Cień prawdziwego
Każdy z nas ma swoje marzenia..jakąś wizję na przyszłość. Problem w tym, aby trwać w tej wizji i konsekwentnie dążyć do realizacji pragnień...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
William Bee Cień prawdziwego "JA"
New Heaven City rok 2000 Bob rozejrzał się dokoła. Jego mieszkanie, tak ekskluzywne i drogie raniło go, dziś jeszcze bardziej swoją pustką i chłodem. Podszedł do okna i rozchylił żaluzje. Spojrzał? Na parkingu stał, niewidoczny prawie z pięćdziesiątego piętra, jego samochód, jedyna rzecz, którą kochał. Odszedł od okna, wyjął swój wypchany pieniędzmi portfel. Przejrzał jego zawartość... Nic ciekawego; kasa, karty kredytowe, wizytówki ważnych ludzi z New Heaven, na wszystko to patrzył obojętnie. Po chwili wzrok jego zatrzymał się na pustej przegródce, jedynej pustej. W jego oczach pojawiły się łzy i z czułością pogłaskał palcem gdzie wszyscy jego znajomi trzymali zdjęcia ukochanych osób. Ileż to razy jego pracownicy pokazywali mu z dumą zdjęcia swoich rodzin wyciągając je z takich przegródek, z miejsca, które u niego wciąż pozostawało puste. Jednak ten moment rozczulenia minął równie szybko jak nadszedł. Bob otrząsnął się z odrętwienia otarł kąciki oczu, na jego obliczu wymalował się zwykły wyraz pewnego siebie człowieka sukcesu. Już postanowione - dzisiaj z tym skończy. Koniec samotnych wieczorów ze szklaneczką whisky, dziś wreszcie skończy z tym wszystkim. Wstał i podszedł pewnym krokiem do drzwi, wyszedł na korytarz i przywołał windę. Podróż na dół ciągnęła mu się w nieskończoność, sekundy płynęły jak minuty, jak godziny wręcz. Wreszcie ujrzał swojego Chevroleta Corvettę, wyciągnął z kieszeni pilota nacisnął guzik, samochód zamrugał radośnie kierunkowskazami wydając przy tym jak zwykle ten jakże miły dla ucha dźwięk: pi - pik. Bob pomyślał, iż jest to jedyne stworzenie na całym świecie cieszące się na jego widok - czarny chevrolet cieszący się na widok właściciela - absurd dochodził powoli do wniosku, że zdziczał już, a do tego sfiksował - samochód z osobowością, a to dobre. Tak sobie myśląc wsiadł zapiął pasy i przekręcił klucz w stacyjce. Usłyszał ten jakże przyjemny warkot, czułe mruczenie silnika. Lekka przegazówka, jedynka, spojrzenie w lusterko wsteczne i przechodnie pozostali w chmurze dymu z opon. Jechał przez miasto spokojnie, muzyka dobiegająca z najwyższej klasy sprzętu sprawiała mu wręcz rozkosz, każdy dźwięk przyjemnie łechtał jego uwielbienie dla muzyki. Słoneczko świeciło jasno, ludzie przechadzali się chodnikami tak radośni - taa? idealny dzień - mruknął pod nosem. Zbliżał się powoli do obrzeża miasta i wyjazdu na autostradę, gdzie zawsze były niesamowite korki, dzisiejszy dzień nie był wyjątkiem. Mimo wieczornej pory sznury samochodów wiły się aż do samego wylotu z miasta. Korki - dziś po raz pierwszy się nigdzie nie spieszył. Jadąc zderzak w zderzak już nie myślał, jak co dzień jadąc do pracy, dziś uśmiechał się tylko widząc spienionych kierowców trąbiących i przeklinających, dziś wiedział, że jego męka dobiega końca i czuł się, błogo wręcz szczęśliwie, czuł się jak za młodych, szczenięcych lat, kiedy praktycznie nic nie potrafiło go wyprowadzić z równowagi. Podkręcił jeszcze głośność dodał basów i cierpliwie czekał... w drodze do wieczności nie trzeba się spieszyć. Zachodzące słońce igrało na niebie z chmurami stwarzając niesamowitą kompozycję barw. Bob wreszcie wyrwał się z korka, wyjechał na autostradę. Nigdy dotąd nie był tak spokojny. Dwójka, trójka, wskazówka prędkościomierza błyskawicznie zmieniała położenie; 80,90, 110 mil na godzinę. Bob ulokował się na skrajnie lewym pasie i już nie zamierzał go opuszczać. Kierowcy ustępowali mu w panice miejsca, a on spokojnie sunął, czując wreszcie wolność od rozterek dnia codziennego, sunął w kierunku przyjemności dnia ostatniego. Tak już niedługo będzie się męczyć na tym świecie. Jego spokój jednak został na chwilę zachwiany przez przebijające się przez muzykę, dochodzące jakby z oddali syreny. Bob spojrzał kątem oka w lusterko wsteczne. Jednak syreny nie dochodziły z oddali lecz z jadących zaraz za nim dwóch radiowozów. - cóż - pomyślał - nie zatrzymam się i tak, najwyżej zabiorę ich z sobą - i wcisnął gaz jakby chciał przebić nim podłogę, zrobił to jednak z zadziwiającym spokojem. Mijał samochody, a krajobrazy zmieniały się niczym w kalejdoskopie, zaczynało mu się to coraz bardziej podobać. Szybkość, syreny i głos dochodzący zza niego : zjedź na bok! , zatrzymaj się! dochodzący z radiowozów. Aż zaczynał powoli żałować decyzji o końcu. Zaczynał się dobrze bawić, niestety po raz pierwszy od ponad dwudziestu lat nie przejmował się pieniędzmi, pracą, opinią innych ludzi, ale teraz było już za późno ponieważ zbliżał się do miejsca gdzie zaplanował swój "wypadek" i koniec życia. Był to zakręt prawie dziewięćdziesięcio stopniowy, na którym już niejeden zbyt pewny siebie kierowca skończył żywot. Jeszcze 300 metrów, 200, 100, nie zdejmował nogi z gazu, radiowozy za nim zaczęły hamować paląc gumy na suchym asfalcie. Bob zamknął oczy, to już, wreszcie koniec, i to w jakim stylu. Odejdę z hukiem - pomyślał.
Policjanci błyskawicznie wysiedli z radiowozów. - Ale kretyn!!! - rzucił jeden - Idiota!! - dopowiedział drugi - Przecież on się zabije! - Żeby tylko siebie, a nie kogoś innego? - ich rozmowa trwała ułamki sekund podobnie jak wydarzenia, które obserwowali. Czarna corvetta z niebywałą prędkością zamiast wejść w zakręt, dobrze widoczny pojechała prosto, wprost na przydrożne drzewa, dziwnie osnute mgiełką. Nie możliwe jest żeby kierowca nie widział zakrętu, co do tego wszyscy byli zgodni, widać było, że gość zna dobrze tę drogę. Corvetta tymczasem wyleciała z drogi i z ogromną prędkością uderzyła w mgłę otulającą drzewa niczym kołderka śpiące dziecko. Policjanci usłyszeli huk i jęk giętej blachy, natychmiast pobiegli do miejsca gdzie jeszcze przed sekundą wpadł rozpędzony samobójca. Wbiegli we mgłę. Nie mogli uwierzyć w to, co zobaczyli?
Miasteczko Timetrap rok 1979 Podszedł do szafki, otworzył ją po czym wyciągnął plecak, trzasnął drzwiczkami zamykając je. Nie zrobił tego z wściekłości, ale raczej dlatego, że lubił to robić. Lubił zwracać na siebie uwagę i robił to przy każdej okazji. Przez to zyskał wśród kolegów przydomek "Show" Jak na siedemnastolatka był dość dojrzały, a jego bujne blond włosy opadające na czoło nadawały mu zawadiacki wygląd. Odwrócił się i skierował w stronę wyjścia - dość szkoły na dziś - pomyślał. Przechodząc prawie pustym korytarzem zastanawiał się jak to możliwe, że wychodzi tak późno. Dzień był jakiś dziwny coś wisiało w powietrzu. Nie przejmował tym się zbytnio , prawie nigdy się niczym nie przejmował, świat po prostu jest i nie warto się zastanawiać dlaczego i po co - tak właśnie uważał. Wyszedł przed szkołę i podszedł do zaparkowanego na parkingu samochodu, a raczej grata. Wsiadł, przekręcił kluczyk w stacyjce silnik tylko zarzęził. Ponowił próbę. Efekt ten sam? Dopiero za trzecim razem silnik zaskoczył i z zewnątrz dobiegł go głośny, acz przyjemny warkot. Pewnie kto inny klął by i złorzeczył, ale nie on, on był ponad to wszystko. Ponad lęki, gniew, zazdrość, chciwość był po prostu szczęśliwy i cieszył się z każdej chwili dnia. Rozejrzał się, był ciepły wiosenny dzień, aż chciało się zaśpiewać. Powoli ruszył i rozpoczął podróż do domu. Nie był bogaty, ale wiedział jakie jest jego miejsce na świecie. Pieniądze nie przesłaniały mu wszystkiego i może właśnie za to ceniony był przez kolegów, wszystkich kolegów. Jechał spokojnie zadowolony z siebie i rozmyślał, dziś przyjeżdża Agnes. Dawno się z nią nie widział i radość go wręcz rozpierała. Przycisnął mocniej pedał gazu w jego starym, rozlatującym się mustangu, który był jego jedynym skarbem.
Show wparował do domu jak błyskawica cześć wróciłem! witaj synku! Zaraz obiad... - wbiegł po schodach na piętro i zaraz skierował się do swojego pokoju, rzucił książki. Spojrzał wokół - ale tu syf trzeba będzie posprzątać - pomyślał. Jeszcze raz się rozejrzał pokręcił głową i skierował się w stronę kuchni. Jak minął dzień mojemu Misiowi- zagadnęła matka Jak zwykle, nic nadzwyczajnego - odparł Bobby spoglądając na matkę, jej przecież nie tak starą twarz orały już zmarszczki, a spośród gąszczy czarnych włosów błądziła gdzieniegdzie złowroga siwizna. Młody Secondchance był dumny ze swojej matki i kochał ją bardzo, wiedział ile wysiłku kosztowało ją wychowanie go i zarabianie na życie. Stary Seconchance - jego ojciec zginął kiedy miał trzy latka i prawie go nie znał, znał jednak doskonale tak jak i całe miasto jego karierę sportową, której zwieńczeniem było wywalczenie przez miejscowy zespół mistrzostwa kraju w 1964 roku. dziś wraca Agnes? wiem - spojrzał wymownie matce w oczy - ma przyjechać o 17:00. Zrobię jej niespodziankę i pojadę po nią na dworzec - jeżeli jego samochód był skarbem, matka świętością, to Agnes dwudziesto trzy letnią pełną życia i energii, słodką blondyneczkę, można nazwać całym jego sensem życia. W takim razie musisz się pospieszyć z jedzeniem - powiedziała matka podając mu talerz z obiadem.
Za pięć piąta - spojrzał na zegarek. Siedział na dworcu już od dziesięciu minut i wyrzucał sobie teraz, że niepotrzebnie się tak spieszył. Z drugiej strony nie wytrzymałby siedząc w domu, po prostu wolał poczekać na dworcu. Bardzo stęsknił się za swoją "Mojrą" jak nazywał Agnes, i nie chciał czekać, aż zadzwoni do niego z domu. Wolał tu siedzieć i czekać. Ocknął się z zamyślenia gdy pociąg z piskiem wjechał na peron. Pomyślał, że nie ma sensu wysiadać na pewno rozpozna jego samochód? Ludzie obojętnie mijali jego Mustanga, a Agnes nigdzie nie było widać. Już tylko ostatni maruderzy pozostali na dworcu, ona do nich nie należała nie jego Różyczka? Nerwowo rozglądał się dokoła - cóż może została w budynku dworcowym. Wysiadł i pobiegł w poszukiwaniu Agnes.
Show wrócił do domu zawiedziony, zły, a przede wszystkim zdenerwowany. - co mogło się stać? Pewnie przyjedzie później, pewnie spóźniła się na pociąg - tłumaczył sobie w myśli - ale przecież czekałem do następnego i też jej nie było? może przyjedzie jutro - ale przecież zadzwoniłaby? - otworzył drzwi, wszedł do korytarza. Agnes dzwoniła - usłyszał głos matki dobiegający z kuchni. Natychmiast wparował tamże z zapytaniem Jak to? Skąd? Kiedy? Godzinę temu z domu, chciała żebyś do niej przyjechał. - wyjaśniła matka, ale gdy podniosła wzrok znad garnka jej Misia już nie było. - kiedyś będzie tego żałować, ta dziewczyna nie jest dla niego - burknęła z rozżaleniem pod nosem.
Show stał pod jej drzwiami zdyszany. Zadzwonił. Otwarł ojciec Agnes. dzień dobry. Zastałem Agnes? - zapytał patrząc mu w oczy. Tak oczywiście, czeka na ciebie. Wejdź? Weszli do środka. Show rozejrzał się dookoła. Był tu już tyle razy, a wciąż zaskakiwał go przepych z jakim urządzono ten dom, ciężko było mu uwierzyć, w to, że teraz jest częścią tego przepychu. idź na górę, do jej pokoju, ucieszy się? dziękuję. Wychodzi po schodach wciąż rozglądając się i podziwiając. Kiedy jego będzie stać na coś takiego - pomyślał i natychmiast pomyślał, że nie czas rozmyślać o takich rzeczach, całe życie przed nim, a szczęście sprzyjało mu ostatnio. Wyszedł na piętro i obrał kierunek na pokój Agnes. Zapukał. Usłyszał : proszę. Wszedł, siedziała przy biurku pisząc coś w notesie. Odwróciła się. Show, mój książę!!!! - zakrzyknęła radośnie zrywając się ze stołka i rzucając mu się na szyję. Cieszę się, że cię widzę? Tęskniłeś ? Umhm... - śmiały zwykle i gaduła Show zmieniał się przy niej nie do poznania w małomównego słuchacza. Wolał słuchać swojej Róży przypatrując się jej pełnemu wdzięku sposobowi bycia. Po chwili rozmowy dowiedział się, że niepotrzebnie się martwił, Agnes wróciła wcześniej, a do domu dojechała okazją. miły facet, ale smutny, chyba musi być bardzo samotny, to widać w jego oczach - skomentowała człowieka, który ją podwiózł.
Dzwonek, koniec zajęć. Show odetchnął z ulgą. hej Show idziesz grać? - zobaczył swoich kumpli zbliżających się w jego kierunku. Sorry chłopaki, nie dzisiaj - zwykle chętny do każdej gry, dziś miał ważniejsze sprawy na głowie w końcu trzeba się spotkać z Agnes. Szedł tak korytarzem rozmyślając i podśpiewując pod nosem. Wyszedł z budynku przeszedł wzdłuż boiska, wszedł na parking. Podchodząc do swojego ukochanego grata jego oczy prawie wyszły z orbit. Zaraz obok jego samochodu stała nowiutka czarna Corvetta. Podszedł bliżej - chyba jakiś prototyp - pomyślał gładząc przy tym metaliczny lakier cudu techniki. Ej szczeniaku, spieprzaj od mojego wozu! - usłyszał za plecami. Show odwrócił się i odskoczył odruchowo. Zobaczył masywnego gościa na oko koło czterdziestki z wrogością głęboko zakorzenioną w wyrazie twarzy - spadaj stąd wandalu!!! Ja tylko? Znam takich ciulków jak ty, nie macie swojego to innym też nie pozwolicie mieć!! Dobra, spoko już się zmywam - Show uznał, iż dalsza dyskusja do niczego nie prowadzi - z takimi ludźmi lepiej nie zadzierać - pomyślał idąc już w stronę swojego wraka. Wsiadł do samochodu i zaczął próby odpalenia silnika. Jak zwykle zresztą trwały one dłuższą chwilę, sukces poprzedziło głośne rzężenie rozrusznika. Po raz pierwszy Show zdał sobie sprawę, że mierzi go podróżowanie takim gratem. Tymczasem właściciel samochodu podszedł do niego, pogładził maskę nacisnął pilota słychać było jak drzwi się odblokowują , gość wsiadł i ruszył z piskiem opon. Nieprzyjemne spotkanie wcale nie zepsuło mu humoru, w końcu za parę minut zobaczy się z Agnes?
Zaparkował i wysiadł pospiesznie z samochodu. Przechodząc pospiesznie przez ulicę myślał tylko o jednym; jego Różyczka musiała na niego czekać. Zdyszany wpadł do baru kawowego na rogu ulic Future i Past, ich ulubionego miejsca spotkań rozejrzał się nerwowo, ku jego zdziwieniu jego wzrok nie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil William_Bee
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…