Wróć do katalogu

Bractwo Księżyca 4

Kolejna część "Bractwa". Tym razem dużo akcji i łez. Miłej lektury.

magda-koz, opublikowano , 26 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Robert Schwarz siedział w niewielkiej kuchni w swoim mieszkaniu. Był starym kawalerem i jego życie ograniczało się prawie wyłącznie do pracy. Teraz, popijając herbatę, głęboko zastanawiał się nad wydarzeniami mijającego dnia. - „Co mam zrobić, że znam się na ludziach? Przecież zawsze byłem dobrym psychologiem. Dlaczego więc miałbym zawieść i tym razem? Dlaczego dla policji jestem tylko klepiącym brednie natrętem? Jak mam to zmienić? Jak udowodnić tym głupkom z komendy, że to oni się mylą?” – Myślał gorączkowo. Po chwili zerwał się z miejsca i poszedł do sypialni, gdzie znajdował się telefon. Szybko chwycił ciężką słuchawkę i już miał wykręcać numer, gdy nagle w jego głowie odezwał się niski, złowieszczy głos: - Człowieku... Nawet, jeśli masz rację, czy miłe ci Twe życie? Urzędnik upuścił słuchawkę, która z hukiem upadła na stolik. - „Boże, przecież to nie była moja myśl!” – Pomyślał w popłochu. Lecz zaraz zganił siebie na głos: - Po prostu się boisz i nie poznajesz własnych myśli. Mocno chwycił słuchawkę i wykręcił numer Franza. - Halo, Franz Günter przy telefonie. - Cześć, tu Robert. Mam do ciebie ogromną prośbę. - Mianowicie? - No wiesz... - Zaczął konspiracyjnie Robert i opowiedział o tym, co zaszło w banku. - Co w związku z tym? Czego ode mnie oczekujesz? - Pracujesz w naszej telekomunikacji. Masz pewnie dostęp do danych - kto, gdzie i o której dzwonił. Mógłbyś sprawdzić tę rodzinkę? - Twój pomysł jest kompletnie zwariowany: po pierwsze nie mogę łamać prawa, a po drugie - nawet, jeśli to sprawdzę i będę miał jakąś listę różnych numerów, to tak naprawdę nic to nie zmieni. - Franz, proszę. A może jednak odkryjesz coś ciekawego. Tylko to i nic więcej. - No dobra. Niech ci, detektywie, będzie. Ale jeśli nawet znajdę coś podejrzanego, nie zamierzam się do tego wtrącać. Mam rodzinę i sam chcę dożyć godziwej starości. Wyślij mi maila z dokładnym adresem tych ludzi. Jak będę coś wiedział, to zadzwonię. - Dobrze! Wielkie dzięki. Już się robi. Na razie. - Do usłyszenia. - Odparł Franz i odłożył słuchawkę. Usiadł w fotelu, wyciągnął laptopa i zaczął pisać.

- O której możemy wyjechać z Berlina? - Zapytała Maria. Herman wyłączył komputer i powiedział: - Mamy pociąg o północy i rano jesteśmy w Hamburgu. Jeśli szybko się spakujemy, to powinniśmy zdążyć. - Tak, to dobry pomysł. - Stwierdził Wilhelm. - Spotkajmy się przy dworcu o 23:30. - Zaproponował Herman. - Tak, dobrze. W takim razie ja lecę do domu. - Powiedziała kobieta i zaczęła szybko się ubierać. - Przy kasach. - Zarządził Herman. - Nie ma sprawy. Do zobaczenia. - Do zobaczenia. - Odpowiedzieli.

Lili słyszała jakiś głos, który wołał ją po imieniu. Nie była w stanie otworzyć oczu, ani tym bardziej się odezwać. Dopiero, gdy mówiący zbliżył się i powiedział coś niezrozumiałego, udało się jej podnieść ciężkie powieki. - Witam na świecie. - Powiedział wesoło Dobromir. - Ile? Jak? - Pytała bezładnie. - Całą noc i dzień. Połączenie takiej ilości zaklęć i eliksirów musiało przynieść efekt. - Chyba ktoś mnie nagrywał. Nie wiem, co mówiłam i kto to był. - Tym nie musisz się przejmować. Dosyć się zmęczyłem, więc sam też pozwoliłem sobie na odpoczynek, ale przedtem powierzyłem cię mojemu zaufanemu współbratowi - Jakubowi. Napisał na kartce to, co chciał, żebyś powiedziała i w miarę możności i swoich umiejętności, przebudził cię. Nagranie wypadło idealnie. - Co z Hansem? - W porządku. O wiele bardziej w porządku, niż z tobą. Jest wystraszony, nie mogę zaprzeczyć, ale poza tym trzyma się nieźle. Ciągle tylko pyta o ciebie. Mam wrażenie, że więcej myśli o tobie niż o sobie. - Po co nas jeszcze raz nagrywaliście? - Powodów było kilka. Po pierwsze: wasi bliscy nieźle się spisują - cały dzień szukali mapy w papierach ze skrytki bankowej, a po drugie: twoja matka była niezbyt zadowolona z poprzedniego nagrania i widząc nasze zapiski, zemdlała. - Co takiego tam było? - Nic ważnego, to był fragment kroniki z połowy XVIII wieku. Już wszystko wyjaśniliśmy. - Ale rozumiem, że mapy tam nie znaleźli. - Niestety, nie. Ale dzisiejszej nocy jadą do Hamburga, gdzie przebywa jeden z uczestników zniszczenia naszego zamku. To kolekcjoner map. Niestety, on już raczej im nic nie powie - jest śmiertelnie chory, więc będą musieli zadowolić się pomocą jego syna. - Rozumiem. - To dużo, jak na jeden dzień. Bardzo dobrze, że tak szybko działają, bo takie dokumenty lubią znajdować się w najmniej spodziewanych miejscach. Teraz muszę cię obejrzeć, a potem przyjdzie Jakub. Niezły z niego kucharz, więc chyba nie pogardzisz jego rosołem. Dziewczyna uśmiechnęła się nieznacznie. Po chwili Dobromir orzekł: - Tak, widzę, że wczorajsze powikłania ustąpiły. To bardzo dobrze. Odwinął bandaż i westchnął. - Ach, ten Jakub, niezdara. Bardziej nierówno się nie dało. Nie wygląda to najlepiej, ale jeszcze masz przed sobą kilka dni leżenia. Najwyżej twój Hans będzie musiał się tobą zająć. - Co jest tak nierówno? - Opatrunek. Rzeczywiście w ogóle nie pamiętasz wizyty Jakuba. - Stwierdził, starannie zakładając nowy. W tym momencie drzwi otworzyły się i wszedł Jakub. Był dość wysoki i blady jak wszyscy bracia. Miał wielkie, brązowe oczy. Kilka czarnych kosmyków wymykało się spod welonu. W rękach trzymał tacę zastawioną różnego rodzaju kubkami i flakonami. - Witam. Nie wiem, czy mnie pamiętasz. Nagrywałem cię i zmieniałem ci opatrunki, ale nie mogłem z tobą nawiązać kontaktu. Jestem Jakub. - Powiedział. - Nie, nic nie pamięta. Zbyt się wczoraj postarałem. - Odparł za nią Dobromir. - Rozumiem. Przyniosłem to, o co prosiłeś. - Dziękuję. Możesz odejść. - Stwierdził Dobromir. - To do zobaczenia. - Powiedział brat i opuścił komnatę.

Robert skończył oglądać jakiś nudnawy film amerykański, Dochodziła 21:30. - "Franz chyba zrezygnował. Po prostu uważa mnie za wariata i może nawet nie sprawdził tego, co mu wysłałem.". - Pomyślał z goryczą. Nagle zadzwonił telefon i mężczyzna szybko odebrał: - Halo. - Robert, ty chyba rzeczywiście masz rację. - Usłyszał pełen nieukrywanego entuzjazmu i ciekawości głos Franza. - To znaczy, co jest? - Do tej rodziny dzwoniono już kilka razy. Wczoraj: przed piątą nad ranem i około wpół do jedenastej wieczorem oraz dzisiaj przed godziną. - No dobrze, ale kto dzwonił? - No i właśnie tu mam ciekawostkę: numer teoretycznie jest polski, ale w Telekomunikacji Polskiej stwierdzono, że nie widnieje w żadnych bazach. To jest naprawdę bardzo dziwne. Jakbyś do mnie przyjechał, moglibyśmy coś poszperać, na przykład spróbować tam zadzwonić i namierzyć ten numer. - Boże, a jak to rzeczywiście, powiedzmy, jakaś mafia? Czy nie posuwamy się za daleko? Czy nie zaszkodzimy tym biednym ludziom? Technik zaśmiał się głośno: - Eee tam, od razu zaszkodzimy. Powiemy, że to pomyłka. Ale musisz przyjechać. Sam nie będę się bawił. - Dobra, już jadę. Do zobaczenia u ciebie w gabinecie. A tak swoją drogą, gdzie twoja rodzinka? - Żona i córka są u mojej teściowej. Mamy dom dla siebie. Czekam. Na razie. Odłożyli słuchawki.

Robert jechał ciemnymi ulicami Berlina. Od paru minut miał złowieszcze przeczucie, że coś jest bardzo nie w porządku i powinien raczej się ukrywać, niż pędzić na złamanie karku do swego przyjaciela, technika i teleinformatyka. W końcu dojechał na przedmieścia, a parę minut później stanął przed okazałą willą. Ku jego najwyższemu przerażeniu w żadnym oknie nie paliło się światło, a wokół panowała kompletna cisza. - "Może coś się stało?" - Pomyślał w panice. Furtka nie była zamknięta. Robert wbiegł na teren posesji i rzucił się po schodach na górę. Stanął przed potężnymi, drewnianymi drzwiami i mocno zastukał kołatką. Odpowiedzi nie było. Z determinacją nacisnął klamkę. Drzwi ustąpiły bez oporu i Robert wpadł do domu. Otoczyła go zupełna ciemność. - Jest tu ktoś? Na miłość boską, czy jest tu ktoś?! Znowu to uporczywe milczenie. Postąpił kilka kroków naprzód i runął jak długi. Szybko podniósł się z powrotem, ale tylko po to, by znowu się pośliznąć i upaść prosto na szafkę. - "Krew, przecież tu jest mnóstwo krwi!" - Coś wrzasnęło w jego głowie. Teraz pragnął już tylko ucieczki. Podniósł się niezdarnie i ruszył w kierunku gdzie, jak mu się zdawało, powinny być drzwi. Nagle usłyszał za sobą cichy, niezrozumiały szept. Mięśnie odmówiły mu posłuszeństwa i upadł ciężko twarzą do ziemi. Poczół na sobie zimne jak lód ręce i usłyszał pozbawiony emocji głos: - Pytałem cię, czy miłujesz Swe życie... Rozumiem, że odpowiedziałeś sobie na to pytanie... Hehehe... - Proszę... Nie zabijaj mnie... Pozwól mi odejść... Nikomu nic nie powiem... Błagam! - Błagał urzędnik. Próbował wstać, ale ani jeden jego członek nie drgnął. - Już za późno... Dokonaliście wyboru... - Szepnął głos. Były to ostatnie słowa, jakie w swoim życiu usłyszał Robert Schwarz.

Elza Günter wściekle przyspieszyła. Zamierzała zostać z córką u matki przez całą noc. Niestety, staruszka była w złym humorze i doszło do bardzo przykrej kłótni, po której Elza zmieniła zdanie co do noclegu u niej. Wyciągnęła z torebki komórkę i wykręciła numer męża. - Abonent jest poza zasięgiem sieci. - Zabrzmiał automatyczny, rzeczowy głos. - "Poza zasięgiem? O tej porze? A cóż to?" - Pomyślała podejrzliwie. - "Nigdy mu się to nie zdarzyło.". Jej córka - pięcioletnia Klaudia, poruszyła się na tylnym siedzeniu. - Już jesteśmy? - Zapytała sennie. - Właśnie dojeżdżamy. - Powiedziała Elza, skręcając na podjazd ich domu. - "Franz chodzi bardzo późno spać. Dlaczego jest tak ciemno?" - Pomyślała z rosnącym niepokojem Elza. Wysiadły z samochodu i ruszyły do domu. Na schodach Elza zauważyła dziwną plamę, ale kłótnia z matką tak wytrąciła kobietę z równowagi, że zupełnie zignorowała ten widok. Stanęła przed drzwiami i wyciągnęła z torebki klucze. - Co jest, do cholery? Otwarte? - Jej zdziwienie nie miało granic. - Wiesz co. - Zwróciła się do córki - Mogłabyś trochę tu poczekać? - Ale mamusiu, tata pewnie śpi. Nie martw się. - Zaszczebiotała dziewczynka i zdecydowanym ruchem otworzyła drzwi. W przedpokoju panowała całkowita ciemność, więc Klaudia machinalnie znalazła kontakt i włączyła światło. Elza krzyknęła pierwsza. Głośny, nieartykułowany dźwięk wydarł się z jej ust. Na środku przedpokoju, w ogromnej kałuży krwi, jeden na drugim, leżeli dwaj mężczyźni. Tego, który znajdował się na górze kobieta nie znała. Jego twarz wyrażała śmiertelne przerażenie, szeroko otwarte oczy wpatrywały się prosto w sufit. Kobieta nie potrafiła skoncentrować się na reszcie zakrwawionego ciała. - Boooże!!! Fraaaanz! - Wrzasnęła i jednym skokiem znalazła się przy mężczyznach. Była jak w transie. Wzięła nieznajomego za nogę i silnym szarpnięciem odepchnęła na bok. Nie mogła mieć już żadnych wątpliwości - pod nieznajomym leżał jej mąż. Jego ciało, powykrzywiane i poskręcane, było całe we krwi. Zdeformowaną, pozbawioną oczu twarz pokrywały okropne, głębokie rany. Kobieta stała nad nim, nie będąc w stanie się poruszyć. Dopiero krzyk Klaudii wyrwał ją z odrętwienia. Dziewczynka stała z otwartymi szeroko ustami i oczami wpatrzonymi w martwych mężczyzn. Krzyczała nieustannie, nawet wtedy, gdy matka przytuliła ją do siebie. Elzie wydawało się, że ten dziecięcy, rozpaczliwy, pełen przerażenia krzyk będzie słyszała do końca życia.

Pociąg sunął przez noc. Dochodziła 01:30. Herman i Maria, przytuleni do siebie, spali w kącie. Jedynie Wilhelm nerwowo przewracał strony jakiejś gazety, starając się wyglądać na uważnie zaczytanego. Ogarniał go jakiś trudny do wytłumaczenia, ogromny niepokój. Do tej pory bał się, to prawda, ale to, co teraz odczówał, nie mogło równać się z niczym innym. Na wojnie miał podobne wrażenie, gdy przeczówał jakieś poważne komplikacje. W tym momencie Maria poruszyła się niespokojnie: - Łącznik... To on... Tortury... Śmierć... - Wybełkotała. Kilka razy bezwiednie zamrugała, po czym znowu spokojnie zasnęła. - "Coś rzeczywiście musi być nie tak." - Pomyślał stanowczo Wilhelm i wyszedł na korytarz.

Joahim przeciągnął się dość nerwowo. Ogromne łoże zaskrzypiało w ciemności. W głowie miał okropny zamęt. - "Miiistrzuuu!" - Usłyszał dochodzącą gdzieś z daleka myśl. - "Co się stało, że budzisz mnie w środku nocy?" - Powiedział w myślach zapytany. - "Jaaa... Jaaa... Pooopeeełniiiłeeem błąd..." Mistrz gwałtownie usiadł. - "Coś zrobił?!" - Wrzasnął. - "Leeepiiiej poookaaażę..." - Stwierdził zalękniony łącznik. W mózgu Joahima zaczęły kształtować się obrazy, układać poszczególne dźwięki. - "Mam rozumieć, że ci dwaj nie żyją! Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, jakiego zamieszania narobiłeś?! Czy wiesz, że berlińska policja od razu powiąże śmierć urzędnika z jego tajemniczym doniesieniem? Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że są w stanie pokazać tej rodzince fotografie tego, co zostało z technika?! A wtedy mamy prawie całkowitą pewność, że w desperacji się wygadają?! Na imiona starych bóstw, czy ty w ogóle wtedy myślałeś?!" - Zerwał się z łoża i boso, z furią przemierzał komnatę. - "Eee taaam, oood raaazu się wyyygaaadaaają. Trzeeeba jaaakoś spraaawić, żeeeby teeego nie zrooobili. Wieeelce przeeepraaaszam, trooochę mnie poooniooosło." - Tłumaczył się łącznik. - "Na…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych