Bogowie grają w kości - rozdział II
Powracam z historią Meyry i Leana. Plany się walą, nic nie idzie po myśli bohaterów, a to dopiero początek kłopotów - jak zwykle. O winogronach, dynamicie, makabrycznej randce i zmorze. Zapraszam ;]
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
ROZDZIAŁ II
Przetarła kciukami powieki, zamrugała. Sypialnia adeptek pogrążona była w szarym świetle brzasku. Rozejrzała się, by sprawdzić, czy reszta wciąż śpi. Do pierwszej modlitwy miały jeszcze godzinę. Meyra przekręciła się na drugi bok, twarzą do otwartego okna. Nie zamierzała wstawać, nie miała ochoty opuszczać wygodnego łóżka. Wystarczył jej prostokąt jaśniejącego nieba i postrzępione czubki drzew. Wiedziała, że dziś Kay ma pojechać do winnicy, aby pomóc przy zbiorach. Cały dzień pośród winogron, na nagrzanym słońcem stoku, wśród przytłaczającej zieleni. Daleko. Inaczej. Przymknęła powieki, czując, jak z podekscytowania zasycha jej w gardle. Nerwowo oblizała wargi. Nie była pewna, czy wizja całego dnia poza klasztorem się spełni, jednak chwyciła się nadziei rozpaczliwie, nie chcąc rezygnować. Miałaby sobie odpuścić? Nauczyła się nie lekceważyć żadnych szans, nawet najmniejszych. Przekona Mensuę do pomocy. Nie pierwszy raz i nie ostatni. Wymówi się bólem, chorobą , mniejsza o to - coś wymyśli. Nie interesowały ją takie szczegóły. Ważna była przestrzeń i brak granic.
- Wiesz, że jesteś skrajnie nieodpowiedzialną egoistką? Meyra obróciła się w stronę wzburzonej Mensuy. Nie czuła urazy, była co najwyżej zaskoczona. Nigdy nie usłyszała równie krytycznych słów od przyjaciółki. Ta stała nieruchomo, zaciskając kurczowo dłonie i wpatrując się w Meyrę z wyrzutem. - Jasne, że wiem – ta odparła z wymuszoną beztroską. – Po prostu często upominam się o to, co mi się należy. Nikt nie miał prawda mnie tu zamknąć, prawda? A wracając - nie zdradzisz mnie, prawda? Powietrze wokół Mensuy zdawało się emanować chłodem. Meyra musiała się zadowolić milczeniem. Przeszła przez mur, czując jak wyrzuty sumienia stopniowo zadeptuje podekscytowanie. Czuła, że przyjaciółka będzie ją kryć i podtrzyma pogłoski o złym samopoczuciu. Nawet, jeśli cały plan wydawał się naiwny. Jak najszybciej dotarła na skraj sadu, gdzie miał czekać Kay. Na widok chłopaka serce zabiło jej mocniej. Uśmiechnęła się. Gdy dobiegła, bez słowa chwycił ją za rękę i pociągnął za sobą. Ludzie z miasteczka o nic nie pytali. Zadowolili się stwierdzeniem, że Meyra jest przyjaciółką Kaya z oddalonego od miasta domu. Poświęcili jej jedno przelotne spojrzenie i zajęli się swoimi sprawami. - I co, mówiłem, że cię wyciągnę? – zawołał Kay, gdy już siedzieli na jednym z wozów.
***
Lean wpatrywał się w siedmioramienną gwiazdę i ponuro stwierdził, że Jazon mógł mieć rację. Tatuaż jest świetnym znakiem rozpoznawczym, a teraz jak na złość powinien w ogóle się nie wyróżniać. Potarł skórę, jakby licząc, że to coś pomoże. Rysunek był taki jak przedtem.. Mężczyzna wzruszył ramionami. Później się tym zajmie. Uniósł głowę i zaczął uważnie przypatrywać się przechodniom. Opatulony w szare płaszcze tłum tępo sunął przed siebie, szurając butami, pochylając głowy. Lean starał się w tej jednolitej masie wychwycić znajomą twarz. Jak na razie bezskutecznie. {i}Przyjdzie, i co dalej? Masz już jakiś zarys planu?{/i}W głowie rozklekotał się znajomy mu szept. {i}Dursa, od kiedy tak się troszczysz o moją osobę? Odkąd pierwszy raz poturbowałeś swoją szanowną idiotyczną osobę.{/i} Lean nie odpowiedział. Dursa. Jego osobisty Krytyk, Głos W Umyśle, niezależny byt posiadający własny rozum, może nawet duszę, choć nie mający ciała. Lean przestał zastanawiać się, kim właściwie jest Dursa. Usłyszał go po raz pierwszy gdy miał sześć lat i spragniony wędrował przez pustynię. Nie wymyślił go sobie, on po prostu pewnego dnia się odezwał. Tej jednej jedynej rzeczy był pewien, bo nie potrafił kontrolować Dursy, co najwyżej starał się go zagłuszać. Jego własna Zmora. Szemrała uspokajająco przed snem. Krytykowała, radziła, chwaliła, wyśmiewała, ale jednak była. Dursa klekotał, szeptał lub łkał. Doprowadzał Leana do szału, stanowił jednak w pewnym sensie część mężczyzny, bez której ten nie mógł żyć. Lean nigdy nie mógł powiedzieć, że czuje się zupełnie samotny. Na jego szczęście lub przekleństwo. Nagle huknęło głucho i lunął deszcz. Ludzie jakby na znak rozbiegli się, osłaniając się gazetami czy wyciągając parasole. Lean zrobił dwa kroki w tył i znalazł się pod zadaszeniem kamienicy. Pogoda stała się ostatnio wyjątkowo kapryśna. Potrafiła zmienić się z godziny na godzinę, skutecznie utrudniając życie i siejąc panikę wśród przechodniów. Mężczyzna wpatrywał się w rosnące kałuże, marszcząc brwi. Deszcz był niepożądany. - Hej, Lean! Zbliżał się do niego niski, jasnowłosy mężczyzna w zielonym płaszczu, z parasolem w ręku. Uradowany brodził przez deszczowe jeziora i machał w stronę Leana. {i}A temu co tak wesoło?{/i} Lean oczyma wyobraźni zobaczył kpiący uśmiech Dursy. Zignorował zaczepkę i podszedł do mężczyzny. - Trochę kazałeś na siebie czekać – mruknął na powitanie, ściskając rękę towarzysza. - Kto kocha, ten zaczeka. - Zdziwiłbyś się. Jestem wymagający, Duna. Nazwany Duną wzruszył ramionami. Leana zaczynał irytować beztroski styl życia znajomego. Nie pasował do Feniksa, był dziwnie radosny i lekceważący. Do życia podchodził z dystansem, a gdy się pojawiał, zarażał entuzjazmem jak chorobą. Przychodził i znikał, nie mieszkał nigdzie, a dokładniej wszędzie. Był ulubieńcem stowarzyszonych w organizacji z powodów niepojętych Leanowi. Kto niby mógł zyskać na jego błaznowaniu? Pajac na gumce i tyle, pomyślał niechętnie. {i}Przyda się trochę luzu.{/i} Zaklekotał Dursa. {i}Zapomniałem ci powiedzieć że jesteś strasznie sztywny. W przeciwieństwie do ciebie, Duna ma urok.. Ty ograniczasz się do…{/i} Och, daruj sobie. - To jak, idziemy do niej? – deszcz przestał padać. Duna zamknął parasol, gładząc materiał. Uśmiechnął się do Leana, a na ulice wpadło jakby trochę więcej słońca. Chociaż był starszy od podopiecznego Jazona, wyglądał na jego młodszego brata. - Tak. Tędy. Skręcili w jedną z ulic, zadbaną i czystą. Mijali eleganckie, odremontowane kamienice i ciasne ogródki, będące namiastką przyrody w kamiennej metropolii. Te części miasta kompletnie różniły się od tych położonych na obrzeżach i slumsów. W tych ostatnich wolontariusze Feniksa prowadzili akcje odwszania dzieci, planowano też budowę kilku szkół. Lean kilka razy uczestniczył w tych przedsięwzięciach i już wiedział, że to starania bezsensowne. Duna szedł przodem, co chwila pozdrawiając kogoś, lub machając ręką. Był typem człowieka, który wszędzie ma znajomych. - Właściwie, czy ona wie dokładnie, co mamy zrobić? – zagadnął Duna po dłuższej chwili milczenia. - Nie zdziwiłbym się. - Tiffany nie należy do Feniksa – Duna stwierdził fakt. Lean wzruszył ramionami, chcąc dać do zrozumienia, że już to wie. Tiffany nie była formalnym członkiem organizacji, wolna od ideologicznych zapędów. Pomoc stowarzyszeniu traktowała raczej jako zabawę i źródło ryzyka, które tak lubiła. Jednak Heron ufał jej i nie wahał się wtajemniczać w swoje plany. Dzięki sporemu majątkowi mogła pomóc w finansowaniu akcji i jeszcze bardziej zjednać sobie szefostwo. Duna jakby zgadywał myśli Leana. - W sumie ciekawe skąd ona ma… no wiesz, środki na to wszystko? Tiffany była głównie znana z tego, że jest znana. Lean nigdy nie słyszał, aby pracowała, o ile nie nazywa się pracą chodzenie na przyjęcia. Była sercem wszelkich spotkań, duszą imprez. Gdy się pojawiała, towarzystwo zaczynało się ożywiać. Bezczelna, ekstrawagancka i wiecznie wesoła. Błyszcząca jednoosobowa elita. Dodawała koloru i smaku przeciętnej rzeczywistości. - Podobno odziedziczyła sporo pieniędzy po rodzinie – Lean nawet nie zorientował się, że wymawia te słowa. – Ma też wiele przydatnych znajomości. Podobno nawet wśród dworu cesarzowej. Ale to mogą być plotki, ona uwielbia je rozpuszczać. Mówiła już mnóstwo rzeczy. Jest jak kot, zawsze spada na cztery łapy. - Sądziłem, że ty wiesz coś konkretnego – odparł Duna, wymijając kałużę.- Kiedyś byliście razem. Lean spojrzał na niego z mieszaniną zdziwienia i rozbawienia. Po raz pierwszy usłyszał, jak ktoś wymawia ten fakt na głos. - Byliśmy, i co z tego? - To była… mocna więź, więc chyba znałeś ją lepiej niż reszta. - Nie powiedziałbym tego. Duna potarł czoło, starając się ukryć zmieszanie. Nie był dobry w tych rozmowach. Lean uśmiechnął się blado i przyśpieszył kroku. Nie, nigdy nie wiedzieli o sobie więcej niż inni. Jego związek z Tiffany był jakby z innej bajki, do której on trafił przypadkiem. Czasami zastanawiał się, czy epizod naprawdę przeżył czy tylko wyśnił. Ten okres był pasmem fascynacji, kolorowych nocy, oderwania się od rzeczywistości i zabawy. Czasem sam się dziwił, że był w stanie tak dać ponieść się emocjom. Starannie przechowywał wspomnienia, obiecując sobie, że nie podzieli się nimi z nikim. Miały status bezcennych. Na szczęście Duna nie kontynuował, najwyraźniej zniechęcony milczeniem Leana. Minęli jeszcze kilka przecznic i w końcu stanęli przed okazałą kamienicą, bijącą nowością po oczach. Pistacjowego koloru ściany złociły się w świetle słońca. Pomimo wszechobecnej ciasnoty przed budynkiem znajdował się przytulny ogród z krzakami róż. - Na miłość boską, fontanna – skrzywił się Duna. – A na południowych obrzeżach brakuje wody do picia. Dom był otwarty na oścież. Przeszli przez hol i ruszyli w głąb mieszkania. Pomieszczenia zdawały się być opustoszałe, nie dostrzegli ani służby, ani pani domu. Minęli pokoje i weszli do dużego, wyłożonego złotą tapetą salonu. Na środku znajdowała się sofa, na której leżała młoda kobieta. Na widok gości podniosłą się leniwie na łokciach i zaczęła im się przyglądać. Miała krótko ścięte, postrzępione brązowe włosy, pasujące do jej skóry koloru karmelu. Ciemnoczerwone usta rozciągnęły się w uśmiechu. - Moi ulubieni płomienni chłopcy – miała lekko chropowaty, niski głos. Na jego dźwięk Lean drgnął lekko. Z powrotem opadła na poduszki, przeciągnęła się. Lean dopiero teraz zauważył, że ma na sobie krótki szlafrok. Kobieta dostrzegła jego spojrzenie, zmrużyła oczy. - Jedwab. Z samej stolicy. Kremowy z ręcznie malowanymi makami. Podoba ci się? Duna chrząknął, jakby przestraszony, że Lean poda złą odpowiedź. - Dopiero wstałaś? – Lean ratował się, zmieniając temat. Całe to powitanie nie miało sensu, jednak Tiffany zdawała się dobrze bawić. - Pory dnia i nocy są względne. Nudziłam się – uśmiechnęła się rozbrajająco. – Kazaliście mi długo czekać. - Mamy wiele spraw na głowie. Tiffany westchnęła, nie udają nawet, że im wierzy. Zsunęła się z sofy i z gracją ruszyła w stronę drzwi, wymachując paskiem od szlafroka. Kiwnęła palcem, aby szli za nią. Ruszyli następnym korytarzem, wyłożonym puchatym dywanem. Mijali rzędy obrazów i wazonów z kwiatami, a Tiffany rozglądała się z zadowoleniem po pokojach, zerkając ukradkiem na mężczyzn. Otworzyła następne drzwi, schodami zeszli w dół. Trafili do niewielkiej komórki, która w porównaniu z wcześniejszymi pokojami była jak cela więzienna. Stanęła obok dwóch drewnianych skrzyń. - Sprawdźcie – rzuciła krótko. Lean odsunął wieko. - Dynamit – nie był zaskoczony. Tego się spodziewał. - Dynamit, geniuszu. Odpowiedni do wysadzenia mostu cesarskiego. - Dwie skrzynie i my? – Duna uważniej przyjrzał się laskom dynamitu. – Czy my wyglądamy na mini oddział specjalny? Załatwiłaś ludzi? - Nie doceniasz mnie – odparła kobieta, bawiąc się skrajem szlafroka. – Obiecałam Heronowi, że załatwię wszystko. Spotkacie się z trojgiem mężczyzn, którzy pomogą wam umocować ładunki w odpowiednim miejscu. Jesteście głównie po to, aby koordynować akcję. - To najemnicy? - W pewnym sensie. Zwerbowani przez Feniksa, ale i opłaceni. Na wszelki wypadek. - Tylko dlaczego my? – Duna nie ustępował. - Bo ty jesteś miły, a Lean robi groźną minę – odparła kpiąco Tiffany. – Potem podam wam adres, gdzie spotkacie się z ludźmi. Lean przejechał ręką po skrzyni. Był nieprzyzwoicie opanowany i spokojny. - Jak przeniesiemy dynamit? - Po zmierzchu – odparła cicho Tiffany, patrząc na niego. Uśmiechnęła się znacząco, chcąc przypomnieć mu, że i on kiedyś był wtajemniczonym - Mój dom ma wiele przejść.
***
Ciężar koszy. Strome stoki. Zapach lata i zmęczenia. Czuła każdy mięsień i ścięgno, piekące plecy i słodki smak winogron. Meyra była pewna, że to najlepiej przeżyty dzień w jej życiu. Nareszcie widziała sens wykonywanej pracy, a samo działanie było dla niej satysfakcją. Wysiłek był jednocześnie odpoczynkiem, a godzin rozmów z Kay’em i wspólnych żartów nie oddałaby za nic w świecie. Zachwycona ludźmi, odurzona słońcem i zmęczeniem, była niemal przekonana, że dzień nigdy się nie skończy. Wizja powrotu zdawała się być nierealna, liczona co najmniej w latach, nie godzinach. Dźwigała kosze z zapałem, ostrożnie układała w nich kiście winogron, by nie zniszczyć żadnego owocu, jakby była to jedyna rzecz warta uwagi. W końcu Meyra opadła na trawę, z satysfakcją stwierdzając, że nie może się ruszyć ze zmęczenia. Mieli kilkanaście minut przerwy. Kay położył się obok, założył ręce za głowę. - Właściwie mogłabyś nie wracać – odezwał się chłopak. Meyra zanurzyła rękę w kępie trawy, palcami muskając rozczochrane źdźbła. – Uciekłabyś i… czego chcieć więcej? - Normalności? Kay uniósł głowę i spojrzał na dziewczynę, jakby widział ją po raz pierwszy w życiu. - Myślałem, że pomysł ci się spodoba.. Nie odpowiedziała. O pomyśle Kay’a myślała wiele razy i wciąż nie była pewna, czy to najlepsze wyjście z sytuacji. Nie wracanie do klasztoru byłoby zbyt proste. Zostawiłaby Mensurę tak bez słowa pożegnania? Odeszłaby i … właśnie, co wtedy? Nie może wieszać się na ramieniu Kay’a, a tym bardziej jego rodziny. Zresztą, gdyby dowiedzieli się, skąd jest, odwieźliby ją z powrotem do matki Takvy i Debory. Adeptka będąca poza murami klasztoru to rzecz równie niemożliwa jak kwadratowe słońce. Wielki nonsens. Mogłaby to wszystko wyjaśnić, ale nie miała siły. Kay sam powinien się domyślić. Ten jednak rozłożył się wygodniej, z zapałem snując dalsze plany. - Pobralibyśmy się. Za rok, dwa już bym mógł. Ojciec ma mi zapisać gospodarstwo, chociaż ja wolałbym przenieść się do miasta. No wiesz, otworzyć sklep lub coś w tym stylu. Mogłabyś iść ze mną. Sama powtarzasz, że nic cię tu nie trzyma. - Nie mam wykształcenia, nie mam znajomości. - Masz mnie – odpowiedział urażony. Meyra chciała odpowiedzieć, że to nie wystarczy, ale w porę się powstrzymała. Kay jednak wyczuł jej opór, zerwał się nerwowo. - Świetnie, rozumiem aluzję. - Nie zachowuj się jak dzieciak. Jestem ostrożna, to wszystko. Chyba się nie obrazisz? Ale Kay chwycił kosz i zaczął zbiegać w dół stoku. Meyra nawet nie podniosła głowy. Zaczynała się zastanawiać, czy naprawdę nie jest nieodpowiedzialną egoistką, jak nazwała ją Mensua. Kay był szczery w uczuciach, a to zazwyczaj uznaje się za zaletę. Meyra czuła, że powinna to docenić, ale plany Kaya wydały jej się śmieszne. Chciała uciec z zakonu, ale bez pakowania się w gorszą biedę i brak perspektyw. Stanowczo jestem egoistką, pomyślała. Zamiast to roztrząsać, uśmiechnęła się do Niebieskiego, niepodzielnie królującego nad nią. Błękit odwzajemnił uśmiech. Tylko jego miłości mogła być pewna. W końcu musiała jednak poszukać Kay’a. Niechętnie zostawiła przyjemny cień drzewa i trawę, oparła kosz o biodro i powoli zaczęła schodzić tą samą ścieżką, mijając rzędy latorośli. Zamierzała go jakoś przekonać i rozbawić, aby przestał się na nią dąsać. Chciała wrócić jeszcze do winnic, a do tego potrzebowała dobrego humoru chłopaka.
***
Tarcza słońca powoli bledła i chyliła się ku ziemi, tonąc w czerwieni. Choć niebo na zachodzie wciąż pełne było ciepłych barw, na nieboskłonie pojawiły się już zarysy księżyców. Teraz wyglądały na prawie przeźroczyste, jednak z nadejściem nocy zaczną przypominać dwa srebrne krążki. I dobrze, Leanowi było to na rękę. Potrzebował mroku i światła jednocześnie. Duna wciąż dyskutował z ludźmi, najwyraźniej poirytowanymi czekaniem. Skrzynie z dynamitem znajdowały się obok, kusząc by już je otworzyć. Jednak Lean był cierpliwy. Chwycił strzelbę i ześlizgnął się stokiem w dół, do podstaw podtrzymujących most. Kiedyś była tu rzeka, która z czasem wyschła. Pozostało płytkie zakurzone koryto. Most łączący miasto i szlaki był najpopularniejszą drogą, jaką obierali kupcy i podróżni. Zbudowany kilkadziesiąt lat temu, kamienne monstrum, zaprojektowane było zbyt dobrze, by się zepsuć lub zestarzeć. Projektanci inspirowali się wiedzą wymarłej cywilizacji, żyjącej na tych ziemiach wcześniej. Takie przynajmniej krążyły plotki. Podszedł do filarów, położył rękę na chropowatej kolumnie. Po raz pierwszy dopadły go wątpliwość, czy mają wystarczającą ilość materiałów wybuchowych. Starał się nie wątpić z profesjonalizm Tiffany i zatrudnionych, ale jeśli zmarnują jedyną szansę, mogą nie wracać. Obszedł kilka razy podpory, zadzierając głowę jak najwyżej i obserwując miejsca, gdzie mają przymocować laski dynamitu. Nie znał się na tym, musiał polegać na wiedzy innych. Jego głównym zadaniem była kontrola akcji i doprowadzenie jej do końca. Jeśli mostu nie trafi szlag, problemy będą poważne. Lean czuł, że Dursa się niepokoi, jednak siłą umysłu zmuszał się do ignorowania zmory. Miał wrażenie, że coś – lub ktoś – miota się pod jego czaszką, wyraźnie domagając się uwagi. Zacisnął mocniej powieki i wziął głęboki wdech. Dursa był jak paskudna, nieuleczalna migrena. Mógł tylko starać się pomniejszać ból. Poprawił płaszcz. Czas wracać.
- I jak tam zwiedzanie? – zawołał wesoło Duna, kręcąc się wkoło dynamitu. Wesołość była jednak kiepską maską. Zaraz potem zniknął miły uśmiech i uprzejmy ton. Mężczyzna tak naprawdę szalał z niepokoju, co Lean przyjął z ulgą. Uznał to za dowód, że Duna jednak jest człowiekiem. - Most nigdzie nie uciekł. Przestań tańczyć nad tymi skrzyniami, nie mamy wpływu na ich wybuch. - I to cię nie martwi? - Staram się ignorować to, na co nie mam wpływu. Duna fuknął i zerknął na siedzącą nieopodal trójkę mężczyzn. Stanowili osobiste „być albo nie być” członków Feniksa. - Kiedyś chyba sobie odpuszczę – powiedział melancholijnie Duna. W jednym momencie uszedł z niego cały zapał, co zdziwiło Leana. - Wydobrzejesz – Lean zmrużył oczy. Przez chwilę czuł, że powinien poklepać Dunę po ramieniu, ale w ostatniej chwili stchórzył. – Jesteś chodzącym entuzjazmem. Duna pokręcił głową. – To zbyt stresujące i męczące, a ja jestem znużony. Feniks jest ogromny, jeden człowiek mniej mu nie zaszkodzi. - A jeśli każdy by tak pomyślał? Duna skrzywił się, spojrzał na mężczyznę z uwagą. W szarości zmierzchu przypominał starca. - Zawsze ktoś zostanie. Wystarczy spojrzeć na ciebie. Lean nie wiedział, czy w spojrzeniu towarzysza więcej jest rezygnacji czy rozbawienia. Wpatrywał się w Dunę, taktownie milcząc przez chwilę, udając, że słowa go zastanowiły albo nawet poruszyły. Tak naprawdę znaczyły niewiele więcej niż mało. Czasami zastanawiał się, czy jest zdolny do ludzkich odruchów, skoro nie potrafi się wahać. Nie zastanawiał się wiele nad swoim życiem, bo dla niego była jedna prosta ścieżka. Zdawał sobie z tego sprawę i akceptował to. Zagadkowe spojrzenia i aluzje tylko były, a zaraz potem znikały. Co mogłoby się zmienić? Nigdy nie przyznawał się do swoich myśli i może dlatego wszyscy, łącznie z Jazonem traktowali go tak samo. {i}Dla nich jesteś prosty i nieskomplikowany aż do bólu. Bez większych słabości, marzeń, bez szansy na zaskoczenie. Nudnie skuteczny i godny zaufania. Takim cię widzą.{/i} Szemrał czasem Dursa. A Lean nie potrafił zaprzeczyć. Duna nie powiedział już nic więcej, ruszył w stronę najemników, by ustalić ostatnie szczegóły. Lean klęczał jeszcze przez chwilę, wpatrując się w skrzynie. Potem sprawdził, czy strzelba jest załadowana, a pod ręką ma zapasowe naboje. Miał.
***
- Tutaj jesteś – szepnęła Meyra do ucha Kaya, dłońmi zasłaniając mu oczy. Chłopak odłożył kosz i delikatnie wysunął się z jej objęć, by spojrzeć na twarz adeptki. Nie był pewna, czy naprawdę jest obrażony, czy udaje. - Może wrócimy już do reszty – podsunęła nieśmiało. – Słyszałam, jak nas wołali. Albo mam lepszy pomysł, gdzieś się schowamy – przysunęła się bliżej chłopaka. Słońce leniwie ześlizgiwało się w stronę horyzontu,
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Czapla
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…