Wróć do katalogu

Chodź, opowiem ci bajeczkę

A czy Ty lubisz bajeczki? Jeśli tak, to jakie?

DoktorUboot, opublikowano , 46 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

To na pewno była niedziela. Obudziłem się bardzo wcześnie, choć zamierzałem wreszcie porządnie się wyspać. Jak na złość skończyły mi się papieros. Nie muszę chyba nikomu tłumaczyć, że kawa bez papierosa to czysty nonsens. Pech. Sklep, który dotąd wydawał się być wiecznie czynny, tym razem powitał mnie ciemnymi witrynami. Postanowiłem poszukać kiosku. Uznałem też, że jeśli już mam iść tak daleko, to przynajmniej przespaceruję się przez największy w naszej mieścinie park i rozprostuję zasiedziałe kości. Gdy już tam dotarłem, zobaczyłem coś, co teoretycznie powinno ściąć mnie z nóg.

Po drugiej stronie stawu, który zresztą wyglądał na o wiele większy niż dawniej, dostrzegłem ogromnego białego niedźwiedzia. Musiał mieć ze dwadzieścia metrów, albo może i więcej. Wyglądało to dosyć zabawnie, akurat trzymał przed sobą w potężnych łapach uroczego szczeniaczka – uroczy szczeniaczek też nie ułomek, gabaryty sporej ciężarówki – i pozwalał mu z tej wysokości podziwiać okolicę. To nie koniec niespodzianek. Akurat zaczynało się lato, jakby temu na przekór wszystko wokół przykryła warstewka śniegu. Przyjąłem te zjawiska zaskakująco spokojnie, raczej z ciekawością niż z obawą. Może nawet z ulgą? Świat przecież musiał się zmienić, to co do tej chwili udało się ludzkości stworzyć wyczerpało się, nie mogło i nie było w stanie już dłużej trwać. Oczywiście zwykli ludzie nie byliby w stanie tego pojąć, ale my, naukowcy, humaniści byliśmy o tym przekonani. Pozostawało tylko czekać na chwilę przeobrażenia. W końcu się to stało.

Zawsze, przez całe życie, starałem się rozpatrywać wszystko na chłodno, na tyle na ile to możliwe racjonalnie, bez emocji i egzaltacji – w moim przypadku taka postawa, to poniekąd choroba zawodowa. Gdy to wszystko się zaczęło, byłem już dobrze zapowiadającym się naukowcem w dziedzinie socjologii. Nie groził mi więc obłęd na widok pojawiających się, niczym z kapelusza, na parkowych chodniczkach kolejnych opasłych postaci poprzebieranych w stroje Mikołaja albo motyla. Czerwone czapy z białymi pomponami tkwiły sobie na zwierzęcych łbach. Pierwszy minął mnie mikołaj z głową konia. Szczerzył białe zębiska, sapał i chyba się uśmiechał.

Świat szybko dostosował się do nowej rzeczywistości. Obok ludzi swoje stałe miejsce zajęli Bajkowcy, tak ich szybko nazwano i określenie to błyskawicznie pokonało drogę od języka potocznego do poważnych naukowych opracowań.

^^^

Koniec tych wspominek. Sala powoli się zapełniła. Subtelny stres delikatnie ścisnął mnie gdzieś w rejonie podbrzusza. Wyjrzałem jeszcze raz dyskretnie zza granatowej kotary. Pięknie, chyba z setka osób. Dawno nie przemawiałem przed taką masą ludzi. Ktoś z tyłu klepnął mnie w ramię. Uprzejmie, ale stanowczo. Wyszedłem więc na podest, gdy już objąłem dłońmi zimną szklaną mównicę, poczułem się już bardzo pewnie.

- Witam wszystkich szanownych zgromadzonych – usłyszałem swój głos ze wszystkich stron auli, grzmiał donośnie, zarazem ciepło, aksamitnie. Audytorium zlało mi się w ciemną masę tak samo ubranych mężczyzn i kobiet. Ją jednak widziałem bardzo dobrze. Siedziała w trzecim rzędzie, po prawej.

- Mam nadzieję, że z uwagą wysłuchają państwo tego, w mojej opinii ważnego, referatu. Jego tytuł brzmi: „Cywilizacja światowa w okresie przemian. Ludzie i Bajkowcy. Szanse, współżycie, zrozumienie.”

Zamilkłem na kilka sekund. Zapadła niemal idealna cisza, jedynie głośniki cichutko mruczały. Nie zdołałem się powstrzymać, raz jeszcze poszukałem wzrokiem Justyny. Nie wyszło to dobrze, akurat spojrzała mi prosto w oczy, pewnie już ostatecznie domyśliła się, że jestem w niej śmiertelnie zakochany.

Ogólnie, gdyby nie ten butwiejący z minuty na minutę głos, to mówiłem dobrze. Nie za długo, nie za krótko. Tyle lat szwendania się po sympozjach i wykładach zrobiło swoje. Skończyłem, brawa. Skłoniłem się w fałszywie skromnym podziękowaniu, zebrałem papiery i zszedłem z podestu. Na zapleczu auli nie było nikogo oprócz wiecznie zmartwionego szefa konferencji, sympatycznego pana Kazimierza.

- Bardzo dobrze Janek, dobrze było – ledwie rzucił ten brzmiący stosunkowo szczerze komplement i już pochłonęło go grzebanie w wielkiej tekturowej teczce pełnej dokumentów. – Widziałeś może profesora Kamińskiego? Za dziesięć minut ma odczyt.

Niestety, nie widziałem nigdzie tego Kamińskiego. Pan Kazimierz pokiwał ze smutkiem głową, i na powrót zatonął w swoich papierzyskach. Wyszedłem na korytarz, bezskutecznie próbując przypomnieć sobie trasę do wyjścia. Budynek, w którym odbywała się nasza konferencja był wyjątkowo skomplikowany, rano przed odczytem krążyłem dobre dziesięć minut, zanim znalazłem zaplecze auli. Najbardziej irytowało mnie, że nie miałem już najmniejszej szansy, by zobaczyć się z Justyną. Nie było czasu na szukanie jej wśród tłumów, musiałem jak najszybciej dostać się do hotelu, przebrać się i biec na oficjalne spotkanie naukowców z burmistrzami europejskich stolic.

W końcu znalazłem drzwi wyjściowe. Przystanąłem na chwilę na niewielkim spoczniku zewnętrznych schodków, zapaliłem papierosa. Jakiś kilometr dalej kilka jadowicie różowych rakiet powoli wznosiło w górę nieukończony jeszcze wieżowiec, błyszczący oślepiająco w słońcu granatem szkła. Gdy znalazł się już na odpowiedniej wysokości, rakiety osunęły się w dół wśród obłoków dymu. Budynek zawisł nad miastem i tym samym stał się najwyższym obiektem stolicy.

- I co pan o tym wszystkim myśli?

Ocknąłem się. Nie zauważyłem nawet, że ktoś do mnie dołączył. Obok mnie stał jakiś niepozorny facet, łysawy, okulary w drobnej ramce. Papierosa trzymał między okropnie żółtymi palcami. Po sześćdziesiątce. Pewnie też profesor.

- No wie pan – odpowiedziałem niemrawo – jeszcze nie do końca mamy dane, żeby jednoznacznie się wypowiadać.

Sucha twarz skrzywiła się w ironii.

- Panie, mów pan szczerze, przecież tu nas nikt nie słyszy. Pociągnął papierosa tak, jak tonący chwyta ostatni haust powietrza i wbił we mnie ponury wzrok.

Zakasłałem wymownie.

- Co pan ma właściwie na myśli? – zapytałem najuprzejmiej jak się da. Nie chcąc patrzeć mu w oczy, zająłem się poszukiwaniem dobrego sposobu na pozbycie się papierosa wypalonego już niemal do samego filtra.

- Nie ma pan żadnych wątpliwości? - Chyba każdy ma – odparłem nieco już rozdrażnionym tonem – ale nasza rola wyznaczona nam przez społeczeństwo, to rola zdrowych sceptyków. Mamy opisywać, kategoryzować i obserwować. Ze spokojem. Nauka to nie publicystyka.

Rzucił niedopałek wprost na betonowe schodki, pet poleciał w dół w zabawnych podskokach, zostawiając za sobą nitkę śmierdzącego dymu.

- Proszę pana – głos mu zadrżał – my jako ludzie bardziej świadomi niż przeciętny zjadacz wódki, mamy przede wszystkim takie zadanie, żeby ludziom mówić prawdę. Nie uważa pan?

Wzruszyłem ramionami. Kolejny oszołom jakich wielu w tym naszym środowisku. Postanowiłem jednak go wysłuchać. Będzie co opowiadać kolegom na uczelni.

- No właśnie, tego pana nie nauczyli – gderał. – Ludzie widzą to, co widzą, sami tego nie są w stanie zrozumieć, a na dodatek nikt nie chce im nic wytłumaczyć. Przecież nie jest normalne, że duża część naszego otoczenia przypomina ilustracje książek z baśniami. Albo raczej cyrk, i to na kółkach. Wszędzie jakieś krasnale, księżniczki, chatki na kurzych łapkach. Porąbane zjawiska... - Nie wszędzie chyba. – zaoponowałem. – Na razie zmiany zachodzą w pewnych określonych miejscach, inne rejony znowuż pozostają nienaruszone. Niech pan nie mówi „wszędzie” w takim razie.

Zapalił następnego. Nic dziwnego te jego żółte paluchy, pomyślałem. Co on w ogóle za płaszcz założył, to chyba jakaś peleryna i to poprzecierana. Dopiero po dłuższej chwili zauważyłem, że przypomina mi trochę mojego dziadka. Dziadzio już niestety nie żyje od wielu lat.

- Panie... – usłyszałem zza nowej ściany dymu, wyrosła między nami i długo nie chciała się przerzedzić. – Nikt nie wie, dlaczego to wszystko się dzieje. Póki co, wszyscy milczą. Politycy, media. Nie dziwi to pana? - Jak to milczą? Przecież nie ma dziś żadnego polityka, który nie nawiązałby do tych zmian, do Bajkowców. Żeby być w polityce, trzeba o tym mówić. Media? Media tym żyją proszę pana, proszę nie przesadzać. - Głupoty pan opowiadasz! – zezłościł się na dobre. – Nikt nic nie mówi. Słodkie pierdzenie nazywa pan mówieniem? To, że po ulicach chodzą zwierzęta ubrane w stroje ludowe, a po niebie w nocy latają eskadry kolorowych lampionów, to nie jest normalne ani tym bardziej zabawne! To jest po prostu prze-ra-ża-jące! A wszyscy morda w kubeł i udają głupków. Boją się, ale milczą. Gdzie jest proszę pana wojsko, przecież już dawno powinni to całe bajkowe towarzystwo rozpędzić w cholerę... – skończył wreszcie swój wywód, ponieważ nagle zakołysał nim potworny suchy kaszel.

Odrzuciłem dyskretnie peta za krzaczek, który wypatrzyłem w czasie tej osobliwej przemowy.

- Jakby co, to Pawłowski jestem – rzucił już odwrócony do mnie plecami - Z Krakowa. Dzwoń pan do „Gazety Małopolskiej”. Jakby co. Do widzenia.

Rozpłynął się dosłownie i tyle go widziałem. Westchnąłem ciężko. Poczułem się bardzo zmęczony. Gdzie jest Justyna? Muszę jej to wszystko opowiedzieć.

^^^

Cała nasza naukowa gromadka leniwie sunęła Alejami Jerozolimskimi. O pierwszej w nocy kiedyś bywało tu bardziej żywo, tak przynajmniej to zapamiętałem z dawnych, studenckich i przy okazji przed-Bajkowych lat. Teraz nie jeździły tędy nawet samochody. Sto metrów przed nami migały jakieś trzy sylwetki. Trudno było rozsądzić z tej odległości, czy to mogliby być ludzie, ale nic na to nie wskazywało, bo ludzie nie mają zwykle trzech metrów wzrostu. Zabawiali się podrzucaniem czegoś w rodzaju gigantycznej piłki o kształcie cytryny. Ta z gracją niedopompowanego balona wznosiła się w górę na dobre kilkanaście metrów, na kilka chwil zastygała na tle czarnego nieba, by potem na sekundę rozbłysnąć żółtawym światłem i wreszcie ociężale poddać się prawu grawitacji. Ci trzej powoli w ten sposób przepychali ją dalej i dalej w kierunku Ochoty. Śmiali się głośno, serdecznie, zaraźliwie, nie sposób było nie poddać się magii tego zjawiska.

Szedłem na samym końcu. Justyna z przodu, otoczona gronem koleżanek. Wyglądała jeszcze piękniej niż zwykle. Rudawe, błyszczące, proste włosy zakrywały połowę jej pleców. Trzymała pod rękę którąś z dziewczyn z naszego wydziału. Przez całe sympozjum nie miałem możliwości z nią pogadać. Minęliśmy się w pośpiechu kilka razy, chyba nawet się do mnie uśmiechnęła. Pozostało mi mieć nadzieję, że to nie było złudzenie.

Krok po kroku mijałem kolejne osoby, znalazłem się w końcu tuż za nią, po jej prawej stronie.

- Chodź, Janek, musimy pogadać – rzuciła w ten swój ulubiony autorytarny lecz zarazem uroczy sposób. Koleżanka natychmiast oderwała się od niej, szybko przykleiła się do jakiejś innej znajomej. Justyna chwyciła mnie pod ramię. Ugięły mi się nogi. Skąd wiedziała, że musimy pogadać? - Jak spędziłeś ten dzień, oprócz odczytu, rzecz jasna. Opowiadaj. – szliśmy blisko siebie patrząc na przesuwającą się coraz dalej przed nami fruwającą cytrynę. Ciepło jej przedramienia czuć było nawet przez rękawy naszych grubych kurtek. - Właściwie, Justyna, to stało się dziś coś dziwnego... – zacząłem niepewnie, nie mogłem być pewien, że właściwie zrozumie to, co zamierzałem jej opowiedzieć. W końcu to tylko przyjaciółka z pracy. Niestety. - Dziwnego? – spojrzała na mnie z nieudawanym zaskoczeniem, bujne rude włosy zamiotły mnie po policzku. - Poznałem dziś pewnego dziwaka. Pogadaliśmy chwilę na papierosie. To jakiś wariat, ale jakoś nie mogę przestać myśleć o tym, co wygadywał. Nie daje mi to spokoju. - Dawaj – nakazała; zrobiła to tak, że chciałoby się tylko jej powiedzieć dokładnie wszystko, co się wie, i łaknęłoby się tylko jej zainteresowania i jej opinii. - W sumie to nie było to nic niezwykłego. Gadał coś o tym, że nikt z nas się nie dziwi, temu co teraz widzi.

Ciemna bryła Dworca Zachodniego wyrosła przed nami zupełnie bez zapowiedzi. Przed dworcem stało kilka sennych taksówek. W jednej z nich na fotelu kierowcy drzemał sympatyczny borsuk w dziecięcej bejsbolówce na łebku.

- Masz na myśli na przykład to? – Justyna spojrzała znacząco na taksówkę i jej pogrążonego w śnie właściciela. - Tak – mruknąłem cicho. Uwielbiałem, gdy okazywało się, że dobrze się w jakiejś tam sprawie rozumiemy. - Janek, czy ty zawsze musisz tak odlatywać? Co w tym dziwnego? - Justyna, nie dziwi cię, że duży borsuk siedzi w taksówce?

Parsknęła i puściła moją rękę. Za to jednak delikatnie przesunęła dłonią po moich plecach. Ot, taki matczyny gest wyrażający troskę.

- Ciekawa jestem, czy masz nasze bilety. Pamiętam wyjazd do Wrocławia... – uśmiechnęła się prawie że zalotnie i zgrabnie zmieniła temat. - Pamiętam i ja, pamiętam. Cała kadra naukowa śpiąca na peronowych ławkach...

W jednej chwili, gdy tylko zechciała, zapomniałem o swoich rozterkach.

- Jak to dobrze, że za godzinkę będziemy w domu. Uwielbiam jazdę pociągiem, zwłaszcza w nocy. - Ja też – potwierdziłem.

^^^

W naszym mieście od kilku tygodni wszystko wyglądało i pachniało jakoś inaczej. Czuć było to na każdym kroku. Co prawda Bajkowcy nie zniknęli całkowicie, ale było ich wyraźnie mniej. Przestali się również uśmiechać, wcześniej wydawało się to nie do wyobrażenia. Ktoś opowiadał w autobusie, że podobno dwa krasnale pobiły jakiegoś staruszka. Nikt w to nie uwierzył. Tak czy siak, coś nieprzyjemnego wisiało w powietrzu. Wszystko poza tym działało jak dawniej. Atmosfera jednak nie była najlepsza. Wszyscy na wydziale byli jacyś smutni, przygnębieni. Wykorzystałem tę ogólną apatię i zaprosiłem Justynę do kawiarni. Jak zwykle pod pozorem zwykłych pogaduch.

Wprost bił od niej entuzjazm. Wieczór przy kawie i winie na pewno w tym pomógł. Śmiała się w kółko. Raz za razem chwytała mnie za dłonie, opowiadając coś z właściwym sobie zapamiętaniem. W pewnej chwili gwałtownie przerwała jakiś zaczęty przed momentem wątek, spoważniała.

- Janek. Przecież my powinniśmy być razem, dobra byłaby z nas para, nie?

Dobrze, że przed sekundą odstawiłem filiżankę z kawą. Całkowicie mnie zatkało.

- Przecież wydawało mi się, że chcesz tylko takich relacji, jakie między nami dotąd były. - A pytałeś o to? – uśmiechnęła się z politowaniem. - No nie, w sumie to nie pytałem – również się uśmiechnąłem, spocone ręce wytarłem o nogawki spodni. - To chyba musimy spróbować, co o tym sądzisz?

Tak mnie to wszystko zaskoczyło, że nie odpowiedziałem na to pytanie od razu. Gdy już doszedłem do siebie, chwyciłem jej głowę, przysunąłem do siebie i pocałowałem ją w sam środek nosa.

- Justyna, muszę za tydzień pojechać na dwa, trzy dni do Krakowa. Pojedziesz ze mną? - Do Krakowa? A co ty masz tam w Krakowie ciekawego? – już przekomarzała się po dawnemu. - Mam sprawę do załatwienia. - Jaką sprawę? Przecież jako twoja narzeczona powinnam to wiedzieć – policzki jej płonęły, chyba od wina. - Masz rację. Muszę zawieźć znajomemu materiały do pracy. Mógłbym mu to wysłać mailem, ale wolę palcem pokazać, co i jak z tymi materiałami. Przy okazji połazilibyśmy sobie po Krakowie, co ty na to?

xxx

Do Krakowa ostatecznie pojechałem sam. Justyna nie dostała urlopu. Jak się potem okazało, na szczęście. Już pierwsze kroki po wyjściu z dworca wprowadziły mnie w odmienną rzeczywistość. Co prawda widziałem już wcześniej, chyba w Rzeszowie, białe niedźwiedzie polarne jeżdżące na rowerach i ubrane w policyjne mundury, ale pierwszy raz w życiu zetknąłem się z wymazanymi sprayem napisami na ścianach w rodzaju: „jebać cyrkowców”. Gdy czekałem na taksówkę, zwróciłem uwagę na przyklejoną do słupa wlepkę. Przedstawiała krasnala umieszczonego w środku czerwonego kółka ze znamiennym przekreśleniem. Gdzieś też mignęła mi ulotka przyklejona taśmą do wiaty, na której z kolei widniało tylko i wyłącznie proste hasło: „Stop Bajkowcom”. Na innej znowu: „Stop Bajkowej propagandzie”. Wtedy uznałem, że jednak ten przyjazd to był świetny pomysł. Moja dusza socjologa ożywiła się, niepokój wzrostem anty-Bajkowych nastrojów zszedł na dalszy plan. Muszę przyznać, że wtedy odczuwałem jeszcze dosyć silne poczucie winy. Wobec wszystkich moich znajomych, wobec Justyny, wobec ludzi z wydziału. Przecież gdyby zorientowali się w tym, że w Krakowie chcę tak naprawdę spotkać się z jakimś oszołomem gaworzącym o jakiejś ukrywanej prawdzie i innych bzdurach, mogłoby to mnie kosztować bardzo dużo. Nie zostawiłbym im możliwości. Normalni ludzie takimi rzeczami się nie zajmują, i ja być może straciłbym prawo do traktowania mnie jak człowieka rozumnego.

^^^

- A jednak pan zadzwonił – Pawłowski tego dnia był w zdecydowanie lepszym nastroju niż podczas naszego pierwszego spotkania. Mówił spokojnie, bez nadmiernej emfazy. Palił dużo i głównie słuchał. - Tak, zadzwoniłem. Wie pan, jako naukowiec, socjolog, nie mogę nie podjąć choćby próby zrozumienia nowego zjawiska. - To znaczy że niby mnie? – spojrzał zaczepnie spod podsuniętych w górę okularów. - Nie, źle mnie pan zrozumiał. Podważa pan sens pewnych bardzo oczywistych wydarzeń. Myślałem na początku, że jest pan naukowcem. - Jestem dziennikarzem, dałem to do zrozumienia już tam, wtedy, w Warszawie. - Wiem, wiem – odparłem – pomyślałem o tym naukowcu na samym początku spotkania. Tak w ogóle, to co pan właściwie tam robił na tym sympozjum? - Przesłuchanko? - Nie, zwykłe pytanie. Chcemy być szczerzy, czy się bawić w kotka i myszkę?

Akurat podeszła do nas młoda, całkiem ładna kelnerka, chcąc chyba zapytać czy przypadkiem nie mamy ochoty czegoś zamówić. Pawłowski, siedzący od godziny przy małej szklaneczce niegazowanej wody, machnął bardzo niegrzecznie ręką, był to gest pod tytułem: daj mi spokój. Dziewczyna spojrzała na niego ze złością, ale nie mogła nic zrobić. Taka praca. Z wyrazem pogardy na twarzy oddaliła się do następnych stolików. Nachylił się bliżej mnie.

- Panie, byłem tam na robocie. Będziemy z kilkoma kolegami zakładać tajną organizację. Dla tych, którzy mają dość cyrkowców i krasnali. Mamy też ochotę na pozyskanie grubszych rybek. Pan rozumie, takie sympozjum liżydupców, urzędasów i profesorków, to istna kopalnia. - I ktoś dał się namówić? – zaciekawiłem się zupełnie szczerze, nie zwróciłem uwagi na jawną obrazę, ten facet powoli zaczynał mnie na tyle intrygować, że przestałem zauważać te jego specyficzne maniery. - Już się pan o to nie bój. Na razie oficjalnie pracuję w „Głosie”. Jak organizacja się rozkręci, to chcę się zajmować tylko tym.

Postanowiłem jakoś udobruchać kelnerkę i przy okazji spuścić nieco ciśnienia z tej naszej rozmowy. Uśmiechnąłem się przymilnie, akurat gdy przechodziła znów obok naszego stolika. Chyba już zapomniała o fatalnym zajściu sprzed dziesięciu minut, bo z profesjonalnie miłą minką zapiszczała: „słucham”. Poprosiłem grzecznie o jeszcze jedną kawę.

- No dobrze, ale tak już najzupełniej szczerze. Co się panu w tych cyrkowcach nie podoba? Czy oni komuś robią jakąś krzywdę? Urozmaicają nasze życie. Naprawdę ma pan jakiś problem z tymi lampionami? Albo z wielkimi niedźwiedziami? - Nic nie mam do nich. Po prostu mi się nie podobają – uśmiechnął się złośliwie i upił łyk wody z prawie pełnej wciąż szklanki. - I to ma być argument? - No, taki sam, jak pana bajania o tym upiększaniu naszego życia. Nie umie pan powiedzieć nic od siebie? Nie czuje pan niepokoju, jak pod pana oknami jeżdżą renifery na rolkach? Zauważył pan może to, że nikt nie pyta, skąd się to wszystko właściwie wzięło? Nikt, włącznie z Kościołem. Nic, zero, cisza. Przecież cyrkowcy, te zwierzęta i inne pokraki właściwie unieważnili podstawy chrześcijaństwa. Żaden biskup nawet się nie zająknął na ten temat. Skąd mamy wiedzieć, czy te stworki, to dzieło Boże. A może to po prostu kolejny etap ewolucji? A może to jakaś inwazja, może efekt jakichś wojskowych eksperymentów? Widzi pan, dziesiątki pytań, dziesiątki hipotez. A pan baja, że to takie ładne. – prychnął na koniec. - Bo nie rozumiem, po co się tym zajmować. To nie tylko moje wrażenie, że odkąd zaczęły się te zmiany i zjawili się Bajkowcy, ludzkość zrobiła się jakby spokojniejsza. W tej chwili chyba nie ma na świecie poważniejszego konfliktu. I to tam, o dziwo, jest najspokojniej, gdzie stworków i dziwacznych zjawisk jest najwięcej. W Nowym Jorku gdzie podobno co krok trafia się na jakiegoś bajkowego zwierza przestępczość spadła niemal do zera. Chce pan zaprzeczyć pozytywnemu wpływowi Bajkowców na nasze życie? - Proszę pana, nie dogadamy się, szkoda czasu. Pan potrzebuje jakiegoś wstrząsu. – przebiegł po mnie wzrokiem pełnym rozczarowania.

Nie wytrzymałem i uśmiechnąłem się pogardliwie. Wstał, zaczął się zbierać. Powoli i metodycznie chował do kieszeni płaszcza rozmaite drobiazgi, których naniósł naprawdę dużo. Zapalniczka, wielki stary telefon, portfel, jakiś notes, fajka. Wyglądało to na demonstrację. Chyba chciał żebym go zatrzymał. Nie odezwałem się już do niego ani słowem i pozwoliłem mu odejść. Nawet się nie pożegnał.

^^^

- Halo, Justyna, słyszysz mnie? – chrypiałem do słuchawki tym głośniej, im jej głos słabiej do mnie docierał. Gdzie ona do diabła siedzi, że ma taki zasięg? "Sły..sss...zzzzz....ęęęę. Mów..." – wszystko to, co mówiła wpadało mi do ucha razem z potworną lawiną trzasków. - Justyna, słuchaj, musimy się spotkać i to szybko. Nawet nie masz pojęcia co się stało.

Musiałem jej to powiedzieć jako pierwszej. Pewnego deszczowego dnia zadzwonił do mnie tajemniczy człowiek. Przedstawił się jako jakiś tam rzecznik, czy ktoś taki i powiedział, że za chwilę będę miał rozmowę z premierem. Zanim zdążyło zrobić mi się gorąco, usłyszałem znajomy z telewizora głos. Oznajmił mi sucho, aczkolwiek bardzo ujmująco zarazem, że rząd tworzy właśnie specjalną komórkę w randze departamentu do spraw związanych z Bajkowcami. Chcą tam w rządzie, jak mówił premier, zająć się tą kwestią na poważnie, to znaczy porządnie i raz na zawsze dostosować nasze prawodawstwo do nowych warunków. Pomyśleli o mnie, bo zaciekawiły ich moje prace i ostatnie komentarze w prasie mojego autorstwa. Nie przeszkadza im to, że nie jestem prawnikiem. Dadzą mi, tak obiecał premier, dobrych doradców. Ja miałbym być kimś w rodzaju kierownika ideowego. Gdy premier wspomniał o tym "kierowniku ideowym", usłyszałem w słuchawce jego sardoniczny śmiech. Też się zaśmiałem, tak wymaga grzeczność.

- A na jakich warunkach by się to miało odbywać? - dopytywała jak zwykle pragmatyczna Justyna. - Ranga ministra bez teki, biuro, pracownicy, samochód i karta na wydatki. Bez limitu oczywiście. Niech pan nie myśli, że to będzie łatwa robota, tak mi mówił premier. W tej chwili kwestia Bajkowców to zdecydowanie numer jeden. Zresztą co ja panu będę tłumaczył. Najlepszy socjolog w kraju z pewnością to wszystko wie.

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych