Wróć do katalogu

Codzieńwszyscy

Codzieńwszyscy i już

wariat, opublikowano , 1 godz. 22 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

CODZIEŃWSZYSCY 22.10.2004 - 6.12.2004

Karp jest jedynym gościem przy wigilijnym stole. Za chwilę będzie musiał popełnić akt kanibalizmu. Tak nakazuje tradycja.

Kiedyśtam. Wyjątkowo gruba dziewczyna siedzi obok mnie i śmieje się tymi świńskimi oczami, sprośnie, do równie otyłego chłopaka, który siedzi obok niej. Z mojej lewej strony zaś - dziewczyna całkiem ładna, piegowata, poniekąd urocza, patrzy za okno. Dziwne to, bo nawet nie przetrze zaparowanej szyby. Przede mną puste miejsce, tam obok znów zasiada jakiś dziadek o ciekawej, ładnej (na ten specyficzny, starczy sposób) twarzy, tu ktoś inny, młodszy, z kolei ówdzie kobieta w wieku średnim czy jakiś pracownik pizzerii (ma firmowy plecak) z gazetą i zdaje się - tak, tak - jestem pewny, że jadę nocnym autobusem przez spokojne, aczkolwiek bogate wizualnie centrum jakiegoś miasta. Pastelowe, pomarańczowe światła ulicznych latarni migają co i rusz, a za nimi ciąg oświetlonych witryn sklepowych. Patrzę po sobie. Biała kurtka, dość cienka, ale jest mi ciepło. Musi być późna jesień; inni pasażerowie też mają ciepłe kurtki i płaszcze. Co jeszcze? Spodnie - ciemny dżins. Adidasy. W rękach mam książkę o Salvadorze Dalim, co spostrzegam z pewnym rozbawieniem. Rozglądam się; nikt na mnie nie patrzy. Muszę wyglądać jak duch jakiś, a w każdym razie dziwnie, w środku nocy, w autobusie, z książką o Salvadorze Dalim i z tą rozwianą czupryną na łbie, którą właśnie dostrzegłem w odbiciu w oknie. Lubię Dalego. Podoba mi się "Kuszenie świętego Antoniego" i wiele innych obrazów i nie mogę zdecydować, czy wolę jego typowo surrealistyczne dzieła, czy te z okresu fascynacji perspektywą i kształtem. Chętnie przejrzałbym książkę, ale tego nie zrobię. Ani mi w głowie otwierać jej w autobusie. Wygodnie tak siedzieć bez ruchu i nie chciałbym tego niszczyć, zmieniając jakkolwiek pozycję ciała. Po jakimś czasie autobus opróżnia się niemal całkowicie i wyjeżdża na pustkowia; drogi strzegą szeregi drzew i dość znacznie oddalone słupy latarni. Poza mną, siedzącym w tylnej części pojazdu, podróżuje jakiś dziadek. Usadowił się z przodu, ale już za chwilę wysiada, by zostawić mnie samego z kierowcą. Jedziemy wciąż, a ja patrzę na mijany krajobraz jak zahipnotyzowany i nawet nie martwię się szczególnie, że nie mam pojęcia, gdzie się znajduję. Pół godziny później autobus zatrzymuje się, a kierowca wychyla się z kabiny i podniesionym głosem oznajmia: "ostatni przystanek". Wysiadam. Autobus odjeżdża w swoją drogę. Zostaję sam na oświetlonym mdłym blaskiem, opuszczonym przystanku, daleko od świateł miast.

Karp jest zdenerwowany nie bez powodu, a do stołu wigilijnego dosiada się i babcia, i dziadzio, i reszta odświętnie ubranej rodzinki, od której czuć naftaliną, pudrem w płynie, tanim dezodorantem, starymi pieluchami, żarem, dusznością, hipnotyzującą sennością, groteską i surrealizmem.

Kiedyśtam. Siedzę wieczorem w niewielkim pubie. Karmazynowe ściany zdobią rzeźby aniołów i lniane lalki; dwie kanapy, parę krzeseł, nieco więcej stolików (wszystkie czarne), lada, kelnerki z wadą zgryzu i nastrojowa muzyka tworzą knajpę dla artystów. Czasem zawita tu ktoś w miarę sławny - najczęściej jakiś podstarzały, siwy, średnio przystojny i średnio lubiany grajek czy malarz, a towarzyszyć mu będą dwie czy trzy licealistki, które w zamian za parę lekcji rysunku, malunku czy pisunku, pójdą z nim jeszcze przed północą do jego pracowni, gdzie, prawiąc wymuszone komplementy i robiąc loda z przymilnym uśmiechem na ustach, będą budować sobie sieć znajomości, która kiedyś pozwoli im wystawić pozbawione krzty polotu prace w miejscu publicznym, gdzie zostaną ostentacyjne wyśmiane przez tych krytyków i artystów, których uprzejmości dziewczyny zapomną sobie zaskarbić, tym samym przekreślając szanse na rozwój kariery, ale one jeszcze tego nie wiedzą. Kończę piwo. Jakiś typ w czarnym golfie, z przystrzyżoną ekscentrycznie (ale nie dość) bródką, kręconymi włosami i nosem zadartym ponad dupę Pana Boga, gapi się. Nienawidzę, gdy ktoś się gapi. Gapię się. Gapię się na młodą kobietę siedzącą naprzeciwko mnie. Lubię wpatrywać się w damskie oczy, a te tutaj są naprawdę atrakcyjne. Jestem pewien, że bez przeszkód mógłbym w nich utonąć, ale staram się tego nie robić. Gapię się.

Karp jest przerażony. Wzrok rodziny nakazuje mu zjeść swoją babcię. Karp biegnie do łazienki i zamyka się w niej, uciekając przed hipnotyzującymi spojrzeniami, których echo nie przestaje go prześladować. Zdesperowany, nie widząc innego wyboru, karp nalewa wody do wanny. Chce się utopić.

Kiedyśtam. Siedzę i myślę,. W pokoju swoim, nocą, a może późnym wieczorem. Mała lampka rozświeca ciemności, w radiu coś bzyczy, w głowie szumi jeszcze wypite niedawno tanie wino. Myślę, dlaczego nie mogę mieć wszystkiego. Przecież mi się należy. Bo jak nie mnie, to komu? Nie znam osoby bardziej odpowiedniej do posiadania wszystkiego ode mnie. A jeśli nie wszystkiego, to przynajmniej ludzi. Nie wszystkich. Paru. Nie. Nawet nie paru. Jedną osobę. Nagle coś we mnie wzbiera i fala kwaśnych wymiocin podchodzi do samego gardła. Biegnę do kibla i rzygam, trzęsąc się cały jak w ostrej malignie, a otoczenie wiruje jak oszalałe. Uświadamiam sobie, że na jakiś czas mam w dupie to, że nie mogę mieć, czego chcę. Jestem absolutnie szczęśliwy.

Karp patrzy na pełną wody wannę i trzęsie się z podenerwowania. Odmawia pospiesznie modlitwę, szykując się na koniec końców. Rodzina coraz mocniej wali pięściami w drzwi łazienki, zapraszając do spożycia smażonej babci karpia. Tak nakazuje tradycja!

Postanawiam, z czystej hipokryzji i dla własnej wygody, obrać nową drogę życia. Nowy wzorzec zachowania, którym będę się kierował, a który powinien zapewnić mi w miarę szcześliwe, a przynajmniej pozbawione kłopotów egzystowanie. Będę dupkiem. Dziś bowiem pierwszy listopada, a starzy ludzie snują się po cmentarzach ledwo powłócząc nogami, co sprawia że wyglądają jakby sami z grobów powyłazili, zaś na marmurowych płytach wala się pełno kwiatów; wesoło tu tak, wiosennie, na piknik można zajść, powąchać nieco natury, nieco życia, które - nie wiedzieć czemu - przeznacza się dla zmarłych. Przecież ich to nie ani upiększy, ani nie pocieszy. "Cześć, truposzu, przyniosłem ci kwiatek" - no ładnie, ale mimo wszystko jestem martwy. Siedzę przy czyimś grobie - prawdę mówiąc, to nawet nie wiem, czyje truchło mam pod nogami - i zastanawiam się, ile osób pamięta dziś o takiej na przykład Osetii. O Czeczenii. Kiedy widzą (widzieli) tamtejsze tragedie na ekranach telewizorów, w przerwie między telenowelą a prognozą pogody byli niewątpliwie wstrząśnięci i solidaryzowali się z ofiarami. Dzisiaj nawet im przez myśl nie przemkną. Dzisiaj ludzie zamiatają liście i zapalają świeczki. Tak nakazuje tradycja, a nikt nie chce być odmieńcem. Czuję się od nich lepszy, bo ja nie udaję że zarówno wtedy, jak i teraz, mam w dupie te wszystkie tragedie. Zapewne gdybym ja w takiej uczestniczył i ktoś potem powiedział mi to, co teraz sam mówię, byłbym oburzony, ale tak to działa. Jeśli coś nie jest związane ze mną, nawet najgorsza tragedia, mam to w dupie. Przynajmniej jestem szczery. Szczerość to jedna z podstaw mojej nowej, dupkowatej osobowości. Gówno prawda. Dupkiem jestem, ale wcale nie po to, aby być szczerym. Wręcz przeciwnie. A to wszystko przez żebraczkę. Wychodzę z cmentarza. I tak przyszedłem tu tylko dlatego, że autobus był zapchany grobowymi pielgrzymkami i musiałem gdzieś poczekać na następny.

Karp chce się utopić. Karp skacze do wody. Karp ma skrzela. Karp jest głupi.

Poranny autobus, zapchany jak zwykle. Lewa ręka utknęła między jakimiś ludźmi, prawą trzymam się rurki i patrzę na przenikające mgłę promienie słońca. Pochmurnie nieco, ponuro. Bardzo zwykły dzień. Mogłoby go nie być i nikt pewnie by nie zauważył. Mógłby się zdarzyć koniec świata i pewnie też nikt by nie zauważył. Na przystanku wsiadają kolejni ludzie i jestem już niemal wciśnięty w jedno z miejsc siedzących, na którym jednak się nie usadzam. Zajęła je jakaś stara baba z wielkimi siatami. Zawsze jeździ o tej porze, siedzi na tym samym miejscu, nie rusza się. Może ona już nie żyje i ktoś zapomina sprzątnąć jej ciała? Wkrótce pokryje się pajęczynami i zacznie gnić. Obrzydliwa perspektywa. Już śmierdzi. Będę musiał wsiadać innymi drzwiami - z przyzwyczajenia wsiadam przedostatnimi w długim autobusie i ostatnimi w krótkim. Ładują się jacyś dwaj panowie. Nie widzę w jakim są wieku; nie mogę ruszyć głową, gdyż ktoś wsadza mi łokieć w kark. - I wiesz, kurwa, byłem w Holandii, tam mnie wysłali, bo mnie kierownik wezwał i, Panowie zaczynają coś gadać, a ja próbuję choć na chwilę wyłączyć umysł i poczuć się kurwa, mówi mi - "jedziesz do Rumunii". To ja mówię "facet, chyba cię popierdoliło", szczęśliwym. Ale to wydaje się niemożliwe. Dlaczego? Bo brak mi pasji. Są ludzie, bo wiesz, w Rumunii to mogą cię zajebać w każdej chwili, a nie płacą mi tyle, którzy wspinają się na wysokie budynki bez zabezpieczeń; którzy skaczą ze żebym życie narażał, nie? No to wtedy, kurwa, szef popatrzył na mnie i, kurwa, spadochronem z niebezpiecznie niskich wysokości; którzy grają w rosyjską ruletkę jednak zmienił grafik. No ale w tej Holandii mi się hamulce zjebały i musiałem zjechać bardziej dla samej gry w rosyjską ruletkę niż dla pieniędzy; którzy uprawiają i zablokować w jednym kole, bo wiesz, kurwa, w dużych wozach są na każde koło powietrzne akrobacje w kruchych szybowcach, lub którzy biorą udział w osobno, no i odjechać innym wozem. A za towar zainkasowałem dziesięć tysięcy euro, niebezpiecznych nocnych wyścigach motorów. Gdy takim zdarzy się wypadek i jakimś więc sobie, kurwa, myślę, czy by tu, kurwa, nie spierdolić za granicę i niech mnie cudem go przeżyją, powinni - logicznie myśląc - stwierdzić, że popełnili błąd, że szukają, nie? No ale chuj, pomyślałem, i jadę do domu. Wiesz, kurwa (...) kurwa zachowali się głupio i... od dziś będą żyć racjonalnie. Ale... gdzie tam. Oni... ponownie kurwa, kurwa, kurwa (...) kurwa (...) kurwa, kurwa (...) kurwa. Kurwa (...) kurwa, wespną się na budynek, skoczą... Skoczą... czy wsiądą na motor... Takim nie kurwa, kurwa, kurwa, kurwa, kurwa, kurwa, kurwa, kurwa, kurwa, kurwa, kurwa... przetłumaczysz. Oni mają pasję. A ja... Ja... Ja? O czym to ja myślałem? kurwakurwakurwakurwakurwakurwakurwakurwakurwakurwakurwakurwakurwa ... Mój przystanek. Na, kurwa, szczęście.

Znów siędzę w przyciasnym pubie o czerwonych ścianach, lecz zamiast rzędu gipsowych aniołów spoglądają na mnie czarno-białe zdjęcia punkowej pary. Naprzeciwko mnie kobieta, na którą się nieodmiennie gapie, a gdzieś z boku grupka podstarzałych indywidualistów sączy piwo. Gapię się. Gapienie się jest jednym z sensów mojego życia. Uwielbiam gapić się w kobiece oczy, a te, w które gapię się teraz, są wyjątkowo atrakcyjne. Lubię, kiedy ktoś, na kogo się gapię, nie odwraca wzroku, jakby coś go (ją) nagle spłoszyło. To chyba w jakiś sposób świadczy o człowieku - o jego sile, o charakterze. No, chyba że ten ktoś również lubi się gapić i podobnież gapienie jest sensem jego życia. Wtedy taki człowiek wydaje mi się żałosny. Dopijam piwo, moja towarzyszka kończy drinka, a niedługo później stoję w nocnym autobusie; atmosfera jest jakaś mistyczna, mglista, za oknami mijają kolorowe światła miast. Tłoczno jest, mimo późnej pory. Gapię się na trzech niemych, stojących przy drzwiach, gestykulujących zamaszyście. Mówią w języku migowym, może się kłócą. A może... śpiewają? - Myślisz, że da się śpiewać w języku migowym? - pytam Wariata, kiedy leżymy pod drzewem w parku, a szum taniego wina nasila się w miarę, jak schną butelki. Zbywa mnie milczeniem, czego nie lubię nawet bardziej niż braku wyobraźni, która to cecha nieodmiennie irytuje mnie w Wariacie. Potrafi on wprawdzie wymyślić czasem coś zupełnie surrealistycznego, lecz po pijaku odzywa się w nim racjonalistyczny pierwiastek duszy i trudno wówczas rozmawiać o czymkolwiek, a że głównie widzimy się z butelkami w dłoni, rzadko mamy okazję podyskutować na ciekawe tematy. - Idziemy do Zaraz Wracam? - proponuje Wariat. Zgadzam się z chęcią. Zaraz Wracam zawsze ciekawiej reaguje na podobne pytania. Czasem nawet ciekawiej niż Bernadetta.

- Mogliby zmienić tę ekspozycję - mówi Bernadetta. Siedzimy w owym czerwonym pubie, moim najulubieńszym, który stał się miejscem naszych regularnych spotkań. Bernadetta jest artystką z wiecznie pobrudzonymi farbą dłońmi, co w niej lubię. Jednocześnie jest z wyboru samotniczką, co lubię już mniej, oraz ma zwyczaj wzruszania ramionami, kiedy tylko traci zainteresowanie rozmową, czego z kolei nienawidzę. Jednak robi to na tyle rzadko, bym nie zwracał większej uwagi. Gapimy się. Ja na Bernadettę, Bernadetta na gipsowe anioły na ścianach. Przed chwilą wzruszyła ramionami, gdy zapytałem o Czarnego. Bernadetta nie lubi ludzi pokroju Czarnego - egocentryków i materialistów, dość szalonych wprawdzie, ale jednak materialistów - zatem nie chce o nim wspominać. Staram się ruszyć rozmowę. - Wariat załatwił sprzęt? Wariat musiał załatwić sprzęt. Bez sprzętu cały projekt nie ma szans wypalić, a przecież Wariat znany jest ze swych zdolności organizacyjnych. Właściwie to z jednej zdolności organizacyjnej - w każdej sytuacji potrafi znaleźć dwadzieścia groszy, której to kwoty zawsze brakuje na decydujące, powalające wino. - Na pewno nie macie? - pyta Czarny. Sięgam do kieszeni, choć wiem, że ostatnie drobne wydałem na bułki z serem. To taka nasza - Wariata, Czarnego i mnie - tradycja. Kiedy już wystarczająco się odurzymy, napychamy się bułkami z serem, co jest dziko i zastanawiająco przyjemne, szczególnie że nie lubię ani sera, ani bułek. Jednak tego wieczoru czas bułek już nastąpił, toteż nie było szans na znalezienie choćby grosza, a dość późna pora sprawiała, że malała nadzieja na spotkanie znajomka, który poratowałby biednych pijaczków na głodzie. - Czekajcie, coś wymyślę - mówi niewyraźnie Wariat i, chwiejąc się na nogach, podchodzi do grupy lokalnych żulików, stale obsadzających murek pod monopolowym. - Daj spokój, nie warto - mówię. - Buena Vista Social Club nie daje. Co jest prawdą, gdyż grupy menelskie zwykle same cierpią na podobne do naszej przypadłości, czyli wieczny brak dwudziestu groszy. Zdaje się to być nieodwracalną klątwą, rzuconą zapewne sto wieków temu przez karczmarza, który stracił fortunę przez wiecznie niedopłacających klientów. Wariat jednak nie rezygnuje, poprawia czapkę - to znaczy przekrzywia ją, by wyglądać bardziej swojsko - i zagaduje do wąsatego pijaka, co wraz z Czarnym obserwujemy w osobliwym, radosnym napięciu. Wariat chwilkę negocjuje, aby po kolejnej chwili wkroczyć z delegacją żulików do sklepu i wyjść z niego z butelką najtańszego możliwego trunku. Podchodzą do nas i Wariat z błyskiem w oczach chce coś powiedzieć, jednak ubiega go wąsacz. - Macie, chłopcy - cedzi, ledwo trzymając się na nogach. - Wy jesteście porządni, to wam pożyczymy. Ale wiecie, jak coś, to też poratujecie, nie? - Jasne - przytakuje Czarny, odbijając butelkę. - No, dobre chłopaki - kwituje wąsacz i wyciąga dłoń, którą potrząsam z uśmiechem. - Kumple? - Kumple. - No. Żulik odchodzi, wypijamy wino, po czym decydujemy iść do Zaraz Wracam, co staje się niejako przyczyną powstania tej historii. - Wariat załatwił sprzęt? - Nie wiem, chyba nie - odpowiada Bernadetta, kończąc swojego drinka. - Podobno firma, która go wypożycza, robi jakies problemy. - Dlaczego? - Mówią, że nikt jeszcze nie używał go w ten sposób. - I dobrze. Będziemy pionierami. Zareklamujemy ich markę! - Tak jak chciał reklamować się Kamileon? - Lepiej. Zareklamujemy naprawdę dobrze. - Im to powiedz. Rozmowa znów wygasa i znowuż się gapimy. Bernadetta ma naprawdę ładne oczy.

Poranny autobus. Zatłoczony, ale jakimś cudem udało mi się znaleźć wolne miejsce. Poranne autobusy również są sensem mojego życia. Ogarnia mnie totalny autobusizm. Jestem pasażerem i chyba powinienem być dumny, ale tego nie wiem do końca, bo w swych filozoficznych rozważaniach nie doszedłem wciąż do konkretniejszego wniosku. - Jesteś pojebany - mówi mi Wariat w parku, gdy leżymy pod drzewem, i widzę że jest trochę zirytowany. - Nie ma czegoś takiego jak autobusizm. Jest zimno, lecz śnieg jeszcze nie spadł i możemy spokojnie sączyć tanie wino, uwaliwszy się niedbale pod koroną łysego dębu. Jesteśmy wystarczająco nietrzeźwi, by nie czuć chłodu. Kończy się alkohol, za to zaczynają pijackie gadki, które z całego serca i szczerze uwielbiam. Chciałbym kiedyś nagrać jedną z nich - jestem pewien, że przy odsłuchiwaniu na trzeźwo byłaby kupa śmiechu i zabawy. - Jest. To jest, kurwa, moja filozofia. - Sokratesem to ty nie będziesz, Szuranku. Nie zgadzałem i nie zgadzam się z tym (jestem nie tylko Sokratesem, ale czasami nawet i Bogiem, a w porywach - dziwkarzem) i mam szczerą chęć znaleźć w najbliższym czasie masę sensownych argumentów, i już zaczynam zmuszać mózg do porannego wysiłku, kiedy z przodu autobusu ktoś głośno manifestuje "kurwa mać". Tył autobusu kieruje w tamtą stronę głowy, wykręcając je w niezdrowym odruchu ciekawości jak strusie jakieś i dziwię się, że im karki nie popękają, a za chwilę dziwię się jeszcze bardziej, bo do moich uszu dochodzi piskliwy głos starej baby. - Dziadku, kurwa, w takim stanie to trzeba w domu siedzieć, a nie do pełnego autobusu się pchać! Następnie, jakby fala jakaś, czy wirus, "kurwa" przechodzi z ust do ust, i tak przez cały autobus jak zbiorowe szaleństwo czy dziesięciosekundowa moda, aż mężczyzna z siedzenia obok również kurwuje i chowa nos w szalik, a następnie smród dochodzi i do mnie. Ktoś tam z przodu śmierdzi, co wywołuje wiadomą reakcję wykształconych przedstawicieli klasy średniej. Kolejne osoby przyłączają się do dzikiego tłumu, który z chęcią zlinczowałby staruszka, gdyby tylko pod ręką był kawałek suchego drzewa i kropla sznurka. Co za idioci. Współczuję staruszkowi - zapewne jest brudny, biedny, wykąpać się nie tyle nie chce, co nie może, a ludzie warczą na niego jak stado dzikich psów, nawet nie próbując wykazać odrobiny zrozumienia. Wciskają tylko nosy w szaliki, swetry, kołnierze kurtek, co wygląda iście groteskowo i na moment nawet się uśmiecham, bo przecież fetor nie jest aż tak mocny. Dojeżdżamy do ostatniego przystanku w centrum miasta i autobus się opróżnia, a ja widzę niską, garbatą sylwetkę, która z najwyższym trudem wytacza się z autobusu. Jednakże stara, piskliwa baba ma poczucie misji. - Dziadku, ty w domu siedź następnym razem, umyj się, a nie do autobusu pchaj się jak tak śmierdzisz! - wrzeszczy już na zewnątrz, a akompaniują jej współpasażerowie, mrucząc "właśnie, kurwa" jak jakieś zaklęcie, tajemną inskrypcję wypędzającą śmierdzących staruszków z zatłoczonych, porannych autobusów. Mijam szykującą się geriatryczną zadymę i w oddali zauważam wiecznie spóźnioną Jadalię, biegnącą w stronę przystanku tramwajowego i w pośpiechu potrącającą połowę przechodniów, których stara się zgrabnie wyminąć. Jadalia jest jednak na tyle niezgrabna, by nawet to jej się nie udało. Jadalia jest dziewczyną Renforda, jednak nie wspomnę o nim, bo nie warto o nim wspominać. Nie lubię Jadalii. Właściwie nikt nie lubi Jadalii. Wyjątkiem jest Renford, Suzin zwany Połamkiem, no i Czarny, który jest w niej zabójczo zakochany. Na swój sposób. To znaczy, że wręcz umiera z chęci zaciągnięcia jej do łóżka. Czarny jest arogancki i pyszałkowaty, jednak na tyle atrakcyjny, by nie miał najmniejszych problemów ze zdobyciem kobiety - podobno każda chce ostrego mężczyznę na jedną noc. Jednak Jadalia jest zimna i oschła, i skutecznie opiera się urokowi Czarnego, co doprowadza go do szału, gdyż nie pomagają mu nawet zagrywki psychologiczne. Krąży plotka, iż Czarny właśnie dlatego studiuje psychologię, by jeszcze łatwiej mu szło z kobietami, toteż rozumiem jego desperację. Obserwacja desperackich starań jest jednak rzeczą niezwykle frapującą. Podczas, na przykład, akademickiej imprezy, do pokoju w którym siedzieliśmy ja, Bernadetta, Wariat i Czarny, dopracowując szczegóły projektu (a z boku gdzieś i Tysia, ale mniejsza z nią), wchodzi Renford, o którym jednak nic nie powiem, bo nie ma o czym mówić. Czarny wychodzi tak szybko, jak tylko zrozumie, że samotny Renford w pokoju oznacza samotną Jadalię na zewnątrz, prawdopodobnie podpitą, pośrodku alkoholowo-seksualnej orgii. Kilka minut później wchodzi Jadalia, a następnie wychodzi Renford, co powoduje, iż wchodzi Czarny. Przystawia się chwilę do Jadalii, po czym oboje wychodzą. Po chwili wchodzi Jadalia z Renfordem. Czarnego tamtego wieczora już nie widzieliśmy. Jadalia jakimś cudem zdąża na tramwaj, a ja idę na kolejny autobus. Mijam róg domu handlowego, stoisko z obwarzankami - którego właścicielkę szczerze podziwiam, gdyż codziennie jest na miejscu jeszcze przed świtem, nawet w taką pogodę jak dziś, gdy mimo ciepłej kurtki czuję przejmujący chłód - i zastanawiam się, czy znów spotkam żebraczkę. Jest pół do ósmej, wtorek, więc wedle wszystkich prawideł pownna się pojawić. Niska, garbata, stara, w zielonej kurtce. Mijam dworzec autobusowy i wchodzę do niewielkiego parku. Jest. I jak zwykle - podchodzi do mnie. - Panie, ja wczora ze szpitala wyszła! - jęczy żałosnym głosem. - Ja na chleb nawet nie mam, panie! Pińć złotych, pińć złotych chociaż! Ja musza leki wykupić! Kłamie. Zawsze kłamie. Co tydzień raczy mnie historią o szpitalu i co tydzień daję jej jakieś grosze, co tydzień udając że jej wierzę. Nie mogę oprzeć się żebrakom. W kieszeni koszuli zwykle mam trochę drobnych właśnie dla nich, jednak postanawiam, że tym razem staruszka mnie nie złamie. Po chwili targowania zostawiam jej złotówkę i odchodzę poirytowany. To był ostatni raz. Dlaczego nie może ułożyć się pod ścianą i wystawić kubeczka? Takim ludziom zawsze coś wrzucę, zawsze poruszy mnie ich beznadzieja. Kiedy ktoś nachalnie błaga, znaczy to że walczy, że wciąż się stara, co z kolei utwierdza mnie w przekonaniu, że staruszka nie może być w naprawdę złej sytuacji, skoro nie straciła wiary. Logicznie wnioskując - kobieta tak naprawdę nie jest potrzebująca, lecz chciwa. A jednak nie mogłem jej po prostu zignorować. W głowie rodzi mi się pomysł na nową postawę wobec żebraczki. I może wobec wszystkich ludzi. Będę dupkiem. Coraz częściej o tym myślę.

Nie myślę. Leżę w parku, pod łysym dębem, odurzony, zupełnie nie zwracam uwagi na panujący chłód i sączę z Wariatem tanie wino. - Jestem, kurwa, Sokratesem - mówię mu, mocno zdenerwowany. - No patrz, a zachowujesz się jak Ewiktor. Obrażam się. Dość mocno, bo jednak porównanie do Ewiktora jest dla mnie obrazą. Ewiktor jest kimś, kogo w projekcie nie chcemy. Jego charaker, jego megalomania, prawdopodobnie połączona ze schizofrenią oraz stanami maniakalno-depresyjnymi, działa na nerwy wielu osobom. Głównie mnie. Ewiktora trzyma się zarówno doskonały nastrój, jak i mordercze dlań problemy typowo egzystencjalne, które prowadzą do zamęczania innych ludzi ewiktorowymi zmartwieniami, co sam Ewiktor czyni z niekłamaną satysfakcją, z dumą przyglądając się studentom tracącym humor z każdą minutą rozmowy. Chyba nikt nie lubi Ewiktora. Polubiano go na kilka chwil, gdy podczas wykładu krzyknął "kurwa mać" - tylko po to, by sprawdzić jak wykładowca zareaguje na nietypowe zachowanie - a następnie gapił się na niego z wyrazem twarzy badacza, który za moment nie wytrzyma i rzuci się szaleńczo w poszukiwaniu kartki, na jakiej mógłby spisać spostrzeżenia. Nie rzucił się, a sympatia do niego minęła wraz z wykładem. Porównanie mnie do Ewiktora jest jednak wyjątkowo trafne. Ostatnimi czasy, od kiedy przyjąłem osobowość dupka, bezwolnie się do niego upodabniam, choćby poprzez ciągłe kurwowanie. Zagraża to projektowi i przypuszczam, że Czarny może chcieć mnie z niego wykluczyć, co mnie napawa niewyobrażalną zgrozą, bo to przecież jest mój projekt i chcę w nim uczestniczyć. Mnożą się więc problemy, a to wszystko przez żebraczkę, która jest przyczyną mojej zmiany osobowości, i parę kretynów, których nasłuchałem się w autobusie i których nawyk przeklinania tak głęboko wżarł mi się w mózg, że nawet myśląc o ostatnio przeczytanej książce nie mogę przestać klnąć. ...co oczywiście jest gównoprawdą, ale wygodnie mi zwalić winę na kogoś. Na żebraczkę, bo potrzebuję sprawcy mniej sprecyzowanych nieszczęść, na kretynów z autobusu bo spowodowali konkretne problemy, i na Ewiktora, ponieważ on posłuży mi za obiekt, na którym będę mógł bez skrupułów skupić dziki, bezpodstawny gniew. Muszę jakoś się zmienić, jednak nie mam pomysłu jak to zrobić i potrzebuję kogoś do pomocy. Znam tylko jedną osobę, której pomocy bym chciał i której pomysłów z chęcią wysłucham, ale Bernadetta mi nie pomoże. - Jestem słaba w wymyślaniu - powie mi, tak jak powiedziała tamtego wieczoru, gdy ze ścian towarzyszyła mi w gapieniu się czarno-biała, punkowa para. Nie uwierzę jej, gdyż ma przebogatą wyobraźnię, a jedynie boi się, że proponujac oryginalne pomysły zdradzi jakiś sekret swej osobowości. Z podobnego powodu nie maluje własnych obrazów, lecz skupia się na reprodukcji znanych dzieł - czego zupełnie nie rozumiem, bo dzieło reprodukowane nie ma dla mnie żadnej wartości. Brak w nim osobowości autora, a sztuka powinna przede wszystkim wyrażać jego punkt widzenia, nie naśladować. Bernadetta jest zamknięta w sobie i nie potrafię tego zmienić. - Zmieńmy temat - mówię do Wariata, dokańczając butelkę. Otrzepuje się z zeschłych liści i wzrusza ramionami. W jego przypadku wzruszenie ramionami oznacza obojętną zgodę, czyli w tym momencie ma mnie w dupie, ale z sympatycznych pobudek. - Wino się skończyło - zauważam. - Masz już tę książkę o Dalim? - Jeszcze nie. Bernadetta ma mi ją przynieść na najbliższe spotkanie. - Spotykasz się dziś z Bernadettą? - Nie. - Powiedziałeś już, że ją kochasz? Patrzę na Wariata jak na wariata, a Wariat na mnie gorzej - z uśmiechem, jakby nie powiedział niczego głupiego czy choćby niestosownego. A może zrobił to celowo, chciał mnie zdenerwować? Wiem, że ludzie znajdują jakąś niewytłumaczalną, sadystyczną przyjemność w dręczeniu mnie. Na przykład Ewiktor, choć on znajduje ją w dręczeniu kogokolwiek. - Nie powiedziałem. - A powiesz? - W swoim czasie. Swój czas to ten, kiedy punkowa para zaczyna działać mi na nerwy, a ręce drżą na dźwięk wypowiedzianych przed chwilą słów. Bernadetta jest niezmiernie zdumiona. - Jezu, Szuran, ja nie wiem co powiedzieć... - wykrztusza po cichu. - Wymyśl cokolwiek - staram się uśmiechać, ale chyba nie do końca mi to wychodzi, sądząc po jej wyrazie twarzy. - Jestem słaba w wymyślaniu. Siedzimy jeszcze chwilę, zmieniamy temat, dokańczamy trunki i idziemy na przystanek w dobrym nastroju, zwyczajnym, koleżeńskim, jak gdyby nic się nie stało. Jest wesoło, choć mam w mózgu istną kotłowaninę. Wsiadam do autobusu a atmosfera staje się dziwnie mistyczna, dość mglista i rozmyta, i wiem że ten wieczór zapamiętam na zawsze, choć skończy się pewnie piciem, chlaniem i wymiotowaniem, a następnie wymazaniem z pamięci co poniektórych chwil. Gapię się na niemych, którzy śpiewają w języku migowym.

Zaraz Wracam stoi uparcie przy stoliku i nie da sobie wytłumaczyć. - Powiedz mu, że nie możemy go przyjąć - powtarza zirytowany Wariat. Grupa zaangażowana w projekt, to znaczy Wariat, Czarny, Bernadetta i ja, siedzi w przydworcowej kawiarni i omawia jego szczegóły. Kilka minut wcześniej znalazł nas Zaraz Wracam i zaskoczył najmniej oczekiwaną wiadomością w tym stuleciu. - Ewiktor chce przyłączać do wasz projektu. Zaraz Wracam jest Kenijczykiem, studentem prawa, którego los potraktował na tyle okrutnie, by nazwać tak jak się nazywa, a nazywa się głupio. Nikt jednak z niego nie szydzi (co mnie dziwi), gdyż Zaraz Wracam jest niebywale inteligentny, o czym świadczy choćby to, że po roku nauki mówi lepiej po polsku, niż Nasturcja po dwudziestu latach. Robią jednak podobne błędy i pewnie dlatego rozumieją się na tyle dobrze, by funkcjonować jako para. Zaraz Wracam daje się zawsze wykorzystywać jako chłopiec na posyłki, co również mnie dziwi (bardzo wiele rzeczy mnie ostatnio dziwi). Tym razem używa go Ewiktor. - On po prostu nie może się do nas przyłączyć - tłumaczy Czarny. - Jego zachowania, brak wyobraźni i trudny charakter mogłyby negatywnie wpłynąć na całe przedsięwzięcie. Zaraz Wracam wreszcie przytakuje i odchodzi. Mam wrażenie, że trzeba mu wszystko powtarzać trzy razy. Tak jak wtedy, gdy wpadłem na pomysł projektu. - Powtórz - powiedział po raz trzeci Kenijczyk. Siedzieliśmy u niego w akademiku, schlani niemal do nieprzytomności. Wino zafundowane przez Buena Vista Social Club - jak zwiemy lokalnych żulików - dobiło nas zupełnie, a Zaraz Wracam poczęstował jeszcze jakimś trunkiem z rodzinnych okolic. Kiedy przyciemniliśmy światło i zasłoniliśmy okna, atmosfera stała się uroczo dekadencka, balansująca na granicy zwyczajnie pijackiej, i wprawdzie byliśmy jeszcze świadomi, to jednak nie mogliśmy ruszyć choćby palcem. - Na tęczę - mówię. - Wspiniemy się na tęczę - poprawia Czarny. - Wespniemy - poprawia Wariat. - Jesteście chorzy umysłowo. - Dlaczego? - To nierealne. - Skąd wiesz? - Próbowałeś się wspinać na tęczę? - Zaraz Wracam, wchodzisz w to? - Nie. - Nie próbowałem. - Wariat? - Nie. - Będzie zabawnie! - Mówisz? - Pewnie. - No dobra, to spróbuję. - Ale potrzebujemy kogoś jeszcze, skoro Zaraz nie chce iść. - Po co? - Filmów nie oglądasz? - Oglądam. - Trzyosobowe drużyny zawsze giną. - A czteroosobowe? - Czteroosobowe nie. - Trzyosobowe są gejowskie. - No to kogo bierzemy? - Tomaszka? Suzina? Daniela? - Nie, musi być kobieta. Na przykład Tysia. - Dlaczego? - Dobrze gada. Dać mu wódki. - Żeby było bardziej spektakularnie. - Żeby nie powiedzieli, że jesteśmy gejami. - Mam gdzieś, co powiedzą. - No dobra. - Mam gdzieś, co powiedzą! - Dobra, słyszę. - To kogo bierzemy? - Ja myślę, że Szuran by chciał kogoś szczególnego. - Kogo? - Zamknij się. - Bernadettę. - Zamknij się. - No tak... - Zamknijcie się! - Myślisz, że się zgodzi? - Cicho! - Jasne. - No dobra... - Czyli postanowione? - Postanowione. - Postanowione. I tak zdecydowaliśmy, że wespniemy się na tęczę.

Stoję pośrodku jakiegoś pustkowia z książką o Salvadorze Dalim w rękach. Autobus odjechał, jest dość chłodno, do jakiekolwiek cywilizacji daleko; światła blokowisk migoczą gdzieś w oddali, a przede mną tylko asfaltowa droga i las. Czeka mnie długi spacer do domu. Cały projekt oparłem na obrazach Salvadora Dalego, który jako jedyny wydaje mi się wystarczająco szalony, by zapisać gdzieś plan dokonania niemożliwego. Zrobił to oczywiście na obrazach, które będę musiał dokładnie przestudiować. Myślę, że będzie to interesujące zajęcie i nie podejrzewam nawet jak bardzo się mylę. Jedyną pozytywną stroną ślęczenia nad książką będzie to, że potowarzyszy mi Bernadetta. - Powinniśmy się zdać na intuicję - powiem w końcu o pierwszej w nocy, kiedy będziemy leżeć na łóżku w moim akademiku, a nikłe światło lampki sprawi, że nasze oczy będą zmęczone bardziej niż po dwóch nieprzespanych nocach. - Nie, twój plan był dobry - zapewni mnie Bernadetta. - Dali był geniuszem. Oboje uwielbiamy Dalego, jednak o ile dla mnie jest on jednym z niewielu liczących się malarzy, to dla Bernadetty stanowi element rozległego panteonu. Bernadetta doskonale zna się na malarstwie i rozumie oraz ceni style, do których mnie za nic nie można przekonać - między innymi secesję i kubizm. Nie rozumie za to mojego pociągu do Muncha, w którym widzę nie człowieka, a czystą, złożoną jedynie z emocji duszę. Jest to kolejna różnica między nami; dzieli nas wiele, a mimo to - o dziwo - znakomicie się dogadujemy. Cenimy wzajemnie swoje wady. Rozkładam się wygodniej na łóżku i zastanawiam się dlaczego w idealnie romantycznej sytuacji nie mogę objąć Bernadetty, pocałować jej czy przytulić. No tak, konwencje. - Zobacz "Słonie" - mówi Bernadetta i wskazuje rzeczony obraz, na którym dwa słonie na patykowatych nogach kroczą naprzeciw siebie. - Znów postaci usiłują sięgnąć nieba i znów robią to dzięki karykaturalnym nogom, dzięki naturze. Nie wiem, czy sprzęt do wspinaczki na cokolwiek się zda. Zdaje się nie zauważać tego, że się w nią gapię. Nie na nią - w nią. W jej głąb. Fascynuje mnie osobowość Bernadetty, to głównie jej charakter mnie pociąga, choć pod względem urody też jest dokładnie w moim typie - niska brunetka o niedługich włosach. To jednak jej skrytość jest cechą, która powoduje u mnie dreszcze. Miękka pościel jest kojąca w dotyku, a na dodatek przesiąkła jej zapachem. - Sprzęt musi być, choćby na wszelki wypadek. Nie użyjemy zresztą szczudeł - zauważam. - Nie mówię o szczudłach. - A o czym? - Może na początek wystarczy wysokie drzewo. Obserwowałeś kiedyś tęczę? Nie jest wyraźna blisko ziemi; tam prawdopodobniej jest najrzadsza i nie da się wbić w niej haka. Musimy sięgnąć wyżej. - Bernadetto... - mówię ciszej, niepewnie. - Słucham? - patrzy mi w oczy, mając świadomość że chcę jej powiedzieć coś ważnego, ja jednak rezygnuję i rzucam: - Może to tylko głupi, pijacki pomysł...? - Daj spokój - parska śmiechem. - To spełnianie marzeń. Dołóżmy trochę starań. - To nieco dziecinne. - Może i dziecinne, ale dzieci mają intuicję, jakieś dorośli mogą im pozazdrościć. - Czyli robimy słusznie, rzucając się z motyką na słońce? No bo popatrz, przecież to prawdopodobnie niewykonalne... - Robimy być może jedyną słuszną rzecz w tym roku.

Stoję na cmentarzu drugi raz w tym roku - bywam tu zdecydowanie za często. Za bardzo nie wiem co tu robię, zimno jest i niepogodnie; nawet wrony zdają się kraczeć "kurwa mać". Obok mnie jak woskowe figury garbią się zapłakani ludzie w czerni - czy to starsi, czy studenci; dalej z przodu błyszczy trumna. Nieboszczyk już leży w dole, za chwilę zakopią nieszczęśnika; ksiądz coś mówi, ale nie mam ochoty go słuchać. Ceremonia mimo tego jest wzorcowa jak się patrzy, z zachowaniem wszystkich zasad konwencji. Przepisowa połowa żałobników ma zmarłego w dupie. Konwencji jednak przestrzega. - Konwencja jest do dupy - powiedziałem kiedyś Ewiktorowi. - Ogranicza. - Nie rozumiem. Nie dziwię się, że nie rozumiesz, ty głupi bucu - pomyślałem. Nieczęsto zdarzało się nam rozmawiać, a już wyjątkowo rzadko bywały takie przypadki, gdy sam rozpoczynałem rozmowę. Lecz tym razem wzrok mijającego mnie w korytarzu Ewiktora był na tyle poruszający, bym przełamał obrzydliwą wręcz niechęć, jaką do niego żywię. Spojrzenie należało do gatunku błagalno-wyrzutnych, to znaczy prosił o akceptację, mówiąc jednocześnie iż ma mnie w dupie, nie szanuje i ogólnie traktuje tak jak ja jego. Nie byloby to nic nadzwyczajnego w normalnym przypadku, ale wydawało się czymś irytującym akurat wtedy, gdy po głowie wciąż kręciła się prośba Ewiktora o przyjęcie do ekipy. Przepchnąłem się przez tłumy w pobliżu dziekanatu i odciągnąłem Ewiktora na bok, gdzie rozmowa potoczyła się niezupełnie zaplanowanym torem. - Na przykład jeśli piszesz wiersz, to pierwszą rzeczą, na którą ludzie patrzą jest forma - wyjasniałem.- Bo wiersz musi mieć odpowiednią formę, konwencję. Jeśli jej nie ma, jego treść, choćby nie wiem jak była ciekawa, nie zostanie nawet zauważona. - To jakie byś chciał pisać wiersze? - pyta Ewiktor ze szczątkowym zainteresowaniem. - Nie wiem, nie jestem poetą. - Daj mi przykład. - No dobra - mówię i wzdycham, kombinując na szybko jakieś wierszydło. - Na zasadzie skojarzeń. - Słucham. - Panadol, panama, panasonic, Panasewicz. Ewiktor patrzy na mnie jak na idiotę i zasadniczo mu się nie dziwię, bo choć zwykle mierzy mnie tym spojrzeniem, to teraz jest ono w pełni uzasadnione. - A jaki to ma cel? - Celem jest brak celu - mówię bezmyślnie. - Gadasz jak Kaczmarski. No ale dobra, kontynuujmy. Panaceum, Panameryka, Pankracy, pandemonium, pandemia. - Pandemonium się nie liczy. - Sorry. - Co to jest Panameryka? - wychodzę na półgłówka. Co mi tam, myślę, już bardziej Ewiktor gardzić mną nie może, a i nie przejmuję się tym zbytnio. - Kontynent panamerykański to chyba obie ameryki. - Coś jeszcze? - pytam, lecz nie odpowiada. - BOR, borówka, borowik, Borysewicz? - Borowina, borsuk, Borewicz. - Borch. - Bordel. Myślę chwilę i znajduję jeszcze kilka skojarzeń. - Boromir, borowy dziad... - Podróba Cobaina. Stoję zaskoczony. Nie jest to szczególnie frapujące wyrażenie, nie jest też dla mnie zrozumiałe, ale w jakiś sposób mnie zdumiewa. Ktoś trąca mnie w ramię i odzyskuję mowę. - Borysewicz to podróba Cobaina? - Ty jesteś podróbą Cobaina. - Nie rozumiem... - W czapie i we włosach. Czochram zmierzwioną czuprynę i mówię: - Nie znam Cobaina, ale mogę powiedzieć że nie jestem niczyją podróbą. - Mniejsza z tym. To ty pierwszy zacząłeś mnie przezywać. - Kiedy? - Jak nazwałeś mnie borowym dziadem. W głowie plątają mi się najgorsze wyzwiska, których z chęcią bym użył, lecz niekonfliktowy charakter mi na to nie pozwala, co jak zwykle mam mu za złe. Kłótnie z własnym charakterem odbywam dość często, lecz teraz nawet o nich nie myślę. - Nie nazwałem cię dziadem borowym! - Ja wiem lepiej, kiedy mnie ktoś przezywa. W tym momencie ogarnia mnie pierwotny szał, ktory ponownie udaje mi się stłumić. - Chcesz się jeszcze przyłączyć do ekipy? - pytam neutralnym tonem. - A co, rozmyśliłeś się? Przed oczyma mam obraz niepowodzenia wyprawy, którego przyczyną jest, a jakże, Ewiktor. Już cieszę się na jego wyrzuty sumienia. - Jasne, zapraszamy. - Zgłupiałeś? - wykrzykuje Czarny. Siedzimy w jego mieszkaniu i wszyscy mają mi tę decyzję za złe. Ciszę wieczora zagłusza muzyka, lecz nawet ona nie pomaga rozładować nieprzyjemnej atmosfery. Bernadetta nie odzywa się, zapatrzona z najwyższą uwagą w podłogę; Wariat gapi się w okno, prawdopodobnie mając to wszystko gdzieś. Czarny reaguje najenergiczniej. - Najpierw zgodziłeś się, żeby dołączyła Nasturcja, potem żeby wzięła ze sobą Ą, a teraz przyprowadzasz Ewiktora! Zgłupiałeś! Nie wiem, czy zgłupiałem, ale faktem jest iż przeze mnie w projekt mogło się wplątać wiele niepowołanych osób. Nie mogłem odmówić Nasturcji. W końcu przez pragnienie przyłączenia się do nas posprzeczała się z Zaraz Wracam, urządzając scenę na auli, w przerwie między wykładami. - Nie bierz udziału w tej głupce! - krzyczał raz po raz Zaraz Wracam. Nasturcja jest dziewczyną z wyobraźnią, a przynajmniej w świecie wyobrażeń wiecznie przebywa, więc nie chciała zmarnować nadarzającej się okazji do dokonania niemożliwego. - Tu głupi, głupi murzynie! - wrzasnęła z płaczem do Zaraz Wracam, co sprawiło że Kenijczyk w jednej chwili kompletnie się załamał. Co było doskonale widoczne, mimo iż nie poruszył ani jednym mięśniem twarzy. Natstrucja zauważyła swój błąd i próbowała przeprosić na swój autystyczny sposób - przytulając Zaraz Wracam - jednak Zaraz Wracam rzucił obojętne "rób co chcesz" i wyszedł z sali. Nasturcja ze łzami w oczach świętowała zwycięsto, gdyż nie angażowała się w projekt tylko dla siebie. Miała nadzieję wkręcić do grupy jej młodszego brata, Ą. Ą jest niedorozwinięty. Jest chłopcem głęboko autystycznym i nikt dokładnie nie wie, co siedzi w jego baniowatej głowie. Nikt też wiedzieć tego nie chce, gdyż nikogo kaleka nie obchodzi - nawet rodziców, którzy starają się sprawiać wrażenie zaniepokojonych losem dziecka, a w rzeczywistości są zaaferowani tworzeniem owego wrażenia. Wszyscy doskonale zdają sobie z tego sprawę i mają to ostentacyjnie w dupie. - Proszę, weźmy go, proszę. To jego dla niego promyk szczęścia! - błaga mnie Nasturcja, gdy pewnego wieczoru jedziemy tym samym autobusem. Przeszkadza mi w gapieniu się, co straszliwie mnie irytuje, toteż zgadzam się, byle tylko nie musieć dalej z nią rozmawiać. Jestem dupkiem, ale wciąż nie wyrobiłem w sobie odruchu pozwalającego na powiedzenie człowiekowi wprost, co do niego czuję. To chyba jedna z niewielu prawdziwie ludzkich cech, które mi pozostały. Z przerażeniem i obojętnością jednocześnie stwierdzam, że wciąż upodabniam się do Ewiktora. Nastrucja cieszy się z mojej dobroci, a ja cieszę się że znów mogę się gapić. Gapię się na człowieka-indyka. Człowiek-indyk jest wyjątkowo ciekawym obiektem zainteresowania. Ma nietypową twarz z zapadniętymi oczami i obwisłymi policzkami, które co chwila nadyma. Linia włosów cofnęła mu się dość znacznie, choć zmarszczki nie sięgają jeszcze głęboko; ma może ze czterdzieści dwa lata. Szyja jest komicznie wygięta, długa, szczupła. Wykręca ją w tiku nerwowym, zupełnie jak indor lustrujący bacznie okolicę. Dziwnie wykrzywia usta, ukazując rząd żółtych, groteskowych zębów. Fizycznie nie jest zadbany, choć nosi elegancki garnitur i neseser. Dziwnie ułożył nogi i dłonie; próbuję je ustawić w tej samej pozycji, lecz jest to dla mnie bardzo niewygodne. Usiłuję naśladować jego zabawne, ptasie odruchy. Człowiek-indyk nie ma na palcu obrączki. Jest zapewne kawalerem, co mnie szczególnie nie dziwi; trudno wyobrazić sobie kobietę, która chciałaby mężczyznę o takim wyglądzie. Człowiek-indyk mieszka zapewne z matką w ciasnym mieszkaniu mrówkowca i liczy, że nagle zdarzy się coś, co odmieni jego życie - cud jakiś; przyjdzie księżniczka z bajki i pokocha uroczego ropucha. Lecz do tego czasu ropuch musi zająć czymś zmęczony samotnością umysł, toteż pracuje tak dobrze, jak tylko…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych