Wróć do katalogu

Bóg jest tylko człowiekiem część 3- Narsil I

To opowiadanie najmniej mi się podoba, ale jest ważne, bo to pierwsze co w życiu napisałem. Dlatego proszę o wyrozumiałość

KWolny, opublikowano , 31 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Narsil I

Było już tak ciemno, że gdyby ktoś tam był, ledwo mógł by dostrzec postać idąca wąską leśną ścieżką. Ale nikogo tam nie było, las był pusty, cichy. Słychać było jedynie kamienie i piasek, chrzęszczące pod stopami podróżnika. Był wysoki i ubrany w długi płaszcz, a raczej szeroką pelerynę. Jego twarz skryta była pod kapturem. W pewnym momencie coś usłyszał, przystanął i rozejrzał się nerwowo. Tym razem to tylko te dziwne drzewa, o lekko czerwonawych pniach i lianach. Poruszały się lekko kiedy ich liany nie natrafiały na żadną zdobycz. Podróżnik w kapturze uśmiechnął się pod nosem. -Znowu jesteście głodne- pomyślał-eh.. Boże, jak ja tęsknię za domem... Tu wszystko dla niego było nienormalne. Nie miał jednak czasu żeby teraz się nad tym zastanawiać, musiał się jak najszybciej wydostać z tego lasu. Zdawał sobie sprawę, że gdy do końca zajdzie to drugie, słabiej świecące słońce, może mieć kłopoty. W nocy do życia budziły się istoty o wiele gorsze od tych drzew. One nie zadowalały się już małymi zdobyczami. Właśnie dlatego musiał się spieszyć. Niestety, nie wiedział gdzie jest, ani ile jeszcze potrwa, zanim znajdzie jakiekolwiek schronienie. Pocieszał go jednak fakt ze istniała ta ścieżka, która właśnie szedł, ścieżki w końcu mają to do siebie, że do skądś prowadzą i że ktoś je zbudował. Tak szedł, zastanawiając się, dlaczego trafił akurat tutaj, zastanawiając się ile to jeszcze potrwa i zaczynając się martwić czy w ogóle uda mu się gdzieś dojść. W pewnym momencie dostrzegł że jedno z tych cholernych drzew, które to już zdążył znienawidzić przez swoją wędrówkę, właśnie przechodzi przez drogę. To mógł być dobry znak. Zauważył że gdy wchodził do lasu drzewa również się przemieszczały, to mogło oznaczać ze czują się zagrożone i szukają schronienia, bo na obrzeżach tych lasów jest ich mniej i są bardziej narażone na ataki… no właśnie, czego? Wędrowiec jakoś nie mógł sobie wyobrazić nic co mogło by im zagrażać. I to był jedyny mankament jego teorii. Zresztą, nie ważne było czy to prawda. Najważniejsze było aby zająć czymś myśli. Pozwalało to nie wsłuchiwać się w każdy szmer i trzask tego przeklętego lasu, nie spoglądać nerwowo na każdy cień i ruch wychwycony kątem oka. Po prostu, pozwalało to nie wpaść w panikę. Mimo, że wydawało mu się iż jest w miarę spokojny, nagle spostrzegł, że ściska w dłoni swój pistolet. Nie wiedział nawet w którym momencie go wyciągnął. W każdym razie, dobrze że go miał. Jego i dwie szable, każda długości ok. 60 cm. Normalnie nosił je zazwyczaj na plecach, tak że ostrza się krzyżowały, wtedy był do nich najwygodniejszy dostęp. Teraz jednak miał je schowane pod swoim płaszczem, wolał nie rzucać się z tym w oczy. A pistolet? Cóż, był z wyglądu normalny, średnich rozmiarów. Kaliber był nieważny, gdyż był to pistolet plazmowy. Broń plazmowa była jednym z niebezpieczniejszych wynalazków ludzi, obok różnego rodzaju bomb nuklearnych, może o dużo mniejszym rażeniu, ale podobnym znaczeniu. Zawsze mieli upodobanie to wymyślania nowych sposobów, jak pozabijać się nawzajem. Jednak teoria o lesie, wymyślona przez Wędrowca okazała się słuszna. Las faktycznie zaczął się przerzedzać, aż w końcu się skończył. Zakapturzona postać stanęła w mroku nocy, na stoku dość wysokiego wzgórza. Było już naprawdę ciemno. Udało mu się wyjść z puszczy w sama porę. Spojrzał w dół wzgórza i spostrzegł jakieś światła. Dobrze, na dole jest wioska. Chyba znowu mu się udało. Ruszył w dół szybkim krokiem. Pół godziny szybkiego marszu później, był już na dole. Stanął przed dość sporych rozmiarów bramą. Brama ta jednak niebyła ani z betonu, ani ze stali. Była z materiału przypominającego drewno, a może to było drewno. Jeśli tak, to by znaczyło ze gdzieś tutaj muszą być też normalne, nie ruszające się lasy. Oświetlona była zwykłymi pochodniami, jak zresztą reszta drewnianej plisady. Wędrowiec już zaczynał się zastanawiać czy istoty tu żyjące znają już koło, czy jeszcze nie, kiedy usłyszał jakieś wołanie z góry. Dostrzegł trzy istoty kształtem przypominające ludzi. Wołały coś do niego w języku którego nie znał, aczkolwiek podobał mu się i wiedział ze wkrótce się go nauczy. Zanim opuścił swój dom, swój świat, zwykli ludzie odkryli u nich zdolność do bardzo szybkiego opanowywania języków, tylko ze słuchu. Tacy jak on, potrafili już po kilku godzinach rozmowy z kimś, kto mówił w obcym im języku, zacząć go rozumieć i wypowiadać się w nim. Nie wiadomo do końca jak to się działo. Zresztą ludzie odkryli u nich bardzo wiele różnych zdolności, a wiele miał się jeszcze ujawnić później. Na razie jednak, zmuszony był do porozumiewania się za pomocą tak zwanego języka wspólnego. Był to wymyślony dawno temu, nie wiadomo już przez kogo, język składający się z dźwięków prostych to wymówienia dla wszystkich istot które porozumiewały się za pomocą dźwięku, czyli dla większości. Chociaż jak się zastanowić, to może mniej wojen wyniknęło by gdyby różne nacje nie mogły się ze sobą dogadać… może. Wędrowiec stojąc kilka metrów od bramy, spojrzał w górę i krzyknął: -Czy ktoś z was mówi wspólnym? Czy ktoś mnie rozumie?- miał tylko nadzieję, że nie zaczną do niego z czegoś strzelać. Obawiał się tego trochę, sądząc po ich „rozwoju” cywilizacyjnym. Na górze palisady zapanowało krótkie poruszenie, po czym ktoś odkrzyknął: -Kim jesteś i czego tutaj szukasz, nieznajomy?- Jednak znali wspólny, to dobrze. -Zwą mnie Miles Dash i szukam schronienia na tę noc, chyba nie odmówicie mi pomocy? -Zdejmij kaptur! To polecenie wydał grubszy, twardszy i bardziej stanowczy głos. Miles posłusznie zdjął kaptur i uniósł swoją młodzieńczą, chudą i zarazem poważną twarz w górę. Na palisadzie zapanowało poruszenie. Postacie zaczęły coś mówić w swoim języku. Wędrowiec zaczynał już rozumieć pojedyncze słówka. -Jesteś człowiekiem! Człowiekiem! Macie jeszcze czelność tu przychodzić!? Zawołał coś jeszcze, w swoim języku. Najwidoczniej jakiś rozkaz, bo zaraz po tym brama się otworzyła i wybiegli prze nią żołnierze, a przynajmniej mieli za żołnierzy uchodzić. Ciężko ich było nazwać przerażającymi, budzącymi trwogę, albo chociaż godnymi przeciwnikami. Było to dziwne, chuderlawe istoty, wyglądem przypominające ludzi, lecz o lekko pomarańczowej skórze. Były też nieco niższe. Z obwisłych policzków wyrastały im kilkucentymetrowe jakby czółki, może wąsy. Miały na sobie kolczugi z czegoś co nie wyglądało jak metal i tarcze z tego samego materiału, a przynajmniej miał on ten sam kolor. Każdy żołnierz miał tez włócznię. Miles pomyślał, ze wyglądają raczej komicznie niż strasznie. Było ich jednak dziesięciu, co tworzyło im pewną przewagę, Miles wolał nie ryzykować, może i umiał walczyć, ale nie uważał się tez za mistrza. Za żołnierzami wyszedł troszkę większy osobnik, podobnego wyglądu co reszta. To on kazał Milesowi zdjąć kaptur. -Żuć broń. Od teraz jesteś moim więźniem. Zobaczymy ile jesteś wart dla swoich. Jeśli w zamian za Ciebie nie oddadzą nam naszych braci, cóż… zrobimy z tobą dokładnie to, co wy robicie z nami.- powiedział, był najwyraźniej ich dowódcą. -Obawiam się, że będę musiał Cię rozczarować. Nic za mnie nie dostaniecie. Uciekłem z Ziemi nie mam żadnego znaczenia dla ludzi. Więc możesz mnie zabić od razu, albo puścić wolno, bo w niczym Ci nie zawiniłem, Ododuińczyku. Wiedz tylko, że będę się bronił, a ty zginiesz pierwszy. Wędrowiec powiedział to spokojnym, ale bardzo stanowczym głosem. Patrząc tej pomarańczowej istocie prosto w oczy. Okłamał ją jednak. Miał znaczenie dla ludzi i to dość duże. Nie wiedział tylko co by zrobili, gdyby go złapali. Albo trafił by tam, skąd uciekł i prawdopodobnie nigdy już nie udało by mu się uciec. Nie nadarzyła by się już na to okazja. Mogli go tez po prostu zabić. Pierwsza możliwość była zdecydowanie gorsza. Stał tak dumnie wyprostowany, pomiędzy nimi i czekał co zrobią. Jego dłonie pod płaszczem już zaciskały się na rękojeściach szabel. Ale dowódca niewypał rozkazu do ataku. -Mówisz, że uciekłeś… Dlaczego uciekłeś. Jesteś jakimś ich przestępcą? Mówisz, że mniemasz dla nich wartości. Ja Ci nie wierzę. Kto wie, może wiele by za ciebie dali… Dowódca mówiąc to, obchodził wędrowca powoli dookoła i przyglądał się mu. On przemówił jednak patrząc się prosto przed siebie. -Nie jestem żadnym ich przestępcą, jestem ich ofiarą tak jak wy i wiele innych istot. Powiedz mi teraz, sądząc po waszym zachowaniu i po tym co mówicie, niedawno zawitali do was Łowcy, prawda? -Tak, byli tu. Dziś rano pochowaliśmy trzech, którzy im się przeciwstawili. Zabrali ze sobą 4 innych, a ci których oni zabiorą, jak wiadomo, nigdy nie wracają. Ktoś musi zapłacić za to ich rodzinom, żonom, dzieciom. Równie dobrze możesz to być ty, jak i jakikolwiek inny skurwysyn z Ziemi. Jak ja nie cierpię takich uogólnień, pomyślał sobie Miles. Od kiedy się urodził, zastanawiał się czy rzeczywiście jest człowiekiem. Gdyby nim był, ci wszyscy naukowcy, nie traktowali by go tak. Jego i innych mu podobnych. Nie musiał by uciekać stamtąd. A te istoty które stoją przed nim, bez zastanowienia zakwalifikowały go do ludzi. Obrażały go, zarzucając mu, że współdziała z innymi. A on już dawno przestał uważać się za człowieka. Nie, nie był nim. Nie on. On był lepszy od ludzi. Te śmieszne pomarańczowe istoty, nie wzbudziły jednak jego gniewu. Rozumiał je. Wiedział ze robią to wszystko z żalu. Czuł się bardziej podobny do nich, niż do ludzi. Właśnie dlatego postanowił nie robić im krzywdy. Nie chciał ich zabijać, dość już krzywd im wyrządzono. Z tego powodu musiał teraz szybko coś wymyślić. Wiedział, że są w takim stanie, że nie dogada się z nimi. Musiał szybko wymyślić plan ucieczki. Z racji, że szybko, oznaczało kilka najbliższych sekund, błyskawicznym ruchem wyciągnął szable, wykręcając jednocześnie piruet. Okręcił się o sto osiemdziesiąt stopni i zatrzymał za znacznie ugiętych nogach, jedną wysunięta bardziej do przodu. Tym ruchem zyskał sobie kolejną cenną sekundę, gdyż napastnicy widząc go zrobili krok w tył, Teraz można było zauważyć, że ubrany jest metalowy, lekko zielonkawy napierśnik oraz spodnie tego samego koloru. Buty natomiast, miał czarne, sięgające kolan. Ododuińczycy nie mieli jednak czasu się przyjrzeć tajemniczemu Wędrowcowi. Miles zaczął już działać, widział jak w zwolnionym tempie. Rzucił się do tyłu, na plecy, gdy spotkał się z ziemią zrobił szybki przewrót w tył, przetoczył się przez lewy bark. Szable miał skrzyżowane, przyciśnięte do piersi, aby się na owe szable nie nadziać. Gdy błyskawicznie stanął na nogach był już dokładnie za plecami jednego z żołnierzy. Gdyby z nimi walczył, najpewniej pakował by ostrze w jego plecy i zajął się następnym. Tym razem jednak obrócił się na pięcie i puścił pędem po drodze. Ododuińczycy zorientowali się już gdzie się podział i rzucili się za nim. Nie mieli jednak szans. Biegał za szybko. Pościg trwał kilka minut, zanim uciekinier zniknął im z oczu w mroku nocy. Znowu znalazł się sam, gdzieś na polu(przynajmniej nie w lesie, pomyślał) i nie miął pojęcia gdzie się teraz udać. Po krótkim namyśle postanowił wrócić na drogę prowadzącą od głównej bramy wioski i ruszyć nią przed siebie. Sam jednak nie wiedział czego szuka, niezbyt miał ochotę trafić na kolejną wioskę, drugi raz nie poprosi o pomoc, było to bezcelowe. A problem z przenocowaniem był dość duży. Noc tutaj trwała około 40 godzin, czyli tyle co i dzień, tak więc musiał się gdzieś schronić. Nie mając innego wyboru, ruszył przed siebie, już nie tak szybkim krokiem jak przedtem, kiedy zobaczył wioskę ze szczytu wzgórza. Idąc, znowu zaczął rozmyślać. Stwierdził, że za dnia, dostanie się do jakiejś wioski, znajdzie jakiegoś handlarza i wydostanie się z tej przeklętej planety, na której wszyscy go nienawidzili zupełnie za darmo. Chciał wydostać się stąd dokładnie tak, jak tu przybył. Poleciał by dalej, przed siebie, nieważne gdzie, byle by gdzieś gdzie dotąd niebyło ludzi. Wszędzie gdzie oni się pojawiali, pojawiała się tez nienawiść do nich. I nie działo się tak dlatego że wszyscy ludzie byli źli, tylko dlatego, że rząd na Ziemi nie pozwalał opuszczać planety wszystkim tym, którzy tego chcieli. Sprawa miął się tak, że ludzie dopiero kilkadziesiąt lat temu odkryli, nie tylko że nie są sami we wszechświecie, ale też że wszechświat aż roi się od istot bardziej, lub mniej od nich inteligentnych. Ktoś mógł by zapytać, dlaczego żadne istoty nie odwiedziły Ziemi wcześniej. Powodem była umowa międzyplanetarna, podpisana dawno temu, zabraniająca odwiedzania tak zwanych „Planet Nieuświadomionych”. Rząd ziemski uznał, że należy to wszystko zbadać i w tym miejscu pojawiali się, tak zwani przez inne rasy, Łowcy. Były to specjalne ziemskie oddziały, których teoretycznym zadaniem było zwiedzanie wszechświata i zbieranie próbek do badań, poznawanie nowych gatunków i tak dalej. W praktyce jednak oddziały te porywały osobniki różnych ras i zawoziły je na Ziemię, gdzie zazwyczaj nie przeżywały eksperymentów, które na nich robiono. Łowcy również plądrowali i mordowali dokładnie w tedy, kiedy mieli na to ochotę. Czuli się bezkarni ponieważ ziemianie, jeszcze zanim odkryli inne światy, wymyślili coś, z czego byli niezmiernie dumni. Mianowicie coś co nazywali Bąbą Planetarną, strzegli oni pilnie tajemnicy jej produkcji, ale wiadomo było że jedno jej uderzenie może znieść wszelkie życie z danej planety, albo nawet wybić ją z orbity. Ziemianie grozili tym komu się dało, wysyłali Łowców gdzie się dało, i władcy kolejnych planet zaczynali się zastanawiać, jak rozwiązać ten problem. Stąd zachowanie tych istot wobec Miles’a. Dash’owi się to nie podobało, po co ta nienawiść przecież wszyscy byli do siebie tacy podobni. To była kolejna rzecz która rzuciła się Wędrowcowi w oczy, kiedy opuścił Ziemię. Dlaczego wszystkie istoty było do siebie bardziej, lub mniej podobne? Wiele z nich miało oczy, usta, porozumiewało się za pomocą dźwięku, a nie jakiejś telepatii. Większość tych inteligentnych, bo oczywiście były tez te o inteligencji psów, małp, czy ślimaków. Ale te inteligentne, z którymi szło się dogadać, były takie podobne do ludzi, przeważnie miały tez wyprostowaną postawę i chodziły na dwóch nogach. Zastanawiał się, dlaczego tak się dzieje. Przecież nie miały ze sobą styczności w toku swojej ewolucji. Dash pomyślał sobie, że albo faktycznie Bóg musiał tworzyć na obraz i podobieństwo swoje, albo zabrakło mu pomysłów. W pewnym momencie zobaczył światło, ale nie jakąś kolejną wioskę, tylko pojedyncze światło. Okno- pomyślał. Okna zazwyczaj znajdują się na ścianach domów, tak więc tam musi być schronienie. Przyśpieszył więc i w kilka minut doszedł do dużego drewnianego domu. Drzwi były otwarte na całą szerokość, więc wszedł do środka. -Jest tu kto? -zawołał- Nie bójcie się, proszę! Nikt jednak się nie odezwał, dom najwidoczniej był pusty. Ponadto, w całym pokoju panował bałagan. Sprzęty, meble, wszystko było poprzewracane. Drobne przedmioty leżały rozrzucone na podłodze. Zaczął sprawdzać pozostałe izby. Wszędzie było tak samo, wyglądało to jakby ktoś czegoś szukał. Domyślał się co mogło się tu stać, ale po przejściu do następnego pomieszczenia był już prawie pewny. -Łowcy- powiedział cicho, patrząc na lezące pod ścianą zwłoki ododuińczyka. Przyklęknął nad nimi aby lepiej

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych