Wróć do katalogu

Bóg jest tylko człowiekiem część:jedna z ostatnich

Tutaj kończy sie chronologia. Wydarzenia tutaj przedstawione są jednymi z ostatnich jakie wymyśliłem. A tak w ogóle to lubię to opowiadanie. PS. Nie mam głowy do nazw własnych i imion. Ciężko wymyślić jakieś nowe i fajne.

KWolny, opublikowano , 1 godz. 2 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Haze

Maszerowali szybko, pięknym, długim korytarzem o niebieskich ścianach i łukowatym suficie. Niebieskie ściany pokryte były złotymi wytłoczeniami wyobrażającymi gałęzie i liście. Na ścianach wisiały obrazy, obrazy przedstawiające kolejnych opiekunów tego miejsca z rodu Narsili. Po obu stronach znajdowały się drzwi, wypolerowane, również zdobione podobnymi motywami co ściany, drewniane. Maszerowali kolumną, parami, tylko jeden z nich, dowódca, na początku szedł sam. Gdy przechodził obok jakichś drzwi, wskazywał je tylko bez słowa palcem, a jego żołnierze, ubrani w szare kombinezony, jakby metalowe, z hełmami na głowach wchodzili do pomieszczenia, po dwóch do każdego. -Jest gdzieś tutaj! Macie mi go znaleźć! A jeśli znowu nam ucieknie, to odstrzelę wam łby, jeszcze zanim stracę swój!- wykrzykiwał ich dowódca. On jeden nie miał na głowie hełmu, można było więc zobaczyć, że to bardzo młody elf, na oko dwudziestoparo letni. Mimo młodego wieku jednak, miał bardzo stare spojrzenie. Od razu było wiadomo, że spojrzenie to nie jedno już widziało. Najdziwniejszy jednak w jego wyglądzie był olbrzymi miecz który nosił na plecach. Był to bardzo długi miecz oburęczny, ale o dość wąskim ostrzu. Sięgał mu od szyi, prawie do ziemi. Znajdował się w pochwie, czarnej, na której były wytłoczone pozłacane liście, podobne troszkę do tych, które znajdowały się na ścianach korytarza. Elfy chyba po prostu lubiły ten wzór. Miecz ten całkowicie nie pasował do reszty kombinezonu Darmtorskiego żołnierza. Co jakiś czas krzyczał do swoich ludzi, żeby znaleźli to, albo tego którego szukali. Musiał krzyczeć głośno, ponieważ na dworze panował straszny hałas. Odgłosy wybuchów, strzałów, wrzaski i krzyki. Co jakiś czas budynek w którym się znajdowali cały drżał, kiedy wybuchło coś dużego, gdzieś nie daleko. To wszystko dlatego, że na zewnątrz, od dwóch dni trwała bitwa o Elfberg. Oni jednak mieli ważniejsze zadanie, niż strzelanie do wroga. Ich zadaniem było przeszukać cały Narsilowy Dwór, od dachu, aż po podziemia. Wiedział, że on tu gdzieś jest. Wszyscy wiedzieli, że Marcus Narsil ukrywa się na dworze, że to stąd dowodzi bitwą. Nie mógł mu uciec po raz kolejny, po prostu nie mógł. Schwytanie dowódcy Uni Pirackiej, oznaczało tylko jedno. Chaos w szeregach wroga. To mogło wreszcie zakończyć tą pieprzoną wojnę. Jego żołnierze rozeszli się po bocznych komnatach. On sam dotarł do dużych dębowych (tak, przywieziono tu dęby) drzwi. Trzeba było zajrzeć do środka. Nie wyciągał broni. Nie miało to większego sensu. Gdyby Marcus był w środku i chciał go zabić, to i tak by to zrobił. Można by było tam wpaść, strzelając na wszystkie strony i tak pewnie by to nic nie dało. Poza tym był prawie pewien jednego. Marcus Narsil go nie zabije. Nie zabije go ponieważ nie chce tego zrobić. Wyciągnął powoli rękę w kierunku klamki od olbrzymich, dwuskrzydłowych drzwi przed nim i zatrzymał ja na chwilę w powietrzu. Zachwycił się dziwnym pięknem tych drzwi oraz dziwnym pięknem całego tego budynku. Za tymi drzwiami znajdowała się chyba sala tronowa. Tak mu się przynajmniej wydawało. -Ciekawe czy Narsil Pierwszy przechodził kiedyś przez te drzwi, czy je otwierał?- zastanawiał się dowódca. Potem przypomniał sobie, że przecież Narsilowy Dwór jest bardzo stary. Był remontowany i odnawiany co najmniej tysiące razy. Ale była w nim taka magia, coś co powodowało, że się o tym wszystkim zapomina. Nie, Narsil Pierwszy na pewno nigdy nie dotykał tych drzwi. Nie wyglądały na stare, były utrzymane w dobrym stanie, ale i tak za pewne miały ze sto, albo dwieście lat. A Narsil I żył tutaj jakieś dwadzieścia tysięcy lat temu. To był olbrzymi okres czasu. Wielu już wysnuwało teorie, że cały dwór chroni jakieś zaklęcie, coś co nie pozwala mu się rozpaść po takim czasie. Coś chyba musiało w tym być, bo który budynek wytrzymał by tyle czasu? Tak stary był jeszcze tylko Tayar na Ziemi, którego to również zaczęto budować za czasów Nasila I. Podobno na jego polecenie. No tak, ale teraz nie czas był na historię, musiał złapać najbardziej poszukiwanego elfa w tej części wszechświata, a może najbardziej poszukiwanego w ogóle. Najgorsze było to, że wcale nie chciał go złapać, miał nadzieję, że on ucieknie. Wiedział że nie może tak myśleć, byli przecież wrogami, od tego zależało życie milionów istot. Wiedział to wszystko, ale mimo to nie chciał. Wroga nie zawsze trzeba nienawidzić. Jego dłoń w końcu dotknęła klamki. Nacisnął ją lekko i pchnął delikatnie wielkie drzwi. Gdy zajrzał do środka sali, zobaczył tron stojący na przeciwległym końcu długiej Sali tronowej. Po bokach stały rzędy kolumn. Na całej długości lewej ściany znajdowały się duże, łukowate okna, sięgające od podłogi do sufitu. Miały więc ze trzy metry wysokości. Mimo wszystko po sali tronowej można było się spodziewać, że będzie większa. Ta była piękna, ale zarazem jakaś mała i mało reprezentatywna. Tutaj przecież niegdyś, jeszcze przed Republiką przyjmowano posłów i władców z całego wszechświata. Kolumny i ściany sali były białe, tak więc gdy przez olbrzymie okna wpadało światło, było tutaj bardzo jasno. Ale nie teraz. Teraz panował półmrok, w końcu była noc. Dowódca podszedł do jednego z wielkich okien i wyjrzał przez nie. Znajdował się na piętrze, więc miał widok na Elfberg, ponad murem otaczającym dwór. Pod stopami poczuł kolejny wstrząs. Nad miastem unosiła się pomarańczowa łuna. Co chwilę kolejny budynek stawał w płomieniach, słychać było przeraźliwe krzyki umierających i walczących. -Tak zniszczyli nasza piękną stolicę. Zbezcześcili ją- pomyślał sobie w duchu. Dobrze, że Marcus ochronił Dwór. Zabronił go niszczyć. -Kapitanie Haze! Melduję że przeszukaliśmy całą część nadziemną budynku! Obiekt musi znajdować się w podziemiach.- Haze obrócił się szybko od okna aby popatrzeć na żołnierza który przyniósł mu meldunek. Właściwie nie było na co patrzeć. Hełm z przeszklonym przodem, szary pancerz, karabin w broni. Jak każdy żołnierz Boskiego Królestwa Darmtoru. -Jeżeli jest w podziemiach, to już jest nasz. Cały oddział, natychmiast przeszukać piwnice pod pałacem! -Tak jest!- Krzyknął żołnierz, zasalutował i pobiegł gdzieś. Haze po raz ostatni rzucił okiem na miasto, miasto w gruzach, miasto, które kochał każdy elf. Dlatego musiał go znaleźć. Po prostu musiał. W życiu, jak wiadomo, nie zawsze robi się to co się chce. Miotały nim sprzeczne uczucia. Wiedział, że elf którego ściga nie zasługuje na to. Nie zasługiwał tez na to by zostać uznanym za zdrajcę. Po prostu publika nie znała jego pobudek. Nikt nie wiedział dlaczego tak naprawdę Marcus Narsil rozpętał to czternastoletnie piekło, zwane Pierwszą Wojną Darmtorską. Ale on, Haze, wiedział. Gdy tak patrzył na miasto czuł, że powinien tam być. Tam, nie tutaj. Powinien walczyć z innymi, a nie przeszukiwać Narsilowy Dwór. Właśnie, powinien. Nie mógł jednak. Cóż, rozkazy… Obrócił się od okna i ruszył w kierunku drzwi, jeszcze raz podziwiając piękno tego miejsca. Teraz dopiero stwierdził, że źle na to patrzył. Mimo że sala tronowa była dość mała, to była piękna i bardzo reprezentatywna. Cały ten dwór miał w sobie coś niesamowitego. Może dlatego, ze był to kawał jego historii. Jego i wszystkich elfów. Wyszedł przez dwuskrzydłowe drzwi prowadzące do sali tronowej i ruszył korytarzem zdobionym złotymi liśćmi powrotem do pięknego holu którym wszedł do budynku z dziedzińca. Przeszedł przez korytarz, czując jak wszystko drży od wybuchów, jeszcze raz zachwycając się tym widokiem i wyszedł drzwiami które znajdowały się na drugim końcu niebieskiego korytarza. Stał teraz na balkonie w dużym okrągłym holu. Od balkonu po obu stronach odchodziły schody w dół. Schody zakręcały równo z krzywizną ściany okrągłego pomieszczenia. Ściana naprzeciwko cała była przeszklona, aby do środka wpadało jak najwięcej światła. Z sufitu zwieszał się piękny, duży żyrandol, było to kolejne piękne pomieszczenie. Haze obiecał sobie, że jeszcze kiedyś tu wróci, aby móc spokojnie oglądać to wszystko, niestety, teraz nie było na to czasu. Cały czas to sobie powtarzał. Nie było czasu. Zszedł po zakręcających schodach, skręcił w pierwsze drzwi po lewej i ruszył dalej, przez ciemne pomieszczenia. Postanowił już nie oglądać tego wszystkiego. Na jego barkach spoczywały teraz losy wojny, a on zachowywał się jak na wycieczce do muzeum. Na szczęście wiedział dokąd iść. Gdy przeszukiwali parter, znalazł wejście do piwnic i obstawił je swoimi ludźmi, aby nikt się nie wymknął. Dość dziwne, ale było tylko jedno wyjście a to strasznie ułatwiało Haze’owi sprawę. Przechodził przez kolejne korytarze i pomieszczenia, pogrążone w mroku, obserwował zarysy pięknych zdobionych mebli, aż w końcu dotarł na miejsce. Jednak to co zobaczył, wcale nie podniosło go na duchu. Jego oddział stał i czekał sobie na niego. Przecież kazał zejść na dół! A może nie… był tak zdezorientowany tym wszystkim, sam już nie pamiętał pośpiesznie wydanych rozkazów. -Dlaczego nie przeszukujecie dołu! Idioci! Nie rozumiecie jak ważna jest ta misja!- wrzasnął na nich wszystkich. -Pan wybaczy, kapitanie, ale… -Zamknij się i rób co mówię!- zaczynała ogarniać go panika, bał się że zawali sprawę. Już chciał ruszyć przez drzwi i pokazać im jak po mistrzowsku przeszukuje się pokoje, kiedy zastanowił się co robi. Popatrzył na nich wszystkich po kolei. Nie widział ich twarzy, ale doskonale wiedział pod którym hełmem kto się kryje. Jak mógł by nie wiedzieć. Przecież tyle już z nimi przeszedł. Jak mógł na nich krzyczeć, był tutaj najmłodszy, tylko szczęśliwy traf sprawił, że stał się ich dowódcą. Walczyli razem już prawie jedenaście lat. Na jednej wojnie. To oni go uratowali, gdy jako czternastolatek stracił ojca i matkę, w dniu kiedy Unia Piracka najechała na Keypax.. A teraz wrzeszczał na nich, nazywał idiotami, chociaż wiedział dlaczego poczekali. Doskonale wiedzieli z kim mają do czynienia. Marcus Narsil nie był byle jakim elfem. Przeszedł szkolenie na jakiejś odległej planecie, uczyniło go to doskonałym wojownikiem. Takich jak on nazywano Asasynami. A z asasynami się nie walczyło. Przed nimi się uciekało. -Przepraszam chłopaki, ale zrozumcie mnie, musimy go złapać. Od nas wszystko zależy.- powiedział do nich tym razem już spokojnym i przepraszającym tonem.-Idziemy. Zaczęli schodzić w dół, krętymi schodami. Pierwszy znowu szedł ich dowódca, a za nim cała reszta. Schody były zadziwiająco długie. Podziemia dworu musiały znajdować się głębiej, nie zaraz pod posadzką parteru. -Włączcie latarki na karabinach.- Powiedział Haze gdy tak szli w dół, powoli i ostrożnie, aby nie narobić hałasu. Wszystko zadrżało potężnie, słychać było stłumiony huk. -Coś wypierdoliło w pobliżu- zauważył niezwykle błyskotliwie jeden z członków oddziału. Po kilku minutach zeszli na dół. Gdyby nie latarki, kompletnie nic by nie wiedzieli. Nie było tu żadnych okien, ani oświetlenia. Oświetlili długi korytarz przed nimi. Haze pomyślał że schodząc po schodach, przeszli chyba do jakiegoś innego budynku, ponieważ to co zobaczył, w ogóle nie przypominało pięknych wnętrz Narsilowego Dworu. Teraz ściany był szare, pokryte tylko tynkiem. Dostępu do pomieszczeń broniły grube drzwi z drewna, być może nawet nie oheblowanego. Pachniało stęchlizną. -Cóż panowie, przeczesać mi to wszystko. Pamiętajcie, jak go znajdziecie, nie podchodzić, tylko zawołać mnie.-rozkazał Haze. Wszyscy kiwnęli głowami, na znak że zrozumieli, a następnie ruszyli dwójkami. Podchodzili do drzwi, przygotowywali się i wpadali do środka. W końcu Haze został sam na korytarzu. Ruszył przed siebie. Może tak jak na górze znajdzie coś fajnego w komnacie na samym końcu korytarza? Na szczęście się zorientował w porę, że nie może tego zrobić. Zapomniał zostawić tu kogoś kto by pilnował schodów, Marcus mógł przecież wymknąć się, gdy będą go szukać. Postanowił nie przywoływać swoich żołnierzy z powrotem. Niech szukają. Haze poczeka. Za każdym razem, kiedy budynek trząsł się od siły wybuchu, z sufitu sypał się kurz i pył. Słyszał szuranie butów swojego oddziału, przeszukującego kolejne pomieszczenia. Jakieś trzaski. -Pewnie w czymś grzebią-pomyślał. Jeśli coś wyniosą, to będą mieli z nim do czynienia. Ale wiedział że nic nie wyniosą, nie oni. Słychać ich było coraz słabiej, w miarą jak się oddalali, przeszukując coraz dalsze partie piwnic. Haze stał rozglądając się dookoła z latarką. Nie było tutaj zbyt wiele do podziwiania. Jednak wciąż fascynował go wiek tych murów. Te sprawiały wrażenie od dawna nie odnawianych. Ciekawe ilu sławnych elfów, o których uczył się w szkole, zeszło po tych spiralnych schodach za nim, do podziemi tego wspaniałego miejsca. Aż ciężko było sobie wyobrazić, że Narsilowy Dwór pamiętał czasy Nieśmiertelnych Krain, okresu największej potęgi i świetności elfickiej rasy. Był nawet starszy. Teraz elfy były już tylko cieniem, tylko jakąś częścią dawnych elfów. Teraz nawet nie rządziły własna planetą, a wszystko to przez wielkie imperia, a raczej przez to, że rząd keypaxu zawsze pchał się w takie gówno. Nieśmiertelne krainy zaczęły się po pokonaniu Imperium Pretorii. Trwały aż do pierwszej wojny Keypaxiańskiej. Ale nawet po tej wojnie keypax miał swój rząd, miał swoją autonomię. Później była Republika, po jej upadku nie wykorzystano szansy i gdy tylko nadarzyła się okazja, przyłączono się do Darmtoru. Keypax nie miał króla od tysięcy lat. Haze był zdania, że tylko powrót do dawnego ustroju może uzdrowić jego rasę. Gdy ta wojna się skończy, zrobi wszystko aby jego planeta, jego ojczyzna była wreszcie wolna. Teraz nadarzała się ku temu niepowtarzalna okazja. Musiał tylko mądrze to rozegrać. Gdy to wszystko się skończy, znajdzie dla Keypaxu króla, który poprowadzi go do chwały. Haze wierzył w monarchię, nie w króla wybieranego w demokratycznych wyborach. To wcale nie oznaczało nic dobrego. Demokracja to dobry ustrój, ale na małych obszarach. Gdy duże państwo, chociażby cała planeta ma ustrój demokratyczny, to wszystko zaczyna się chrzanić. Dlatego właśnie uważał, że Keypaxowi potrzebny jest przede wszystkim silny król. Jego przemyślenie przerwał tupot nóg. Ktoś biegł do niego, stanął przed schodami by je zablokować. To mógł być Marcus. Stanął i czekał, słuchał jak odgłos się zbliża. Nagle z drugich drzwi, po lewej stronie korytarza, wybiegł jeden z jego żołnierzy. -Kapitanie! Jest!- krzyknął -Co jest? Znaleźliście go? Gdzie? -Jest w Sali Pamięci, kapitanie, ogląda sobie eksponaty. Obstawiliśmy drzwi, nie ucieknie, czekamy na Ciebie, kapitanie. -Sala Pamięci!- prawie krzyknął Haze- Jak mogłem na to nie wpaść, od razu trzeba był go tam szukać. Prowadź! -Tak jest. I poprowadził Haze’a przez ciemne, z reguły puste komnaty. Droga okazała się niezbyt długa, po kilku minutach dotarli to drzwi przy których stali wszyscy jego ludzie. -Jest w środku, Panie Kapitanie- powiedział jeden z nich. -W porządku, czy wie że tu jesteśmy? Zresztą, co za różnica. Zrobimy tak, ja wejdę przodem, a wy po prostu za mną. Otoczycie go, celujcie w głowę, ale zabraniam w Am strzelać, chyba ze w ostateczności. Nie spodziewam się jednak, by chciał z nami walczyć. Chyba rozumie, że to już koniec. Haze chwycił delikatnie za klamkę, odwrócił się i powiedział. -Policzę do trzech i wchodzimy. Pozwolę sobie przypomnieć jeszcze raz, że nie wolno nam tego spartolić. Słyszycie? Po prostu nie wolno. -Nie spartolimy tego-powiedział ten, który przyprowadził Haze’a do drzwi. -Wiem. W takim razie… Raz… Dwa… I trzy moi drodzy. Nacisnął klamkę i otworzył drzwi z impetem. Zza jego pleców na obie strony wybiegło o pięciu żołnierzy otaczając stojącego po środku Sali, wysokiego elfa, ubranego w biały, cienki i zwiewny , sięgającą kolan jakby płaszcz. Na nogach miał czarne spodnie i wysokie buty, zapinane na mnóstwo skórzanych pasów. Pod pasami znajdowały się metalowe płytki, które pełniły rolę nagolenników, jednocześnie nie krepując ruchów. Pod tym białym jakby płaszczem, zapiętym z przodu tylko na trzy guziki widać było brązową skórzaną kurtkę. Jedyną jego widoczną bronią, były dziwne dwa ostrza, na plecach, schowane w pochwę z dwoma otworami, jednym u góry i jednym na dole. Tak że jedno ostrze wyciągało się od góry, przez prawe ramię, a drugie od dołu, pod lewym ramieniem. Był to typowy ubiór asasynów, wygodny, lekki, wprost nadający się do akrobacji, jakie zwykli wykonywać podczas walki. Poza tym elf miał czarne włosy sięgające szyi oraz lekki zarost. Bez wątpienia był to Marcus Narsil. Stał naprzeciwko wielkiego portretu Nasila Pierwszego i wpatrywał się w niego. Po lewej miał portret Yarpena Narsila Trzeciego, a po prawej Arona Nasila Drugiego. To właśnie była Sala Pamięci. Tutaj umieszczano portrety i osobiste przedmioty Narsili uznanych za największych bohaterów. Pomieszczenie było duże, okrągłe, panował tutaj półmrok, a jedyne światło padało z dwóch słabych lamp po bokach portretu Nasila. Na ścianach było jeszcze dużo miejsca, jakby projektant sali spodziewał się że zawiśnie tutaj więcej portretów. W historii było jeszcze paru Narsili którzy uznawani byli za bohaterów, ale żeby trafić, pośmiertnie oczywiście, do tej Sali, trzeba było się niezwykle zasłużyć. Wracając jednak to tego elfa, który stał na samym środku i był sprawcą całego tego zamieszania. Nie drgnął on nawet w chwili gdy Haze ze swoim oddziałem poszukiwawczym wpadli do komnaty. Cały czas wpatrywał się w portret naprzeciwko niego, z rekami z tyłu, jakby czekając aż go skują i zabiorą. Zapadła cisza, którą przerwał Marcus. -Witaj Haze, długo Ci zajęło zanim minie znalazłeś- powiedział zupełnie spokojnym tonem w którym nie dało się słyszeć ani strachu, ani zdenerwowania. -Witaj. Marcus, musze cię poprosić abyś odłożył swoją broń. Albo cię zmuszę . Marcus bez słowa, posłusznie odpiął ostrza noszone na plecach, zdjął rękawice, w których były ukryte wysuwane sprężynowo sztylety i wreszcie na posadzką trafiły również kabury z dwoma sporymi pistoletami. Po wykonaniu tego znowu złożył ręce za placami. -Proszę, teraz możesz mnie aresztować- powiedział. Haze podszedł i założył mu kajdanki siłowe, z których nie sposób było wyciągnąć ręki, gdyż działały na zasadzie pola siłowego. -Marcusie Narsilu, Aresztuję cię w imię Boskiego Imperium Darmtoru. Jesteś oskarżony o zdradę, ludobójstwo, przywództwo w Unii Pirackiej oraz… wiele innych rzeczy- Powiedział Haze, stojąc za elfem ubranym w biały niby-płaszcz. Następnie powiedział do swoich żołnierzy. -Wyjdźcie teraz wszyscy i wezwijcie transporter na dziedziniec, który zabierze więźnia w bezpieczne miejsce. Dopóki nie przyleci, zabraniam wam tu wchodzić, muszę sobie porozmawiać z nasza zdobyczą. -Jest pan pewny, panie kapitanie, może zostawić kogoś do pomocy? -Tak, jestem pewny, co może mi teraz zrobić? Faktycznie, nie mógł zrobić za wiele, co najwyżej paść na ziemię i zacząć gryźć po kostkach. Przynajmniej pozornie, asasynów nie należało nie doceniać. Wielu ich nie doceniało i później już nie mogli niczego nie docenić. Wszyscy znajdujący się w komnacie wyszli posłusznie, zostawiając tych dwóch sam na sam. Haze stanął ramię w ramię, obok Markusa i razem zaczęli się przyglądać Narsilowi Pierwszemu. Zapadła chwila ciszy, tym razem przerwał ją Haze. -Do cholery, dlaczego nie uciekłeś? Przecież mogłeś to zrobić bez żadnego problemu. Cały czas zdawałem sobie z tego sprawę. -Po co miałem uciekać? -Odpowiedział pytaniem Marcus. -Chociaż by po to, żeby uratować własna dupę, Marcus -Ha. Jedyna szansą dla mnie było by uciec stąd na jakąś odległą planetę i się tam zaszyć, może zacząć uprawiać ziemię? Widzisz mnie w takiej roli? -Jesteś przecież przywódcą Unii Pirackiej! Jedynym na tyle potężnym, że mogłeś zaatakować Darmtor! Przecież…przecież możesz walczyć dalej. Nie wiem co się ze mną dzieje. Karze własnemu wrogowi, dalej walczyć ze mną. -Może raczej przeciwnikowi, niż wrogowi. Wolę takie określenie. A dlaczego nie uciekłem do swoich? Ponieważ nie mam żadnych „swoich”. Owszem, jestem przywódcą tych wszystkich piratów, ale tylko dopóki pokazuje im gdzie mają walczyć, gdzie znajda najwięcej łupów i bogactw. Nie wiesz jacy oni są? Haze, ja tak naprawdę nie mam nad nimi żadnej kontroli. Nikt nie ma. Owszem, miałem tą kontrolę, ale to było dawno temu. Jeśli wrócę do nich, najprawdopodobniej i tak mnie rozstrzelają, bo wiedzą że chcę ta wojnę przerwać. Że osiągnąłem swój cel. Nie wiedzą tylko jaki. Wiemy tylko my dwaj. -Mogę pozwolić Ci uciec. Boże, nie chcę tego robić, ale wiem że powinienem pozwolić ci uciec. Jak podczas naszego ostatniego spotkania. -Haha- zaśmiał się wesoło Marcus, mimo swojego fatalnego położenia, potrafił się jeszcze śmiać- Ty mi pozwoliłeś? To chyba ja sam sobie poszedłem, nawet nie uciekłem. Pozwolił mi.. nie żartuj sobie. A właśnie, przepraszam że cię poharatałem, jak długo nie mogłeś chodzić? -Tydzień. Ale miło to wspominam- Powiedział Haze z ironią w głosie. Oj tak, doskonale pamiętał ich ostatnie spotkanie. Trudno by było zapomnieć.

*

A było to jakieś trzy lata ziemskie temu. Ododuina, zimą. Śnieg, wszędzie śnieg. Pokrywał on grubą warstwą wszystkie gruzy pojazdy, ciała, wszystko co leżało na tej ulicy. Haze spojrzał w górę. Nie ważne jak mocno zadzierał głowę, to i tak nie dostrzegał szczytów gigantycznych wieżowców, u stóp których właśnie przechodzili. Ich szczyty ginęły w chmurach, każdy z nich był jak małe, postawione w pionie miasteczko. Były w nich sklepy, szpitale, nawet parki. Wszystko co potrzebne do życia. Miasto było za duże, żeby istoty w nich mieszkające musiały szukać takich rzeczy w innych budynkach. Miasto, cóż, nie wiedział nawet czy można tak je nazwać, w sumie to takimi wieżowcami, lub podobnymi do nich, pokryta był dosłownie cała planeta. Tak, Ododuina zmieniła się strasznie, od czasu kiedy republika przeniosła tutaj swoją stolicę, czyli parę tysięcy lat temu. -Strasznie wysokie, co?- zapytał idący obok niego, trzydziestoparoletni człowiek. Nie miał ubranego hełmu, gdy coś mówił z ust unosiła mu się para. Człowiek ten nazywał się Salvatore i był dla Haze’a jak drugi ojciec. A może nawet bardziej jak pierwszy ojciec? To on znalazł go na Keypaxie, gdy Haze miał czternaście lat, właśnie stracił ojca, którego zabili Piraci, którzy najechali na Keypax, oraz matkę, która po prostu zniknęła kilka godzin po śmierci ojca i Bóg jeden wiedział gdzie się podziała. To Salvatore dał wtedy Haze’owi broń i namówił ich dowódcę do tego, aby pozwolił mu pozostać w ich oddziale na jakiś czas. Ten jakiś czas okazał się jedenastoma latami. -Taak, wysokie. Wiesz ilu może w nich być wrogów? Bo ja nie. A my idziemy środkiem drogi.-odpowiedział mu Haze. -A którędy mamy iść? Po bokach wiatr nawiał takie zaspy że nie da się tam przejść. Poza tym, ich już tutaj nie ma. No co racja to racja, pomyślał Haze, ale chciał się trochę powymądrzać, trochę drażniło go to, że nie jest już dowódca tego oddziału. Ale w końcu sam oddał to dowództwo Salvatorowi, gdy jechał szukać Istariich, aby ich tu sprowadzić do pomocy. No, ale w końcu nie miał tego za złe swojemu przyjacielowi, jemu to dowództwo należało się nawet bardziej. Szli tak przez chwile w milczeniu, a śnieg skrzypiał im pod stopami. -Jak długo będziemy gnić w tym miejscu?- zapytał Haze, po raz tysięczny, chyba po prostu lubił o to pytać -Mówiłem ci już parę razy. Za jakiś czas, mniej więcej za tydzień przenoszą nas na Darmtor. Tam zacznie się zabawa. -To jeszcze się nie zaczęła?- zapytał z rozbawieniem Haze, jednocześnie podciągając nosem-Cholera, że tez muszę znowu jechać na Darmtor. Lecę tam tylko po to, aby poprosić o przeniesienie. -Tak wiem, że masz nieco inne plany odnośnie tej wojny, niż dowództwo. -Po Darmtorze lecę na Keypax, jak tylko będzie wiadomo, że zbliżają się Istarii ze swoją Armią Sprzymierzoną, swoją drogą długo ich nie ma, a jak wyzwolimy Keypax, przyjcie czas na Trism. Jestem cos winien Halranowi, no może nie jestem, ale chce coś dla niego zrobić, coś czego on nie zdążył. -Nie możesz zbawić całego wszechświata, Haze- powiedział z lekka nutka rozbawienia w głosie Salvatore. -I w cale nie chcę zbawiać całego wszechświata. -To po co ci Trism? -Mówiłem, chcę oddać pośmiertna przysługę Halranowi. Dlaczego? Nie mogę ci powiedzieć. -Jak sobie chcesz, ale pamiętaj, że jesteś też, a może przede wszystkim, żołnierzem i masz nad sobą dowództwo. Z nimi nie jest tak, że mówisz gdzie mają cię wysłać. To było by zbyt piękne.- Salvatore chciał go sprowadzić na ziemię, ale i tak wiedział, że to na nic. Znał tego elfa zbyt długo. -Ale co szkodzi spróbować? Skoro i tak nas tam wysyłają. Nagle Salvatore zatrzymał się w miejscu. Chwycił się za lewe ucho i i zaczął jakby czegoś słuchać. -Jakieś wieści?- zapytał Haze widząc, że ewidentnie była to wiadomość nadana przez radio, które Salvatore miał na uchu. -Co? Gdzie jesteście? Nie słyszę, powtórz!- Salvatore prawie krzyczał. Na jego twarzy pojawiło się zdziwienie i strach zarazem. -Zrozumiałem. Postaramy się być jak najszybciej!- zakończył rozmowę radiową.- Ale się porobiło, ja pierdole…- dodał już mniej oficjalnie. -Co jest?- zapytał Haze, ciekaw co go tak poruszyło. -Jakiś oddział, jakieś pół kilometra stąd… otoczyli Marcusa Narsila z jego sukinsynami w jakimś budynku. Wzywają pomocy. Musimy złapać drania żywego! Chociaż jego głowa też się nada.-Wykrzyczał do wszystkich swoich żołnierzy.- Panowie, a teraz biegiem! I pobiegli za nim, zasypanymi przez śnieg ulicami, na których leżały gruzy, rozbite pojazdy. Gdzie nie gdzie Haze dostrzegł nawet jakieś zamarznięte zwłoki, których ktoś zapomniał sprzątnąć. Ale nie przyglądał się tak dokładnie temu całemu burdelowi, widywał go codziennie od bardzo dawna. Bardziej zaaferowany był tym dokąd biegną. Kto by pomyślał, że Marcus jeszcze nie wyniósł się z tej planety. Jakiś czas temu chodziły pogłoski, że wciąż może być gdzieś tutaj, ale nikt do końca w to nie wierzył. Nie widywano go podczas walk, tak jak wcześniej. A tu proszę, znalazł się. Tylko żeby to nie był fałszywy alarm. Może któryś ze spanikowanych żołnierzy dostrzegł w szeregach wroga człowieka albo elfa i coś mu się pomyliło. Jeśli tak, to Haze postanowił własnoręcznie odstrzelić mu dupsko. Pędzili tak, za nieuchwytnym przywódcą Unii Pirackiej. Gdy wybiegli zza następnego rogu, dały się słyszeć jakieś przytłumione strzały i krzyki, chociaż to wcale nie oznaczało, że dobiegają na miejsce. -Chyba już prawie jesteśmy na miejscu- wydyszał Salvatore. Za następnym rogiem ich oczom ukazał się czarny budynek. Stał jak jakiś monolit, na białym śniegu .Miał lekko pochylone ściany, tak jakby jego twórcy chcieli zbudować piramidę, ale jakoś tak w połowie zmienili zdanie i zakończyli budowę. Dookoła budynku był rozległy, zaśnieżony plac. Plac ów, a raczej śnieg na tym placu, był w wielu miejscach czerwony, czerwony od krwi. Wszędzie można było dostrzec ciała poległych, zarówno darmtorczyków jak i piratów. Najwidoczniej walka się skończyła, może już ujęli Markusa bez ich pomocy i nie potrzebnie się tak nabiegali. Mniej więcej na środku budynku znajdowało się wejście, a pod wejściem stało trzech żołnierzy darmtorskich, którzy energicznie wymachiwali do nich karabinami i rękoma. Cały oddział Salvatore’a ruszył w ich kierunku. -Co się dzieje?- zapytał Salvatore- Macie go? -Jeszcze nie, ale udało nam się zdobyć parter budynku. Marcus Narsil z resztą swojej świty jest na wyższych piętrach. Musimy ich tylko jakoś wyciągnąć stamtąd. Wejdźmy do środka. -Wejdźcie do środka i ogrzejcie się, poczekajcie na mnie tutaj zaraz za drzwiami- powiedział Salvatore do swojego dwudziesto osobowego oddziału.- A ty, Haze, chodź ze mną. Weszli więc. W środku było pełno żołnierzy dramtorskich, którzy kręcili się to tu, to tam. Haze rozejrzał się po pomieszczeniach przez które przechodzili. Znajdowali się w chyba w jakimś starym budynku straży miejskiej albo czegoś podobnego. W końcu zostali zaprowadzeni do obszernego pomieszczenia. Pod lewa ścianą znajdowała się lada, pod ścianami upchnięte zostały krzesełka. Najwidoczniej wcześniej był to jakaś poczekalnia. Teraz był to pokój dowodzenia. Gdy weszli dalej, do pokoju, Haze zauważył że w jednym z rogów znajdują się schody na następne piętro. Zwykłe schody, nie za szerokie, z poręczą. Przed nimi ustawiło się czterech żołnierzy i bez przerwy celowali w te schody, nie spuszczając ich z oka. -To tutaj, przedstawiam panu chorążego Matrkina, kapitanie- powiedział do Salvatore’a jeden z żołnierzy którzy ich prowadzili. Chorąży i kapitan już mieli sobie zasalutować, kiedy Haze usłyszał strzały. Obrócił głowę z powrotem w kierunku schodów. Wiła się na nich z bólu podziurawiona jak sito, jakaś nieznana mu istota. Wiła się tak jeszcze kilka sekund, kiedy została dobita serią z karabinu. Po tym już tylko sturlała się po schodach i zamarła na posadzce. -Mieli strzelać jak tylko coś się ruszy- wyjaśnił Matrkin, miał na sobie kompletną zbroję żołnierza i nie było można nawet określić jakiej jest rasy. I tak było to bez znaczenia. Salvatore popatrzył krótko na Haze’a, po czym zapytał się chorążego. -Jaka jest sytuacja? Podeszli do okna i zaczęli konwersować na temat strategii jaką obiorą. Ale Haze już ich nie słuchał, bo w głowie zrodził mu się pewien pomysł. Postanowił go sprawdzić, bez absolutnie żadnej konsultacji z kimkolwiek. Ruszył powoli w kierunku obstawionych schodów, obszedł wartowników i podszedł do schodów, stając na linii strzału. Jeden z wartowników krzyknął. -Spieprzaj stąd! Haze jednak, zamiast mu coś odpowiedzieć, wydarł się na całe gardło. -Jest tam kto?! Powiedzcie Narsilowi, że jest tu Haze! Rozumiecie? Haze! Zapytajcie czy mnie pamięta i powiedzcie że chcę rozmawiać! Nagle coś chwyciło Haze’a za kołnierz jego zbroi i pociągnęło w tył. -Co ty wyprawiasz do jasnej cholery!- krzyknął mu w twarz Salvatore -Zamknij się i poczekaj chwilę. Z góry dało się słychać jakieś kroki, najpierw się oddaliły, później wróciły. Znów zapadła cisza. Salvatore patrzył się na niego z nie dowierzaniem. Nagle jednak nie dowierzanie zmieniło się w zdumienie gdy usłyszał z góry głos. -Haze? Zejdę na półpiętro, ale muszę mieć pewność, że nikt mnie nie zastrzeli. Haze popatrzył na swego przyjaciela, ten z kolei popatrzył się na nowo poznanego chorążego a chorąży na niego. -Nie strzelać.- Powiedział major. -Marcus! Możesz zejść! Usłyszał kroki i na schodach pojawił się elf o czarnych włosach, ubrany w strój asasyna. -Kawał czasu się nie widzieliśmy- powiedział z uśmiechem. -Marcus, poddaj się, nie wydostaniecie się stąd.- odparł zupełnie poważnie Haze. -Ani wy nie wejdziecie do góry, wszystkie schody mam obstawione tak samo jak wy. Ale mam lepszy pomysł, przyjacielu, wiem jak możemy oszczędzić sobie ofiar po obu stronach. Zrobimy tak, ja teraz wyzwę cię na pojedynek, jeśli wygram, odejdę razem z moimi żołnierzami, jeśli przegram, wiadomo. Co

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych