CHMURA
SF - Bardziej science niż fiction - o tym co mogą Chmury...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
CHMURA
Departament Pogody CNN, Atlanta, 2 lipca 2022r.
Bryan Fuller, prezenter pogody stacji CNN przeżywał najtrudniejsze dni w swojej zawodowej karierze. Nigdy dotąd nie poczuł tak dotkliwie brzemienia odpowiedzialności. Zwłaszcza teraz, gdy opuścił gabinet szefa żegnany słowami: „Mam dla ciebie taką radę: zrób, jak uważasz”. Ale cóż – szef był mistrzem w zrzucaniu z siebie odpowiedzialności i doklejaniu się do sukcesów wypracowanych przez podwładnych. Sielankowa atmosfera towarzysząca mu dotąd w pracy została zaburzona przez lawinę informacji o dziwnych anomalnych zjawiskach meteorologicznych, które w ciągu ostatniego miesiąca przysyłali telewidzowie i internauci. Przedtem nie miał z tym problemu; owszem zdarzało się sporadycznie jakieś zdjęcie, czy filmik, ale nie lawina! Przypomniał sobie książkę, którą przeczytał jeszcze w college’u, o histerii UFO w połowie lat 50. XX w. Po opublikowaniu w mediach raportu pilota o zaobserwowaniu kilku niezwykłych obiektów latających ludzi ogarnął jakiś amok, widzieli UFO we wszystkim: w chmurach, gromadach ptaków, samolotach, latawcach... Siłą rzeczy pojawili się cwaniacy, którzy dla rozgłosu wpuszczali w obieg fałszywki, np. fotki podrzuconej w górę puszki konserwy, lub wręcz całe zmyślone historie – choćby ten... jak mu tam było... chyba Adamsky, który twierdził, że spotkał przybyszów z Wenus na pustyni kalifornijskiej i zwiedził bazy UFO na Księżycu. W czasach college’u Fuller był gorącogłowym szczeniakiem, więc chłonął takie historie z wypiekami na twarzy, lecz dziś dysponował już sporym ładunkiem sceptycyzmu. Zatem miał teraz dylemat, co z tymi rewelacjami robić? Upubliczniać? Jeśli tak postąpi, a okaże się, że to manipulacja, oszustwo, pic-fotomontaż – skompromituje się. Jeśli jednak są to informacje prawdziwe? Otworzył laptopa, by raz jeszcze przyjrzeć się sensacyjnym materiałom. Kłopot w tym, że większość z nich jest tak dziwna, że wręcz nieprawdopodobna – westchnął. Choćby ta scena nagrana smartfonem przez telewidza z Louisville podczas spaceru w lesie, na której wiatr „gwiżdże” Adagio Barbera. Toż to oczywisty fejk! W dzisiejszych czasach można podrobić cyfrowo każdy instrument, czy wygenerować syntezatorem dowolny efekt akustyczny. Sprawdził tożsamość gościa – był to poważny, stateczny człowiek, wykładowca historii na miejscowej uczelni. Rozmawiał z nim via Skype i wydało mu się nieprawdopodobne, by taki facet bawił się w jakieś sztubackie gierki. Albo ta seria zdjęć chmur, każda w kształcie idealnego sześciokąta foremnego, układających się w gigantyczny plaster miodu. Niby nieprawdopodobne, ale przecież natura „produkowała” już podobne twory, choćby te bazaltowe formacje skalne na wybrzeżu Irlandii Północnej zwane Groblą Olbrzyma. Podobnie problematyczne wydaje się nadesłane przez mieszkańca Alaski nagranie burzy śnieżnej, gdzie widać wyraźnie zastygającą na kilka sekund replikę pomnika czterech prezydentów USA na Mount Rushmore. Fatamorgana? Jakieś odbicie w jonosferze? Czy jednak fałszywka? Jeśli tak, to doskonała. Najbardziej niezwykły był jednak grad. Tydzień temu farmer z Forest Grove w Montanie, zgłosił się z informacją o burzy gradowej w okolicy. Burza jak burza, tyle że ziarna gradu miały kształt... liter alfabetu! Uznając rzecz za nieprawdopodobną, wręcz absurdalną, Fuller poleciał tam z silnym postanowieniem, że da nauczkę cwaniakowi. Okazało się jednak, że grad widzieli wszyscy mieszkańcy wsi – mało tego: wielu trzymało w zamrażarkach całe wiadra tych literek! Fuller też zabrał ze sobą trochę w termosie i trzyma do dziś w lodówce. Czy można podrobić grad? Jeśli nawet to po co? Owszem, widział kiedyś w markecie makaron w kształcie literek – ot, taki ekscentryzm mający złowić klientów – ale grad? Osobną serię stanowią wyładowania atmosferyczne. Te najdziwniejsze to „liniał” – seria szybkich uderzeń pioruna układająca się w idealną linię prostą z równie idealnym interwałem wynoszącym dokładnie 5 m. Jeśli to podróbka, to można ją uznać za plagiat – podobną scenę wymyślił Spielberg w filmie „Wojna Światów”. Drugi element tej serii jest też niewiarygodny: to imponująca seria wyładowań tworzących fantastyczne, pulsujące złotem rozgałęzienia na nieboskłonie, które przekształcają się na moment w napis „GAME OVER”... Dla sprawnego animatora wyprodukowanie takiego clipu w Adobe Premiere to pestka, lecz czy to możliwe, by w ten dziecinny sposób zabawiał się jego nadawca, nobliwy adwokat o niepo¬szla¬kowanej (Fuller sprawdził to skrupulatnie) opinii? Trzeci, przysłany przez turystę z Ekwadoru i zatytułowany przezeń „Zaloty” jest chyba najbardziej niezwykły. Widać tu dwa pioruny kuliste; jeden „uwodzi” specyficznym „tańcem” drugiego. W efekcie dochodzi do zetknięcia i chyba każdy obserwujący ten filmik odruchowo oczekiwałby eksplozji – nic z tego – po tym kontakcie fizycznym pioruny przytulają się do siebie jak para kochanków w namiętnym ars amandi! Całkowicie rozbroił go jednak mail uzyskany z... orbity. Przesłał mu go astronauta pełniący akurat „wachtę” na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Mail zawierał serię zdjęć tornad powstających nad Karoliną i Nebraską. Wraz z układem chmur tworzyły one wręcz perfekcyjny symbol „pacyfy”. Astronauta z pewnością nie robiłby z niego jaj, niemniej Fuller zadzwonił do rzecznika prasowego NASA, by zweryfikować ten materiał. Rzecznik potwierdził, że otrzymali takie zdjęcia, jednak bagatelizował sprawę, argumentując, że ludzka wyobraźnia potrafi narzucić skojarzenia – ot, choćby casus słynnego zdjęcia „marsjańskiej twarzy” z regionu Cydonia Planitia. Wiadomo, że jest to iluzja optyczna, gra świateł i cieni, lecz do dziś nie brakuje wierzących, że to pomnik marsjańskiej rasy, która wyginęła... Niby rzecznik ma rację, przecież, jak głosi psychologia Gestalt, nasze mózgi dopasowują widziane kształty i ich wzajemne relacje do wzorca, który już znają. Z drugiej jednak strony środowisko naukowe, wyciągnąwszy wnioski po fatalnych doświadczeniach tej histerii UFO, jest niechętne medialnemu nagłaśnianiu podobnych sensacji. Kto wie, może się nawet astronaucie oberwało za wysłanie tego maila do mnie? „Same dylematy” – westchnął Fuller i z rezygnacją zatrzasnął wieko laptopa. Zanim udał się z tym problemem do szefa, zagadnął Roberta – kolegę, z którym na zmianę prowadził prezentację prognoz pogody. Na pytanie, czy otrzymuje korespondencję z podobnymi anomalnymi zjawiskami, Robert lakonicznie odrzekł: – Owszem, coś tam przychodzi. – I co z tym robisz? – Olewam. Napełniam tym kosz. Fuller czuł w głosie kolegi rezerwę i nie do końca dowierzał w prawdziwość jego słów. „Może przygotowuje jakiś sensacyjny materiał i obawia się, żebym go nie uprzedził?” – pomyślał. – Trzeba znaleźć kogoś, kto podejmie się próby zweryfikowania autentyczności tych nagrań – zdecydował. Ponownie otworzył laptop i rozpoczął poszukiwania. Po przeanalizowaniu kilkunastu potencjalnych konsultantów, wybór padł na profesora Roba Jacksona, klimatologa z Departamentu Nauk o Ziemi Uniwersytetu Stanforda. Fuller wystukał numer. Miał fart – profesor odebrał w miarę szybko. – Pan profesor Jackson? Tu Bryan Fuller, prezenter pogody w CNN. – Witam pana, czym mogę służyć? – Panie profesorze, otrzymuję sporo doniesień o anomalnych zjawiskach atmosferycznych i poszukuję kompetentnej osoby, aby skonsultować ich autentyczność... – Skoro pan dzwoni do mnie, rozumiem, że przyznał mi takie kompetencje – usłyszał tubalny śmiech profesora. – Jeśli tak, nie mam nic przeciwko temu! – Doskonale – ucieszył się Fuller. – Wobec tego, jak się możemy umówić? – Chyba wie pan, gdzie mnie szukać. Chociaż moment... Przecież wasza siedziba jest w Atlancie? – Tak. – To się dobrze składa, nie będzie pan musiał tłuc się przez całe Stany do mnie. Dokładnie za 10 dni mam wygłosić na waszym stanowym uniwersytecie publiczny wykład dotyczący meteoinżynierii. Zatem zapraszam, podniesie mi pan frekwencję – znów zaśmiał się zaraźliwie. – A po wykładzie porozmawiamy sobie, OK? – OK, bardzo pan uczynny. Zatem dziękuję i do zobaczenia!
Uniwersytet Stanu Georgia, Atlanta, 12 lipca 2022 r.
– Szanowni Państwo, witam serdecznie! W ramach naszego cyklu wykładów publicznych zatytułowanego „Utopia czy realność?” posłuchamy dziś profesora Roba Jacksona, wybitnego klimatologa z Departamentu Nauk o Ziemi Uniwersytetu Stanforda, który zapozna nas z historią i stanem bieżącym meteoinżynierii. Witam panie profesorze, dziękuję za to, że nas pan zaszczycił swoją chęcią podzielenia się wiedzą i zapraszam na mównicę! – powiedział prof. Allan White, rektor Uniwersytetu Stanu Georgia. Fuller, który usiadł w ostatnim rzędzie, omiótł wzrokiem salę. Wykład był publiczny, więc prócz zainteresowanej braci studenckiej nie brakowało osób starszych, wręcz w wieku emerytalnym. „Profesor ma trudny orzech do zgryzienia – pomyślał. – Jest między młotem a kowadłem. Dla studentów wykład może okazać się zbiorem truizmów, podczas gdy dla osób spoza branży chińszczyzną. No, ale to jego problem; pewnie już zjadł zęby na podobnych doświadczeniach”. Prof. Jackson wszedł na podest, uścisnął dłoń rektora, ukłonił się dwornie publiczności i rozpoczął wykład. – Witam państwa i od razu składam wyrazy współczucia, bo nikomu nie zazdroszczę perspektywy słuchania takiego jajogłowego typa jak ja. Zacznijmy od pytania: jaka jest różnica między meteorologią a meteoinżynierią? – zawiesił głos jakby oczekiwał odpowiedzi, lecz sala milczała. – Taka sama jak między czytaniem, a pisaniem książki. Meteorologia polega na obserwowaniu i prognozowaniu pogody, a meteoinżynieria na sterowaniu nią. To znaczy na modyfikowaniu lub wręcz kreowaniu pogody. – Sterowanie pogodą może przynieść ludzkości niemałe korzyści. Może znacznie ograniczyć niszczycielską moc huraganów, rejonom o suchym klimacie dostarczyć wodę, a nawiedzanym przez powodzie ograniczyć ich zasięg. Ale może również znacznie wzmocnić działalność destrukcyjną człowieka, więc ma niebagatelne znaczenie militarne. Jeżeli komuś uda się wpływać na pogodę, to trzyma w ręku największą broń świata. Może spowodować takie warunki atmosferyczne, w których samoloty bojowe nie będą latać, lub sprokurować taką ulewę, że nawet pojazdy gąsienicowe będą bezużyteczne. Może poprzez zmianę klimatu sprawić, że dany teren nie będzie się nadawał do zamieszkania. Jednym słowem, może bardzo mocno osłabić przeciwnika, pozwolić wygrać bitwę, a nawet wojnę. Na wielkim ekranie za plecami profesora pojawiały się slajdy ilustrujące słowa profesora. – Ciekawe, że termin meteoinżynieria został po raz pierwszy użyty właśnie w kontekście militarnych zastosowań, konkretnie w tzw. Operacji Popeye prowadzonej na przełomie lat 60. i 70. XX wieku przez armię USA w Północnym Wietnamie, a polegającej na zasiewaniu chmur jodkiem srebra w celu przedłużenia sezonu monsunowego. Operacja ta była realizowana pod hasłem „make mud, not war” będącym aluzją do modnego podówczas hasła hipisowskiego „make love, not war” i wywołała medialną wrzawę. Pod naciskiem opinii publicznej, zbulwersowanej tym, że generałowie bawią się w Pana Boga, Kongres uchwalił w 1974 r. ustawę zakazującą manipulowania pogodą w celach militarnych. Od 1978 r. zakaz ten zaczął też obowiązywać wszystkie kraje członkowskie ONZ. „Ciekawy wstęp” – pomyślał Fuller. Nie umiał rozpoznać, czy profesor dworuje sobie z pacyfistów, czy też raczej daje prztyczka wojskowym. Tymczasem Jackson kontynuował: – Powiedziane wyżej nie oznacza, że zaniechano wszelkich badań nad możliwościami sterowania pogodą. Przed dwoma laty rząd USA, na wniosek grupy naukowców związanych z Amerykańską Narodową Służbą Oceaniczną i Meteorologiczną (NOAA - National Oceanic and Atmospheric Administration, odpowiednik polskiego IMGW) , powołał do życia projekt „Zdalne Sterowanie Pogodą” (RWC - Remote Weather Control) , którego mam zaszczyt być konsultantem. Proszę się jednak nie martwić, tym razem generałowie nie bawią się w Pana Boga, bo projekt RWC jest jawny i nie ma związku ze sferą militarną. – Ale do tego wrócimy jeszcze, teraz kilka słów o historii. Techniki modyfikacji pogody są znane i stosowane od wielu lat, choć nie aż tak wielu, żebym mógł pozwolić sobie na rozpoczęcie wykładu klasycznym „już starożytni Egipcjanie”. Są to głównie działania geoinżynieryjne, polegające na rozpylaniu specjalnych substancji (np. wspomniany jodek srebra) w celu bądź to wywołania deszczu, bądź osłabienia cyklonów. Pierwszy sztuczny deszcz był wywołany już pod koniec lat 40. XX wieku. Dziś celują w tym Chińczycy... „Na razie mamy elementarz” – pomyślał Fuller, który tę wiedzę miał „w małym paluszku”. Pojawiające się kolejno slajdy przywołały w nim wspomnienia z tych wspaniałych studenckich czasów, kiedy z pasją właściwą młodemu wiekowi chłonął meteorologiczną wiedzę. Po dłuższej chwili ocknął się i skarcił w myślach: „ty Fuller słuchaj wykładu, bo dasz plamy, jeśli profesor zrobi ci mały sprawdzian!” – ... rząd zrealizował 3-letni projekt modyfikacji pogody, dzięki któremu udało się zwiększyć liczbę opadów na obszarze 10% powierzchni kraju. Pozwoliło to nie tylko załagodzić susze, ale także ograniczyć pożary lasów. Podobne działania podejmowano w Emiratach Arabskich, ale tu w 2017 r. przedobrzono z rozpylanymi kryształkami soli i burza wymknęła się spod kontroli powodując gradobicie i powodzie. Jak widać, z solą trzeba uważać nie tylko w kuchni. Z kolei w walce z żywiołami metodami geoinżynierii w1969 r. udało się rozbroić huragan Debbie, osłabiając jego siłę o 30%. Inne tego typu działania to rozpylanie aerozoli w atmosferze powodujące lokalne zwiększenie albedo Ziemi w celu obniżenia globalnej temperatury. Są jednak obawy, że może to doprowadzić do poważnych zaburzeń klimatycznych. – Znaczącym elementem w dążeniu do sterowania pogodą był program „Aktywna Aureola Fal Wysokiej Częstotliwości” (HAARP - High Frequency Active Auroral Research Program) . Jego celem było badanie jonosfery i zachodzących w niej procesów, co miało dostarczyć wiedzy potrzebnej do usprawnienia komunikacji na duże odległości. W programie kluczową rolę odgrywał zainstalowany na Alasce system nadajników, który emitował promieniowanie elektromagnetyczne dużej mocy, stymulując jonosferę w danym miejscu. W efekcie udało się nawet wytworzyć sztuczną zorzę polarną. Trzeba jednak dodać, że wokół tego projektu pojawiło się wiele mitów wylansowanych przez miłośników teorii spiskowych. Dla przykładu, według nich HAARP posłużył do wywołania trzęsienia ziemi, a w rezultacie ogromnej fali tsunami na Pacyfiku w 2011 r., które doprowadziło do zniszczenia północno-wschodniego wybrzeża Japonii, wcześniej wywołał huragan „Katrina”, spowodował katastrofę promu Kolumbia... „Kiedyś czytałem, że HAARP ma odpowiadać nawet za masowe wymieranie ptaków w wielu miejscach na świecie na początku 2011 r., czy delfinów i żółwi w 2012 r. – przypomniał sobie Fuller. – Podobno wywołuje zaburzenie zmysłu orientacji tych zwierząt”. – ...twierdzono też, że fale elektromagnetyczne emitowane przez system mogą wpływać na pracę ludzkiego mózgu, sterując emocjami i nastrojami osób – kontynuował profesor. – I mimo że system anten na Alasce uważany za „jądro zła” został już dawno zdemontowany, miłośnicy teorii spiskowych nie ustają w poszukiwaniach sensacji i twierdzą, że ten demontaż ma tylko odwrócić uwagę od innych równie podejrzanych projektów. – Ale nie zaprzeczy pan profesor, że był to program finansowany przez armię? – spytał przekornie starszy jegomość z wydatną czarną brodą. – Nie zaprzeczę, wszak głównym udziałowcem tego programu jest Agencja Zaawansowanych Projektów Badań Obronnych (DARPA - Defense Advanced Research Projects Agency) . Niemniej, wbrew temu co twierdzą „spiskowcy”, nie był on tajny. Wyniki badań były upublicznianie i szeroko komentowane, a dostęp do ośrodka w czasie dni otwartych mieli nie tylko naukowcy z całego świata, ale wszyscy, którzy chcieli go odwiedzić. Sam też kilkakrotnie tam gościłem – uśmiechnął się profesor. – Pozostawmy jednak ten okołonaukowy folklor i wróćmy do poważnych badań. No, może na początek nie do końca poważnych, lecz o tyle istotnych, że były to pierwsze próby wpływu na pogodę środkami innymi niż geoinżynieryjne. Miały one miejsce na Ukrainie, gdzie niejaki Wiktor Pietrowicz Bowbałan zaprzągł do sterowania pogodą siłę woli. „Pierwsze słyszę! – zdumiał się Fuller. – Pachnie to pseudonaukową szarlatanerią”. Profesor Jackson jakby czytał w jego myślach: – Choć mamy tu do czynienia raczej z naukową hochsztaplerką, sama idea jest godna uwagi, zwłaszcza w powiązaniu z fizyką kwantową. Naukowcom sen spędza z powiek zdumiewające zjawisko: otóż cząstka elementarna zachowuje się inaczej, gdy jest obserwowana, a inaczej gdy nie jest! Innymi słowy na poziomie kwantowym sam fakt obserwacji danego układu kwantowego (zatem udział świadomości) ingeruje w ten układ, wpływając na jego stan. Używając bardziej fachowego języka powiemy, że wektor stanu (czyli wektor opisujący stan kwantowy danego układu) ulega dwojakiego rodzaju zmianie. Dopóki układ nie jest przedmiotem obserwacji, zmienia się zgodnie z falowym równaniem Schrödingera, w którym operator zwany hamiltonianem określa jego ewolucję. Natomiast gdy układ jest obserwowany, hamiltonian zmienia się w sposób nieciągły (ulega kolapsowi). Fizycy przypisują ów kolaps wektora stanu podzbiorowi zmiennych świadomości, które nazywa wolą. – „Ostro poleciał profesorek – pomyślał Fuller. – Skończył się elementarz”. On sam zaliczył na studiach wykłady z mechaniki kwantowej, więc z zakamarków mózgu przypływały mgliste jego fragmenty, ale nie zazdrościł słuchaczom o humanistycznej proweniencji. Profesor rozejrzał się po sali i pokiwał głową. – Oj, odnoszę wrażenie, że część z Państwa myśli teraz: „jeszcze jeden taki wywód i demonstracyjnie wyjdę!”. No to powiem prosto z mostu jaki z tego wywodu płynie wniosek: nasza wola ma wpływ na zachowanie się materii! Potrzeba tylko wystarczająco intensywnej siły woli, by poprzez kolaps wektora stanu na poziomie kwantowym doprowadzić do zmian układu na poziomie makroskopowym. Uwzględniając ten kontekst, zauważmy, że zbyt pochopnie zaliczyliśmy Bowbałana w poczet hochsztaplerów! Na sali rozległy się przytłumione śmiechy. Profesor spojrzał w tym kierunku z aprobatą i kontynuował: – Na marginesie, koncepcja ta znakomicie tłumaczy większość tzw. zjawisk paranormalnych (telekineza, dematerializacja, teleportacja). Może także wyjaśnić sukcesy uzdrowicieli, dotąd uważanych za oszustów (albo świętych, zależnie od punktu widzenia). – Dostrzegając w przedstawionych powyżej koncepcjach możliwość zastosowania ich w zagadnieniu sterowania pogodą, w ramach projektu RWC powołano zespół Zespół ds. Paranormalnej Synergii Świadomości (PAST - Paranormal Awareness Synergy Team) w celu przeprowadzenia eksperymentów mających zbadać możliwy wpływ woli człowieka na zdarzenia meteorologiczne. Na terenie całych Stanów Zjednoczonych przeprowadzono badania i wyselekcjonowano osoby posiadające paranormalne zdolności, zakładając, że ich synergiczne współdziałanie niejako zsumuje moc świadomości, przez co zapewni wzmocnienie woli do poziomu umożliwiającego oddziaływanie na zjawiska pogodowe. W tym momencie w drugim rzędzie poderwał się młody człowiek z bujną rozwichrzoną czupryną: – Panie profesorze, co pan rozumie przez „moc świadomości”? O co tu chodzi? Profesor spojrzał na niego z zadowoleniem. – Słuszne pytanie, młody człowieku. Sprawa świadomości jest złożona. Aby zrozumieć jej istotę, trzeba porzucić klasyczną sokratejską koncepcję zakładającą, że świadomość jest produktem mózgu. Dziś naukowcy twierdzą, że jest odwrotnie: świadomość istnieje poza ograniczeniami narzucanymi nam przez czas i przestrzeń. Jednym z pionierów tej idei był John Archibald Wheeler, fizyk, profesor Uniwersytetu w Princeton. Uważał on, że czasoprzestrzeń jest wypełniona i organizowana przez coś w rodzaju wszechobecnej kwantowej świadomości. Myśl tę kontynuowali m.in. wybitny fizyk Roger Penrose i Stuart Hameroff, równie wybitny anestezjolog znany z badań nad świadomością. Stworzona przez tych panów kwantowa teoria świadomości nazwana Orch-OR (Skrót od Orchestrated Objective Reduction czylizorkiestrowana redukcja obiektywna) twierdzi, że świadomość zawdzięczamy kwantowym efektom jakie zachodzą w mikrotubulach – nanostrukturach białkowych stanowiących cytoszkielet każdej żywej komórki pełniących także ważną rolę w procesach jej podziału. Darujmy sobie szczegóły, zainteresowani na pewno sobie to „wyguglają”. To było w końcówce XX w., a w naszych czasach twórca teorii biocentryzmu Robert Lanza twierdzi, że świadomość istnieje poza ograniczeniami narzucanymi nam przez czas i przestrzeń. Innymi słowy nie jest ona lokalnie przypisana do ciała, tylko jest obiektem kwantowym z zasady nieprzypisanym do miejsca. – W takim razie jaka jest rola mózgu? – znów poderwał się długowłosy młodzian. – Mózg pełni w tym układzie rolę detektora, odbiornika. – Aha, to trochę tak jak z komputerem i internetem? – młodzian był wyraźnie podekscytowany. – Tak jak komputer nie wytwarza Internetu, tylko się z nim łączy (by nie rzec – scala), tak mózg nie wytwarza świadomości, lecz ją niejako odbiera, staje się jej siedliskiem? – Znakomitą metaforę pan wymyślił – pochwalił go profesor. – Potocznie mówimy, że mózg posiada świadomość, ale „posiada” nie oznacza jeszcze, że ją wytwarza. Skoro poruszamy się w obszarze metaforyki, powiem, że mózg jest organem, „zasysającym” lokalnie świadomość nielokalną w stopniu właściwym jego predyspozycjom – psychicznym i parapsychicznym. Stąd wniosek, że zsynchronizowana mentalnie grupa osób może poprzez mechanizm synergii „zassać” większą jej „porcję” niż indywidualny osobnik. Ergo moc oddziaływania synergicznie uzyskanej świadomości zespołu PAST będzie większa niż pojedynczego osobnika – więcej – okazało się także, że większa niż „arytmetyczna” suma mocy świadomości wszystkich jego członków. Sala ożywiła się; panującą dotąd pełną skupienia ciszę wypełnił przytłumiony gwar. Profesor zareagował natychmiast. – Mam coś bliżej wyjaśnić? W trzecim rzędzie podniósł rękę korpulentny gość. – Chciałem spytać dlaczego tak beztrosko wydaje się pieniądze podatników, inwestując w taki zespół jedynie na podstawie jakiejś mętnej teorii. – Proszę pana, nie mam kompetencji do wypowiadania się w temacie polityki ekonomicznej rządu – odpowiedział profesor Jackson. – Ale chcę wyprowadzić pana (i wszystkich podobnie myślących) z błędu: otóż nie tylko na podstawie teorii. Oddziaływanie woli umysłu na rzeczywistość materialną została ponad wszelką wątpliwość potwierdzona empirycznie. Stało się to w laboratorium Badań Anomalii Technicznych w Princeton (PEAR - Princeton Engineering Anomalies Research) . Głównym celem realizowanego tam przez 3 dekady programu było zrozumienie roli świadomości w strukturze świata fizycznego. I tak przy użyciu elektronicznego generatora liczb losowych (RNG - Random Number Generator) wykazano wpływ woli człowieka na obniżenie, bądź podwyższenie częstości generowanych jedynek. Badacze stwierdzili, że na wyniki praktycznie nie ma wpływu odległość dzieląca badanego od generatora, szybkość generowania sygnałów, itp. Kolejne eksperymenty wykazały, że udział większej grupy ludzi wzmacnia oddziaływanie na RNG, czyli efekt synergii rzeczywiście występuje. – Na zakończenie – i na potwierdzenie wyżej powiedzianego – kilka słów o efektach pracy zespołu PAST. Kilka – bo z jednej strony nie są one zbyt wielkie ze względu na krótki okres (zespół został utworzony ledwie pół roku temu), z drugiej – pewne aspekty badań zostały objęte tajemnicą państwową, mimo że, jak już wspomniałem, cały projekt RWC jest jawny i nie ma związku ze sferą militarną. – Nim powiemy o sukcesach, pomęczę jeszcze troszkę państwa teorią. O! Już widzę radość na niektórych twarzach! – profesorowi wyraźnie dopisywał humor. – Otóż musimy sobie zdać sprawę z tego, że modyfikacja zdarzeń wymaga tym większych nakładów woli, im bardziej wymuszane zmiany odbiegają od poziomu kwantowego. Inaczej: tym łatwiej zmienić bieg danego zjawiska, im bardziej elementarnych mechanizmów dotykamy. Dlatego należy szukać sytuacji, w których mała zmiana czy ingerencja na starcie procesu powoduje w efekcie ogromną zmianę na jego końcu. Taka sytuacja ma miejsce w warunkach tzw. chaosu deterministycznego. Twórca tego pojęcia, amerykański meteorolog i matematyk Edward Lorenz przedstawił jego istotę anegdotycznie, dzięki czemu na trwałe weszła do społecznej świadomości: oto trzepot skrzydeł motyla gdzieś w Singapurze może spowodować burzę nad Karoliną Północną w USA. Ten z pozoru niewinny wpływ jednych wydarzeń na drugie, który może skutkować lawiną kolejnych, zaczęto nazywać właśnie efektem motyla – pewnie też dlatego, że tzw. atraktor Lorenza, czyli graficzna reprezentacja układu trzech równań różniczkowych opisujących stan chaosu deterministycznego do złudzenia przypomina kształtem motyla. Sami państwo widzą – dodał profesor, gdy na ekranie wyświetlił się atraktor Lorentza. – Taki stan występuje dość powszechnie w wa¬runkach meteorologicznych. Lorenz zajmował się właśnie prognozowaniem pogody. Był zaskoczony, kiedy wprowadzenie do wspomnianego układu równań różniącej się minimalnie liczby startowej znacznie zmieniało całą symulację, więc i prognozy na dalsze dni. – Jak minimalnie? – spytała blondwłosa studentka z prawej. – Dokładnie o – profesor poszperał w tablecie, gdzie miał skrypt wykładu – o 0,0251 procenta. – Manipulując pilotem, wyszukał odpowiedni slajd w prezentacji. – Teraz mogą państwo na ekranie zobaczyć różnice atraktora dla wartości wejściowych 0,506 i 0,506127. Przez salę znów przetoczył się przytłumiony gwar sygnalizujący, że wykres zrobił wrażenie. Zadowolony z tego profesor wyjaśnił: – To dlatego dziś żaden szanujący się meteorolog nie poda długoterminowej prognozy pogody, bo wie, że nie jest w stanie określić bieżących warunków tak dokładnie, aby uniknąć tego narastającego błędu w dalszych obliczeniach. – Lecz zespół PAST nie bazuje na obliczeniach. Wykorzystywane są tu zupełnie inne moce. Podzespół prekognitorów, monitorując stan pogodowy, znajduje sytuacje zawierające potencjał efektu motyla: swoistą „trajektorię” mogących nastąpić zdarzeń; przede wszystkim punkt startowy. Następnie zespół telekinetorów dokonuje modyfikacji zdarzenia w tym właśnie punkcie. W ten sposób udało się już dokonać „aborcji” trzech cyklonów – poprzez likwidację ich komórek jeszcze w stanie „prenatalnym”. Są też inne sukcesy, ale, jak o tym wspomniałem przed chwilą, zostały objęte tajemnicą państwową. – Na tym kończy się moja opowieść o wczoraj i dziś problematyki sterowania pogodą. Przepraszając za chaotyczny porządek wykładu (mam nadzieję, że był to chaos deterministyczny i wywoła w państwa umysłach efekt motyla), a miejscami także „hermetyczny”, specjalistyczny żargon, dziękuję Państwu za uwagę, zainteresowanie i żywiołową reakcję. Profesor skłonił się szarmancko żegnany zasłużonymi brawami.
*** Po wykładzie Bryan Fuller udał się za kulisy sali wykładowej, gdzie oczekiwał go już prof. Jackson. Widząc nadchodzącego prezentera, pomachał mu dziarsko ręką i podszedł w jego kierunku wyciągnąwszy dłoń na powitanie. Uścisk był prawdziwie męski; prezenter odwzajemnił go z trudem. – Witam panie profesorze. Bryan Fuller z Departamentu Pogody CNN – przedstawił się. – Ależ wiem, wiem, pańską twarz i sylwetkę znają chyba wszyscy w Stanach – prof. Jackson uśmiechnął się od ucha do ucha. – Niemałe jest też grono tych, którzy pana nienawidzą za niekorzystne prognozy; najwyraźniej uważają, że pan nie tylko opowiada o pogodzie, ale też za nią odpowiada, cha, cha! – Oj znam, to z maili i Twittera – odparł Fuller, śmiejąc się również. – Lecz, niestety nie jestem cudotwórcą, jak ten Ukrainiec, jak mu tam... – Bowbałan – podpowiedział profesor. – No właśnie. Jakoś umknęła mi ta postać. Może pan powiedzieć bliżej, czym on się tak wsławił, że zasłużył na miejsce w pańskim wykładzie? – Jakie tam miejsce, ledwie na małą wzmiankę. Bowbałan chwalił się niemałymi sukcesami – twierdził np., że urodzaj na Ukrainie w latach 1990, 93 i 94 jest wyłącznie jego zasługą. Przypisuje sobie też inne osiągnięcie: oto w kwietniu 1993 r. ponoć udało mu się przemieścić siłą woli cyklon z Islandii na Morze Barentsa! By go sprawdzić, władze zaproponowały eksperyment polegający na korekcji ruchu masy zimnego powietrza nad regionem kijowskim i dniepropietrowskim. Bowbałan wykonał postawione zadanie, lecz szef Centrum Hydrometeorologii dyplomatycznie stwierdził, że naukowcom dość trudno było rozróżnić, gdzie fronty atmosferyczne zmieniły trajektorie same z siebie, a gdzie pod wpływem woli Bowbałana. – Rzeczywiście dyplomatycznie – roześmiał się Fuller, lecz spoważniał, bo wzmianka o dyplomacji przypomniała mu o dobrych manierach. – Panie profesorze, przede wszystkim proszę przyjąć gratulacje – wykład był znakomity! – Cieszy mnie pana opinia, szczególnie dlatego, że jest pan człowiekiem „z branży”, więc dysponuje kompetencją w tym temacie. – Obawiam się, że moja kompetencja jest równa tej, którą miał główny bohater „Dnia Świstaka”! – Cha cha cha, co za skromność! – znów roześmiał się profesor. – Profesorze, bardzo dziękuję, że zgodził się pan na to spotkanie. Cieszę się z niego i ufam, że będzie owocne, bo mam już naprawdę skołowany umysł wobec dylematów związanych z anomalnymi zjawiskami, o których wspominałem panu w telefonicznej rozmowie. Znajdzie pan dla mnie kwadrans? – Oczywiście, nawet godzinę, samolot mam dopiero wieczorem! – Dziękuję, bardzo pan łaskawy. – Jeśli pan pozwoli, zapraszam do gabinetu, który przydzieliły mi władze uczelni; tam znajdziemy warunki do spokojnej rozmowy. – Doskonale! Przywiozłem komplet materiałów dotyczących tych anomalii. – Czego pan ode mnie oczekuje? – Przede wszystkim chciałbym zasięgnąć pana opinii w kwestii autentyczności tych materiałów, ale po wysłuchaniu pana wykładu nasunęło mi się jeszcze jedno pytanie: jeśli te materiały nie są fejkami, czyli jeśli anomalie miały rzeczywiście miejsce, na ile możliwe jest, żeby były one rezultatem eksperymentów z zespołem PAST. – OK. Chodźmy zatem. Przeszli korytarzem do pokoju – miał numer 223 i Fuller poczuł się jakoś raźniej, bo miał z tą liczbą dobre wspomnienia. Pokój tonął w mroku, więc profesor pilotem uchylił żaluzje. – Napije się pan czegoś? – spytał prezentera. – Jestem abstynentem, ale jeśli ma pan Pepsi... Profesor sięgnął do barku, pogmerał, wyciągnął…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil tsole
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…