Boże, jeżeli jesteś...
Opowiadanie o przyjaźni oraz jej granicach, kiedy zaczyna przeistaczać się w uczucie. O religii, bądź pewnych jej wypaczeniach... Również o walce z chorobą i nadziei, która daje siłę, lecz może się okazać złudną... Opowiadanie może wydać się nieco i
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
I
- Mamo, to ja wychodzę, na razie! - Czarnowłosa zatrzasnęła za sobą drzwi.
- I ty pozwoliłaś jej tak wyjść?
- Adam, już przestań… Ma wakacje, niech odpocznie dziewczyna.
- Jej oceny nie wykazują aby miała od czegokolwiek odpoczywać.
- Oj, już nie mów… Bardzo się starała…
- Ale czy na tyle aby dostać się do dobrego liceum…
- Będzie próbować… Jeżeli się nie dostanie, trudno, rozpocznie naukę w technikum… To nie koniec świata.
Pan Adam nic już nie odpowiedział. Zanurzył wzrok w dzisiejszej gazecie.
***
- Hej Asiulek! - Gośka wydarła się widząc przyjaciółkę - Jak ja cię dawno nie widziałam!- zaczęły się ściskać i krzyczeć przy tym tak, że wszyscy z osiedla skierowali ku nim swoje spojrzenia.
- Cha, cha, tak dawno, że aż wczoraj na rozdaniu świadectw!
- No, wiesz kochanie, dla mnie to długo - Gośka jak zawsze zaczęła się wydurniać.
- A jak tam w domu…?
- Aj tam… Z mamą jak zawsze wszystko ok., ojciec tylko wiecznie nie zadowolony… Pierdolec jeden…
- Gośka…
- No, co?!
- To w końcu twój ojciec… Ciesz się, że go masz…
- No, niby…- Gośce zrobiło się głupio… Ojciec Asi odszedł od jej matki jakieś 2 lata temu. - Ale on to by chciał żebym ja średnią pięć zero miała, a dobrze wie, że głupia jestem i za chiny takiej średniej jakby chciał, nie zdobędę…
- Nie jesteś głupia.
- Cha, w końcu tę głupotę się po kimś odziedziczyło, prawda?- dokończyła swoją wypowiedź.
- Dobra, już nic nie mówię. Ani słowa o ojcu od teraz! - dopowiedziała Gosia widząc znajomy wzrok przyjaciółki w sytuacjach gdy mówi dużo i często niezbyt mądrze - A Olka co, nie przyjdzie?- Gosia przerwała chwilowe niezręczne milczenie, które nagle zapanowało.
- Powiedziała, że nie może, ma dziś mszę za babcię.
- O, jeny…
- Gośka, ona to bardzo przeżyła… Mało czasu minęło od jej śmierci… Ech, Bóg tak chciał…
- Boga nie ma…
- Gośka…
- No, co?! Nie mogę mieć własnego zdania?
- Oj, no, możesz…
- Więc mam i uważam, że go nie ma.
- A jeżeli jest…?
- A jeżeli jest… To za dużo sobie pozwala.
- Gosia…
- No, co ja, co ja… Zawsze ja…! Jakby był… Nie byłoby tyle zła.
- Gosia, ja nie wiem czy On jest czy Go nie ma… Ale gdy mam jakiś problem, gdy jest mi źle zwracam się do Niego. Potem jest mi trochę, tak jakby lżej… I ja nie stwierdzam faktu, że On jest lub, że Go nie ma. Na tym polega nasza wiara, że wierzymy w Jego istnienie.
- No, może…- wydusiła tylko z siebie, ale i tak wiedziała swoje.
Wracając do domu rozmyślała o słowach przyjaciółki. Łapiąc się na tym, stuknęła się w czoło. - Co ty głupku robisz…- powiedziała sama do siebie. Wbiegła po trzech białych schodkach do domu.
II
Drugi dzień wakacji jakże słonecznego lata w tym roku. Na twarz Gosi, trwającej jeszcze w półśnie, wtargnęły promyki, będącego już wysoko na niebie słońca. Przekręciła się na bok próbując zbyć jego blaski. Powoli otworzyła swoje ciemnobrązowe oczy, po chwili mrużąc je z powodu wcześniejszych słonecznych blasków. Szybko się ubrała i zeszła na dół.
- Hej mamo!
- Cześć kochanie.
- Dzień dobry tato. - powiedziała najgrzeczniej jak umiała.
- Dzień dobry Gosiu. - odpowiedział przekładając kolejną stronę porannej gazety.
- Dobrze spałaś? - zapytała pani Ewa posyłając córce jak zawsze ciepły uśmiech.
- Tak… A na dworze taka ładna pogoda…- powiedziała rozpromieniona Gosia patrząc za okno.
- No, to trudno ci będzie wysiedzieć w domu.
- Oj, Adam, a po co ma siedzieć skoro dziś tak ładnie… Może pójdziecie z Asią i Olą nad jezioro? Na pewno sporo osób tez będzie, to będziecie miały z kim pogadać.
- Dobry pomysł. - przytaknęła Gosia.
Po chwili ubrana w bluzkę na ramiączka i krótkie dresowe spodenki była gotowa do wyjścia.
- To na razie!
- Gosia tylko wróć na obiad!
- Dobra!- odkrzyknęła zatrzaskując za sobą drzwi.
***
- Hej Asik!
- No hej!
- Idziemy nad jezioro?
- A możemy iść, tak ładnie dzisiaj.
- No, to wyciągaj skąpe łaszki! – zaczęły obie poszukiwać bluzek na ramiączka i krótkich spodenek. - A po Olkę idziem?
- Wiesz co, ona mówiła, że jadą do rodziny, jakaś rodzinna impreza…
- Mhm… Szkoda.
- No, dobra, idziemy?
- Idziem!
Po kilkunastu minutach były na miejscu. Pani Ewa nie myliła się - było pełno ludzi. Znajomi ze szkoły i mieszkańcy miasteczka.
- Siema! Jak tam wakacje? - zaczęły się rozmowy.
Gosia zauważyła nagle w oddali osobę siedzącą pod drzewem z książka w ręku. Jeden jedyny ruch - odgarnięcie włosów ruchem głowy, następnie niedbałym ruchem dłoni zdradziło tożsamość postaci. To nie mógł być nikt inny tylko Bartek - kolega Gosi. Inteligentny ( w przeciwieństwie do większości chłopców uczęszczających do miejscowego gimnazjum), może nieco oryginalny.
- Siema! - wydarła się Gośka.
- Kobieto, któż cię tu nasłał na moja skromną osobę? - zażartował nieco zaskoczony, bo oderwany od jakiejś lektury.
- Cha, cha… Ja sama.
- Co u Ciebie słychać, Gosiu?
- A spoko. Pogoda piękna, żyć nie umierać! A ty co tam poczytujesz? - wyrwała z jego rąk obszerną księgę - Pismo Święte??
- Tak… Są w niej zawarte ciekawe wydarzenia, ukazany cały sens życia ludzkiego…
- Bartuś, ty chyba sobie zbytnio do serca wziąłeś słowa naszej katechetki…
- Wiesz, gdy ona zachęcała do tej lektury też podchodziłem do tego sceptycznie, jednak pomyślałem: „cóż mam do stracenia?”…
- Czas, kochany, wakacji czas.
- Może… Jednak chcesz spróbować…?
- Co? Nie… Nie, dzięki.
- Dlaczego nie?
- Jeszcze nie upadłam na głowę.
- Więc ja upadłem?
- Bartek, znasz mnie…
- Tak wiem, nie wierzysz w Boga…
- Właśnie.
- Ale jakbyś spróbowała, to może coś by się zmieniło… Gośka, co ci daje rysowanie satanistycznych znaków na religii i wnerwianie katechetki?
- O, jeny… Raz narysowałam. A tak w ogóle to nic takiego.
- No, dla niej raczej nie…
- Dobra, Bartuś jak masz ochotę to sobie czytaj… Ja wracam do Asi. Na razie.
- Bywaj… I niech Bóg cię prowadzi!
- Pff…- Gośka stuknęła się dobitnie palcem w czoło i odeszła.
III
- Z Bartkiem się widziałam wczoraj.
- Co u niego?
- On czytał…
- No, on lubi sobie poczytać. To niegłupi chłopak. A co czytał?
- Pismo Święte.
- Oo… Bardzo mądrze…
- Wy wszyscy się zmówiliście??
- Gosia, co ty mówisz… Niech czyta jak chce…
- Ale od pewnego czasu, każdy, na każdym kroku chce zmienić moje zdanie…
- Wydaje ci się. A poza tym, czy to źle, że chcą ci pomóc?
- Nie potrzebuję pomocy.
Na słowach Gosi rozmowa się zakończyła. Dotarły do zamierzonego celu jakim był dom Oli.
- Cześć Ola!
- Hej!
Po przywitaniu się poszły nad jezioro. Tego dnia tez było sporo osób. Gosia chciała przez chwilę zostać sama. Skierowała się ku drewnianemu podestowi gdzie nie było nikogo. Usiadła na dość starych już podestowych deskach i zanurzyła nogi w przyjemnie chłodnej wodzie.
- Ładnie to tak, chociaż w nieznacznym stopniu, zanieczyszczać środowisko? – zażartował Bartek nagle się pojawiając.
- Cha, cha. Spadaj łomie.
- Uważaj na słowa, mówisz do przyszłego ekologa.
- Cha, ekologa? A może Boga?
- Nie, ekologa. Bóg jest jeden…
- Tam tak w tej księdze napisali?
- Między innymi… Ale to i tak wie lub powinien wiedzieć każdy wierzący.
- Czyli, że ja nie muszę.
- Uuuuu…! Bartek i Gosia zakochana para!- usłyszeli za sobą głosy chłopaków
- Pff… Idioci. - stwierdziła Gosia - odejdź ode mnie, bo ci obciachu narobię…
- Mam ich gdzieś. To ograniczeni debile do kwadratu, podniesieni do potęgi n-tej.
- Cha, no, dokładnie…
Rozmawiali jeszcze trochę, a słońce wstąpiło na miejsce dotychczasowego cienia i zaczęło oświetlać ich twarze.
- Dobra, ja to chyba spadam. Trzeba podnieść ten ciężki tyłek… - podniosła się bez większego trudu, lecz była dziewczyną z widocznymi kształtami. Nie lubiła tego zbytnio w sobie. Lecz inni czasem byli w stanie jej pozazdrościć.
- Ja jeszcze trochę posiedzę… Może poczytam? - posłał do niej uśmiech.
- A czytaj, czytaj… Na razie.
- Cześć.
***
- No, w sama porę. - powiedziała pani Ewa do Gosi, która właśnie zjawiła się w domu - Siadaj do obiadu. - pani Ewa podała jej talerz.
- A ty nie jesz?
- A jakoś nie mam ochoty… Ale ty pewnie głodna, woda zawsze wyciąga z człowieka - Pani Ewa zaśmiała się po czym nagle zakasłała.
- Ewa, co ci jest? - zainteresował się pan Adam oderwawszy wzrok od gazety.
- Mamo, żeby w lato się przeziębić…- Gosia pokręciła głową z uśmiechem.
- Oj, nie wiem - złapała oddech - może to od tych lodów? Wczoraj było tak gorąco…
- Cha! „Zawsze jest pora na lody KORAL!” - powiedziała Gosia skończywszy obiad kierując się do zamrażarki.
- Ja to już dziś sobie odpuszczę. - powiedziała pani Ewa.
- Tak będzie najlepiej kochanie.
Gosia szeleszcząc papierkiem udała się do swojego pokoju.
IV
- A może byśmy pojechali w odwiedziny do babci? - zaproponowała któregoś dnia pani Ewa.
- Możemy. - odpowiedziała Gosia bez entuzjazmu.
- No, moglibyśmy. Niech mama przypomni sobie, że ma wnuczkę. - pan Adam znacząco spojrzał na córkę.
- I że co… Że niby moja wina, że rzadko jeździmy do babci?? To ty wiecznie nie masz czasu!
- Nie pozwalaj sobie droga panno…!
- Przestańcie! Nie kłóćcie się…- pani Ewa ledwo wypowiedziawszy te słowa zaczęła kaszleć.
- A ty mamo idź do lekarza. Niech ci cos da na ten kaszel…
- Ech, głupie przeziębienie… Przejdzie mi. No, a teraz już szykuj się, to pojedziemy do babci. Gosia powoli ruszyła do swojego pokoju.
***
Babcia Janina mieszkała w pobliskiej miejscowości. Gosia kochała ją, bo jak można nie kochać babci. Była czuła, opiekuńcza. Jedyne co Gosię drażniło było to, że często można ją było znaleźć w kościele. Po śmierci męża nic innego nie robiła tylko modliła się.
- Dzień dobry mamo…
- O, witajcie!
- Cześć babciu!
- Cześć Gosiu! - zaczęły się powitania - Wchodźcie, wchodźcie dalej, siadajcie przy stole! - Pani Janina jak zawsze zaczęła krzątać się w kuchni. - To co Gosiu, masz wakacje?
- Wreszcie.
- Ale czy zasłużone… - pani Ewa tylko kopnęła pana Adama w kostkę.
- No, pewnie, że zasłużone! Tyle nauki wbijała sobie dziewczyna do głowy, a to wcale nie takie proste… - puściła oczko do Gosi.
- Ale naprawdę, bardzo się starała… No i jest lepiej…
- Dobra, zejdźmy już z mojego tematu, nie gadajmy o szkole, ok.?
- Ok., ok. - powiedziała pani Janina śmiesznie akcentując angielskie słówko.
- A co tam mamo w okolicy słychać?
- Aa… Wszystko po staremu, jak było tak jest… Nowakowska podobno, że się z księdzem proboszczem pokłóciła… - w kuchni zapanowały rozmowy. Gosia przeszła do drugiego pokoju i włączyła telewizor. Leciała właśnie jakaś komedia. Nagle z kuchni słychać było czyjś kaszel.
- Mamo, idź do lekarza! - krzyknęła Gosia nie odrywając się od oglądania filmu.
- Chyba będę musiała się pofatygować… - powiedziała pani Ewa znów kaszląc. Kierowała się do łazienki kiedy nagle upadła.
- Mamo!
- Co tam się stało?!
- Tato, mama zasłabła!
- Ewa? Co z tobą??
Po chwili, z pomocą zimnej wody, pani Ewa ocknęła się.
- Chodź, połóż się…- pan Adam podtrzymał żonę i pomógł jej ułożyć się na kanapie. - Jutro idziemy do lekarza.
- Mhm…
Pani Ewa tylko przytaknęła nieco wystraszona i zaskoczona tym co się stało.
V
- …No i ona wtedy do niego powiedziała żeby się odwalił… Gośka, ty mnie w ogóle słuchasz?
- Co…? ...Przepraszam. - Co się dzieje?
- Nie, nic…
- Gosia…
- Nie, no, nic… Tylko… Mama zasłabła jak byliśmy u babci…
- Czemu…?
- Nie wiem… wcześniej złapał ją ten kaszel… Ech, przepraszam, smęcę ci tu o czymś… Przecież to tylko omdlenie, czym ja się głupia martwię…
- Nie smęcisz, kochanie. Niech twoja mama pójdzie do lekarza, sprawdzą czy wszystko w porządku i będzie git… - Asia przytuliła Gosię.
- Mhm… - przytaknęła Gosia tuląc się do przyjaciółki.
- Zobaczysz, zwykłe przeziębienie… Od tego się nie umiera. - Asia uśmiechnęła się do Gosi - Chodź, idziemy do cienia, do dziewczyn?
- Oki… - przytaknęła wstając z ławki jednak nie opuszczał jej ten dziwny niepokój.
- Hej Małgorzato!
- No, hej… I co, czytasz to jeszcze? - spytała wskazując ruchem głowy na księgę w rękach Bartka.
- Tak… A co, ciekawi cię to?
- Może… - Gosia wzruszyła ramionami - Tak się pytam.
- Czemu jesteś dzisiaj smutna?
- Ja??
- No, innej smutnej Gosi tu nie widzę…
- Zdaje ci się. - spróbowała się uśmiechnąć.
- Czasem za długo zna się ludzi, aby mylić się z oceną ich samopoczucia.
- I co tam piszą… Wyczytałeś coś ciekawego? - Gosia chcąc zmienić temat znów zaczęła podpytywać przyjaciela o treść jego lektury.
- Same ciekawe rzeczy… Na przykład, Bóg może zsyłać na nas jakieś trudności, problemy… A my żyjący w przekonaniu, że Pan jest dobry i robi same dobre rzeczy, stawiamy sobie pytanie czemu właśnie nas to dotknęło. Bóg chce abyśmy przez swoje problemy inaczej spojrzeli na świat, z innej perspektywy, jakiej dotychczas nie braliśmy pod uwagę. Oczekuje ewentualnej zmiany człowieka, jego nastawienia do danych spraw, które wcześniej być może traktował nie właściwie lub na które w ogóle nie zwracał uwagi… - kończąc swoja wypowiedź, oderwał wzrok od błękitnego nieba i zauważył na sobie wzrok Gosi. Ujrzał w nim niepokój.
- Ciekawe. - powiedziała tylko, nagle oderwawszy wzrok od przedmówcy.
- Gosia, na pewno wszystko…
- Tak… - postarała się o ładny uśmiech.
***
- Co to znaczy, panie doktorze?
- Jeszcze nic… Na razie nie ma powodów do obaw. Zrobimy pani dodatkowe badania i wtedy wszystko będziemy wiedzieć.
- Ale co to znaczy… Jakie wszystko?! Proszę powiedzieć co grozi mojej żonie!
- Adam…
- Proszę się uspokoić… Na ogół nie dajemy niepewnych diagnoz, ponieważ mogą być one zwyczajnie fałszywe. Nie chcemy narażać pacjentów na niepotrzebny stres. Zapraszam panią za kilka dni na dodatkowe badania.
- Dobrze, panie doktorze. Dziękujemy, do widzenia.
- Do widzenia.
VI
- Hej mamo, co tam pichcisz?
- Aa… Ciasto chcę zrobić…
- Jakaś okazja dzisiaj?
- Niee… Zaraz musi być okazja? Tak upiekę żeby zjeść…
- Mhm. - Gosia jak za czasów dzieciństwa zanurzyła palec w masie.
- Gdzie…! Uciekaj mi stąd!
- Ale kiedy to takie dobre…
- Dobre będzie jak upiekę.
- Aa, mamo, ja pójdę dziś z Asią do Oli, ok.?
- W taka pogodę? - pani Ewa wskazała na okno, po którym płynęły strugi deszczowej wody. - A co będziecie robić?
- No właśnie dlatego do niej idziemy, będziemy oglądać filmy, taki mały seansik.
- No dobrze… Co będziesz tu robić sama w domu…
- Sama…?
- Zostałabyś sama na jakiś czas, bo jadę jeszcze dziś na badania…
- Jeszcze jedne?
- Nie… Bo tamte któreś nie wyszły… Trzeba powtórzyć czy coś takiego.
- Ale cię wymęczą. Tyle badań żeby stwierdzić przeziębienie?
- No, wiesz… Chcą mnie dokładnie sprawdzić żeby nie mieli żadnych wątpliwości. - pani Ewa postarała się o uśmiech.
- Mhm. No, dobra, to ja zaraz będę wychodzić.
- Baw się dobrze.
***
Pan Adam wchodząc do kuchni zastał żonę siedzącą bezradnie na krześle i chowającą twarz w dłoniach.
- Kochanie, co się stało?
- …Ciasto…
- Co, oparzyłaś się?
- Nie… Nie… Zakalec…
- Oj… Ewa… - przytulił żonę- …Denerwujesz się?
Pani Ewa nic nie mówiąc pokiwała głową.
- Chodź, szykujemy się, będziemy mieć już to za sobą. Zobaczysz, będziemy się śmiać z tych naszych niepotrzebnych nerwów.
Pani Ewa oderwawszy się z uścisku wytarła kilka spływających łez i uśmiechnęła się do męża.
***
Pani Ewa starała się jak najdłużej powstrzymywać łzy. Nie słyszała tego co mówił lekarz, nie docierało to do niej. Słyszała tylko, że pan Adam z nim rozmawia, o coś pyta, lekarz odpowiadał. Koniec wizyty. Wyszli z budynku i wsiedli do samochodu. Całą drogę przejechali w milczeniu. Dotarłszy do domu pani Ewa nie potrafiła już dłużej zatrzymywać łez. Gosi jeszcze nie było, ale miała przyjść lada moment, może trochę później, zazwyczaj spóźniała się z powrotem do domu.
- …Adam , jak ja jej to powiem, no jak… - szlochała pani Ewa cały czas wtulona w ramiona męża. Pan Adam nie mówił nic, pocałował tylko żonę w czoło, a z jego oczu wypłynęło kilka słonych łez.
VII
- Już jestem! - krzyknęła Gosia zjawiając się po półtoragodzinnym spóźnieniu. Zastała obojga rodziców siedzących na kanapie. Było cicho, bardzo cicho. Nawet telewizor nie był włączony.
- Wiem, spóźniłam się… Zasiedziałam się, ludzka rzecz, przepraszam… - Gosia…
- …To już się więcej nie powtórzy…
- Gosia usiądź…
- Ej, przeprosiłam przecież.
- Gośka siadaj! - zabrzmiał głos ojca - i posłuchaj nas. - Gosia nieco zaniepokojona wykonała polecenie ojca.
- Coś się stało? - zapytała
- Gosiu, posłuchaj mnie…
- Słucham…
- Byłam dziś u lekarza…
- No, wiem, i co powiedział?
- Ja… Jestem chora…
- No, ale to chyba jeszcze nie tragedia, nie? Poleżysz w łóżku, łykniesz proszki i wyzdrowiejesz…?
Pani Ewa zakryła twarz dłonią.
- Mamo, o co chodzi?
Po twarzy pani Ewy popłynęło kilka łez.
- …Mam raka. - powiedziała łamiącym się głosem.
- Co…? - Gosia nie chciała wierzyć w to co słyszy - to jakiś żart, tak?
- Gośka przestań. Nie żartowalibyśmy w ten sposób. - pan Adam przytulił żonę.
- Ale… To niemożliwe! Nie prawda…! - Gosia zaczęła nerwowo chodzić po pokoju - To nie prawda!! Pewnie lekarz się pomylił… Na pewno się pomylił…
- Gosia… - poczuła na swojej twarzy chłodne dłonie pani Ewy - jestem chora, takie są fakty… Im prędzej to zaakceptujemy tym będzie dla nas lepiej… Liczę na twoją pomoc, pomagaj tacie…
- Nie! Nie zaakceptuję!! Nie akceptuję, słyszysz?! Nie jesteś chora…!- pobiegła do swojego pokoju.
Była roztrzęsiona. W głowie natłok myśli. Płacz. Rozpacz. Rzuciła się na łóżko. Płakała i krzyczała do końca nie wierząc w to co usłyszała. Nie brała tego do wiadomości. Gdy już się uspokoiła, zmęczona płaczem nawet nie zauważyła kiedy usnęła.
VIII
Ze snu wyrwała Gosię słyszalna w jej pokoju krzątanina rodziców w kuchni. Otworzyła oczy, a za moment uderzyły w nią wspomnienia wczorajszego wieczoru.
- Nie…! - krzyknęła chcąc zaprzeczyć własnym myślom - …nie… - powtórzyła ciszej, a po jej policzku popłynęła łza. Wytarła ją szybko. Spojrzała na zegarek. Wpół do pierwszej. Zdziwiła się bardzo, bo zazwyczaj o tej godzinie już dawno była na nogach. Podeszła do okna. Szaro, zimno, przygnębiająco… „Gdzie podziało się słońce…?”- pomyślała. Nie wiedziała co ze sobą zrobić. Uruchomiła płytę CD w odtwarzaczu. System Of A Down. Nawet to jej nie pomagało. Chodziła bez konkretnego celu po pokoju. Zeszła na dół. Zmieniła buty i wyszła.
- Gosia? - usłyszała otwierając drzwi.
- Gośka, gdzie ty się wybierasz? - usłyszała głos ojca i zatrzasnęła za sobą drzwi.
- Gośka! - pan Adam kierował się ku wyjściu.
- Adam… - zatrzymała męża pani Ewa - Zostaw…
***
Szła bez celu. Mijała właśnie drogę nad jezioro. Zauważywszy, że nie ma nikogo postanowiła tam pójść. Kierowała się ku podestowi. Usiadła po turecku na chłodnych deskach. Zanurzyła dłoń w wodzie, szybko ją jednak wyjęła. Trząsnęło nią nieprzyjemne uczucie zimna. Spojrzała w niebo.
- Jesteś tam? - zapytała głośno - Ty… Niby Wszechmogący… Chowasz się przede mną za tymi szarymi chmurami… - podkuliła kolana pod brodę. Znów spojrzała w niebo - …Nie ma cię. - powiedziała z wyrzutem. Skuliła się z zimna.
- Nie za letnio się dziś ubrałaś? - spytał Bartek wchodząc na podest, ujrzawszy skuloną dziewczynę w bluzce na krótki rękaw i biodrówkach.
- Nie. - odpowiedziała czując uczucie zimna na całym ciele.
- Trzymaj. - Chłopak zdjął rozpinany na suwak sweter i wręczył go Gosi.
- Tobie będzie zimno… - powiedziała widząc, że chłopak został w T-shirt’cie.
- O mnie się nie martw.
Gosia zarzuciła sweter na plecy i poczuła przyjemne ciepło.
- Co tam…? - zapytał Bartek po dłuższej chwili ciszy.
- Nic.
- Zawsze jest coś.
- U mnie zostało już nic…
- Co się dzieje… Gosia…?
- Moja mama… Ma raka… - powiedziała po chwili. Udało jej się bohatersko powstrzymać łzy.
- …Tak mi przykro… Widocznie taka wola Boga… - dopowiedział po chwili.
- Bartek, proszę cię, nie pieprz mi o tym czego nie ma! - Gośka nie wytrzymała, z jej oczu wypłynęły łzy.
- Pamiętasz, jak kiedyś mówiłem ci, że Bóg zsyła na nas różne trudne sprawy, by doczekać się jakiejś zmiany na lepsze?
- Nie. - powiedziała na złość.
- …Może od ciebie też… Oczekuje jakiejś zmiany…? Gośka, spróbuj uwierzyć, porozmawiać z Nim…
- No to się nie doczeka. - wytarła szybko łzy, zrzuciła z siebie sweter od Bartka i odeszła szybkim krokiem.
- Przesadziłem…? - zapytał szare niebo zasłonięte licznymi obłokami.
Zarzucił na siebie sweter i odszedł.
IX
-…To już?
- Tak… Gosia, im wcześniej rozpocznę leczenie, tym większe mam szanse… Gosia nic już nie powiedziała. Zatrzymała łzy cisnące się jej do oczu.
- No, chodź tutaj… - pani Ewa czule przytuliła Gosię - I pomagaj tacie… I nie kłóćcie się proszę, zróbcie to dla mnie…
- Postaram się… - odpowiedziała tylko.
Pani Ewa przeczesała jeszcze włosy, a wraz z grzebieniem zostało cienkie pasmo włosów. Ze smutkiem spojrzała na grzebień, potem na Gosię, ale ta udała, że nic nie widziała.
- Cześć kochanie.
- Trzymaj się mamo.
Pożegnali się smutno i wyszli cicho z sali.
***
- Będę z powrotem za jakąś godzinę. A ty nigdzie nie wychodź, babcia ma przyjechać, więc niech nie zastanie zamkniętych drzwi. - zakomunikował pan Adam.
- Dobrze.
Gosia wypiła w samotności herbatę. Nagle zadzwoniła jej komórka… „Asiulek”- poinformował wyświetlacz.
- Cześć Słońce… Jak tam?
- Pojechali już…
- Kto? Gdzie?
- No, do szpitala…
- Mhm… - zaległa chwilowa cisza - Ale… Wszystko w porządku…?
- Co w porządku… Nic nie jest w porządku! I nigdy już nic nie będzie w porządku, rozumiesz?!
- …Przepraszam…
- Nie… Nie przepraszaj… To ja przepraszam…
- Dobra, spoko… A z kim jesteś?
- Na razie sama, babcia ma przyjechać.
- Acha… To może wpadnę do ciebie na trochę?
- Wpadaj, Słońce, wpadaj.
- Dobra, to zaraz będę, na razie.
- No, czekam.
Gosia skończyła rozmowę a za chwilę rozległ się dzwonek do drzwi.
- Cześć Gosiu!
- Cześć babciu.
- A co, pojechali już rodzice…?
- Mhm.
- Ach… Myślałam, że jeszcze zdążę przed nimi… No ale nic… Co będziesz dzisiaj robić, Gosiu?
- Ja…? Nic specjalnego… Koleżanka tylko do mnie ma przyjść…
- O, widzisz, to może zrobię wam naleśniki?
- Oo, naleśniki babci? To chyba nie odmówię i zamknę babcię w kuchni.
- Ależ nie musisz zamykać, dla mnie to przyjemność! Wreszcie się uśmiechnęłaś… - dodała.
Gosia uśmiechnęła się znów, po czym wbiła wzrok w podłogę. Dzwonek do drzwi.
- To pewnie Asia.
- Idź otwórz, a ja się biorę za naleśniki dla was.
***
- Słońce ja chyba się zwijam, bo późnawo.
- Oki…
- I chyba nic więcej już dziś nie zjem… Ach, pyszne naleśniki twoja babcia robi.
- No, wiadomo.
Gosia odprowadziła przyjaciółkę do wyjścia.
- No, to cześć, trzymaj się.
- Cześć.
- Do widzenia!
- Do widzenia, do widzenia.
Gosia zamknęła drzwi.
- Babciu, co robisz? - wyprzedziła pytaniem widok klęczącej przy łóżku postaci. - A… Przepraszam…
- Gosiu, poczekaj… Wejdź jak chcesz.
- Nie… To ja przyjdę później. - Gosia ulotniła się z pomieszczenia.
Robiło się późno. Gosia wyszykowała się już do spania. Weszła do swojego pokoju, chwilę się zawahała, jednak uklękła.
- Co ja robię… - powiedziała sama do siebie. Wykonała niepewnie znak krzyża… - Ojcze… Nasz, który jesteś w niebie… Święć się imię Twoje… Święć się imię… - spuściła głowę. Nie pamiętała nawet prostej modlitwy - Boże, przepraszam…! Nie pamiętam… - znów spuściła głowę zrezygnowana. Po chwili jednak uniosła ją - Boże, jeżeli jesteś… Spraw aby mama wyzdrowiała…
X
- Gosiu jedziemy dziś do mamy…
- O której?
- No, już zaraz.
- Ok., to idę się przebrać.
Pani Janina patrzyła za oddalająca się postacią Gosi.
- …Jak ona sobie z tym radzi?
- No… Raczej dobrze… - odpowiedział niepewnie pan Adam. - Gosia, pospiesz się! - powiedział nagle zauważywszy na sobie ten wzrok teściowej zdający się mówić: „zainteresowałbyś się nią…”.
- A jak wygląda Ewa… Znośnie…? Bo... Żeby Gosia…
- Jak na razie wygląda dość dobrze…
- Jestem już. - powiedziała Gosia zbiegając ze schodów.
- No, to zbieramy się. - powiedziała pani Janina starając się o uśmiech.
***
Podróż samochodem przebiegła w milczeniu. Czasem tylko pani Janina na chwilę przerwała ją jakimś pytaniem, szczerym uśmiechem, w który włożone były duże starania. Szpitalne korytarze przygnębiały gdzieniegdzie skrzypnięciem drzwi i powtórzeniem tego dźwięku przez panujące tam echo. Bezradność starszych ludzi, smutek. Gosia miała ochotę stamtąd wyjść.
- No, to tutaj. Powoli zostały otworzone skrzypiące drzwi do sali.
- Witaj Ewuniu…
- Cześć kochanie. - pan Adam cmoknął żonę w policzek.
Gosia niepewnie stała przy drzwiach.
- Gosia… - pani Ewa wyciągnęła do niej rękę - podejdź… Podeszła i bez słowa zatopiła się w uścisku z matką.
- To… My pójdziemy cos kupić w bufecie… - pani Janina pociągnęła syna za rękę. Wyszli.
- Mmm… Moja córeczka…
- Mamo… Dlaczego właśnie ty… - powiedziała Gosia, a po jej twarzy popłynęły łzy.
- Kochanie… - pani Ewa wytarła mokrą od łez twarz córki - widocznie… Tak musiało być… Ale mam szanse, wiesz? Mam szanse… Lekarz powiedział, że nowotwór jest w dość wczesnej fazie rozwoju… Gosia pogładziła matkę po dość rzadkich już włosach.
- Nie chcę cię stracić… Zostanę sama z tatą, i co…? - kolejne łzy ścisnęły jej gardło.
- Nie zostaniesz sama… Słyszysz? Nie zostaniesz… Ja nigdy cię nie opuszczę… Zawsze będę przy tobie, zawsze, gdy tylko sobie o mnie pomyślisz… Wtedy będę przy tobie… Jak anioł stróż… Będę pilnować mojej córeczki…
- Kocham cię mamo… - wyszeptała tylko i wtuliła się znów.
***
Gosia siedziała w swoim pokoju z książką w ręku. Nagle ktoś…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil BLanCA
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…