Wróć do katalogu

Co do sekundy

"Kiedy jedne drzwi się zatrzaskują, inne się otwierają" JAMES PATTERSON - DRUGA SZANSA

Mgła, opublikowano , 42 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Co do sekundy

I

- Ile? – zapytała Amelia, chowając ręce w kieszeniach kurtki. Staruszek odłożył zegarek na ladę i ściągnął okulary. - Dwadzieścia złotych. - Żartuje pan? Pasek jest pozłacany… Mężczyzna opadł na krzesło, tak ciężko jakby stał trzy godziny a nie minuty. Mógł równie dobrze mieć pięćdziesiąt, co siedemdziesiąt lat. Jego twarz była zbyt pomarszczona, żeby odczytać z niej wiek. - Widzę. I dlatego daję dwadzieścia złotych, a nie dwa. - Jest wart o wiele więcej. - Nie dla mnie. Ja go wyceniam na dwadzieścia złotych. Zostawia go pani? Amelia spojrzała na zegarek. Pozłacany pasek, rzymskie cyfry i biała tarcza, wyglądały bardzo elegancko. Była to pamiątka po ojcu, który rozpłynął się w powietrzu. - Chodzi punktualnie, co do minuty. Jest stary, ale nigdy się nie psuje. Mężczyzna wziął zegarek do ręki i podniósł go do oczu na odległość kilku centymetrów. - Niech będzie trzydzieści, ale to moje ostatnie słowo. Amelia westchnęła. Trzydzieści złotych za zegarek wart kilka stów. Nie mogła się na to zgodzić. - Sześćdziesiąt. Starzec położył zegarek na ladzie i popchnął go w stronę Amelii. - Trzydzieści. Więcej nie mogę dać. Podniosła wzrok na sufit, z którego schodziła farba, a potem spojrzała na wiszące za mężczyzną półki. Leżały na nich stare przedmioty od kryształów poczynając, a na magnetofonie z czasów komunizmu skończywszy. Nic tu nie kosztowało mniej niż trzydzieści złotych, a większość cen przekraczała sto. Na samej górze stała figurka Indianina, który zamiast łuku trzymał kartkę z napisem pięćdziesiąt złotych. Amelia zastanawiała się, czy jego właściciel otrzymał choć połowę tej sumy. - Wobec tego dziękuje – stwierdziła, chowając zegarek do kieszeni. Aż tak nie potrzebowała pieniędzy. Poza tym w mieście było kilka lombardów. Staruszek się tym nie przejął. Wzruszył ramionami i pochylił się nad jakąś gazetą. Przestała dla niego istnieć. Może zegarek rzeczywiście nie był wiele wart, a może mężczyzna chciał, żeby doszła do takiego wniosku i zmieniła zdanie. Jeśli tak - przyjemnie będzie go rozczarować. Amelia wyszła z lombardu, nie mówiąc do widzenia.

II

Na korytarzu panował taki hałas, że gdyby zaczęła wołać o pomoc, nikt, by nic nie usłyszał. Wszyscy wrzeszczeli, starając się przekrzyczeć siebie nawzajem, łazili dookoła, niczym szczury zamknięte w klatce albo siedzieli pod ścianami, czekając na następne lekcje. Amelia przedarła się przez tłum nastolatków, zapełniających wąski korytarz i weszła do sali numer trzydzieści osiem. Choć do dzwonka pozostały trzy minuty, większość ławek była jeszcze pusta. Przy klatkach z chomikami i świnkami morskimi kłębiła się grupka osób, głaszcząc zwierzęta. Inni obstąpili akwarium i karmili rybki. Tylko do stojącego w kącie pytona nikt nie podchodził. - Gdzie byłaś? Mioduszewska o ciebie pytała – odezwała się Ela, kiedy Amelia usiadła obok niej w ławce. Matematyczka zawsze o nią pytała. Amelia była słaba z tego przedmiotu, a Mioduszewska twierdziła, że złe oceny są wynikiem nieobecności. - Chciałam opchnąć zegarek w lombardzie. Otwierali go dopiero o dziewiątej. - I co? - Nic. Facet proponował mi trzydzieści złotych. Amelia położyła zegarek na ławce przed Elą. Dziewczyna wzięła go do ręki i zaczęła przyglądać się mu, jakby robiła wycenę. - To złoto? - Trochę. Pasek jest pozłacany, ale reszta to podróbka. Jest wart więcej niż trzydzieści złotych. - Widzę. Czemu chcesz go sprzedać? To chyba jakaś pamiątka. - Po ojcu, więc z czystym sumieniem mogę się go pozbyć. Ela spojrzała na Amelię, akurat w chwili, gdy zabrzęczał dzwonek. Młodzi ludzie powoli zaczęli gromadzić się w ławkach i wyjmować książki. Amelia także wzięła do ręki plecak. - Żaden lombard nie zapłaci ci tyle, ile on jest warty. Trzydzieści złotych… Ela uśmiechnęła się i odłożyła zegarek na ławkę. - Gdzieś na pewno dadzą mi więcej. Po lekcjach pojadę do centrum. - Potrzebujesz pieniędzy na coś konkretnego? - Nie, ja… W drzwiach pojawiła się nauczycielka, więc Amelia przerwała i skupiła się na poszukiwaniach książki. To nic nie dało, nie można znaleźć czegoś, czego nie ma. Rzuciła plecak na podłogę. Upadł odrobinę za głośno. Część klasy odwróciła się w jej stronę. Pestycka zaczęła sprawdzać listę obecności. Była jedną z młodszych nauczycielek w szkole. Starała się być jednocześnie wymagająca i wesoła. Odpytywała na każdej lekcji, uśmiechając się zarówno do tych, którzy byli przygotowani, jak i do tych, co nie potrafili odpowiedzieć na żadne pytanie. Wyglądało to tak, jakby z tą samą satysfakcją stawiała jedynki i piątki. - No więc? – spytała Ela, poczym wrzasnęła „jestem” w stronę nauczycielki. - Głośniej. W szatni cię nie słychać – powiedziała Pestycka, przerywając na moment czytanie listy. Część klasy wybuchnęła śmiechem, ale większość osób zachowała kamienną twarz. Amelia była zbyt zaabsorbowana zegarkiem, by komentarz nauczycielki ją rozbawił. - Nic konkretnego. - Ale? - Czy zawsze musi być jakieś „ale”? – Amelia usłyszała swoje nazwisko, więc spojrzała na Pestycką - Jestem. Ela wzruszyła ramionami. - Nie, skądże. Amelia uśmiechnęła się, lecz kiedy zobaczyła w rękach Pestyckiej plik kartek, natychmiast spoważniała. - Tydzień temu był sprawdzian? - Zapomniałaś? Ja się wczoraj uczyłam do północy, strasznie to nudne. Serce Amelii zaczęło bić szybciej, a ręce drżeć. Nauczycielka karze im zaraz pisać zaległą klasówkę z roślin okryto i nagonasiennych, a ona nie widziała nic ponad to, że jedne to drzewa liściaste a drugie iglaste. Pała zmniejszy jej szansę na czwórkę na koniec roku do minimum. - Zwolnijcie pierwsze ławki. Sprawdzianu nie pisało aż dziesięć osób, ale jak na waszą klasę to i tak rekord. Zabawne. Amelia zaczynała zastanawiać się, czy od razu się poddać, czy dopiero, jak nauczycielka podyktuje pytania. - Cholera, kompletnie wyleciało mi z głowy – szepnęła. - Ooo, to coś nowego – odpowiedziała jeszcze ciszej Ela – Idziemy stąd? - Jak? Teraz? Przecież mamy pisać sprawdzian. - No i co? Patrz i ucz się. Kiedy nauczycielka wyczytała nazwisko Eli, dziewczyna podniosła się z ławki, zrobiła krok, po czym upadła. Wyglądało to bardzo naturalnie, Pestycka błyskawicznie poderwała się z krzesła. - Otwórzcie okna. Trzeba podłożyć jej pod nogi krzesło. Nauczycielka była chyba jedyną osobą w klasie, która uwierzyła, że Ela zemdlała. W oczach uczniów oprócz niedowierzania widać było rozbawienie. Po chwili wahania, kilka osób rzuciło się do okien, a kilkanaście innych ruszyło w stronę Eli z krzesłami. - Trzeba wezwać pogotowie. To może być udar! – krzyknął Jacek Rekowski. - Albo zawał. Czy ona pali? – odezwał się Wojtek Mazur, najlepszy kolega Jacka. Amelia podejrzewała, że obaj mieli pisać dziś zaległy sprawdzian. - Zachowajcie spokój, to pewnie zwykłe omdlenie – powiedziała Pestycka, podchodząc do Eli – Trzeba jej dostarczyć więcej tlenu. Weźcie książki i zacznijcie wachlować. Z trzydziestu osób jedynie siedem się nie ruszyło. Pozostali pochwycili książki, niekoniecznie swoje i zaczęli nimi machać nad głową Eli. Większość zaciskała mocno usta, próbując ukryć radość. Amelia także się do nich przyłączyła, w końcu to jej najlepsza przyjaciółka leżała nieprzytomna na podłodze. Gdyby nie to, że bała się, co się stanie jeśli nauczycielka zorientuje się, iż Ela udaje, zanosiłaby się śmiechem. A tlen bardziej by się przydał Pestyckiej niż Eli. Nauczycielka w ciągu kilku sekund zrobiła się biała jak ściana. - To pewnie z niedożywienia. Ona jest podejrzanie chuda – odezwała się Jadwiga Szewc, gospodyni klasy. - Taa, ale chudym można być z wielu powodów – odpowiedział Wojtek. Ela nie wytrzymała i otworzyła oczy. Zmierzyła chłopaka zimnym spojrzeniem, po czym powoli usiadła. - Nie! Leż! – krzyknęła Pestycka, przyciskając ramiona Eli do ziemi – Nie podnoś się tak gwałtownie, bo znów zemdlejesz. - Już mi lepiej. Chociaż nadal kręci mi się w głowie. - No mówię. To anoreksja – stwierdziła Jadwiga – Wszystko pasuje. Ela zamknęła oczy. - Boli cię coś? – spytała nauczycielka. - Głowa – powiedziała Ela, otwierając oczy. Dotknęła dłonią skroni i spojrzała na Pestycką - Ale zaraz mi przejdzie, mogę napisać sprawdzian… - W żadnym wypadku. Lekarz powinien cię zobaczyć. Zadzwonimy po twoich rodziców. - Nie trzeba. Wystarczy, że Amelia odprowadzi mnie do przychodni, w której mój ojciec jest lekarzem. To niedaleko stąd. Pestycka zmarszczyła brwi. Albo miała ochotę wysłać Elę od razu do szpitala albo zaczynała domyślać się, że dziewczyna udawała. - W szkole nie ma pielęgniarki, to kiedyś skończy się tragedią – wypaliła Jadwiga. - Grozisz, czy obiecujesz? – spytał Wojtek, a cała klasa wybuchnęła śmiechem. Jadwiga zrobiła się czerwona. - To chyba nie najlepszy moment na takie uwagi, wasza koleżanka leży tu na wpółprzytomna... Ela mrugnęła do Amelii, która z wszystkich sił starała się nie roześmiać. - To właśnie dla jej dobra – stwierdziła Jadwiga, cofając się. Inni również zaczęli wracać do ławek. - No dobrze. Amelio wiesz, gdzie pracuje ojciec Eli? - Tak. - To odprowadź ją – Pestycka nie odrywała wzroku od Eli - Tylko podnoś się powoli. Ela bez pośpiechu wstała, a Amelia w między czasie spakowała ich plecaki. - Jak się czujesz? – spytała Pestycka. - W miarę dobrze. - W porządku. Idźcie, ale wolno. - Dobrze – odpowiedziała Amelia, kierując się za Elą w stronę drzwi. Na korytarzu nie wytrzymała i wybuchnęła śmiechem. - Jestem genialna, nie? - To było super: „mogę napisać sprawdzian”. Ela uśmiechnęła się, ale w ciągu sekundy z poważniała. - A podobno życie zabija naiwność i infantylność. Co ty na to? - Widocznie to zależy od ludzi, a nie od życia.

III

Rudowłosy mężczyzna przyglądał się zegarkowi, jakby miał przed sobą skarb. Obracał go w dłoniach, przysuwał i odsuwał, to mrużąc oczy, to szeroko je otwierając. W Amelię wstąpiła nowa nadzieja. Skoro facet tak dokładnie bada zegarek, może zaoferuje więcej niż trzydzieści złotych. - No tak – mężczyzna przekrzywił głowę w lewo i podrapał się po rudej brodzie – Całkiem ładny zegarek. To pamiątka? - Tak jakby – odpowiedziała Amelia, kątem oka zauważając, że Ela marszczy brwi. Widocznie ta odpowiedź nie przypadła jej do gustu. Nie podbijała ceny zegarka. - Pasek jest trochę pozłacany, ale tarcza nie, więc nie mogę pani zaoferować za dużo. A te inicjały z tyłu? Zegarek po spodniej stronie miał wykaligrafowane inicjały jej ojca. H.T. Henryk Tarasiuk. Amelia zawahała się nad odpowiedzią, bo nie miała ochoty go wspominać. - To od „hate” z angielskiego nienawiść – odezwała się Ela, wyprzedzając Amelię -Nie słyszał pan o seryjnym mordercy o przezwisku „Hate”? Zabił siedem kobiet na terenie całego kraju. Ten zegarek należał do pierwszej z nich. Miała go na ręce w chwili śmierci. Te litery to właściwie jej inicjały, ale stąd też wzięła się ksywka psychopaty. Mężczyzna odłożył zegarek, jakby się oparzył. Ela przegięła. Kto chciałby mieć zegarek, z którym umarła jakaś kobieta. Świat jest chory, ale nie aż tak. - Więc to jest chyba dowód rzeczowy – stwierdził mężczyzna, wbijając w Elę wzrok. - Nie. Nie było na nim odcisków, ani nic. Policja go oddała. Ela także patrzyła mężczyźnie w oczy. Na moment zapadło milczenie. Widocznie facet chciał coś wyczytać z twarzy dziewczyny. Niedoczekanie. Nawet Amelia tego nie potrafiła, choć znały się już ponad trzy lata. - Gdyby istniał taki morderca, słyszałbym o nim. Prasa trąbiłaby o tym od rana do wieczora. - Policja im zabroniła. Nie chcą wzbudzać niepokoju społeczeństwa i płoszyć mordercy. Ale po mieście kręci się mnóstwo tajniaków. Prędzej czy później go złapią. - Po naszym mieście? To niemożliwe! - Możliwe. Tu zginęła pierwsza ofiara, jej kuzynka. Stąd mamy zegarek. Ela traktowała życie jak grę. Każde jej posunięcie było głęboko przemyślane. Zanim wykonała pierwszy ruch, znała już ostatni. Tak było i tym razem. Kłamała patrząc w oczy, bo wiedziała, że to skuteczne. Amelię to często drażniło, ale była przekonana, że z nią Ela jest zawsze szczera. Ufała jej, choć czasami miała wrażenie, że porusza się ciemnym korytarzem, z którego wyjście zna tylko Ela. - Naprawdę? – mężczyzna zwrócił się do Amelii. Dziewczyna bardzo chciała pozbyć się zegarka, więc postanowiła skłamać. Zrobiła smutną minę i stwierdziła: - Tak. Ciągle nie mogę się pogodzić z jej śmiercią, a zegarek tylko pogarsza sprawę. Dlatego chcę go sprzedać. Mężczyzna wziął ponownie do ręki zegarek i znów zaczął go oglądać. Tym razem nie jak skarb, ale jak bombę, która dopiero co wybuchła. - Pięćset złotych. Amelię zamurowało. Otworzyła szeroko oczy i wykrztusiła. - W porządku. Może być. Kiedy otrzymała pięć banknotów stu złotowych, pomyślała, że świat jednak jest bardzo chory. Spuściła wzrok, żeby nie widzieć uśmiechu Eli.

IV

Pięćset złotych to niezła kasa, zwłaszcza dla licealistki nie otrzymującej kieszonkowego, pracującej jedynie w wakacje, przy rozdawaniu ulotek. Dwa złote za godzinę wkładania ludziom do drzwi śmieci, mogło wydawać się niezłą pensją, ale wychodziło niecałe sześćdziesiąt złotych na tydzień. Po wakacjach dysponowała sześcioma stówami, które miały jej starczyć na cały rok. Nie była rozrzutna i zadowoliłaby się taką sumą, gdyby nie fakt, że musiała za to kupić podręczniki i bilet semestralny na autobus. Traciła na to połowę wypłaty, a za resztę kupowała ciuchy, bo musiała przecież w coś się ubierać. Odkąd zniknął ojciec, w domu się nie przelewało. Cała wypłata matki szła na rachunki. Była więc zdana tylko na siebie. Teraz miała pięćset złotych, które mogła wydać, na wszystko co tylko chciała. Sama myśl o tym wywoływała na jej twarzy uśmiech. Nawet sposób, w jaki zdobyła pieniądze, nie wydawał się już taki niemoralny, jak wcześniej. - Co teraz? – spytała Ela, kiedy doszły go końca chodnika. Po obu stronach ulicy biegły sklepy i puby. Próbowały zwabić klientów kolorowymi wystawami, wielkimi szyldami oraz przecenami: okazja, wszystko za pięćdziesiąt procent ceny, wejdź, a nie pożałujesz. Dla Amelii było to tak samo zachęcające, jak narkotyki. - Chodźmy na pizzę, nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam w pizzeri, chyba… - urwała, kiedy zrozumiała, co zamierza powiedzieć. Ostatni raz jadła pizzę, kilka dni przed zniknięciem ojca. Dostał jakąś premię, przynajmniej tak mówił, więc zabrał rodzinę na obiad – Ja stawiam. Stać mnie. Ela zmarszczyła brwi, ale po kilku sekundach na jej twarz wrócił uśmiech. - W porządku. Tu na rogu jest świetna pizzeria. - No to chodźmy.

V

Lokal miał bezsensowną nazwę „Kasatra”, ale wyglądał tak jak tysiąc innych pizzeri. Kilka stolików stało pod oknem, parę przylegało do ściany, ale większość stała na środku, sali. Przykryte były różowymi obrusami, trochę jaśniejszymi od ścian. Za barem stał mężczyzna w białej koszuli i zielonym fartuchu. Miał długie bokobrody oraz sterczącą grzywkę. Do sporządzenia tej fryzury musiał użyć sporej ilości żelu. Kiedy usiadły przy stoliku, podszedł do nich i z uśmiechem wręczył karty. Ela odprowadziła go wzrokiem do baru. - Fajny, nie? – spytała. - Uśmiecha się, bo liczy na napiwek. Dlatego tak lubisz tę knajpę? - Co za cynizm. Mają tu dobrą pizzę. Przystojni kelnerzy to tylko dodatek. - Akurat – stwierdziła Amelia z uśmiechem. - Akurat. Zobaczysz – powiedziała Ela, odwzajemniając uśmiech. Amelia zamówiła dużą pizzę peperoni, a Ela średnią z owocami morza. Amelia śmiechem podsumowała wybór przyjaciółki, poczym dodała jeszcze do zamówienia dwa piwa. Pizza rzeczywiście była smaczna, więc Amelia pochłonęła ją w ciągu kilku minut. Ela chciała poczęstować ją swoją, ale odmówiła. Owoce i pizza jakoś do siebie nie pasowały. Co innego piwo. Ono było do niej doskonałe. Zamówiła następną kolejkę, bo większą część pierwszych browarów, wypiły oczekując na pizzę. Miała świetny humor. Trochę przez alkohol, ale przede wszystkim cieszyła się, że może siedzieć w pizzeri zamiast w szkole i ma pieniądze, żeby zamówić, co tylko zechce. Mogła zrobić tyle rzeczy z forsą, ale nie chciała się na razie na nic decydować. Nie zamierzała wydać wszystkiego w jeden dzień. Jutro by tego żałowała. Musiałaby wrócić do zwyczajnego życia, w którym nie było jej stać na chodzenie z innymi na imprezy, czy do kina. A teraz będzie mogła kupić sobie coś w szkolnym sklepiku albo wyskoczyć po lekcjach na pizzę i piwo, żeby oderwać się od stresu. Przywołała wzrokiem kelnera, żeby zamówić po jeszcze jednym piwie. Nie miała ochoty ruszać się z pizzeri, czuła się dobrze i z każdą chwilą spokojniej. Wszystkie smutki, gdzieś się schowały. I dobrze, nie potrzebowała ich teraz. Martwić się może jutro, dziś zrobi sobie przerwę od życia. - Skoro ty stawiasz pizzę, to ja zapłacę za piwo – odezwała się Ela. - Nie ma mowy. Tyle razy ty stawiałaś, więc teraz moja kolej. - W porządku, jak chcesz. Tylko pamiętaj, że nie masz skarbca, a jedynie pięćset złotych. To nie tak dużo. - Wiem, wiem. Pojawił się kelner z dwoma kuflami piwa, ustawił je na stole i odszedł do następnego stolika. Lokal powoli zapełniał się. Kiedy przyszły, prawie wszystkie stoliki były wolne. Teraz puste stały tylko te w samym środku, a ludzi co chwila przybywało. Amelia spojrzała na zegarek, który kiedyś dostała na urodziny od ojca. On w ogóle lubił zegarki i dużą wagę przywiązywał do punktualności. Za pięciominutowe spóźnienie groziła kara tygodniowego zakazu oglądania telewizji. Choć uważała, że to okrutne i często gniewała się na ojca, nauczyła się nie spóźniać. Wolała przyjść kwadrans szybciej niż minutę później. - Dochodzi piąta… jak to zleciało… - Bardzo szybko – odpowiedziała Ela, wpatrując się w nażelowanego kelnera nalewającego piwo. Kilka minut temu przyszedł jego kolega i teraz na zmianę obsługiwali stoliki. Był to blondyn, średniego wzrostu, w miarę przystojny, ale w porównaniu ze swoim kolegą wyglądał przeciętnie. - Rodzice nie będą się o ciebie martwili? Może powinnyśmy wracać – powiedziała Amelia, nie dlatego, że chciała już iść, ale dlatego że czuła, iż powinna powiedzieć coś takiego. Nie chciała trzymać tu Eli na siłę. - Jeśli będą to zadzwonią na komórkę, ale wątpię – stwierdziła przenosząc wzrok na Amelię. Dziewczyna skinęła głową i podniosła kufel. - Ciekawe czy Janusz ma dziewczynę? – spytała Ela, znów zwracając wzrok w stronę kelnera - Jaki Janusz? - Kelner. Tak ma napisane na kieszonce, nie zauważyłaś? Wyszyte niebieskimi nićmi, pod kolor oczu. - Nie – odpowiedziała Amelia i wlała w siebie kolejne promile. Trochę zaczynało się jej kręcić w głowie. Rzadko kiedy piła, więc nie potrzebowała wiele, żeby się upić. Musiała uważać, by nie przekroczyć tej cienkiej linii. Do domu miała daleko i wolała nie ryzykować zgubienia się w mieście, w którym się wychowała. Ela oderwała uwagę od Janusza, żeby napić się piwa, ale potem zamiast na niego spojrzała na Amelię. - Jak widzę piwo działa… Amelia wzruszyła ramionami. - Może trochę. Mam mocną głowę. - Właśnie widzę – stwierdziła Ela z uśmiechem. - Przynajmniej lepiej się czuję. Nawet twój kelner nie wydaje się już takim bufonem, jak wcześniej. Ela zmarszczyła brwi. - Jeszcze kilka piw i zaczniesz go podrywać… - Spokojnie, jest twój. Zresztą wygląda na takiego, co kiedy rozkocha w sobie dziewczynę, odchodzi – stwierdziła Amelia i wzięła kolejnego łyka piwa. Tym razem chyba przesadziła, bo nagle cała sala zaczęła wirować jej przed oczami. - Czy ja wiem? – Ela ponownie spojrzała na Janusza, który właśnie przyjmował zamówienie od rodziny z trójką wiercących się niespokojnie dzieci – Chyba wyciągasz zbyt pochopne wnioski. - Może. To pewnie rewelacyjny facet, spróbuj go poderwać. Na pewno wart jest wszelkich starań. - Ile lat temu zniknął twój ojciec? Amelię to pytanie zupełnie otrzeźwiło, więc wlała w siebie resztę piwa i zaczęła rozglądać się za kelnerem. Nigdzie nie mogła go dostrzec. - Pięć. Matka ciągle liczy, że wróci. - A ty nie? Janusz pojawił się przy pobliskim stoliku, a Amelia dała mu wzrokiem znak, żeby podszedł. - Nie. Pewnie ma już nową rodzinę, taką idealną, jak w serialach telewizyjnych. Wszyscy poruszają się punktualnie, jak wskazówki w jego pieprzonym zegarku – Amelia poczuła, że zaczyna bredzić, więc postanowiła zmienić temat – Zbliża się twój żelmen. Może zdejmij sweter, to zrobiłoby na nim wrażenie. Ela kopnęła ją pod stołem w nogę. Amelia zastanawiała się, czy nie krzyknąć, ale zmieniła zdanie. Tak na wszelki wypadek, gdyby Ela naprawdę chciała się umówić z Januszem. W prawdzie nie była jeszcze pełnoletnia, a kelner miał bliżej trzydziestki, niż dwudziestki, ale różnica wieku nie przekraczała dziesięciu lat. Zresztą Ela wyglądała na więcej niż siedemnaście i od dawna nikt nie prosił ją o dowód, gdy zamawiała piwo. - Słucham panią – powiedział kelner z uśmiechem, którym obdarowywał wszystkich klientów. Pewnie był tak prawdziwy, jak ten Kena. Kiedy ojciec odszedł,

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych