chłopiec
wyobraz sobie, ze nagle znajdujesz sie...sam nie wiesz gdzie, ale domyslasz sie, ze to jakas "cela". jestes zmaltretowany fizycznie, ktos zabral ci twoje zycie i dal w zamian "to"...wiec szukasz wyjscia...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
„CHŁOPIEC” d a m i a n b o r o w s k i
1
Leży w ciemności twarzą do podłogi, a dokładnie na prawym policzku. Jego ręce i nogi swobodnie. Zupełnie tak, jakby nieżywe ciało spadało w głębiny czarno-błękitnej nicości, ciągnięte ciężarem własnej duszy. Leżał tak, w sumie nie wiadomo ile. Nie reagował na nic, bo nie było niczego na co mógłby reagować. Pływał, tak można określić kształt jego ciała, które układało się na zimnej i wilgotnej powierzchni. Zupełny letarg. Pełen wypoczynek i nieświadomy spokój. Ciekawe o czym teraz marzył, o czym śnił? Może o Niebie? O piekle? O życiu codziennym? O tym, że jest jednym z sześciu miliardów ludzi zamieszkujących tą planetę? Że w sumie jego problemy nikogo nie obchodzą, no może góra setkę ludzi. Rodzina plus przyjaciele plus znajomi plus nieznajomi, którzy zawsze udają, że się źle czują jak umrze ktoś, koga i tak nie znali. Nie. O tym na pewno nie śnił. Ale skoro nie o tym to może o innych ludziach? O ich smutkach, troskach i takich tam? O tym chyba też nie. W ogóle nie wiadomo czy śnił, więc po co to wszystko? Po co zadręczać sobie głowę takimi pierdołami? Przecież on tylko leży. I chyba właśnie ten fakt sprawiał, że dla zwykłego człowieka jest on taką tajemnicą. Jego mózg, jego myśli. To co kieruje jego ciałem, to co sprawia, że mimo tego, że jesteśmy wszyscy tacy sami to tak różni. Tak! Gdyby śnił, to śniłby dokładnie o tym. W tej swoistej nieświadomości, nagle jego mózg się wzbudził. Co spowodowało, że tak się właśnie stało? -nie wiadomo. „Czubki” głowią się nad tym od lat. Co siedzi w człowieku, w jego mózgu? To, że „myśl” to impuls elektryczny to chyba niezbyt rasowe odkrycie. Tak naprawdę to chcą oni to wiedzieć właśnie po to, żeby móc skonstruować maszynę, która będzie mogła je czytać. Władza, tak, o to im chodziło. Kontrolować. Ale sami siebie nie potrafią , bo chcą więcej niż mogą. Palec u jego prawej dłoni poruszył się. Podświadomość podrażniła jego świadomość. Tak właśnie się „budził”. Jego mózg zaczął odbierać sygnały z otoczenia. Najpierw zimno i wilgoć. Następnie smród, taki jakby „zgniły”. Nie było to aż tak dręczące, ani nie przeszkadzało, ale na pierwszy wdech wystarczyło. Powietrze zostało wchłonięte przez jego nozdrza. Wędrując przez gardło, krtań, tchawicę trafiło do jego płuc Stąd do małych oskrzeli, potem oskrzelików, dalej rozesłane. Równocześnie z tym procesem, powietrze badane było przez mózg. Kiedy znajdowało się w nosie, jakieś tkanki za to odpowiedzialne, przesłały mały błękitny „świetlik”. Impuls szedł przez synapsy tych tkanek do innych. I tak, „po schodkach” do mózgu. Tam impuls trafił do odpowiedniego działu zajmującego się analizą. Został zbadany i dał znać organizmowi jaka reakcja powinna nastąpić. Tymczasem powietrze zostało podzielone, posegregowane, posortowane. Jego reszta miała być usunięta przy wydechu. Co nastąpiło razem ze spięciem mięsni jego żołądka i haftem prosto pod swoją twarz. Zwrócił to, co myślał, że zjadł. Przebudzenie było natychmiastowe. Lekko podniósł głowę, aby uchronić swoje mokre i lekko umoczone w rzygach włosy, od drugiej fali, która się zbliżała. Półzmielone jedzenie wraz z kwasami żołądkowymi właśnie przemierzało, odwrotną do naturalnej, drogę. Biało-pomarańczowa, gęsta substancja z jakimiś ciałami stałymi znów wydostała się przez jego gardło. Uderzyła grubym strumieniem w już leżącą, lekko ją rozrzucając. Jego wymiociny znajdowały się wszędzie w jego mglistym polu widzenia. Resztki wciąż gnieździły się w jego jamie ustnej. Zaczął je wypluwać podnosząc się coraz bardziej. Pluł nie tylko wymiocinami, ale i krwią. Ledwo to dostrzegał. Jego oczy nie były jeszcze całkiem sprawne. Był omotany. Powoli zaczął siadać. Lekko wił nogami podczas ich obracania. Podpierał się prawą ręką, zaś lewą wycierał kąciki ust. Spojrzał na dłoń, lekko wilgotna od zwróconego jedzenia i krwi. Na początku się przestraszył. Splunął na bok. W ciemnościach z trudnością dostrzegł ślinę z krwią. Usiadł, podkurczając lekko nogi. Prawa ręka podpierała „ciężką” głowę. Na lewą wciąż spoglądał. Mocno zacisnął powieki, jakby chciał powiedzieć oczom, żeby wstały. Otworzył znów. Obraz stawał się coraz bardziej wyraźny. Lewą ręką dotknął policzka i przycisnął. Złapał ręką za usta tak, jakby sam sobie zabraniał przemawiać. Tu go bolało, źródło. Zacisnął oczy z bólu, a ból zaczął odpuszczać. Włożył palce do ust i zaczął szukać. -Kurwa!- wycedził przez zęby w momencie kiedy dotknął „centrum”. Uczucie na chwilę powróciło, ze zdwojoną siłą. Znów ten sam schemat. Odruchowe złapanie się rękami za szczękę i zaciśnięcie oczu. Wypuszczenie powietrza przez nos. Odpoczynek. Jakby to miało pomóc. Już wiedział, lewa dolna szóstka się rusza. To była przyczyna bólu i krwawienia w szczęce. Znowu splunął, chcąc pozbyć się nadmiaru płynów. Dopiero teraz zaczął sobie w stu procentach zdawać sprawę, że może zacząć być świadomym tego gdzie jest i co się dzieje. Był słaby. Lekko obrócił się w lewą stronę i upadł. Głowa lekko się odbiła od ziemi. Lewa ręka była pod brzuchem, prawa leżała bezwiednie na klatce piersiowej, dłoń dotykała ziemi. Prawa noga lekko zgięta, leżała na lewej, tej wyprostowanej. Zamknął oczy. Zupełnie tak jak człowiek, który po przebudzeniu potrzebuje jeszcze chwili, żeby do siebie dojść. Nie miał nawet siły, żeby zmienić swojej pozycji na bardziej komfortową. Leżał tak bezwiednie, zupełnie w tym samym stylu zanim się przebudził. Złapał kilka większych oddechów. Na razie nie przejmował się tym, gdzie się znajduje. Myślał, nie wiadomo o czym, ale chyba o niczym. Zaczął poruszać poszczególnymi kończynami, żeby sprawdzić czy wszystko jest na miejscu. Wszystko było w jak najlepszym porządku, o ile w ogóle można mówić o porządku w takiej sytuacji. Znów splunął pod twarz, ślina z krwią częściowo znalazły się na jego nagim prawym barku. Czarne lekko kręcone włosy łaskotały zimną kamienną podłogę. Leżał tak może 2 minuty, o ile można mówić o czasie, aby wreszcie zdobyć się na to, ruszyć swoje ciało i obrócić je, tak aby nie leżeć na bolącym boku. -No bratku, raz...dwa- napiął mięśnie i mówiąc „trzy”, z wielkim wysiłkiem przerzucił się przez ramię. Jego prawa ręka bezwiednie opadła tuż obok wymiocin. Lewa się nie ruszyła. Skręt bioder spowodował, że prawa noga się odwróciła. Lekko ugięta. Leżał. Odpoczywał.
2
Każdy oddech sprawiał mu trudność. Połamane żebra. Do tego głowa, od uderzenia. I ten ząb! Kurwa! Ten jebany ząb! W ogóle czuł się jak gówno. W ustach posmak ledwo co zwróconego jedzenia, na brodzie jego ślady i krew, a w powietrzu smród. Odór tak wstrętny i realny, że zdawało się, że mógł go chwycić ręką i ścisnąć z całej siły w pięści. Ale ten pewnie wypłynąłby miedzy palcami niczym soczysta flegma. Chciał wstać, otrząsnąć się i wyjść. Pójść do domu, usiąść na wygodnym, ciepłym fotelu, napić się ciepłej herbaty, porozmawiać z mamą. Dowiedzieć się co tam słychać w pracy, posłuchać jej narzekań, uśmiechnąć się i powiedzieć, że niedługo na pewno będzie lepiej. Chciał pójść do baru. Spotkać się ze znajomymi, pogadać, pośmiać się. Chciał wrócić do domu lekko podpity i tłumaczyć się, że w ogóle nic nie „spożywał”. Marzył o tym, żeby spotkać swoją dziewczynę. Właśnie.. dziewczynę. Kiedy o niej pomyślał automatycznie się uśmiechnął. Jego „płomyczek”, jak zazwyczaj na nią mówił, całując i przytulając. Była piękna. Ciało doskonałe. Lekko umięśnione nogi. Bardzo wyraźne zarysy. Cała pokryta delikatną jedwabną skórą. Pośladki umięśnione, miękkie i delikatne, ale twarde kiedy je napinała. Najbardziej czuł to wtedy, gdy kochali się od tyłu, wtuleni w siebie, kiedy zaciskała zęby będąc w spazmach rozkoszy, kiedy ściskała mu jego dłonie w swoich, gdy trzymał je na jej krągłych piersiach...kiedy była cała jego. Lubiła jak chwytał jej całe ciało, jeżdżąc po nim dłońmi. Zwłaszcza po biodrach, które wiły się jak oszalałe, delikatnymi, ale stanowczymi ruchami. Lubiła jak ściskał ją swoimi silnymi ramionami, jakby chciał powiedzieć „nigdy Cię nie puszczę”. Jej twarz była idealna, symetryczna doskonale, z pięknymi mocno unerwionymi ustami. Uwielbiał je całować, muskać, dotykać, głaskać palcami, uwielbiał jak się śmiały. Ale nie tak jak w filmach. On uwielbiał kiedy się śmiały pełnią życia. Tak bardzo ją kochał. Jej oczy były niebieskie, głębokie. Mógł w nie patrzeć godzinami i wciąż myśleć o tym, że tonie we własnych zmysłach. Piękne kręcone blond włosy z domieszką czerni zakrywały jej część twarzy, kiedy siadała na nim dokładnie tak, jakby upolowała zwierzynę...i patrzyła się na niego, patrzyła przez swoje włosy i się śmiała. Było to szczęście w najczystszej z możliwych postaci. Była wspaniałą kobietą. Była bardziej doskonała od każdej lepszej modelki z okładki jakiś magazynów ...była bardziej doskonała bo była prawdziwa. Nagle zwymiotował. Trzecia fala rozlała się tuż obok drugiej. Wymusiła na nim ruch głowy do tyłu na prawo. Jego tułów wygiął się jak most. Żarcie wraz z dodatkami z żołądka było już wszędzie. Orzygał sobie brodę i policzek, ramię, część wymiocin znajdowała się też na klatce piersiowej. Kiedy tak wymiotował, jego głowa unosiła się nad powierzchnią paskudnego podłoża. Skończył, ta opadła jak kamień. Dość. To był ostatni. Więcej nie było. Nie miał już siły. Leżał tak. Był całkowicie rozpieprzony.
Ile czasu minęło? Czas to pojęcie względne. Mówi się, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. To by pasowało, ale on nie siedział tylko leżał. A wokół niego znajdowały się jego własne wymiociny. Ich gorzki smród powoli zaczął się mieszać z tym naturalnym, zgniłym. Gdyby zapachy miały kolory to teraz widziałby w barwach rozkładającego się ciała. Ale to wszystko powoli zaczynało ustępować. Mózg wysyłał sygnały samemu sobie, że to co na początku zmobilizowało go do reakcji obronnej, teraz jest obojętne. Nowe środowisko. Nowe czynniki je kształtujące. Trzeba je zbadać i to szybko. Dlatego odpuścił. Już nie sterował odruchowo. Jakby chciał powiedzieć świadomości: „teraz twoja kolej, działaj”. To właśnie ten moment, w którym zaczął dochodzić do siebie, moment w którym przestało go interesować to, że jest obrzygany i popluty krwią, że łeb go napierdala jakby wypił co najmniej litr spirytusu, że w jego „szóstkę” jest wbita igła bólu, że ma połamane żebra, że cały czas chce mu się wymiotować, że czuł się, jakby właśnie wyszedł z morza ludzkiego łajna. To go nie obchodziło. Teraz był już świadomy. Całkowicie. I zaczął się interesować gdzie się znajduje, kiedy się znajduje, czy w ogóle jest...ale nie! To już sprawdzał. Wszystko było w porządku. A może coś się zmieniło od tego czasu, może nie był wtedy w pełni zmysłów? Leżąc analizował.
3
Ciemna sylwetka w ciemnej, jakby, celi...o ile można mówić o miejscu. Leży na plecach. Jego głowa znajduje się niedaleko kolorowego syfu, który sam stworzył. „Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz”...więc nie będzie spał dobrze, jeśli w ogóle będzie mógł spać. Całe ciało bezwiedne. Mięśnie rozluźnione. Za to mózg na pełnych obrotach. Gdzie jest? Kto mu to zrobił? Dlaczego jego dotychczasowe, standardowe, ale piękne, życie zostało mu zabrane. Standardowe bo nie odbiegało od normy. Piękne bo miał ją. -„Mam nadzieje, że jej nic nie zrobili, bo jak tak to dorwę każdego –boląca szczęka się zacieśniała- jednego, jebanego skurwy – nie czuł nic- syna – który będzie w to zamieszany, to zbije! Obiecuje!” Poczuł w sobie werwę, dla niej był gotów zrobić wszystko. Nawet zabić. Taki przypływ adrenaliny spowodował, że zaczął tworzyć w głowie obrazy jak bije wyimaginowanych ludzi. -Kurwa!- wykrzyknął w momencie kiedy machnął ręką i poczuł ukłucie w boku-...żebro- dodał. Zaczął wstawać. Właściwie to zaczął się czołgać bo ze wstawaniem to, to nie miało za wiele wspólnego. Na początku podkulił się lekko do prawego boku. Na tej stronie oparł swój cały ciężar- lewy by nie wytrzymał. Każdy ruch kosztował go wiele energii, gratisowo dostawał ból. Jego oczy skierowane były teraz na rzygowiny. Uśmiechnął się tylko, tak jakoś bez sensu. Prawą ręką popychał swoje ciało. -„Byle jak najdalej od tego gówna”- pomyślał Sił nie było wiele. Po kilku ruchach upadł. Znów pozycja frontalna. Znów od początku. Dał rade. Postawił się. Kontynuując swoje pełzanie szukał wzrokiem w pełnej ciemności jakiejś ściany, o którą mógłby się oprzeć. Za wiele nie widział. Ledwo co dostrzegał wymioty, które znajdowały się jakiś metr od niego, o ile w ogóle można mówić o odległości. -Ktoś, kto mnie wpierdolił to tej ciemnej, śmierdzącej dziury zapłaci za to wysoką cenę!- mówił przez zęby bo potrzebował tego do stłumienia uczucia upokorzenia, a najbardziej do zlekceważenia fizyczności- oj zapł...kurwaaAA- przerwał krzykiem, jednak nadwerężył ciało ostatnim ruchem, skulił głowę. Chciał się położyć i odsapnąć, ale wiedział, że jak to zrobi to znów minie sporo czasu zanim się podniesie, sporo czasu na tej zimnej, obślizgłej posadzce... A jednak, zmęczenie wygrało. Padł. Głowa odbiła się od podłogi jak piłka. Zabolało. Bezsilnie tylko wydalił z siebie powietrze, co spowodowało ścisk klatki piersiowej i ruch uszkodzonych kości. Przekręcił głowę, na lewo. Chciał coś dostrzec, ale nie był w stanie- zbyt ciemno. -Pierdolę, nie idę- powiedział po cichu wraz z wydychanym powietrzem. Uśmiechając się przekręcił głowę, jakby chciał spojrzeć w gwiazdy. Ale gwiazd nie było. Było czarno. Jak zamknął oczy był ten sam efekt. Ale psychiki się nie da oszukać, z mózgiem nie da się wygrać! Skurwysyn potrafi Ci czasami wymyślić niezły bajzel jak śpisz. Zna wszystkie twoje lęki, wszystkie strachy. Zna tajemnice. O tak...wie czego się wstydzisz. Wie jakie masz kompleksy. Wie gdzie zaatakować. I przestraszyć Cię tak bardzo, że sam się będziesz sobie dziwił i nigdy, ale to nigdy nie będziesz w stanie tego powstrzymać. „Pierdolę, nie idę”- te słowa były dla niego zbawieniem. Nie szły w dal. Zatrzymywały się. Odbijały się chyba o ścianę. Tak o ścianę. O odprężenie. O koniec udręki. Niby głupia ściana, a ile dawała mu radości, ile nadziei. W takich warunkach człowiek zapomina w ogóle o miękkich fotelach, ciepłej kawce z mleczkiem „na dzień dobry”, fajnej gazetce, cieplutkim i przytulnym kibelku czy władzy nad telewizorem. Teraz priorytetem staje się zwykła ściana. Zwykła, jebana ściana. Zwykła konstrukcyjna, najczęściej pionowa, przegroda. Z trudem, ale satysfakcją dotknął koniuszkami palców prawej ręki osmolonej, obślizgłej... ściany. Bodziec, impuls, droga, cel, analiza, decyzja, reakcja- uśmiech. Ręka opadła, za jego głowę, leżała sobie, a on się śmiał. Jak wiele radości mu to dało. A pomyśleć, że w życiu codziennym mijamy ściany, mieszkamy w nich, dotykamy, a nawet nie dostrzegamy ich piękna. A teraz? Ścianę rozpatruje w innych wymiarach, płaszczyznach. Śmiał się, mimo, że był to śmiech tłumiony przez żebra.
4
Już wiedział, że tam jest i nie ucieknie, chociaż kto wie? Był zmęczony tym wszystkim. Ale się uśmiechał, palcami myrał ścianę. Kamienną ścianę, dokładnie taką samą jak podłoga. Obślizgła, zimna, ciężka, ciemna. Mimo to była teraz jego przyjaciółką, jakby mógł to pewnie by ją nazwał, ale nie przyszło mu to do głowy. Dwudziesty siódmy maj tego roku. W jego umyśle brzęczy teraz „Gift” Deftonsów. Piękna słoneczna pogoda. Urwał się wtedy z zajęć, ona też. Piknik. Lekkie cumulusy na niebie od czasu do czasu, nie przeszkadzały, wręcz przeciwnie- dawały ukojenie. Szli około trzydziestu minut, zanim znaleźli odpowiednie miejsce. Polana, wychodziła z lasu. Jakieś miejsce, od jego początku, dąb. Wielki stary, gałęziasty dąb, dawał dużo cienia. -Tam jest idealnie- powiedziała i pobiegła. „Tam jest idealnie”, dała dwa kroki do przodu w biegu i odwracając się do niego: „Tam jest idealnie”. Jej złote falowane włosy zatrzymały się na twarzy na te ułamki sekund. Radość symbolizowana uśmiechem. Ale nie tylko włosy się zatrzymały, dla niego zatrzymał się czas. -Tam jest idealnie-wyszeptał do siebie. Ten obraz utrwalił mu się mocno w psychice. Był tak wyraźny i nieskazitelnie czysty, a zarazem taki odległy i nierealny. Tylko to go chyba trzymało na duchu. Teraz. Zamknął oczy i jeszcze raz dał się unieść fantazji. Na próżno. Muzyka w jego głowie ucichła. Ruszył swoje ciało i z wysiłkiem zaczął wstawać. Używając prawej ręki, pełzł. Lewa na brzuchu. Ruch po ruchu siadał. Oddech, wysiłek... ból. Ale udało się. Usiadł opierając się o ścianę z lekko podkurczonymi nogami. W odległości, o ile można o takowej wspomnieć, około dwóch metrów zauważył swoje wymioty. Splunął, znów, krwią prosto w kolorową kałużę. -Yh, kurwa ...dodałem wisienkę na szczyt tortu. Uśmiechnął się szyderczo i jego głowa się przechyliła i oparła o ścianę, rozluźnił wszystkie mięśnie. Gdyby nie ona, znów by upadł. Odjechał od niej trochę. Czarne spocone włosy ślizgały się. Miał ochotę zapalić. Ale nie mógł. Nie miał co. Nie czół żadnej paczki Chesterfieldów w spodniach. Chociaż? Wiedział, że nic w nich nie znajdzie, ten kto go tu wpakował na pewno zadbał o to, żeby był bezradny i bezsilny. -Ależ urządzę tego skurwysyna, oj popamięta mnie jebaniec! Prawa ręka już szperała po kieszeni. Musiał wyprostować nogę. Nic. -Kurwa!- żebra, zabolało, zacisnął szczękę, ząb, zabolało. Odpuścił. Jedno niemiłe uczucie następowało tuż po innym, jakby ustawiły się w kolejce. Chciał...zapłakać? Zrezygnował. Druga kieszeń też nic. A jeszcze się łudził. Po co? Że co? Znajdzie tam papierosy, zapalniczkę i wymknie się jak ten dziwak McGuyver, czy jak mu tam? Siedział, wpatrzony w dal i zadawał sobie jedno tylko pytanie. -Usiadłem, i co teraz?
5
Ściana go nie zaskoczyła. No może na początku, ale tego właśnie się spodziewał. Porostu podłogi, tylko, że w pionie. Taka sama. Dokładnie taka sama. Wielkie kamienie zespolone ze sobą cementem. Nikt o to nie dbał. Wszystko było nierówne względem siebie, mokre, obślizgłe, śmierdzące, zimne ...ale gładkie, lata zrobiły swoje. Chłód odczuwał coraz bardziej. Stopy, które były umorusane od brudu ziemi, dłonie to samo, spodnie też, plecy, kark, włosy, wszystko czym się dotknął podłogi było urżnięte w tym syfie i czuło zimno. Klatka piersiowa, ta była tylko lekko obrzygana. Zaczął się śmiać, zaczęło mu odbijać, ale tak lekko. Kiwał głową jakby nie wierzył w to co się dzieje. Głupie, zapewne pomyślał, o ile nie myślał cały czas od momentu jak się tu zjawił. Opierał się o ścianę. Jeżeli chodzi o niemiłe uczucia to było to bez różnicy, czy leżał czy siedział. Ale opierając się o ścianę dawał choć częściową ulgę swoim żebrom. Ząb nie bolał tak bardzo, jak go nie drażnił. Najbardziej wkurzała go głowa. Teraz mógł już o tym myśleć, więc to robił. -Ależ ten łeb mnie napierdala!- wyszeptał. „Proszę, odpuść...błagam” Nie.
6
„Gdzieś” jakieś rzygi. Oplute krwią. Najjaśniejszy kształt w tym wszystkim. Nieopodal jakaś sylwetka. Chłopak. Wysoki, tak metr osiemdziesiąt trzy „na oko”, o ile można mówić o mierze. Dobrze zbudowany, szczupły, ale wyglądał w porządku. Chuda, elegancka twarz, męskie rysy. Wiek, jak już o nim mówić, 23 lata...też „na oko”. Przecież niczego nie można brać „na prawdziwe liczby” w takiej sytuacji. Kruczoczarne lekko kręcone, falowane włosy. Dość długie. Nie do ucha, ale czoło zakrywały. Ogólnie przystojny, dziewczyny się za nim oglądały. Nie przeszkadzało mu to, ale daleko było do tego, żeby to lubił. Przecież miał ją, to dla niej chciał być, tylko. Poza tym wszystkim, matka zawsze mu mówiła, że dla niej jest i zawsze będzie „najprzystojniejszym mężczyzną na świecie”, czego chcieć więcej? Uśmiech. Mamę kochał bardzo. Nie ważne co i jak, zawsze. Był zmartwiony. Czemu? A kto by nie był? Siedzieć w takim gównie i się cieszyć? Raczej niemożliwe. Nie dla takich jak on, ambitnych, którzy przeżyli dużo i mieli dość. Chcieli żyć tak jak w marzeniach. -Chcesz coś od życia?- powiedział do siebie właśnie w tym momencie jak szykował się do tego, żeby wstać. Podkurczył nogi. Powoli, ale skutecznie ustawiał się do pozycji, z której mógłby wstać. Już. Raz, dwa, trzy. Zaczął wstawać, posuwając plecy po śliskiej ścianie. -To sobie TO weź!- dodał z wyraźnym wysiłkiem w głosie jak już był w połowie. Prawą ręką podtrzymywał się ściany. Lewa na brzuchu. Oddychał troszkę szybciej. Był zmęczony tym wszystkim. Podniósł głowę, rozejrzał się. Za wiele nie zobaczył. Ciemność. W zasięgu wzroku tylko rzygi. Nie stał tak długo. Wiedział co ma robić. Teraz, będąc w takiej pułapce, musi znaleźć sposób żeby się wydostać. Zaczął powoli chodzić trzymając się ściany. Opierał o nią prawą rękę. Ona też była po prawej. Zaczął ślizgać się. Przeszedł tak 3 metry, odległość- mówić trzeba o niej względnie. Róg. Natknął się na róg. To był duży sukces. Uśmiechnął się. Zmiana kierunku o dziewięćdziesiąt stopni w lewo. Prawa ręka wciąż na ścianie. Małe kroczki. Jeden za drugim, powoli. Nie ściskał zębów, widział czym to grozi. Zimne stopy metr po metrze przemierzały nieznane pomieszczenie. Chłód, lęk. Zastanawiał się co jeszcze tu znajdzie. Szedł tak już kolejny krok i nagle. Prawa noga zahaczyła o coś. Natknęła się na coś. O mało się nie przewrócił się o to coś. Coś dużego. Płaskiego i pionowego. Rurki. Ale nie ściana, ona ciągnęła się dalej. Coś tu było, postawione. Zaczął zniżać rękę. Niczym ślepiec, ale oczy miał otwarte. Może miał ślepą duszę? Skoro tego nie dostrzegał zmysłami to może zdać się na irracjonalne sposoby? Nie. Schodząc palcami po ścianie, macał dalej. Rurka. Metalowa rurka. Może aluminiowa. Zaczął macać od strony ściany. Zaokrąglała się „Łóżko”- pomyślał od razu. Ale to by chyba było za proste. Chociaż? Może „ten ktoś” kto go tu umieścił jednak dał mu jakieś szanse, dał mu posmakować trochę człowieczeństwa? Zaczął jechać palcami po rurkach. Jednak układały się w coś co przypominało łóżko, metalową pryczę. Uśmiech. Odpoczynek? Zaczął się głupio śmiać. Smak zwycięstwa. Teraz dotykał jakiegoś kątownika. Zaczął iść, mając za przewodnika nowe znalezisko. Dotykał go i szedł. Szerokość, wystarczająca na łóżko. -Łóżko- powiedział raźniej. Zaczął obchodzić. Wciąż trzyma się brzegów. Miał ochotę się na nie rzucić. Stop. A jeśli jest stare? A jeśli wyro to nie wyro? Zgarbiony wyciągnął rękę, aby sprawdzić, czy aby na pewno jest to łóżko. Pusto. Nic. Czyli tylko jakiś metalowy szkielet. Nadzieja prysła. Ale nie poddawał się. Szukał czegoś, jakiegoś sensu w tym wszystkim. Nadal szukał „wytchnienia”. Dlatego wymacał wszystko, aby finalnie stwierdzić, że to jednak jest „łóżko”, a raczej kiedyś nim było. W środku tego szkieletu nie było prętów na których mógłby się położyć. Był zdruzgotany. Tyle energii na to poświęcił. Żeby się dowiedzieć. -Nadzieja- szepnął. Właśnie po to tu to postawili. Żeby torturować- nadzieją. Bo to ona zawsze pozwala nam wytrzymać jeszcze więcej. Jeszcze więcej po tym co przeszliśmy. Bo może zaraz przekroczymy linię, do której tak dążyliśmy? I dlatego je postawili. Żeby dać nadzieje i od razu ją zabrać! Żeby dobijać. Żeby przedłużyć trwający horror. Usiadł na chwilę ...na tym szkielecie. Metalowe śruby niepewnie łączyły ze sobą poszczególne elementy. To wszystko dobite rdzą, jego uszy doznały kryształowego dźwięku skrzypienia starej, zdezelowanej pryczy jednoosobowej, model standardowy- więzienny. I to wszystko. „Więc to jest kolejny róg”. Zaczęły się domysły. „Jeśli tak, to uwięzili mnie w jakiejś średniowiecznej celi sześć na sześć”. Dali mu prycze jako nadzieje, naszprycowali jakimiś świństwami, pobili, okradli i wrzucili tutaj. „Ale po co?”. Brwi zmarszczyły się w geście pytania. „Przecież nie mam żadnych wrogów”. No może nie zupełnie. „Ale nie takich, żeby byli gotowi zrobić mi coś takiego”. A może zalazł komuś za skórę nieświadomie? „A może tu chodzi o nią?”. Ale co ona mogła mieć z tym wspólnego? „Niewiele”. To wykluczył. „Mama? Długi?”. Nie. Ona się nie miesza w takie rzeczy. „Nie pożyczyłaby pieniędzy od takich ludzi”. Z resztą skąd by miała dojścia. „O dojścia nie trudno, czasami sami przychodzą”. Ale przecież w domu wszystko było ok. „Nie zrobiliby takiego syfu o niezapłacone…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil damian borowski
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…