Wróć do katalogu

Bractwo V rozdział I, cz. I

Wiecie ile razy w swoim durnym życiu słyszałam, że jestem nienormalna? Słowo daję, gdyby za każdym razem mi za to płacili, byłabym totalną milionerką. Ale nie dość, że najwidoczniej mam pewne braki umysłowe, to jeszcze wplątałam się w jakieś science-

malinkka19, opublikowano , 13 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

13 sierpnia

Oto ja. Amy. Znajomi czasem nazywają mnie wariatką. Cóż… Dziś otrzymałam na to wręcz namacalny dowód. Znalazłam notes, żeby opisać co dziś mi się przydarzyło, w razie gdybym jutro miała pomyśleć, że były to jakieś halucynacje. Dzisiejszego wieczoru wracałam z kina razem z moją przyjaciółką Kate. Poszłyśmy na „Narzeczonego mimo woli” z Sandrą Bullock w roli głównej. Nawiasem mówiąc, świetny film. To jedna z najlepszych komedii romantycznych jakie widziałam, a trzeba zaznaczyć, ze jestem ogromną fanka gatunku. Może to i głupie, ale jak pisałam na wstępie, do normalnych to ja nie należę. Był ciepły, przyjemny wieczór. Kate złapała taksówkę, bo obiecała mamie, że pomoże jej przygotowywać mięsne przystawki dla niejakich państwa Hollander. Mama Kate organizuje domowy catering. Ja postanowiłam, ze przejdę się do następnego postoju taksówek. Miałam ochotę na spacer, musiałam przemyśleć kilka spraw, a była taka piękna pogoda… Pożegnałam się z Kate i ruszyłam przed siebie jasno oświetloną ulicą, przez moment rozkoszując się wielkomiejskim hałasem i tłumem kompletnie nieznajomych mi ludzi. Jednak po chwili w mojej głowie pojawiły się te same pytania, od których próbowałam uciec przez cały dzien. Co mam ze soba zrobić? W ogóle nie brałam pod uwagę, ze nie dostane się na psychologię w New York University. Nie mam żadnego alternatywnego planu. Po skończeniu liceum, chciałam nadal się uczyć. Dlaczego nie brałam pod uwagę opcji, ze mogę się nie dostać? Dlaczego jestem tak strasznie zarozumiała i pewna siebie, że nawet tego nie rozważyłam? Nie chce dłużej mieszkać u rodziców. Ojciec po przejściu na emeryturę, całymi dniami ogląda kanał sportowy, co kilka godzin wołając, żeby mama zrobiła mu cos do jedzenia. Ona z kolei za każdym razem gdy na mnie patrzy zdaje się bezgłośnie mówić: „Kiedy przyprowadzisz do domu chłopaka?”. Ostatnio doszły mnie słuchy, że wychwala mnie przed naszymi sąsiadami. Nie byłoby w tym może nic nadzwyczajnego, wszystkie matki uwielbiają chwalić się swoimi dziećmi, ale z niepokojem spostrzegłam, że ona rozmawia na mój temat wyłącznie z tymi, którzy maja synów w wieku od 17 do 40 lat. Nie wytrzymam tego nerwowo, fizycznie i emocjonalnie. Musze znaleźć jakąś pracę. Boże! Pewnie skończę jako ekspedientka w chińskich delikatesach! Ja, która miałam takie plany na przyszłość! Te pesymistyczne rozmyślania zapełniały mi umysł i z pewnością dlatego nie zwracałam zbytniej uwagi dokąd ide. Nagle skołowana stanęłam w miejscu. W pierwszym odruchu nie miałam pojęcia, gdzie się znajduje. Znalazłam się na jakiejś ulicy, na której nie było nic oprócz magazynów. Nie było tez żadnych przechodniów ani samochodów. Rozejrzałam się wokół. W oddali widniały światła Washington Square. Przyganiając sobie w duchu za roztrzepanie, zawróciłam się i trochę szybciej niż zwykle, zaczęłam iść w kierunku, z którego przyszłam. W kieszenie rozdzwonił mi się telefon. Spojrzałam na wyświetlacz. No tak. Któżby inny jak nie mama? Odebrałam i warknęłam, że właśnie idę do domu i żeby choć raz w życiu dała mi święty spokój. Ludzie mam 18 lat! Jestem praktycznie dorosła, a ta kobieta wciąż traktuje mnie jak małe dziecko. Przecież to Ameryka! Tu każdy może być kim chce! Hm bynajmniej tak zawsze mówił pan Bell na wiedzy o społeczeństwie. Zdenerwowana, jeszcze bardziej przyspieszyłam. Miałam irracjonalne uczucie, ze ktoś mnie śledzi. Na wszelki wypadek co chwila zerkałam za ramię i wyciągnęłam z torebki spray pieprzowy, który zawsze noszę przy sobie. - Przepraszam…- słodki dziecięcy głosik zabrzmiał w cichej uliczce tak donośnie, ze o mało nie wrzasnęłam ze strachu. Przeklinając w myślach małe dzieci błąkające się jak duchy na ulicach o 10 wieczorem, przywołałam na twarz lekki uśmiech. - Szukam kotka.- szepnął na oko siedmioletni chłopczyk o prześlicznej buzi i kręconych blond loczkach. - Hm to może powinieneś zajrzeć do schroniska?- powiedziałam niepewnie . Nie przywykłam do rozmow z małymi dziećmi o ich zagubionych zwierzakach. - Taaak… Myślę, ze to dobry pomysł. – odpowiedział nieśmiało, przyglądając mi się w dziwny sposób. - Nie powinieneś być teraz w łóżku?- siliłam się na grzeczność, a w głębi duszy sama zapragnęłam jak najszybciej znaleźć się w swoim pokoju. Malec uśmiechnął się tylko i pobiegł wzdłuż drogi, znikając za zakrętem. Wzdrygnęłam się. Dziwny chłopiec. Odwróciłam głowę i zmarłam. Przede mną stał potężny, zarośnięty mężczyzna z podbródkiem, który przywodzi mi na myśl zboczeńców. - Szukam kotka. - Więc powinien pan zajrzeć do…- głos odmówił mi posłuszeństwa. - Może ty nim zostaniesz? - Nie, raczej nie, dzięki. Przepraszam, ale muszę iść… Nieudolnie próbowałam wyminąć napastnika. - Chętnie bym z ciebie wypił, dziewczyno. Nie zrozumiałam sensu jego słów, ale pomyślałam, że to pewnie jakiś seksualny psychopatyczny slang. Serce podeszło mi do gardła i straciłam czucie w nogach, gdy zaczęłam zastanawiać się co zbir może mieć na myśli. A tak w ogóle, skąd on się tu wziął? Czy ten słodki dzieciak to jego wspólnik? Zupełnie zapomniałam o sprayu w dłoni. - Mój tata jest szefem policji. Jeżeli coś mi zrobisz, to nie ujdzie ci to na sucho. Facet zaśmiał się. Pewnie słyszał to na okrągło. Szkoda, ze mnie nie było do śmiechu. - Przestań mała. Daj tylko spróbować. - Dzięki, ale naprawdę nie. Nagle mężczyzna zrobił cos nieoczekiwanego. Uśmiechnął się promiennie. - W sumie nie potrzebuję twojej zgody… - wydawało mi się, że słyszę u niego jakiś smutny ton. Wtedy przypomniało mi się o sprayu, nawet wycelowałam w osiłka i nacisnęłabym go, gdybym nie zobaczyła tego co zobaczyłam. Człowiek rozchylił usta, a ja wyostrzonym przez adrenalinę wzrokiem dostrzegłam w nich coś długiego i ostrego. Pomyślałam, ze z pewnością zaczynam mieć ze strachu omamy. Osłabiona gwałtownymi emocjami, zrobiłam najgłupszą rzecz, jaką mogłam wtedy zrobić- zamknęłam oczy. Czułam, że zbliżał się do mnie, choć nie robił przy tym najmniejszego szelestu. Jeszcze chwila i zemdleję- przeleciało mi w otępiałym mózgu. Nie mogłam myśleć, nie mogłam się ruszyć, nie mogłam się bronić. Nadludzkim wysiłkiem woli otworzyłam oczy. Widząc jak nieznajomy stoi tuż przede mną i spokojnie się uśmiecha, cos we mnie przeskoczyło. Niespodziewanie odzyskałam i władze umysłową, i czucie w kończynach. Z dzikim wrzaskiem…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych