Cień ślepych murów
Perypetie kapitana straży więziennej i jego przyjaciół w tajnej placówce na dalekiej planecie Tagros.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Tiben Serenor obudził się. Czuję się całkiem nieźle, pomyślał. Naprawdę dobrze. Chyba wcale nie wypiłem wczoraj tak wiele. Pokrzepiony tą myślą, postanowił wstać z łóżka i śmiało wyjść naprzeciw wydarzeniom nadchodzącego dnia. Dzień co prawda zdążył nadejść wiele godzin wcześniej; właśnie minęło południe czasu ziemskiego, Tiben nie pozwolił jednak tak drobnemu szczegółowi zbić się z tropu. Przystąpił do otwierania oczu. Opuchnięte powieki stawiły zdecydowany opór. Również i ten fakt został zignorowany przez rwącego się do czynu kapitana. No, może trochę boli mnie głowa, przyznał w duchu, ale poza tym czuję się dobrze. Zdecydowanym ruchem odrzucił przykrycie i usiadł, zamarł na chwilę w pełnym konsternacji bezruchu, po czym opadł z powrotem na posłanie, aż po brodę okrywając się kołdrą. Pospieszny odwrót miał dwie przyczyny. Po pierwsze, przy gwałtownym ruchu okazało się, że setki drobnych odłamków, z których najwyraźniej sklejona była teraz jego głowa, oddalają się i zderzają ze sobą w wyjątkowo bolesny sposób. Żołądek również zaczął wyczyniać dziwne harce. Mówiąc krótko, kac przystąpił do zmasowanego ataku na organizm Tibena, zmuszając go do stawienia czoła rzeczywistości. Nie, jednak nie, myślał teraz. Myliłem się. Nie czuję się dobrze, ani trochę. Czuję się fatalnie. Paskudnie. Obrzydliwie, wstrętnie oraz ohydnie. I co ja, do cholery, mam na sobie? Powodem numer dwa powrotu kapitana do pozycji horyzontalnej była bowiem kwiecista sukienka, w którą był ubrany. Po kilku chwilach spędzonych na gorączkowym przeszukiwaniu pamięci, udało mu się ustalić, skąd wzięło się to niecodzienne przebranie. Poprzedniego wieczoru, około szóstej butelki wina, Lani Buchhwitz, jego szef, a zarazem przyjaciel i inicjator libacji, wpadł na kolejny pomysł; uroczyście wydał sam sobie klucz do schowka na miotły (jako naczelnik więzienia miał prawo dowolnie dysponować również znacznie ważniejszymi kluczami), po czym zarządził jego rewizję. Następnie wraz z Jormem, trzecim uczestnikiem imprezy, urządzili sobie mały pokaz mody, w skonfiskowanych na potrzeby chwili zapasowych kieckach sprzątaczek przechadzając się po korytarzu i prezentując najnowsze modele odkurzaczy i mopów. Szczególną wesołość wzbudzał Serenor; miał sto dziewięćdziesiąt siedem centymetrów wzrostu i sukienka sięgała mu nieco nad kolana. Zabawa była przednia, nie zdołała jednak odciągnąć przyjaciół od opróżniania kolejnych flaszek, toteż co działo się później, kapitan nie bardzo pamiętał. Co do powrotu do swojej sypialni, mógł mieć tylko nadzieję, że dokonał go samodzielnie. Rozbieranie się do snu nie należało najwidoczniej tej nocy do jego priorytetów. Teraz najpilniejszym, a w zasadzie jedynym zadaniem było wstać. Tiben nie próbował się już oszukiwać i powoli zwlekł się z łóżka. Wygramolił się z sukienki i upchnął ją w szafie, najgłębiej jak się dało. Później trzeba będzie wymyślić, jak się tego pozbyć. Zamknął szafę na klucz i przez chwilę walczył z irracjonalną chęcią, aby go połknąć; w końcu zamiast klucza pochłonął dwie tabletki aspiryny. Z ulgą założył własne, cywilne ubranie, walające się dotychczas pod, na oraz obok łóżka, co sugerowało, że osoba, która je tu przyniosła, była cokolwiek nietrzeźwa. Czyli on lub któryś z kompanów. Był to pocieszający wniosek – Tibenowi nie bardzo podobała się wizja własnych podwładnych, z których większość żywiła do niego raczej chłodne uczucia, ciągnących korytarzami nabzdryngolonego do nieprzytomności kapitana odzianego w suknię w tulipany, floksy czy inne żonkile. Z nieco lepszym samopoczuciem udał się do łazienki. Myjąc zęby, słuchał przez drzwi rozmowy kilku strażników, siedzących na ławie w korytarzu. Był wśród nich Ergen Polt – najnowszy nabytek Imperialnej Cytadeli nr 67. Rzadko pojawiali się tu nowi klawisze. Funkcjonowanie twierdzy, a w rzeczywistości jednego jej sektora, stanowiło ścisłą tajemnicę państwową; kto raz przybył na Tagros, nie mógł go już opuścić, a poza zakładem karnym możliwości zatrudnienia były minimalne i mało atrakcyjne. Ergen został przysłany, aby zastąpić sędziwego Fabera Pikta, zmarłego przed trzema miesiącami podczas snu, w osiemdziesiątym szóstym roku życia. Stary od ponad dwudziestu lat przebywał na emeryturze, mieszkał w domku na obrzeżach miasta i przez cały ten czas noga jego nie postała w Cytadeli. Również dwie dekady temu przydzielono na jego miejsce nowego strażnika – a był nim właśnie dwudziestoletni wówczas Tiben. Jednak błąd jakiegoś urzędnika w Centrali sprawił, że w odpowiedzi na raport o śmierci Fabera przysłano zawiadomienie o rychłym przybyciu kolejnego następcy. Na sprostowanie pomyłki było już za późno – gwiazdolot z nowym strażnikiem na pokładzie zdążył wyruszyć w drogę. Tiben wiązał z jego przylotem pewne nadzieje; ufał, że może wreszcie będzie miał okazję pracować z kimś, z kim można porozmawiać o czymś innym niż karty, tępienie szczurokładek i poziom usług w najbliższym burdelu. Miał tu przyjaciół – przede wszystkim Laniego i Jormego, ale jeden pełnił funkcję dyrektora więzienia, a drugi głównego kuchmistrza i nie z nimi Tiben udawał się na obchód. Los w osobie Ergena nie spełnił jednak jego oczekiwań – raczej okrutnie z niego zadrwił. Chłopak, od kilku tygodni znajdujący się na Tagros, zdążył już zaaklimatyzować się w grupie jego podwładnych – rżnął z nimi w prymitywną wersję pokera, ochoczo przyklaskiwał myśliwskim opowieściom i zaśmiewał się do łez słuchając anegdotek z przygód kolegów w wiadomym przybytku, odwiedzanym gromadnie na każdej przepustce. W tej chwili chłonął wykwintny dowcip opowiadany przez Svyrtusa Heltena. Tiben słyszał jego rechot, towarzyszący większości znaków przestankowych w wypowiedzi starszego kumpla. – No i ten głuchy lokaj mówi: – He, he! – „przyszli do pana jacyś państwo, – He, he! – mówią, że dzwonili do pana rano, – He, he! – ale pan nie odbierał". – He, he! – A hrabia na to: „powiedz im, że nie mogłem odebrać, bo spałem". – He, he, he! – „Tak jest, proszę pana!" – He, he! – No i ten lokaj schodzi i mówi, a pamiętacie, że był przygłuchy: – He, he, he! – „pan nie mógł odebrać, bo srał!" Na tę nieoczekiwaną puentę roześmieli się również inni strażnicy i nastąpiła erupcja śmiechu tak silna, że nieszczęsny, skacowany kapitan nawet za zamkniętymi drzwiami łazienki skrzywił się z bólu i mocno zacisnął zęby, wgryzając się w niczemu nie winną szczoteczkę. Po cokolwiek pobieżnym dokończeniu porannych, a raczej wczesnopopołudniowych ablucji, wyszedł na korytarz i uważnie zlustrował wesołków. Spodziewał się, że będą pogryzać chlebki, ale nigdzie nie było ich widać. Być może zdążyli zaprawić się wcześniej, ale Serenor nie wątpił, że ten rodzaj humoru jest w stanie ich rozbawić również bez udziału środków wspomagających. Rzucił im niechętne spojrzenie i ruszył do kuchni, aby dobudzić się przy pomocy kawy. Za chwilę miały się zacząć przygotowania do obiadu i kilka sprzątaczek kończyło właśnie doprowadzać pomieszczenie do porządku. – Kto by pomyślał, takie chuligaństwo! – oburzonym głosem perorowała jedna z nich. – Nowiuśki mop, cały oblepiony jakimś świństwem! Wszystko pościągane z półek, porozrzucane! I trzy nieużywane sukienki ukradli! Nie dość, że wandale, to jeszcze złodzieje! Tiben poczuł, że palą go uszy. Na szczęście wszedł właśnie jeden z kucharzy. – Czołem, panie kapitanie! – Cześć, Kile. Co dziś na obiad? – rzucił chuligan, wandal oraz złodziej, czując się nieco lepiej. Aspiryna, przynaglona pierwszymi łykami kawy, zaczynała już działać. Być może za godzinę lub dwie będzie nawet w stanie coś przełknąć. – Miejscowe specjały, czyli gulasz z niespodzianką i spasanka na słodko – odparł jak zwykle wesoło młody pomocnik Jormego, kładąc na blacie rozpostartą książkę kucharską. – Z tego przepisu? – Tak, panie kapitanie. Nie wie pan, co to spasanka na słodko? – Wiem, jak smakuje, ale nigdy nie zastanawiałem się, jak się ją robi. Podniósł nieco już wyświechtany, opasły tomik. „Odrąbać, opłukać i rozłupać pierń,” – przeczytał – „wyłuskać, oskrobać i rozciąć zielkiszkę. Ostrożnie zlać szlamwię. Glutełki starannie wybrać i odrzucić.” – Uff – westchnął głośno, odkładając lekturę. – Zaspokoił pan ciekawość? – Tak. Przy okazji skutecznie pozbawiłem się apetytu. Kucharz roześmiał się. Lubił Tibena – inni strażnicy często mu dokuczali z powodu charakterystycznego stylu bycia, nieodłącznie według nich związanego z homoseksualizmem. W przypadku Kilego nie była to do końca prawda. W rzeczywistości, w swoich preferencjach nie czynił różnicy między płcią żeńską a męską, co Serenor, choć sam nie cechował się podobną wszechstronnością, w głębi duszy uważał za najbardziej praktyczną orientację. – Coś panu pokażę! – zawołał rozbawiony chłopak i przystąpił do rozwiązywania tasiemek fartucha. O rany, przemknęło zmartwiałemu kapitanowi przez myśli, tolerancja tolerancją, ale to już gruba przesada. Na szczęście Kile poprzestał na zdjęciu ochronnego okrycia. Zakręcił się w miejscu, obrzucił dumnym spojrzeniem swoje nogi i z szerokim uśmiechem zapytał: – No i jak? Kapitan zorientował się, że chłopcu chodzi o nowe spodnie, które prawdopodobnie sam zaprojektował i wykonał – Tiben nie potrafił sobie wyobrazić, by podobne kuriozum sprzedawano w jakimkolwiek sklepie. Na całej planecie znajdowało się raptem kilka wiosek i tylko jedno miasto, noszące tę samą co ona nazwę. W tak małej społeczności nie było miejsca na tego typu fanaberie. Uszyte były z czarnego sztucznego jedwabiu, z każdej strony przyozdobionego kolorowym paskiem – z tyłu żółtym, po bokach zielonym i niebieskim, a z przodu różowym. Na domiar złego, zamiast kończyć się w okolicach kostek, szerokim kloszem opadały na buty. W rezultacie stopy wyglądały jak kopyta obdarzonego specyficznym gustem fauna. – No, jak się panu podobają? – Fikuśne – odpowiedział ostrożnie Tiben. Niech sobie to Kile interpretuje jak chce. – Muszę iść – dodał pospiesznie, na wypadek, gdyby chłopak zechciał domagać się obszerniejszej recenzji. Z resztą kawy schronił się na najbliższym tarasie, gdzie w samotności mógł spokojnie ją dopić. Obserwował leniwie grupę więźniów, przebywających akurat na wewnętrznym dziedzińcu twierdzy. Ze spacerniakiem sąsiadowało jedyne na planecie lądowisko gwiazdolotów. Skazani rozmawiali, grali w różne gry przy specjalnie w tym celu ustawionych stolikach, paru uganiało się za piłką po boisku, wchodzącym w skład wydzielonego dla nich terenu. Kiedy dostrzegli ruch na tarasie, większość oderwała się od dotychczasowych zajęć. Przez najbliższe kilka minut bezskutecznie próbowali wywołać jakąś reakcję na kamiennym obliczu kapitana, strojąc miny i czyniąc pod jego adresem obraźliwe gesty; dwóch zaczęło nawet fikać koziołki. Tiben uniósł wzrok na pozbawione okien mury po drugiej stronie podwórza. Rozbawienie wywołane błazeństwami więźniów natychmiast się rozwiało. Za tymi ścianami znajdowały się pomieszczenia należące do zakazanego sektora Cytadeli, Laboratorium. Kto wie, ilu z tych dokazujących teraz jak dzieci mężczyzn trafi tam w najbliższych miesiącach? Choć w twierdzy minęło południe, na zewnątrz trwał jeszcze długi, chłodny poranek tagroskiego dnia. Planeta była niemal dwukrotnie mniejsza od Ziemi, ale doba trwała tu aż sześćdziesiąt dwie godziny. Do tak długiego cyklu organizm ludzki nie był w stanie się dostosować, wewnątrz murów Cytadeli obowiązywał więc czas ziemski. W dużo gorszej sytuacji byli mieszkańcy miast, a przede wszystkim farmerzy z wiosek dostarczających żywności wszystkim obywatelom Tagros. Przed wielu laty stanowiło to jedną z przyczyn znacznego spadku popularności planety po fazie intensywnej kolonizacji, która nastąpiła zaraz po jej odkryciu i zbadaniu. Zwiadowcy, pochodzący z sąsiedniego układu gwiezdnego, donosili o globie, którego atmosfera wydawała się w swym składzie zbliżona do optymalnej dla ludzkich wymagań. Wysłano pierwszych badaczy, którzy wylądowali na samotnej wyspie pośrodku ogromnego oceanu, pokrywającego resztę powierzchni planety. Zachwyconym oczom naukowców ukazał się niebywale piękny, tętniący życiem świat. Zwiadowcy nie mylili się – powietrzem Tagros można było swobodnie oddychać. Również temperatura, a także jej dobowe oraz roczne amplitudy, dalekie były nawet od ziemskich ekstremów. Wśród bogactwa miejscowych form życia biologowie szczególnie często natykali się na masywne krzewy, obsypane obfitością niewielkich, spłaszczonych owoców, znajdujących się w różnych stadiach dojrzałości. Od nich postanowili rozpocząć szczegółowe analizy – gdyby okazały się jadalne, przyszli koloniści byliby, przynajmniej w pewnym stopniu, uniezależnieni od dostaw żywności z zewnątrz. Wyniki ekspertyz przeszły wszelkie oczekiwania – roślina zdawała się składać niemal wyłącznie z wartości odżywczych. Zawierała również śladowe ilości dość nietypowych, jak na żywy organizm, substancji, ale nic nie wskazywało na ich potencjalną szkodliwość. Wyprawiono uroczystą kolację, podczas której dokonano próbnej degustacji owoców. Okazały się nie tylko jadalne, ale również wyjątkowo smaczne. Wzruszenie nobliwych mężów nauki sięgnęło zenitu. Zbawczemu krzewowi, przewidując, że w przyszłości będzie pełnił rolę podstawowego źródła wyżywienia mieszkańców, nadano nieco patetyczną nazwę chleborośli. Również ekipa naukowców od razu porzuciła uprzykrzone koncentraty i przestawiła się na pożywne owoce. Kolejne dni przynosiły kolejne odkrycia – jadalnymi okazało się jeszcze wielu przedstawicieli fauny i flory, a także najliczniej reprezentowanej formacji pośredniej, florauny. Z upływem czasu euforia odkrywców nie malała, ale podniosły nastrój zastąpiły symptomy stanu znanego powszechnie pod mianem głupawki. Nazwy nowo poznawanych gatunków stawały się coraz mniej i mniej poważne. Do najbardziej poszkodowanych stworzeń należały z pewnością fiuptak i zadorożec, który w pierwotnej wersji otrzymał jeszcze bardziej frywolne miano. Po niedługim czasie, zaniepokojeni nietypową formą raportów zwierzchnicy postanowili wysłać kolejną grupę specjalistów, aby zbadała przyczyny podejrzanie dobrego nastroju pionierów. Ponieważ żywili się oni głównie chleboroślą, na niej skupiła się uwaga nowo przybyłych. Przeprowadzono serię eksperymentów, które ujawniły, że owe w niewielkich ilościach zawarte w owocach substancje, skądinąd całkiem niewinne, pod wpływem soku żołądkowego zaczynają ze sobą reagować i wytwarzają nowy, nieznany dotąd związek o właściwościach psychoaktywnych. To właśnie on był odpowiedzialny za specyficzną atmosferę towarzyszącą eksploracji planety. Kilka lat później, gdy nowy świat otwarty został dla kolonistów, pogłoski o nowej używce przyczyniły się do znacznego zwiększenia liczby chętnych. Owoce, zwane pieszczotliwie chlebkami, wkrótce były najczęściej konsumowanym towarem w osadzie. Z początku pewną ich ilość eksportowano również do sąsiednich układów, ale szybko stało się to nieopłacalne, gdyż próby introdukcji chleborośli na wielu planetach zakończyły się sukcesem. Nigdy nie próbowano ich zdelegalizować – powszechna dostępność wykluczała możliwość egzekwowania zakazu; wydając go, władze tylko by się ośmieszyły. Poza tym, działanie owoców ograniczało się do wywoływania dobrego humoru, nie miały żadnych skutków ubocznych i nie powodowały uzależnienia, a przedawkowanie nie było groźniejsze od przejedzenia się zdrową żywnością. Niestety, organizm szybko przyzwyczajał się do nich; im więcej chlebków się spożywało, tym słabszy wywierały efekt. Na balustradzie tarasu przysiadł papugad i przystąpił do czyszczenia piósek. Albo piusek. Tiben nie wiedział, czy „u" (bądź „ó”) pochodzi jeszcze od "piór", czy też już od "łusek". – No chodź! – z ortograficznych rozważań wyrwał kapitana skrzekliwy głos Ergena, dobiegający z korytarza. – Należy nam się chyba jakaś rozrywka! – No nie wiem... Nie chcę kłopotów. Stary nieźle się wkurza za zabawy z więźniami. Jesteś tu nowy i nie wiesz jeszcze, jaki potrafi być ostry! – odparł Svyrtus. Rozmawiający przystanęli pod ścianą i Tiben widział ich teraz przez okno. Sam bezszelestnie ustawił się tak, aby nie mogli go dojrzeć. Najwyraźniej knuli coś paskudnego, i chciał się dowiedzieć, co. – Boisz się takiego starucha? – Jakiego starucha? Jest z dziesięć lat młodszy ode mnie! Poza tym, codziennie ćwiczy na siłowni. – Codziennie to ćwiczyłem pięć lat temu - sprostował w myśli "staruch" – Teraz już mi się nie chce. – Co ty gadasz? Właściwie z gęby rzeczywiście wcale nie wygląda staro... No, ale przecież jest całkiem siwy! Siwy jak... jak... jak dupa mojej babci! Tiben z trudem stłumił chichot. Albo nasz młody przyjaciel jest niespełnionym poetą, albo pochodzi w prostej linii od Yeti. To by zresztą wyjaśniało jego uroczy charakterek i rozliczne zalety ducha. – Nie jest siwy, jest albinosem. – Czym? – Albinosem. Zawsze był taki biały. Taki już się urodził. – Aha – powiedział z wahaniem potomek Człowieka Śniegu. Najwyraźniej podejrzewał, że kolega stroi sobie z niego żarty. – To jak, idziemy? – powrócił na pewniejszy dla siebie grunt. Svyrtus westchnął. – Uparłeś się, co? – Chodź, przynajmniej sobie popatrzymy. Tyle nam chyba wolno? Helten dał się końcu namówić i razem skierowali się w stronę bloku. Kapitan odczekał chwilę i cicho wsunął się z powrotem na korytarz. Powoli ruszył za spiskowcami. Po drodze skręcił do kuchni, by odstawić opróżniony kubek. Odwracał się już do wyjścia, gdy zatrzymało go wołanie przyjaciela: – Stary, stary, zaczekaj! – Jorme podbiegł i ściszył głos – Mam do ciebie prośbę. – Czy to nie może poczekać? Nie bardzo mam teraz czas. – Aż tak mi się nie spieszy. Wpadnę do ciebie po obiedzie, dobrze? – Ok. Tiben wyszedł z kuchni i wznowił pościg. Śledzeni dotarli już do drzwi prowadzących na blok i właśnie mocowali się z zamkiem. Czekał, obserwując ich wysiłki zza węgła. – Kapitanie. – Serenor drgnął zaskoczony i odwrócił się. Za nim stał Herek Falts, jeden z jego podwładnych. – Tak? – Pan naczelnik pyta, czy odwiedzi go pan w jego gabinecie przed obiadem. – Nie wiem. – To znaczy nie? – w oczach Faltsa widniała jawna niechęć. – To znaczy nie wiem. Wkroczył do sektora mieszczącego cele. Młody Yeti i Svyrtus zdążyli tymczasem zniknąć w plątaninie korytarzy. Niemal się skradając, kapitan nasłuchiwał odgłosów ich rozmowy. Zamiast nich, usłyszał cichy głos dobiegający z jednej z cel. – Szefie – wyszeptał jej chudy lokator. Krzywiąc się z bólu, przyciskał do piersi jedną rękę. Prawdopodobnie ktoś niedawno hojnie poczęstował go czymś w rodzaju gumowej pałki. Ergen przywiózł taką ze sobą na Tagros, mimo że było to zabronione. Tiben spojrzał uważnie na mężczyznę, a ten wskazał oczami kierunek, w jakim poszli jego prześladowcy. Serenor skinął głową i przyspieszył kroku. Domyślał się już, dokąd Polt prowadzi kolegę. Wkrótce znów usłyszał ich głosy – a także jeden należący bez wątpienia do młodej kobiety. – No dalej, rozbieraj się! Wolisz dostać kulkę w brzuch? - skrzeczał Ergen. – Milion razy! No dalej, strzelaj! Tiben przystanął niezauważony w odległości kilku kroków. Dopiero, gdy się odezwał, zwrócili na niego przerażone spojrzenia. Przybierając nonszalancką pozę oparł się o ścianę, choć daleki był od wewnętrznego spokoju. – Gratuluję, synku. Twojego wdzięku nie sposób przecenić, skoro jesteś w stanie sprawić, że postrzał w żołądek staje się dla młodej, zdrowej dziewczyny kuszącą perspektywą. Svyrtus próbować wycofać się cichaczem. – Stój! – warknął kapitan i przysadzisty strażnik zamarł w bezruchu. – Panie Tiben, daj pan spokój, nic się przecież nie stało! – zaprotestował cicho, nie podnosząc wzroku. Tiben obdarzył go nieruchomym, lodowatym spojrzeniem. – Dla ciebie nazywam się kapitan Serenor – oświadczył zimno. – Co jest, kapitanie, nie lubi pan swojego imienia? – zakpił Ergen. – Lubię moje imię. Nie lubię tylko, gdy takie szumowiny jak wy wycierają sobie nim parszywe gęby. Wracając do tematu: twój chłopięcy urok marnuje się w tej dziurze. Powinieneś roztaczać swój czar w otoczeniu przyrody i hożych wiejskich dziewuch – a także pod czujnym okiem ich uzbrojonych w widły ojców, bo jesteś przecież przyzwoitym chłopcem, prawda? Być może powinieneś zainteresować się tutejszym rolnictwem, bo jeśli jeszcze raz złapię cię w podobnej sytuacji, wylecisz na zbity pysk. Ciebie to też dotyczy, stary kretynie, słuchający rozkazów młodego kretyna. A teraz wypierdalajcie stąd. Tylko nie myślcie, że na tym się skończy. Aha, i oddaj mi tę idiotyczną pałkę. Kiedy niedoszli gwałciciele posłusznie się oddalili, spojrzał na dziewczynę, przytrzymującą pod brodą rozerwaną górę szarego więziennego stroju. – Nic ci się nie stało? – zapytał. – Nie. Dziękuję panu. – On blefował. Nie miał broni. – Wiem. – Jeśli wolałabyś wrócić do dziewczyn, załatwię to z naczelnikiem. – Pamiętał, że kobieta kilka tygodni wcześniej została przeniesiona do pojedynczej celi na własną prośbę. – Nie trzeba. Ale dziękuję. – No dobrze. Zaraz przyniosę ci nową koszulę. Spełnił swoją obietnicę, a skonfiskowaną pałkę wyrzucił do zsypu. Po drodze postanowił skorzystać z zaproszenia Laniego. Opuścił blok i skierował się do biura szefa. – Cześć! – rzucił od drzwi i rozsiadł się wygodnie w fotelu. – Czego się drzesz? – powitał go uprzejmie przyjaciel, krzywiąc się przy tym niemiłosiernie. Opartymi o biurko rękami ostrożnie podtrzymywał głowę. – Czyżbyś odczuwał jeszcze skutki wczorajszego pijaństwa? – zapytał Tiben, szczerząc się od ucha do ucha. – Można tak to ująć. Ty za to jesteś wesół jak skowronek. – Niezupełnie. No, ale co tam ode mnie chciałeś? – Ja? Nic, co niby miałbym od ciebie chcieć? – Wysłałeś po mnie Faltsa. – Tak tylko, myślałem, że wpadniesz i pogadamy... – szef był teraz wcieleniem bezinteresowności i urażonej niewinności. – Podejrzane. Chyba coś kombinujesz. – Też coś! Chcesz cukierka? – Buchhwitz zmienił temat, wskazując stojący na biurku słoiczek aspiryny. – Wziąłem dziś już dwie. – Dwie? To tyle co nic. Poczęstuj się jeszcze. – Nie, dzięki. Chciałbym poużywać tej wątroby jeszcze kilka lat. – Ja zżarłem już sześć i moja wątroba ma się doskonale. Niestety, na moim biednym łbie również nie wywarło to żadnego efektu. – Właśnie dlatego. Pochłaniasz je w hurtowych ilościach i zdołałeś się już uodpornić. – Być może. A jak się sprawuje ten nowy? – Nawet mi o nim nie wspominaj – spochmurniał Tiben. – Jak pensjonarka snułem marzenia o inteligentnym, wrażliwym młodzieńcu, a dostałem tępego, brutalnego i bezczelnego chama. – Jest aż tak zły? – Nie dalej jak godzinę temu przyłapałem go na próbie zgwałcenia więźniarki. – Żartujesz. – Nie. – Ha! – parsknął niedowierzająco Lani – A to skurwysyn. Gwałt... – dodał po chwili – Tego tu jeszcze nie mieliśmy. Między więźniami, ale popełniony przez strażnika na skazanej? Nie, tego tu jeszcze nie mieliśmy. – powtórzył – I lepiej, żebyśmy nie mieli w przyszłości. – Prędzej czy później do tego dojdzie. – Nie. Nie za mojej kadencji. – naczelnik wstał i zaczął przechadzać się po gabinecie. – Od jutra zawsze będziesz pełnił służbę razem z nim. A zapasowe klucze do bloku nie będą leżeć w skrytce przy drzwiach, tylko u mnie w szufladzie. – A co z przepisami przeciwpożarowymi? – Racja... przepisy przeciwpożarowe. No trudno, trzeba będzie je trochę przerobić. Najwyżej wydam dodatkowe rozporządzenie, zakazujące wzniecania pożarów. – mrugnął Lani – Poza tym wezwę na dywanik i solidnie obrugam tego, jak mu tam, Polta? – Tak, Ergena Polta. Był z nim Svyrtus Helten. – Svyrtus? Przecież to stary tchórz! – Ale w głębi duszy skrywa nieprzebrane, nie naruszone zębem czasu ni kultury pokłady sadyzmu. Widziałem, co robi z upolowanymi szczurokładkami. Najwyraźniej w sprzyjających warunkach jego talent rozkwita niczym śmierdzący kwiat. – Sądząc po przypływie lirycznego natchnienia, wraca ci humor. Czyżbym miał w tym swój skromny udział? – Buchhwitz zakończył spacer i z powrotem usadowił się za biurkiem. – Owszem. Choć nie uśmiecha mi się perspektywa prowadzania się za rączkę z Ergenem. – Pociesz się, że jemu również się nie spodoba. Zawsze możesz mu trochę podokuczać. – Nie omieszkam. Ty też go nie oszczędzaj. Jego ani Heltena. Możesz ich postraszyć, że wyślesz ich do Laboratorium. Cholera, szkoda, że wcześniej nie wpadło mi to do głowy... – Tylko że ci z Laboratorium jakoś nie bardzo chcą mnie słuchać. – Ty to wiesz i ja to wiem, ale ci idioci? – W porządku, postaram się obmyślić jakieś przerażające groźby. A tak przy okazji... – Lani sięgnął po coś schowanego pod biurkiem. – Aha, wiedziałem, że coś knujesz! – Knuję? Nic nie knuję! Tak tylko, skoro już tu jesteś... – No, słucham. – Mógłbyś coś z tym zrobić? Odnieść na miejsce albo co – wręczył mu foliową torbę. Tiben zajrzał do środka i zobaczył kolejną kwiecistą suknię. – Ja? Dlaczego niby ja? Nie wymyśliłem jeszcze, co zrobić ze swoją! – Tym lepiej, nie będziesz musiał dwa razy biegać. Serenor westchnął. – No dobrze, ale jesteś mi winien przysługę. – Zapomniałeś już, jak trzynaście lat temu awansowałem cię na kapitana? Teraz dopiero jesteśmy kwita! – Czternaście. I awansowałeś mnie, bo jako jedyny nadawałem się na kapitana. – Nic nie szkodzi. Lepiej już idź, bo spóźnisz się na obiad. – Ty nie idziesz? – Nie, jakoś nie czuję się na siłach. – No to na razie. Nie jedz więcej cukierków. – Dobrze, mamo. Po drodze do swojego pokoju nie spotkał nikogo. I całe szczęście, bo daleko mu było do zwykłego opanowania. Niełatwo było trzymać się środka korytarza, a także zachować wyprostowaną postawę – miał raczej ochotę skulić się i przemknąć chyłkiem. Na miejscu zamknął za sobą drzwi na klucz i odetchnął z ulgą. Dopakował do torby swoją sukienkę i wrzucił całość z powrotem do szafy. Gdy dotarł do stołówki, większość jedzących zbliżała się do końca posiłku. Podszedł do lady i poprosił o gulasz. Nie przepadał za mięsem niespodzianki, ale wcześniejsza lektura przepisu zniechęciła go do drugiej potrawy. Niespiesznie nakładający porcję bufetowy wydawał się osobiście obrażony jego późnym przybyciem. Tiben nie znał nawet jego nazwiska. Czekając, rozglądał się po sali. Z zadowoleniem stwierdził, że Svyrtus i Ergen znajdują się w dwóch przeciwległych końcach jadalni. Wypatrzył wolne miejsce niedaleko tego drugiego i zajął je, gdy w końcu otrzymał swoją miskę. Ciekaw był, czy jego ulubieniec nie wpadł przypadkiem na kolejny błyskotliwy pomysł. Okazało się, że chłopak zabawia towarzystwo, powtarzając kawał, usłyszany wcześniej od starszego kolegi. Dowcip wydawał mu się najwyraźniej za długi, dokonał w nim więc pewnych, dewastujących w skutkach, skrótów. – Wiecie, był sobie kiedyś taki nadziany gość, jakiś hrabia, czy coś. I przyleźli do jego domu jacyś frajerzy. No więc lokaj powiedział temu ważniakowi, bo on miał lokaja, wiecie, aha, no i on był przygłuchy, ten lokaj, że przyleźli do niego jacyś faceci. A ten mówi, że śpi. Więc lokaj polazł znowu do tych frajerów i mówi im: „Pan sra!” – Ergen wybuchnął śmiechem. Kilku kompanów zawtórowało mu niepewnie. Reszta pokasłując wymieniała zdezorientowane spojrzenia, a jednemu wyrwało się ciche: „Co?” Na Wisznu, Zeusa, Swarożyca, Anubisa, Quetzalcoatla i Odyna, jednookiego boga wojny – czemu muszę użerać się z kretynem zdolnym zarżnąć nawet najprostszy, najbardziej prymitywny dowcip, poznany godzinę wcześniej? – zastanawiał się kapitan – Swoją drogą, nie przypuszczałem, że ta perełka ludowego humoru może się stać jeszcze mniej śmieszna. Cóż, człowiek uczy się przez całe życie. Przestał przysłuchiwać się popisom oratorskim strażnika-któremu-prawie-udało-się-zostać-gwałcicielem i skoncentrował na swoim gulaszu. Od niechcenia przebiegał wzrokiem wyryte na blacie stołu podpisy, złote myśli i zabawne, przynajmniej w mniemaniu autorów, rysunki. Podpis pod jednym z bardziej wulgarnych przykuł jego uwagę; zdradzał, że twórcą dzieła był nie kto inny, ale niedawno zmarły Faber Pikt. O rany, – pomyślał jego zaskoczony następca – ten stół ma chyba ze sto lat! Niewiele pomylił się w swojej ocenie. Stół stał tu od początku istnienia więzienia, liczył więc tyle lat co i ono, a konkretnie siedemdziesiąt osiem. Budowę twierdzy rozpoczęto prawie półtora wieku po odkryciu planety. Do tego czasu kolonia zdążyła bardzo podupaść. Po początkowym okresie prosperity przybywało coraz mniej osadników. Niektórzy odlatywali, nie znalazłszy tu szczęścia i postanawiając go szukać gdzie indziej. W międzyczasie odkryto nowe światy, niemal równie gościnne, a posiadające rozleglejsze połacie suchego lądu i zlokalizowane bliżej gwiezdnych szlaków. Wtedy, jako głęboka prowincja obejmującego kilka układów planetarnych Cesarstwa, Tagros znalazła się ponownie w sferze zainteresowań jego władz – jako miejsce dogodne do budowy kolejnej Imperialnej Cytadeli. Nr 67 nie był jednak zwykłym więzieniem – był również ośrodkiem badawczym, w którym prowadzono kontrowersyjne eksperymenty, o czym opinia publiczna nigdy nie powinna się dowiedzieć. Dla pracowników twierdzy również było tajemnicą, co dzieje się w jej oddzielonej, starannie zamkniętej i strzeżonej części, zwanej Laboratorium, a mniej oficjalnie – Mordownią albo Fabryką Trupów. Strażnicy nie mieli z reguły problemów z uzyskaniem przepustek do miasta, ale wewnętrzny personel sekretnego sektora spędzał w nim prawdopodobnie całe życie. Jedynym łącznikiem z resztą Cytadeli był kurier, który każdego miesiąca dokonywał krótkich wycieczek do gabinetu naczelnika więzienia po sporządzone przez niego raporty oraz dokumenty, zawierające dane więźniów. Czasami, niejako przy okazji, posłaniec zostawiał inne papiery – głównie rozkazy, wyszczególniające, których skazańców należy w najbliższym czasie odprowadzić pod wrota Fabryki. Stamtąd odbierali ich wewnętrzni strażnicy ośrodka, i nikt nigdy żadnego więcej nie widział. W niektóre noce słyszano, stłumione przez grube mury, mrożące krew w żyłach krzyki. Po śmierci poprzedniego dyrektora objęcie stanowiska zaproponowano Laniemu, który w wieku dwudziestu siedmiu lat posiadał już reputację świetnego zarządcy. Nie miał oczywiście pojęcia o szczególnym charakterze zakładu, w którym przyjdzie mu spędzić resztę życia. Wytłumaczono mu to, gdy dotarł na miejsce. To i kilka innych rzeczy. Gdyby mu pozwolono, wolałby raczej do śmierci harować na plantacji kolczastych igłórków, ale jego wybitny talent organizacyjny był tu potrzebny i nie dano mu wielkiego wyboru. Buchhwitz poddał się w końcu niezwykle przekonującej argumentacji swoich przełożonych i przyjął posadę, w nagrodę za podjęcie właściwej decyzji zachowując życie. Był naprawdę dobry w swoim fachu – dopóki skazani podlegali jego jurysdykcji, nie mieli wiele powodów do narzekań, a liczba incydentów między więźniami była kilkakrotnie niższa niż w innych instytucjach podobnej wielkości. Jednak gdy znajdował nazwiska swoich podopiecznych w dostarczonych przez wysłannika Laboratorium formularzach, tracił wszelką kontrolę nad ich losem, a ten za masywnymi drzwiami Fabryki z pewnością nie zmieniał się na lepsze. Nikt nie wiedział, co dokładnie ich tam spotyka, ale Buchhwitz był przekonany, że cokolwiek to było, większość ofiar na to nie zasługuje. W przekonaniu tym utwierdzało go podejrzenie, że o skierowaniu do Cytadeli decydowała w mniejszym stopniu waga popełnionych przestępstw, a w większym – brak krewnych i przyjaciół zainteresowanych ich losem. Lani sądził, że nie mający nikogo na żadnym z zamieszkałych światów sierota mógłby to trafić za kradzież pary butów. Od dwudziestu czterech lat, co miesiąc po wyjściu kuriera naruszał swoje imponujące zapasy alkoholu i urządzał staromodną popijawę, z początku samotnie, potem wraz z Tibenem i Jormem. W miesiącach, gdy otrzymywał rozkazy z nazwiskami skazanych, były to ponure posiedzenia, w porównaniu z którymi przeciętna stypa niewiele różniła się nastrojem od oblewania głównej wygranej na loterii. Zaś wczorajsza impreza zakończona pokazem mody przybrała obrót typowy dla dni, kiedy posłaniec przychodził z pustymi rękami. Po opróżnieniu miski Tiben wrócił do siebie czekać na zapowiedzianą wizytę Jormego. Punktualność nie należała do jego zalet, a określenie „po obiedzie” mogło odnosić się do dowolnego momentu, usytuowanego pomiędzy chwilą obecną a godziną dziewiętnastą, wyznaczającą początek dzisiejszej zmiany Tibena. Wiedząc o tym, zdjął buty, starannie wygładził pościel i wyciągnął się wygodnie na łóżku z rękami pod głową, szykując się do poobiedniej drzemki. Pół minuty później usłyszał pukanie. Gwałtownie otworzył oczy. – Wej... – zaczął głośno i urwał. – Po cholerę ja zamykałem te drzwi? – mruknął. Zrezygnowany, opuścił posłanie i przekręcił klucz. – O, nie – jęknął. Stojący na progu Jorme trzymał torbę bliźniaczo podobną do tej, którą otrzymał wcześniej od Laniego. – Co: nie? Mam nie wchodzić? – Wejdź... Ale wiem już, jaką masz do mnie sprawę. I odmawiam. – Jeszcze o nic cię nie poprosiłem. – Ale poprosisz. O zaopiekowanie się twoją kreacją. Nic z tego, wystarczyłoby mi kłopotu z jedną, a jeszcze Lani wcisnął mi swoją. – Co to za różnica, jedna mniej czy więcej. – Ja widzę różnicę i…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Ridareta
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…