Cień demona cz. IV
Siedemnastoletnia Rose wyjeżdża do Ameryki, myśląc że ucieczka rozwiąże jej wszystkie problemy, z którymi nie potrafi sobie poradzić, a także w żaden sposób nie potrafi sobie ich wytłumaczyć...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
To na pewno nie jest szkoła im. Thomasa Jeffersona. To nie może być szkoła. Przed jej oczyma ukazał się wielki budynek z granitu, wielkie kolumny podtrzymywały spadzisty dach robiący za taras. Do wejścia prowadziły szerokie i wysokie schody. Cały dziedziniec był wyłożony marmurową posadzką, a na jego środku stała fontanna. Gdyby była w Polsce pomyślałaby, że to przynajmniej biały dom albo jakieś wielkie muzeum. Stała tak nie wierząc własnym oczom, gdy poczuła jak ktoś trąca ją łokciem. - Patrz gdzie idziesz! – zawołała w stronę wysokiej szczupłej blondynki, na co odpowiedział jej śmiech. - A ona skąd się tu urwała? – spytała jedna z trzech dziewczyn podchodzącej do wysokiej blondynki. - Nie wiem, ale jest oczywiste, że nie z NY. Spójrz tylko na nią. – W ogóle się nie krępując wszystkie cztery zmierzyły ją krytycznym wzrokiem, poczym prychnęły i ruszyły ponętnym krokiem do szkoły. Rose obejrzała się. Trampki, rurki, czerwona bluzka i krótka dżinsowa kurtka. Nie ma zamiaru ubierać się od góry do dołu w guci albo Chanel, tylko dlatego, żeby podobać się innym. - No to zapowiada się bardzo ciekawie. – powiedziała do siebie z sarkazmem i również poszła do „szkoły”. Z recepcji szkoły dostała plan lekcji. Wszystko się tu różniło. Codziennie będzie mieć te same lekcje i tylko pięć przedmiotów, które sobie wcześniej wybrała. W środku nie wiele się różniło od zewnętrznej strony szkoły. Posadzki z marmuru, wszystkie ściany w kolorze granitu, popielate z klasą. Pakowała książki do szafki, gdy rozległ się dzwonek na korytarzu. Zrobiło się jeszcze większe zamieszanie niż przed chwilą. Rose miała pierwszą lekcje historii w Sali 314. wchodziła po schodach rozglądając się po wszystkich stronach. Na trzecim piętrze numerki na drzwiach zaczynały się od 300. Z bijącym sercem szła korytarzem, zbliżając się do właściwej Sali. Głosy zdążyły już ucichnąć, a ona jeszcze nie była na lekcji. -Jest. –zobaczyła drzwi z numerkiem 315 i chwyciła za klamkę. - Panna Treey. Pierwsza lekcja i już spóźnienie. – przy tablicy stał mężczyzna zbliżający się do pięćdziesiątki z siwym wąsem i łagodnym wzrokiem. – Dlatego pierwszy dzień pannie podaruję. Proszę zająć miejsce. – Rose rozejrzała się po klasie za wolnym miejscem i aż znieruchomiała na widok Joela Beninngtona. Od razu poczuła się spięta. Wspaniale, jeszcze tylko tego brakowało – zirytowana pomyślała i pospiesznie zajęła miejsce w ostatniej ławce obok rudej dziewczyny. - Cześć – szepta dziewczyna i posłała jej przyjazny uśmiech. Rose odwzajemniła go. – Nowa? – spytała. - Tak. Rose Treey. – przedstawiła się. - Gigi Gaham. - Jeśli komuś przeszkadzam można samemu poprowadzić lekcje. – podniesionym głosem wrócił się znacząco do ostatniej ławki. Dziewczyny nie odzywały się do końca lekcji. Rose pomyślała, że istnieje chociaż jedna osoba w tej szkole, która widz coś poza swojego czubka nosa. Całkowicie nie mogła skupić się na lekcji. Była rozkojarzona i cały czas rozmyślała nad atmosferą panującą w tej szkole. A oprócz tego, jej uwagę rozpraszał jeszcze ktoś w tej sali, ale nie chciała się do tego przyznać przed sobą. Gdy rozległ się dzwonek na przerwę, wszyscy rzucili się do wyjścia. Chociaż jedna rzecz jest taka jak w Polsce. – pomyślała z rozbawieniem. - A więc skąd jesteś? – zagadnęła Gigi, gdy wychodziły z klasy. Rose zrezygnowana dostrzegła, że chłopaka już nie ma. Zaraz potem skarciła się w myślach, że wcale nie chciała, żeby na nią czekał. - Hej, ziemia do Rose! – Dziewczyna pomachała jej dłonią przed oczyma z rozbawieniem na twarzy. - Przepraszam zamyśliłam się. Nie dawno się przeprowadziłam do taty z Polski. - No proszę kogo my tu widzimy? - Usłyszała za sobą twardy głos, który od razu rozpoznała. Powoli się odwróciła. – Mogę coś powiedzieć? – nie czekając na odpowiedź, rzekł z drwiącym uśmieszkiem. – A nie mówiłem? – Rose przyglądała się Joelowi, nie wiedząc co ma mu odpowiedzieć czy zrobić. Włosy miał jeszcze bardziej niesforne, niż wtedy kiedy ostatni raz go widziała. Oczy tej samej czarnej jak smoła barwy, a uśmiech taki jak zapamiętała: odsłaniający białe, małe równiutkie zęby, z nieco drwiącym wyrazie. Miał na sobie luźną szarą koszulkę i ciemne dżinsy. Cholera musze coś powiedzieć! - Czysty przypadek. – rzekła oschle odwracając się od niego. Poczuła jego rękę na swoim ramieniu. Przeszedł ją dreszcz. - Jeszcze nie wiem kim jesteś, ale wierz mi dowiem się. – Szepnął jej do ucha poważnym tonem, co sprawiło, że musiała przełknąć ślinę bo czuła jak zasycha jej w gardle. Gdy odwróciła głowę by spojrzeć mu w twarz, on uśmiechnął się i poszedł przed siebie. Przez ten cały czas w ogóle nie zwrócił uwagi na Gigi. Zresztą ona też, ale gdy teraz na nią spojrzała, zobaczyła jej rozszerzone źrenice i błogi uśmiech na twarzy trochę ją to zdziwiło. - Eee.. to o czym rozmawialiśmy? - Znasz Joela Beningtona? I on zna ciebie? - Tata zaprosił jego rodzinę do nas na kolacje. - O wow. Też bym chciała żeby moi starzy się znali. Chłopak jest chyba najpopularniejszy w szkole. - Naprawdę? – spytała z nie ukrywaną ciekawością. - On i Alisha to chodzące bóstwa i vipy tej szkoły. Chyba nawet są razem. Przynajmniej Alisha tak twierdzi. – Rose poczuła jak coś kuje ją w środku. – Oho o wilku mowa. – Rose poszła za wzrokiem Gigi i ujrzała tą samą dziewczynę, która dzisiaj rano trąciła ją łokciem. Biła od niej zarozumiałość, arogancja i pewność siebie. Co do tego ostatniego nie można było zaprzeczyć, Alisha była atrakcyjną blondynką o mocnych rysach twarzy i błękitnych oczach do tego w sposób jaki się poruszała, sprawiało, że każdy chłopak obok, którego przeszła odwracał się za nią . - Nic dziwnego, że są razem – Powiedziała do siebie Rose patrząc na blondynę, nie świadoma, że mówi to głośno z nie ukrywanym sarkazmem. - Masz racje, pasują do siebie jak ulał. - zielony oczy Gigi jeszcze bardziej nabrały blasku, gdy mówiła do Rose, a ona zdała sobie sprawę, że nie tylko nie kontroluje swoich myśli ale także, zrozumiała, że Joel nigdy nie będzie nią zainteresowany, gdy w pobliżu będzie piękna Alisha, za którą wszyscy się oglądają. Jaki i również mimo swoich przekonań, chłopak który nie jest w jej zasięgu ręki, wcale nie jest jej obojętny.
Z powrotem pojechała taksówką. Głupio się czuła sama w limuzynie, zresztą i tak nie chce być traktowana jak te wszystkie rozpieszczone dzieciaki. Nie chce być tak zepsuta jak one. Przyrzekła sobie, że mimo wszystko nadal będzie tą samą Różą z Krakowa. Nie ważne, że ma zmienione imię i nazwisko, i że nie mieszka w starej kamienicy cuchnącej wilgocią tylko w bogatej willi, ani że zamiast chodzić do zwyczajnego publicznego liceum, gdzie większość młodych ubiera się w lumpeksach bo nie mają na normalne sklepy, chodzi do prywatnej szkoły gdzie wszyscy patrzą na ciebie z góry, a jak nie ubrałaś coś markowego jesteś zerem. Nie ważne. Ona się nie zmieni. Nie pozwoli, żeby coś tak próżnego jak pieniądze, które zmieniło i zniszczyło jej rodzinę, zniszczyła także i ją. Przez ponad pół godziny jazdy taksówką przez zatłoczony Nowy Jork płaci, wysiada i idzie do domu. Dojście do drzwi zajmuje jej siedem minut, ponieważ odległość przez dziedziniec prowadząc do domu mierzy ok. kilometra. Rozgląda się po jasnym holu i stwierdza, że nikogo nie ma. Ma ochotę z kimś porozmawiać, po tym strasznym dniu. Idzie w stronę kuchni. - Cześć Anteo. – rzuciła kucharzowi na przywitanie z przyjaznym uśmiechem, dostrzegając go jak zagląda do piekarnika. – A co tu tak ładnie pachnie? – dodała, i poczuła jak burczy jej w brzuchu, poczuwszy zapach gotowanych warzyw. - Jeśli chodzi o ciebie to przygotowałem pyszną warzywną zupkę. – odpowiedział z odwzajemniającym uśmiechem. - To świetnie. Dziękuje. – powiedziała i usiadła na swoim ulubionym miejscu przy bladzie. - Nie dziękuj kochana, taka praca. I? Jak tam pierwszy dzień w szkole? – zagadnął Anteo nalewając do miski zupę. - Powiedzmy, że jakoś przeżyłam. Co do tych rozpieszczonych i zakochanych w siebie ludzi miałeś rację. To jest nie do opisania, jak patrzą na ciebie z góry. - Aż tak źle? Nie było ani jednej osoby, która była by w porządku? - Była. Mam z nią pierwszą lekcje historii i siedzę z nią w ławce. Nazywa się Gigi Gaham. – Wyspowiadawszy te słowa, Anteo zachłysnął się zupą którą próbował z nabierki. - Wszystko w porządku? - Możesz powtórzyć jak nazywa się ta dziewczyna? - Gigi Gaham. Znasz ją? - Można tak powiedzieć. To dobra dziewczyna. – Anteo był spięty, ale starał się nie ukazywać prawdziwych emocji. - Dobra dziewczyna? – spytała Rose biorąc łyżkę do ust. To wszystko stawało się coraz bardziej dziwne. Dlaczego kucharz był taki tajemniczy? Dlaczego tak zareagował na Gigi Gaham? Rose tego nie wiedziała, ale miała zamiar się dowiedzieć. Chociażby podstępem, by jak najwięcej wyciągnąć z Anteo. - Cóż… Jest… To znaczy przynajmniej była bardzo wesoła, sympatyczna i beztroska ale trzeba przyznać, że przy tym rozważna i ostrożna. – powiedział Anteo, oddając się przy tym wspomnieniom. – Niestety tych dwóch ostatnich cech nie wszyscy posiadają. – dodał tajemniczo, a jego oczy posmutniały. - To prawda Gigi jest bardzo wesołą i sympatyczną dziewczyną. Skąd tyle o niej wiesz? - Przyjaźniła się z moją córką. – odpowiedział po dłuższej chwili. - Dlaczego mówisz o swojej córce w czasie przeszłym? – Ugryzła się w język widząc reakcje Antea. Wyglądał tak jakby ktoś go spoliczkował. - Bo Emely nie żyje! – kucharz tak krzyknął, że Rose podskoczyła na krześle. – Przepraszam. Muszę… muszę wyjść. - Powiedział roztargniony i szybkim krokiem wyszedł z kuchni, zostawiając Rose. Emely. Tak miała na imię córka Antea. Czuła się okropnie widząc jak zraniła kucharza, ale przynajmniej dowiedziała się dużo rzeczy. Emely musiała być miej więcej w jej wieku skoro przyjaźniła się z Gigi. Zapyta ją, co się stało, że Emely umarła. Nie wiedziała dlaczego ją tak to interesuje, ale może jak się dowie wszystkiego to zrozumie. Na myśl przyszedł jej też ojciec. Od niego też mogła się trochę dowiedzieć. A propos, ciekawe gdzie on teraz jest i co robi.
W pokoju rozległo się pukanie do drzwi. Rose wychyliła z nad kartonów, które już prawie wszystkie opróżniła. - Proszę. – Do pokoju weszła elegancko ubrana Klara. - Ojciec wrócił i chce żebyś zeszła do jadalni na kolacje za pół godziny. -
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil franczeska
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…