Blask Ciemnego Miasta cz.9 (Przedostatnia)
Dzięki magicznym okularom poznajemy dwie historie przechodniów Białego Miasta. Bardzo mroczne historie, więc dodałem kategorię thriller.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
-14-
Przez moment wahałem się obawiając uwikłania w kolejne problemy. Nigdy wcześniej nie patrzyłem na świat przez magiczne okulary. Założyłem je więc nieśmiało, kierowany chyba tylko ciekawością. Najpierw usłyszałem przerażający szum, a potem pisk. Zrobiło się zupełnie cicho, a ja zobaczyłem kilka, może kilkanaście nakładających się na siebie obrazów. Wszystko to wyglądało jak przewijające się na podglądzie filmy i nic nie mogłem z tego chaosu wyłapać. Nie mogłem wyłowić żadnego szczegółu. Poczułem tez ogromny lek, ból, strach. Przeszyły mnie piekące uczucia zawiedzenia i nie było mi z tym dobrze. Przestraszyłem się i zerwałem straszne okulary. Pisk, szum… wszystko wróciło momencie do normy. Ludzie wciąż szwendali się bez celu, zajmując się swoimi zwykłymi sprawami, czyli niczym konkretnym. Nikt nie zwracał na mnie najmniejszej uwagi. Odszedłem na jakiś spokojny skwerek, usiadłem na białym murku i pogrążyłem się w analizowaniu mojej sytuacji. Oprócz mnie były tam jeszcze dwie kobiety żywo o czymś dyskutujące i samotny mężczyzna. Minęło sporo czasu zanim znów postanowiłem założyć okulary. Kobiety w międzyczasie odeszły i pozostałem sam z siedzącym niedaleko człowiekiem. W mieście zrobiło się cicho i spokojnie. Pewnie Białoubrani rzucili się w góry, lub gdzieś indziej w poszukiwaniu kolejnego elementu Łamigłówki, bo ktoś puścił niedorzeczną plotkę. Powoli włożyłem okulary. Szum, pisk… Wszystko zdawało się teraz wyglądać normalnie, a nie jak za pierwszym razem. Spojrzałem na samotnego człowieka siedzącego niedaleko i w tym momencie zakończyła się normalność magicznych okularów. Jakaś siła porwała mnie i przeniosła w zupełnie inne miejsce. Byłem niewidoczny dla innych, odwrócony na lewa stronę i z powrotem. Odczuwałem wielki lęk, choć nic mi nie groziło. Otaczał mnie las strasznych drzew skamieniałych w bezruchu niczym potwory z rodzaju tych żywiących się zagubionymi ludźmi. Wyglądały jak mroczne rzeźby oprawców z ostrymi szponami. Przez las prowadziła ścieżka. Na jej jednym końcu znajdowała się malownicza wioska w dolinie, a na drugim, który widziałem niedaleko siebie, stała drewniana chata z pięknymi okiennicami, wysokim kominem, ciepłym światłem w środku i dymem unoszącym się spokojnie ku niebu. Ale cos tu jest źle. Tu coś się stanie i w dymie też coś już jest i ucieka w górę. Dopiero teraz widzę chłopca. Stał za mną cały czas trzymając za gruby trzonek ciężką siekierę. Ma jakieś piętnaście lat i rąbie niewielkie drzewo. Spieszy się, bo mrok powoli pożera las, a nie wolno mu tam przebywać nocą. To bardzo silny i dzielny chłopak. Ciągnie za jeden koniec niewielki konar w stronę chaty. Będzie opał. Nagle, po środku wąskiej ścieżki, staje skamieniały. Przeszywa go strach i jeszcze ja obrywam rykoszetem. Lęk…
Jakaś siła porywa mnie dokądś niczym wicher. Obserwuję teraz poród, narodziny pięknego dziecka. Lekarz dobrze zna się na swojej pracy i nie ma miejsca na błąd. Jednak ja znów wyczuwam, że coś się wydarzy niedobrego. Pielęgniarka zawija mokre i wrzeszczące dziecko w prześcieradło i odnosi do mycia. Poznaję je, sam nie wiem jak. To właśnie ten chłopak z lasu. Już umyty z krwi, śliczny i przerażony, ale ja wiem, że wyrośnie na zdrowego człowieka. Lekarz spuszcza głowę i smutno spogląda na szczęśliwego i świeżo upieczonego ojca. Nikt nie lubi przekazywać złych wieści. Tego nie uczą w Akademii Medycznej. - Dziecku nic nie zagraża- mówi- ale pańska żona nie przeżyje dzisiejszej nocy… Ciężki jest widok płaczącego mężczyzny. Ten człowiek potężny i zdrowy mógłby walczyć ze smokami o swoja żonę, ale jest zupełnie bezsilny wobec krwotoków i urazów wewnętrznych. Nie jest w stanie zrobić nic, jak tylko schować głowę miedzy ramionami, ścisnąć skronie dłońmi, usiłując zachować dla siebie ulatująca rozpacz sączącą się i tak z oczu. Wydaje z siebie cichy jęk, a nie przełknięta ślina wycieka mu z ust. - Tak mi przykro. Nic nie można zrobić…
Znów jestem gdzieś indziej. To ten sam mężczyzna ze swoim synem. Obaj podobni i silni. - A to jest twój dziadek- pokazuje chłopcu fotografię. - Kiedy go zobaczę? - Nie zobaczysz, bo dziadek nie żyje… - Tak jak mama. Zapada cisza. Ojciec wstaje i dorzuca drwa do kominka. Potem przechodzi powoli do kuchni szurając nogami po deskach i dokłada też do pieca. Wraca z jakimś garnkiem i stawia go na stole. Opiera się o krzesło i spogląda gdzieś daleko za okno. - Oni na pewno na nas patrzą. I pamiętaj, że zawsze możesz prosić ich o pomoc. Oni cię ustrzegą… - Przed czym mnie ustrzegą, tato?- pyta chłopak- Bo dzieci w szkole mówiły, że my… - Nie słuchaj dzieci w szkole...- ojciec bierze głęboki wdech- twojego dziadka rozszarpały wilki w lesie… podobnie jak jego ojca i sam nie wiem kogo jeszcze w tej rodzinie. Spogląda na swojego przerażonego syna. Być może był jeszcze zbyt młody, by poznać ten sekret. - Czy nas też… to spotka? - Nie! Nas nie. Pamiętaj synu, by nigdy nie poddawać się myśli, że coś z góry założyło ci taką, czy inną śmierć. Robimy co chcemy, mieszkamy w lesie i nie boimy się, bo jesteśmy panami swojego losu!
Znów jestem w lesie, w tym mrocznym miejscu, strasznym zakręcie życia w którym to wszystko się zaczęło. I okropnie się boję, bo wiem, że zaraz na moich oczach rozegra się tragedia. Chłopak upuszcza drzewo na ziemię i przekłada siekierę do prawej ręki. Mocniejszej, bardziej władnej. Naprzeciw niego stoi wilk i rozświetla ciemności dwoma malutkimi punkcikami swoich oczu. Chłopak próbuje w tych ślepiach coś wyczytać, ale poza dziką pewnością siebie, nic z nich nie bije. W jednej chwili atakuje go od tyłu drugi z wilków kryjących się w pobliżu i zatapia kły tuż obok szyi chłopaka. Ciężar zwierzęcia popycha go do przodu, lecz on nie daje się powalić, a nawet wykonuje zamach siekierą na rzucającego się od przodu wilka. Tępy trzask rozbijanego łba rozległ się w chwili gdy przerzuca prze siebie zwierzę szarpiące go za plecami. Nie zdążył jednak zaatakować go siekierą, bo z obu stron pojawiły się dwa kolejne wilki. Ten z lewej potężnym pyskiem ścisnął udo chłopaka powodując bolesny skurcz wszystkich mięśni w nodze, a drugi rzucił się na prawe ramię uzbrojone w siekierę. Z ust chłopca wylatuje krzyk, rozpaczliwy wrzask o pomoc, a jego echo obiega ciemny las i wzbija się w powietrze. W panicznych ruchach przypominających konwulsje, lub porażenie prądem wierci się wśród dzikich bestii warczących i wściekle gryzących jego ciało, przebijających skórę i wbijających kły przez mięśnie aż po kości. Nagle uwalnia prawe ramię z pyska i miażdży żebra wilka po lewej stronie jednym machnięciem stali, lecz ten największy, ten który rozpoczął atak znów rzuca się na twarz chłopaka. Spada jednak od razu na ziemię, bo chłopak odskakuje w tył i jednym trzepnięciem rozbija mu czaszkę. Ostatni z wilków trącony niemal w locie spadł na ziemię bezwładnie. Chłopak stał przez moment zakrwawiony i przerażony, a serce z zawrotnym tempem wypompowywało z niego krew przez liczne dziury i rany na zewnątrz ciała. Potem zaczął dobijać wilki jakby rąbał drwa. Tak trochę w jakimś amoku walki, trochę dla pewności i zemsty. Największy z nich podniósł się jeszcze spokojnie i zajrzał w oczy chłopaka z błagalnym wyrzutem. Nie będzie jednak dziś litości. Trzask! Słaby człowiek właśnie zwyciężył w nierównej walce z czterema bestiami. Wojownik bez pancerza, pazurów, kłów... Chłopak zostawił las z martwymi cielskami wilków i pobiegł do chaty. Przerażony i podekscytowany zarazem. Czyżby zwyciężył klątwę i nikt więcej z jego rodziny nie będzie cierpiał, nie zginie rozszarpany przez wilki? Wpadł na polankę. Drzwi chaty były otwarte, więc nie zwalniając wbiegł do środka, po czym stanął jak wryty, a krew jakby gdzieś odpłynęła z jego ciała sprawiając, że zrobiło mu się zimno. A może już cała wyciekła? Szczątki jego ojca walały się po całym wnętrzu. Rozbite meble, dłoń ze strzelbą, pamiątki rodzinne, korpus, a wszystko zaschnięte i zimne, gdyż wilki były tu dużo wcześniej.
Gdzie jestem teraz? To nie las, nie chata. Jakie szczęście. Kościół. Ten sam chłopak, lecz jest już dorosłym mężczyzną. Żeni się z piękną dziewczyną. Pocałunek na ołtarzu, po czym spokojnie wychodzą środkiem. Jestem z nimi i teraz, kiedy cieszą się z córeczki o pięknych regularnych rysach ojca i wdzięku matki. Ma piękne loki i urocze błękitne oczy. Tata wozi ją wózkiem po parku, choć od czasu do czasu ona wstaje i odbiega gdzieś, by wrócić z kwiatkami. Tata nie chce pamiętać złej przeszłości. Mieszka w pięknym domu, w mieście i nie musi martwić się wilkami i nieracjonalnymi przesądami. A jego domu strzegą trzy piękne, choć jeszcze młode wilczury.
- Bardzo mi przykro. Dołożymy wszelkich starań, by ująć sprawców- rozlega się służbowy głos w słuchawce. - Już tam jadę... Jego żona została napadnięta i pobita. Skradziono jej jedynie torebkę i zegarek. Leży w szpitalu i płacze. Mężczyznę ogarnia z kolei złość, że stało się coś takiego i on nic nie mógł zrobić. Nie było go tam, nie przewidział tego. To już nie pierwszy raz w sąsiedztwie doszło do napadu. Ale tym razem przejął się, bo skrzywdzono jego żonę. Widzę ten błysk w oku. Tą wątłą iskrę zemsty budzącą pożar działania.
Dom jest pusty. Żona z córką u rodziny nad morzem. Odpoczywają. On ćwiczy swoje psy. Są wciąż młode, pojętne. Chce nauczyć je jak atakować, bo wcześniej, czy później odnajdzie sprawców napadu na jego żonę i poszczuje ich. Sam nigdy nie uderzyłby człowieka, ale psy...
Już wrócili z wakacji. Córka znów biega po ogrodzie, mąż robi jej sok w kuchni, żona zaraz będzie z powrotem, bo pojechała tylko przywitać się z mamą. Dziewczynka idzie do klatki ze swoimi trzema pupilami. Przywitać się, popieścić, dać się liznąć wielkim językiem po nosie. Otworzyła skobel i weszła do środka. Z miksera wycieka sok. To stary mikser i okropnie huczy. Niemal jak jakiś przemysłowy. Żona mu mówiła, że trzeba kupić nowy, że kiedyś wyrzuci tego grata, ale on lubi właśnie ten. Czasem ludzie tak mają. Chwycił dzbanek i szklankę. Wyszedł do ogrodu.
Nie mogę już patrzyć na łzy, ból. Na tego umęczonego człowieka pokrytego bliznami, naznaczonego jakimś piętnem, w którego głowie wymalowane jest od wewnątrz tysiąc okropnych obrazów bliskich rozszarpanych przez bestie. Mam dość i nie chcę tego oglądać. I dlaczego, ty matole, kupiłeś sobie wilczury? Chciałeś pokazać, że nie wierzysz w przeznaczenie? Zupełnie jak twój ojciec, który nie wyprowadził się nigdy z lasu i w lesie zginął.
W amoku, płacząc, jęcząc z bólu pobiegł po siekierę. Wrócił po chwili i wpadł do klatki, do zasapanych i lepkich od krwi psów. Raptem po kilku sekundach nie było już zwierząt, tylko jeden wielki czerwony jogurt, zmiksowany syf. Chciał wynieść córeczkę na rękach, ale właściwie nie było co podnieść. Jedynie odrażający ogryzek ociekający krwią. Już słychać policję, już żona otwiera bramę. To na pewno sąsiedzi zadzwonili. Tak. Stoją przerażeni w oknach sąsiedniego domu. Pobiegł do garażu. Szybko! Trzeba zakończyć ten koszmar, przerwać to życie. Trzęsą mu się ręce, sapie ciężko. W histerii przerzuca graty szukając czegoś, czym mógłby się zabić. Zmyć winę, przerwać klątwę. Zobaczył kosiarkę w rogu garażu, a obok niej kanister z benzyną. Odetkał zatyczkę i polał się obficie.
Już nie chcę tego oglądać. Dlaczego nie mogę przestać?
Do garażu wpada jego żona. Nie wiem jak, ale wyczuwam, że ona nosi w łonie jego syna, a on nie daje jej dojść do słów, tylko odzywa się: - Tak mi przykro... wybacz... I odpala zapalniczkę by zamienić się w pochodnię. Chyba zabija się. Może zmywa winę. Ale nie przerywa klątwy...
Wicher z szumem porwał mnie z tego miejsca, obrócił na lewą…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil LegendaPoranka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…