w komunikacji miejskiej. Pracował jako motorniczy. Ja byłem kontrolerem biletów. To była pierwsza i bardzo długo jedyna życzliwa mi osoba w tym mieście. Mogłem zawsze na niego liczyć. Był dobry, by spotkać się, pogadać, napić się piwa albo wódki. Wyżalić się, wyspowiadać z własnych grzechów. Lepiej niż przed samym Panem Bogiem, szczerze i otwarcie. Nie było go. Telefon bezlitośnie powtarzał ten sam sygnał. Uratowałeś mnie wtedy. U ciebie znalazłem dla Aliny azyl na kilka dni, nim nie poszukała sobie czegoś na wynajem. To była kawalerka obok bloku, w którym mieszkała moja starsza siostra. Wtedy jeszcze nie powiedziałem ci o nas. Pamiętasz? Alina była daleką kuzynką, która niespodziewanie będąc w Łodzi przejazdem nie miała się gdzie zatrzymać. Dopiero pół roku później odkryłem przed tobą karty. Pierwszym i jedynym, któremu zdążyłem. Któregoś lipcowego dnia przyniosła ze sobą albański koniak. Kupiła go za pierwsze zarobione przez siebie w Łodzi pieniądze. Niecałe czterysta złotych za tłumaczenie kilkustronicowej broszury informacyjnej. Kilka tygodni później do tłumaczeń doszedł jeszcze etat agenta ubezpieczeniowego w firmie z niemieckim kapitałem. „Poczułam się jak idiotka, gdy prowadzący ze mną rozmowę niewiele starszy ode mnie człowiek, który do bólu przesadnie na każdym kroku tytułował się unit-menedżerem, kazał mi sprzedać stojącą na biurku szmacianą chorągiewkę na cienkim drewnianym patyczku. Nie miałam nawet zamiaru wziąć jej do ręki, ale z miejsca wyjść mówiąc kilka dosadnych słów na temat przeprowadzanej ze mną rozmowy rekrutacyjnej. Ale nie mogłam tego zrobić. Nie mogłam nie postąpić wbrew sobie. Potrzebowałam tej pracy, by móc utrzymać mieszkanie, by móc utrzymać siebie, by przede wszystkim być tu, blisko Niego. Wykrzesałam z siebie niewiarygodną moc inwencji, która wydobyła ze mnie słowa i stwierdzenia, których w życiu bym nie użyła. Przestałam nawet słuchać siebie, by nie stracić resztek szacunku dla własnej osoby. Nie wiem co powiedziałam na temat tej flagi. Widocznie coś, co przypadło do gustu unit-menedżerowi, bo gdy skończyłam z miejsca dał mi pracę. ” Wtedy, gdy zadzwoniła do mnie, że odebrała swoją pierwszą zapłatę, czekałem na nią z kolacją. Uprzedziła, że będzie później. Zrobiłem omlet ze szczypiorkiem i boczkiem. Taki, jaki lubiła. Nauczyłem się go robić specjalnie dla niej, by sprawiać jej przyjemność, by po prostu dać jej odczuć, że mi na niej zależy. Na dwie osoby robi się go z czterech jajek, dwóch plastrów świeżego boczku i garści zielonego szczypioru. Takie specialite a la maison kuchni jej babci. Piliśmy ten koniak do późna. Siedząc przy stole wysączaliśmy kieliszek po kieliszku. Rozmawialiśmy. Byłem otwarty na każde jej pytanie. Gotowy odpowiedzieć na każde. Najbardziej łatwe, najskrytsze, najbardziej dogłębne. Pytania o rzeczy proste są najtrudniejsze. Mnie zawsze sprawiały trudność, by krótko i jednoznacznie odpowiedzieć „tak” lub „nie”. Jednoznacznie odpowiedzi dają bowiem do końca jednoznaczne rozstrzygnięcia. Nie pozostawiają szansy na zmianę stanowiska na inne. Możesz się wycofać, ale nigdy obstając przy pierwotnym, określić się inaczej. Są jałowe i martwe w swych nazwaniach. Nie dają nadziei na cokolwiek innego, niż są. Alina zawsze zadawała dużo pytań. O wiele więcej niż ja. Drążyła mnie niczym studnię i nigdy chyba, odkrywała to przede wszystkim dla mnie, nie było w tym dna. Jako pierwsza uświadomiła mi to, że posiadam jakąś wartość. Że jestem. Po prostu jestem kimś. Nie szarym zmęczonym człowiekiem, jednym spośród tysięcy, ale kimś, kto ma uczucia, ma marzenia, ma prawo być, jakim chce, żyć, jak chce i kochać, kogo chce. Ona sprawiła, że poczułem się lepiej. Poczułem się potrzebny. Ktoś wierzył we mnie, sprzyjał mi, dodawał bezustannie sił. Poczuć się człowiekiem? Do tej pory kojarzyło mi się to tylko z codzienną mordęgą. Dwunastogodzinna służba, bezczynność pracownika ochrony, katorga przy maszynie do szycia. Nie istniały w słowniku moich pojęć takie miana jak: przyjemność, uznanie, wsparcie. Samotny żagiel wśród fal sztormu. Oto ja. I oto Alina. Spokojny port, przystań, który przytula moje zmęczone ciało swymi ramionami jak dwa falochrony kruchą łódkę, by ocalić ją od niebezpieczeństwa burzy. Wydziera mnie z chaosu i okrucieństw świata, chroni, dodaje otuchy, wskrzesza na nowo nadzieję i wiarę w nowe lepsze dni. Samo trwanie dla niej jest już dla mnie przyjemnością. Już nie budzę się rano z odrazą do kolejnego dnia swojego życia. Już nie nienawidzę własnego losu. Nie pragnę śmierci. Myślę, jak najlepiej przeżyć ten dzień. Czekam na jej głos, barwę oczu, ciepło aksamitnej skóry na jej piersiach. Myślę o niej i o sobie jako o całości, nierozerwalnej istocie będącej uosobieniem dni szczęśliwych. Myślę cały czas, bez chwili wytchnienia, świadomie, mocno i nieustająco. A potem to czekanie z utęsknieniem bliskim szaleństwa. Zadzwoni? A może przyjedzie na noc, by razem dotrwać do rana, by wymknąć się opatulona w mój sweter z pierwszymi promieniami słońca, nim zjawi się mój zmiennik. Nie często pozwalała mi samotnie tkwić na posterunku. Nawet, gdy rano musiała wstać do pracy, zjawiała się z ciastem, pizzą albo kanapkami. I do początku świtu byliśmy razem, sami dla siebie, bez nikogo. Latem często zamiast późnego obiadu kupowaliśmy z Aliną połówkę kurczaka z rożna i zimne piwo. Była taka budka na osiedlu, gdzie mieszkała. Obok pętli autobusowej. Ale nie szliśmy do domu. Rozkładaliśmy się na trawie. Ludzie patrzyli na nas jak na idiotów. Swoim surowym wzrokiem karcili nas, ale jakoś nikt nigdy nie zwrócił nam uwagi. Ala zrzucała beztrosko buty, kładła się bosa na brzuchu, a ja na wprost niej siadałem po turecku. Piliśmy chłodne piwo i obgryzaliśmy cienkie kostki zapatrzeni wyłącznie w siebie. I wtedy nie obchodziło mnie nic więcej, tylko moja Alina. A potem często szliśmy do niej. Nie chciało mi się już wracać do mieszkania na poddaszu. Ale nigdy nie ciągnęła mnie tam na siłę. Rozumiała moje położenie. Rozumiała, bo świadomie godziła się na taki układ. Dziwna konstelacja, w której ona była słońcem, a ja planetą. Ponad tym był jeszcze Kamil. A reszta już się nie liczyła. Była pyłem, ulatującym gdzieś bezpowrotnie z wiatrem. Wartym śmiechu nieistnieniem. Kiedyś leżąc na łóżku bawiła się moim pistoletem. Broń służbowa numer 93391045. Najwidoczniej wyjęła ją z kabury powieszonej na oparciu krzesła. - Uważaj, jest nabita. – ostrzegłem spokojnie. Ona na to przeładowała ją i wycelowała w okno. Zaczęła się głośno śmiać. Zupełnie nagle i niespodziewanie. Pierwszy raz w życiu słyszałem, by ktoś tak mógł się śmiać. Tak przejmująco głośno, aż wyczuwalne w tym wszystkim było jakieś szaleństwo, jakaś namiastka obłędu. Istnie nadludzki chichot. - Czy mogłabym kogoś zabić? – spytała spokojnie nagle przerywając swój śmiech. Ale to nie było pytanie. To zabrzmiało raczej jak stwierdzenie faktu, określenie własnych możliwości, określenie miejsca, do którego mogłaby się posunąć. Określenie celu, do którego w tym momencie gotowa była ruszyć i zdobyć go. - Mogłabym zabić na przykład... – przyłożyła sobie lufę pionowo pod podbródek. – Nie, nie siebie... – roześmiała się znowu. – Póki mam Ciebie nie wchodzi to zupełnie w rachubę. „Czułam zapach metalowej obudowy i prochu w lufie. To był zapach śmierci. Przerażający i podniecający zarazem. Odpychał mnie, a jednocześnie pociągał. Byłam tak blisko martwości, niebytu, bezistnienia. I byłam równocześnie tak niechętna utraty tego, co miałam. Nie teraz, nie w momencie, gdy trzymałam po raz pierwszy w życiu, z zażartą pewnością siebie nie złudzenie szczęścia, ale to, co jest jego sednem, jego rdzeniem.” - Mogłabym na przykład, gdybyś tylko mnie o to poprosił... – rękę z bronią położyła na pościeli. - Zrobiłabym to bez chwili zastanowienia, bez ani jednej myśli zwątpienia, ani jednej chwili zawahania... – patrzyła na mnie swymi wielkimi oczami, a ja widziałem w nich determinację, jakiej nigdy i u nikogo nie dostrzegłem. To była zdolność do zrobienia wszystkiego. Posunięcia się tak daleko, jak tylko bym tego chciał. Jakaś nadnaturalna lojalność, nadludzka wierność, tytaniczne poświęcenie, do których człowiek wydawałoby się nie zwykł być zdolnym. Przerażające uczucie, że jedno moje słowo, jeden gest wyrażający moje pragnienie, może być spełniony, może stać się ciałem. - Mogłabym przecież zabić twoją żonę. Uwolnić cię od niej raz i na zawsze. Mogłabym pójść, zadzwonić do drzwi, a potem, kiedy je otworzy, wyjąć zza poły płaszcza broń, unieść rękę na wysokość jej czoła, i nim zdąży cokolwiek powiedzieć, wydobyć z siebie krzyk przerażenia, nim zaczęłaby błagać mnie o litość, nacisnąć spust i strzelić jej w sam środek czoła. - I co by to dało? W czym by to pomogło? - Miałbyś ją z głowy. Spokój raz i na zawsze. – przygryzła wargi. - Ale nie miałbym ciebie, nie miałbym syna... Oboje poszlibyśmy za to siedzieć... To byłoby morderstwo z pełną premedytacją. - To byłaby zbrodnia z miłości... – na kolanach po zasłanym łóżku zbliżyła się do mnie i objęła rękoma za szyję. – Zbrodnia dokonana w afekcie... Usprawiedliwiona niemalże tym samym... Wyjąłem pistolet z jej dłoni, zabezpieczyłem i odłożyłem na nocną szafkę. - Bo widzisz, ja świata poza tobą nie widzę. Najtrudniej to nie kochać ciebie, nie mieć ciebie. Znam tyle twoich nieudanych snów, mrocznych zakamarków twojej pamięci... Znam na pamięć wszystkie twoje lęki, a jeden z nich to przecież ona... - Ten największy... Pogładziła mnie po twarzy swą ciepłą dłonią. - Wiesz, że kiedyś sam próbowałem... – patrzyłem bezwiednie w dal. Skupiałem wzrok na czymś, ale nie miałem świadomości ani tego kształtu, ani tego barwy, ani tego odległości. Zupełnie bezmyślne zapatrzenie się w przestrzeń i jakże wyraźnie zapatrzenie się we własną przeszłość. - Był taki moment, że chciałem ją zabić. – nasze spojrzenia spotkały się. Wyrwała mnie z tego zapatrzenia bez uzmysławiania sobie rzeczywistych cech istnienia rzeczy. Teraz widziałem podwójnie. Przed sobą jej pełne oczy, błyszczące i chłodne, a w sobie ten dzień, kiedy spróbowałem uwolnić się od Lidki. - Strzeliłem do niej. Kilka razy. Nie wiem, już nie pamiętam, czy rozmyślnie chybiałem czy taki kiepski ze mnie snajper po ćwiartce wódki. Zostało kilka śladów w ścianie, kula utkwiona w desce szafy. - I co? - I nic. Uznała to chyba za przypadkowe posunięcie pijanego. Bo następnego dnia nie dała po sobie nic poznać, a ja ze strachu udawałem, że nic nie pamiętam. A przecież miałem pełną świadomość tego, co zrobiłem i tego, co chciałem zrobić. I wiesz co? Uzmysłowiłem sobie, że nie warto byłoby poświęcać swojego życia dla niej. Nie jest tego warta, nigdy nie była. I szybciej sam targnąłbym się na własne życie, by się jej pozbyć raz i na zawsze. Będąc z nią, myślałem, że umrzeć jest znacznie wygodniej niż żyć. Stąd tyle myśli o tym we mnie, tyle poronionych prób...
Zawsze zastanawiałem się, co czuje człowiek odbierający sobie życie. Pytanie, które stawiałem sobie od jedenastego życia, od końca swego dzieciństwa. Co czuł mój ojciec, kiedy popełniał samobójstwo, tak daleko od domu, od nas, samotnie w tym niemieckim miasteczku? Co czuł jeden czy drugi sąsiad, który wybrał to samo rozwiązanie, lecz nieudolnie okpił sprawę? Co czuł Olgierd z byłego PGR-u w Łojach, gdy wieszał się na starej gruszy nad Przeroślą opuszczony przez wszystkich? Jak to jest wykonywać na sobie taki wyrok? I jak jest najmniej boleśnie? Strzelić sobie w skroń i poczuć jak pocisk rozpruwa ci skórę, kruszy jak delikatne szkło twardą czaszkę, rozrywa na wodnistą maź mózg? I wszystko w odłamku sekundy... Zacisnąć sobie pętlę na szyi i dygocząc w przestrzeni bez żadnego oparcia dusić się brakiem powietrza i wyczuwać coraz słabsze pulsowanie krwi w zaciśniętych siłą sznura naczyniach? A może najlepiej jest podciąć sobie żyły na przegubach dłoni i patrzeć jak czerwień krwi miesza się z bezbarwiem wody, tracić powoli siły, słabnąć aż do zemdlenia? Albo bardziej dramatycznie rzucić się pod pędzący pociąg i tylko przez ułamek chwili mieć wrażenie, jak siła uderzenia rozrywa całe twe ciało na miazgę? Można jeszcze inaczej, łagodnie i bez czucia czegokolwiek, nałykać się jakiś prochów i zasnąć z tym przeświadczeniem, że będzie to już sen wieczny. A przecież są inne sposoby: trucie gazem, porażenie prądem w wannie, skok z dziesiątego piętra wieżowca, arszenik, cyjanek, utopienie się w jeziorze. Na co się zdecydować? Jaką drogę wybrać? Wszak cel jest ten sam. Może brak zdecydowania uratował mnie przed tym krokiem? A może to tylko pretekst, by maskować przed samym sobą brak odwagi na takie rozstrzygnięcia? Nie wiem. Nie chcę dziś wiedzieć. Dziś nie chcę tego pamiętać. Dziś jest jeszcze Alina. A to wszystko zmienia. A Kamil? Pytasz. Kamil był wtedy i Kamil jest teraz. Mój syn. Jedyny syn. Najważniejsza osoba na świecie. Może nie chciałem tak naprawdę żegnać się z życiem ze względu na niego. Może chciałem oszczędzić mu tego wszystkiego, czego nie oszczędził mi mój ojciec, wybierając taką a nie inną drogę, by uporać się z własnym istnieniem. Może dlatego przytrafiła mi się w życiu jego śmierć. Może to przeznaczenie, by nie dać się samemu sobie pchnąć w samobójstwo. Może nie zrobiłem wtedy tego właśnie dla Kamila. Może on tak naprawdę mnie uratował i może to właśnie dzięki niemu przyszło mi spotkać później Alę. To jakby nie inaczej logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy, naturalne konsekwencje zdarzeń, które miały miejsce wcześniej. Wiadomość o śmierci ojca była mi dawkowana w kilku porcjach. Mnie i tylko mnie. Innych matka nie obdarzyła tym wątpliwym przywilejem. Kiedy wróciłem do domu, siedziała zapłakana przy kuchennym stole. Pocieszała ją Irena, babcia i jakieś ciotki. Gdy mnie zobaczyła, podszedłem do niej przestraszony. Przytuliła mnie do siebie. Pogładziła dłonią po głowie. Otarła łzy rękawem i powiedziała spokojnie: „Synku! Syneczku! Tatuś już nigdy nie wróci!”. Potem kazała, jak gdyby nic się nie wydarzyło, pójść odrobić zadane lekcje. Dopiero następnego dnia, gdy spytałem dlaczego, wzięła mnie za rękę i oznajmiła, że ojciec nie żyje. Jego ciało przywieźli po tygodniu. Nie pozwolili mi spojrzeć na zwłoki leżącego w trumnie. Ponoć nie był podobny do siebie. Może to i lepiej, bo do dziś w pamięci mam ojca, z którym razem łowię ryby, który zabiera mnie na raki, uczy jeździć na rowerze, który podpity tryska niespożytym humorem... Pochowali go na naszym cmentarzu. Był ksiądz i było dużo ludzi. Ale nie położyli go wśród innych grobów, ani przy głównej alei, ani przy bocznych przejściach. Wykopali mu dół z dala od wszystkiego: od krzyża, pod którym zapala się bezimienne świece, od studni z przerdzewiałym łańcuchem, od innych mogił. Włożyli go do ziemi w samym końcu cmentarza, przy załomie muru, tam, skąd nie widać innych grobów, innych krzyży. Samotnie wśród zielonych w lecie głogów i leszczyny, dzikiej ruty i dziurawców. Potem przez trzy miesiące chodziłem tam codziennie. Albo prosto ze szkoły po lekcjach, albo wsiadałem na rower i ledwo co dosięgając pedałów pędziłem tam na złamanie karku. Brakowało mi ojca, mimo iż ostatnio cały czas siedział w Niemczech. Ale była we mnie wtedy ta świadomość, że jest, że kiedyś przyjedzie, pojawi się, może przywiezie coś swemu najmłodszemu synowi. Może bywałem tam codziennie, bo zbyt łatwo przyjąłem jego śmierć? Nie uroniłem ani jednej łzy ani w domu, gdy nadeszła owa hiobowa wieść o jego śmierci, ani potem na cmentarzu, gdy płakali wszyscy, łącznie z moimi starszymi braćmi. Może to był wyrzut sumienia, że mimo, iż kroiło się moje serce, oczy nie puściły ani jednej słonej kropli. A może dlatego, że straciłem wtedy wiarę, że nadejdzie taki dzień, że spotkam go znów, tam po drugiej stronie światła. Dotąd wierzyłem, że tak jest. Że Bóg pozwala nam żegnać swoich bliskich tylko na jakiś czas, tylko na trochę... Teraz wydało mi się to puste, idiotyczne, absurdalne. Niedorzeczny dogmat wpajany mi lata przez katechetów. Ja chciałem mieć ojca nie za jakiś czas, nie w bliżej nieokreślonej odległej przyszłości, ale tu i teraz, tuż obok mnie, w domu, przy matce, przy nas wszystkich. Ciężko mi było długi czas po stracie ojca. Naprawdę ciężko. Tym ciężej, że inni relatywnie łatwo, względnie szybko pogodzili się z tym odejściem. Nie chciałbym, abym kiedyś i ja tak prędko i gładko stał się zapomnieniem. Co noc płakałem w poduszkę. Ciche kwilenie małego chłopca, który zmuszony został, by nagle dorosnąć. Wbrew własnym marzeniom, wbrew własnym wyobrażeniom, wbrew własnym ideałom. Samotna rozpacz znaczona zapachem pierza, by nikt nie słyszał łkania, by nikt nie widział łez. Ciągle miałem przed oczyma, na jawie i we śnie, postać ojca. Wszystkie jego ostatnie pobyty w domu. Jak wpadł do dołu po bimbrze u sąsiada po drugiej stronie ulicy, jak żwawo tańczył mimo swych lat na weselu Ireny, jak żartował sobie z Benedykta, gdy zaczął spotykać się z Agnieszką (to było do tego stopnia zabawne, że sami zaczęliśmy na naszego starszego brata wołać imieniem jego dziewczyny). Po raz pierwszy śmierć dotknęła mnie tak blisko i po raz pierwszy uzmysłowiłem sobie, czym jest. Była potworną pustką, której nie umiało wypełnić absolutnie nic. „Ja stchórzyłam. Po prostu stchórzyłam po stracie siostry. Ten wyjazd do Getyngi załatwiłam sobie głównie po to, by uciec przed nią. Umarła w połowie września, a ja już kilka dni po jej pogrzebie byłam tam. Mimo iż powinnam zapewne wtedy zostać w domu, być razem z rodziną, wspierać swoich rodziców i Tomka. Ale oni cierpieli, a ja nie. Oni próbowali zmierzyć się sam na sam z tym nagłym odejściem Ewy, a ja wolałam uciec. Uciec jak najdalej od nich wszystkich. Nie umiałam znieść ich cierpienia. Nie potrafiłam nawet spróbować ich zrozumieć. Nie zrobiłam ani jednego kroku, nie podjęłam ani jednej próby, by cokolwiek im ulżyć. Wprost przeciwnie. Na biegu udało mi się załatwić ten wyjazd do Niemiec. Dlaczego? Oni cali żyli tą śmiercią. Jakby mieli ją w sobie. Tylko o niej nie mówili. Pamiętam, widziałam, jak na każdym kroku starali się, jak pilnowali, by każde ich słowo, każdy gest i każdy ruch nie przypominał komukolwiek z nich Ewy. Unikali tego…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Adnotacje
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…