Wróć do katalogu

Bractwo, rozdział IV

Zrobiło mi się smutno, gdy pomyślałam, że pewnie nigdy nie uda mi się go namówić na włożenie bokserek Calvina Kleina i pstryknięcie mu paru fotek.

malinkka19, opublikowano , 16 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

23 sierpnia, później

Zerwałam się z ławki i ile sił w nogach pognałam na ulicę. Byłam tak przerażona, że o mało nie potrąciło mnie rozpędzone volvo. Złapałam taryfę i kazałam zawieźć się do domu. Z nerwów rozpłakałam się jak małe dziecko, ignorując obecność taksówkarza. Nie można też powiedzieć, żeby on zwracał na mnie większą uwagę. Kate do znudzenia powtarza, ze nowojorscy taksówkarze są najlepsi na świecie. „Możesz uprawiać seks z przypadkowym facetem na tylnim siedzeniu, a na koniec usłyszysz tylko: Poproszę siedem pięćdziesiąt.” Oczywiście mówiła tylko teoretycznie. Bynajmniej taka mam nadzieję. W połowie drogi uspokoiłam się na tyle, by trzeźwo pomyśleć. W Nowym Jorku mieszka z pięć milionów ludzi. Na ulicy trudno spotkać własnych znajomych, a co dopiero kogoś, kogo widziało się raz w życiu i to na dodatek pod latarnią. Dziewczyna z naprzeciwka pewnie wcale nie była Żmiją. Bardziej prawdopodobne, że to moje nieczyste sumienie ją sobie wyobraziło. Pomyślcie, gdyby jej wypicowani kolesie chcieli mnie sprzątnąć, już dawno by to zrobili. Co to dla nich? Nie zdążyłabym nawet krzyknąć, gdyby mnie dopadli. Nie pozwoliliby mi chodzić wolno i rozpowiadać o istnieniu wampirów. Ha, jakby ktokolwiek by mi uwierzył! Tak podniesiona na duchu, zapłaciłam za taksówkę i weszłam do domu. Z salonu dochodził szmer telewizora. Nie czułam się na siłach by opowiadać rodzicom o mojej pierwszej rozmowie o pracę, więc cicho przekradłam się na górę. Przekręciłam klamkę od swojego pokoju. Drzwi były otwarte, a mogłabym przysiąc, ze zostawiłam je zamknięte. Zamykam je na klucz od dwunastego roku życia, kiedy to przyłapałam mamę na szperaniu w mojej szafie. Zrobiłam wtedy taka awanturę, że chcąc nie chcąc, musiała kazać tacie zamontować zamek we drzwiach. Nikt nie ma prawa wchodzić do mojego pokoju, gdy mnie w nim nie ma. To jedna z moich kardynalnych zasad. O grzebaniu w szafie już nie wspomnę. Od tamtego czasu nigdy nie zdarzyło mi się zapomnieć o zamknięciu drzwi. Rodzice nie mieli klucza. Zawsze nosze go w kieszeni. Pełna złych przeczuć, ostrożnie przestąpiłam próg. Żałowałam, ze torebka od Betsey Johnson nie jest na tyle duża, by pomieścić w sobie kij bejsbolowy, którego teraz w razie potrzeby mogłabym użyć. Okno było szeroko otwarte. Dzień był nietypowo jak na lato wietrzny. Wiatr porozrzucał więc wszędzie luźne kartki i papierki od cukierków czekoladowych, które ostatnio pochłaniałam niczym tabletki na uspokojenie. Byłam pewna, że nie otwierałam okna przed wyjściem. Zaciskając pięści, rozejrzałam się po pokoju. Zamarłam. Krzyknęłam, ale bynajmniej nie ze strachu. To znaczy, nie ze strachu przed NIM. Po prostu przeraziło mnie, że ktoś o takiej twarzy i, co tu ukrywać, takim ciele, marnuje się jako płatny zabijaka, zamiast wisieć na plakacie na Times Square reklamującym męską bieliznę od Calvina Kleina. To czyste marnotrawstwo, jeśli chcecie znać moje zdanie. Bo oto na moim łóżku w swobodnej pozie, leżał nie kto inny tylko Matt, którego spotkałam w Dniu, W Którym Zatrzymała Się Ziemia, czy jak kto woli Dniu Wampirów i Jeźdźców Apokalipsy, i który najprawdopodobniej wszedł do mojego pokoju przez okno, wspinając się po kracie z pnącymi różami, niczym Romeo do swojej Julii. Na nic się zdały bezsenne godziny i tygodniowa kwarantanna w domu. Ci ludzie i tak jakoś mnie znaleźli, czego się właściwie cały czas spodziewałam. Co więcej nawet się nie zdziwiłam., że zastałam u siebie Matta. Miał na sobie znoszone levisy, czarna marynarkę i sportowe buty. Zresztą jego strój nie miał znaczenia, tacy ludzie jak on, nawet w łachmanach wyglądaliby dobrze. Przytknął sobie palec do ust i szepnął: - Ćśś… Nie zrobię ci krzywdy. - Wiem.- pisnęłam. Uśmiechnął się protekcjonalnie. - Czego chcesz?- zapytałam, postanawiając na wszelki wypadek nie zamykać okna. Nigdy nie wiadomo. A nuż w szafie siedzi Żmija? Dzięki oknu będę miała większe szanse na ucieczkę. Matt patrzył na mnie ze zdziwieniem. Pewnie spodziewał się, że zacznę wrzeszczeć w panice. Niedoczekanie. - Zaproponować ci pewien układ Anabelle. Dobra, przyznam się, że od chwili gdy zobaczyłam go na swoim łóżku, hołubiłam maleńki skrawek nadziei, że być może mu się podobam. No bo co za facet kładzie się na łóżko jakiejś dziewczyny, jeśli ta kompletnie go nie kręci? Bynajmniej tak piszą w tych wszystkich romansach. Bohaterowie kładą się do łóżek ukochanych pod ich nieobecność i wdychają zapach ich włosów, głosząc peany na cześć ich dziewiczego ciała. Czy jakoś tak. Ale w żadnych z tych romansów nie było najmniejszej wzmianki o tym, że rzeczeni bohaterowie zapominają imienia swoich oblubienic. Skrawek nadziei rozpadł się na mikroskopijne cząsteczki. - Amy. Mam na imię Amy- wycedziłam. Znowu się uśmiechnął. Naburmuszona usiadłam na krześle przy biurku, po drugiej stronie pokoju. - Jaki układ? – zapytałam tonem, w którym ku mojej rozpaczy brzmiał strach. Usiadł, i marszcząc brwi przygryzł dolną wargę.- Przysłano mnie, żebym zaproponował ci przyłączenie się do nas. Do Bractwa. Cudownie. Gang psychopatów chrzci się nazwą: BRACTWA. Dlaczego wcześniej na to nie wpadłam? - Przykro mi, ale nie nadaję się do mordowania niewinnych ludzi. Przy słowie „niewinnych” zawahałam się lekko. Posejdon nie wydawał mi się całkiem niewinny. Wciąż zastanawiałam się co stało się z małym chłopcem szukającym swojego zwierzaka. - Doskonale wiesz, że to nie był człowiek- powiedział Matt, jakby czytając w moich myślach. - Może. Ale po co od razu kogoś zabijać? Nie mogliście z nim po prostu hm… porozmawiać? Matt roześmiał się sarkastycznie, najwyraźniej dając mi do zrozumienia, że z takimi jak Posejdon się nie rozmawia. - Jeżeli to wszystko możesz, już iść. Bo nie przyłączę się do żadnego Bractwa. Nie ma mowy. I dajcie mi święty spokój. Nie prosiłam się o to. Jeśli martwicie się moim gadulstwem, to przestańcie. Nigdy nie należałam do osób zbyt wylewnych. Wstałam i chciałam teatralnym gestem wskazać mu drzwi. W pół kroku cofnęłam się jednak, zastanawiając się co powiedzą rodzice, widząc obcego chłopaka wychodzącego z mojego pokoju. Szczerze wątpiłam czy by się z tego ucieszyli. Nawet mama. Widząc moje zakłopotanie, Matt podszedł do mnie i złapał mnie za ramiona. Ten gest mnie… sparaliżował. Nikomu nie pozwalam się ot tak dotykać. A już na pewno nie tak przystojnemu chłopakowi. Odskoczyłam od niego jak oparzona, czując jak serce obija mi się o żebra. Tego było już za wiele. - Tknij mnie jeszcze raz, a połamię ci wszystkie palce- powiedziałam niespodziewanie zimnym i oschłym głosem. - Przepraszam. Chciałem tylko…- przerwał zmieszany. - Nie obchodzi mnie to. Wynoś się. Dlaczego? Dlaczego byłam dla niego taka ostra? Nie mogłam nad sobą zapanować. - Posłuchaj. Jeśli nie przyłączysz się do nas grozi ci śmiertelne niebezpieczeństwo. Naprawdę, cała ta sytuacja zaczynała przypominać kiepską imitację filmu grozy. - Ach tak. Hm… Ciekawe z czyjej strony? Jakoś od tamtego… wypadku, żaden wampir nie włamał się przez okno do mojego pokoju.- skrzyżowałam ręce na piersiach. Matt patrzył na mnie gniewnie. Trudno w to uwierzyć, ale wściekły wydawał się jeszcze większym przystojniakiem. - To tylko kwestia czasu. Chyba nie chcesz, żeby tobie, albo twoim rodzicom stała się krzywda? Tu mnie miał. - Przecież ten cały… Posejdon… nie żyje. Sama widziałam jak go… no wiesz.- przejechałam palcem po szyi. - Chyba nie myślisz, że Posejdon był jedynym wampirem w całej Ameryce. Prędzej czy później jego poplecznicy zaczną szukać winnych jego śmierci.- rzekł. - Ale to nie ja go zabiłam! – wykrzyknęłam.- To wy! Dlaczego mam płacić za coś czego nie zrobiłam?! - Bo ciebie będzie im łatwiej znaleźć i zabić niż nas. Cholera, facet miał rację. Ja, to jeszcze ja, ale mama? Tata? Oni nie mieli z tym nic wspólnego. Nie mogę ich narazić na takie niebezpieczeństwo. Wykorzystując moją rozterkę, Matt zaczął mówić szybkim, władczym głosem:…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych