Córka Danchemika, cz.II
Jakie są zamiary tajemniczego napastnika i czego on chce od małej dziewczynki?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{font:verdana}{i}Fanfik na podstawie komiksu Hiromu Arakawy pt. "Fullmetal ALchemist". Recenzja oryginału: http://manga.tanuki.pl/strony/manga/20-fullmetal-alchemist/rec/512 Odcinki usunięto z YouTube'a, więc w ramach przykładu - anime: https://www.youtube.com/watch?v=CoRw-ORyngo{/i}
{b}II{/b}
Od niepamiętnych czasów nie było w Resembool takiego dnia jak ten, kiedy to w całym miasteczku wrzało jak w ulu, a wszyscy mieszkańcy zgodnie dyskutowali o jednym wydarzeniu. Incydent wywołał falę strachu przed terroryzmem, szerzącym się od kilku lat we Wschodnim Amestris, o którym dotąd tylko czytali w gazetach i słuchali w radiu. Wzmogła się również nieufność wobec służb mundurowych; potrzeba było dużo czasu, środków i zaangażowania, by ukrócić co groźniejsze fantazje ludzi i nie dopuścić do powszechnej paniki.
Major Armstrong miał pełne ręce roboty – dosłownie. Pierwszym, co zrobił po dotarciu na miejsce zdarzenia i zorganizowaniu transportu dla poszkodowanych było wysłanie braci Elric do największego miejskiego szpitala. Trafił na nich gdzieś w gruzach jednego ze zrujnowanych budynków; na próżno usiłowali odnaleźć zaginiony hełm Ala. Wreszcie Ed stracił cierpliwość i wykorzystując alchemię przetransmutował jakiś kawał żelastwa w replikę.
Chłopcy chcieli pomóc w naprawie szkód, jednak major stanowczo odmówił. Starszy z braci potrzebował natychmiastowej opieki lekarskiej, natomiast Al nie potrafił transmutować bez każdorazowego rysowania skomplikowanego kręgu; trwałoby to zbyt długo i kosztowałoby zbyt wiele wysiłku, przy niewielkim efekcie.
Major mógł zająć się wszystkim osobiście. Gdy tylko bracia odjechali wojskowym wozem, zaraz zabrał się do dzieła.
- Bez obaw, przyjaciele! – zapewnił gorąco, prezentując zebranym swój wspaniale umięśniony tors (koszula zniknęła gdzieś w tajemniczy sposób…). – Oto waszym oczom ukaże się cud zrodzony z siły i piękna drzemiącego w tym ludzkim ciele! Objawi się wam prawdziwa moc rodziny Armstrong, wytrwale pielęgnowana i przekazywana z pokolenia na pokolenie od początku jej istnienia!
Major Armstrong, jeden z najlepszych Państwowych Alchemików, nie na darmo otrzymał przydomek Alchemika Silnej Ręki. Ludzie istotnie ujrzeli cud; wielu z nich zdążyło już pogodzić się z utratą dorobku swojego życia. Tymczasem oniemiali patrzyli, jak nowe ściany wyrastają na miejscu zburzonych, a ulica powoli oczyszcza się z gruzowiska. Major podchodził do każdego zrujnowanego budynku i uderzeniami pięści okutych w solidne, żelazne rękawice z wyrytymi na nich kręgami transmutacyjnymi doprowadzał ruinę do względnego porządku. Po dwóch godzinach pracy bez przerwy większość najistotniejszych zniszczeń została naprawiona, a ludzie wiwatowali na cześć bohatera. Teraz mieli przynajmniej dach nad głową, choć wiele rzeczy wymagało jeszcze niezbędnego remontu. Major mógł co prawda poświęcić więcej czasu na dopieszczenie drobiazgów – zwykle nie skąpił artyzmu w tworzeniu swoich dzieł – jednak uznał, że najwyższy czas na naprawienie peronu, sprawę zbiegłego szaleńca pozostawiając na razie swoim tymczasowym podwładnym; żołnierzom z miasteczka oraz tym przybyłym z okolic.
Pociąg wyruszył z Resembool, zaliczając zaledwie czterogodzinny poślizg – to było coś, o czym nikt nie śmiał marzyć. Jednak z samego miasteczka wyjechało niewielu; pozostali dawno wrócili do domów, nie licząc na szybką poprawę sytuacji.
Major Armstrong odsalutował strażnikowi i ruszył pięknie wyremontowanym, opustoszałym peronem w stronę czekającego już na niego wozu, spoglądając przy tym na oddalający się pociąg. Ludzie nigdy nie ufali militarnemu rządowi, zwłaszcza w tych okolicach, tak blisko obszaru zniszczonego wojną domową. Ostatnie kilka lat najwyraźniej pogłębiło ten stan – na niekorzyść Armii…
*
Po nagłym skoku adrenaliny, kolejne godziny zdawały się płynąć coraz wolniej. Dzień, rano zapowiadający się tak przyjemnie, teraz dłużył się niemiłosiernie i męczył, nieoczekiwanie wypełniony całą masą obowiązków i procedur. Nagle chłopcy stracili kontrolę nad tym, co się z nimi dzieje. Ed nie znosił takich sytuacji. Najpierw zostali zabrani przez mundurowych do szpitala, a raczej budynku aspirującego do miana szpitala, posiadającego w swoim skromnym wnętrzu tylko dwie sale operacyjne i kilka sal specjalistycznych. Tam Ed otrzymał fachową pomoc ze strony lekarza; konieczne było szycie rozciętego czoła. Chłopak z trudem powstrzymał się, żeby nie protestować. Nienawidził igieł, lekarstw, zastrzyków i całej chorobliwej, szpitalnej aury; nie pomagał fakt, że dość często musiał korzystać z tych usług. Taki tryb życia.
Z opatrunkiem na głowie (nie pierwszym i pewnie nie ostatnim) oraz lekarską zgodą obaj zostali ponownie podwiezieni przez usłużnych żołnierzy, tym razem pod gmach „siedziby władzy”. W trakcie jazdy dowiedzieli się, że mają obowiązek złożyć szczegółowe zeznania w sprawie dzisiejszych zdarzeń, jako ich uczestnicy oraz najważniejsi świadkowie. Major Armstrong również został wezwany do przedstawienia odpowiedniego raportu.
Kolejna Atrakcja Dnia. Nie z miłości do składania raportów Ed został Państwowym Alchemikiem. Liczyły się przede wszystkim tajne, wojskowe biblioteki, niedostępne dla zwykłych śmiertelników, oraz wysokie pensje, pozwalające braciom na swobodne panoszenie się po kraju. Przyjmując przydomek Stalowego Alchemika, zyskał jednak nie tylko liczne przywileje, ale również dołączył do przedstawicieli jednej z najbardziej kontrowersyjnych i piętnowanych instytucji rządowych w kraju. Co złego dotyczyło ich, spadło też i na niego. Stąd często nieprzyjazne powitania mieszkańców miast, do których przybywali. Stąd też morderca, zwany „Scar”, próbujący zabić go z zemsty za Masakrę w Ishvarze, w której najbardziej czynny udział wzięli właśnie Państwowi Alchemicy. W życiu Elriców zaroiło się od wrogów; od trzech lat kroczyli „ścieżką dorosłych”, na której każdego dnia mogli spodziewać się walki na śmierć i życie.
Jednak Ed robił wszystko, by iść naprzód i nie ustawać na tej ścieżce, z Alem wiernie trwającym u jego boku. Wszystko, by odkryć Prawdę. Odnaleźć Kamień Filozoficzny i naprawić największy błąd swojego życia.
„Prawda ponad prawdą”... Wciąż miał tę kartkę w kieszeni. Wiedział, że pociąg odjechał godzinę temu i dopiero z tą świadomością poczuł, jak bardzo pragnął jeszcze tego samego dnia dotrzeć do Central City; nie zwlekając wejść do Biblioteki i wreszcie odnaleźć te cholerne, tajemnicze notatki. Jak najszybciej poznać Prawdę...
Potok myśli przerwała, kolejna już, tyrada Ala.
- Naprawdę, przebiłeś samego siebie! Z rozbitą głową latać po mieście?!
- Znowu zaczynasz?
- Ty wcale nie myślisz o sobie!
Wręcz przeciwnie, Al.
- Chciałem ci pomóc w powstrzymaniu tamtego drania, to takie dziwne?
- Owszem, bo powinieneś siedzieć na miejscu i czekać, zamiast niepotrzebnie ryzykować życiem!
- Już to przerabialiśmy – westchnął Ed, ostrożnie dociskając opatrunek do zranionego czoła. – Myślałem, że znaleźliśmy wspólny język w tej sprawie. Pamiętasz naszą kłótnię po nieudanym starciu ze Scarem? Stanęło na tym, że mamy „nigdy się nie poddawać”, „walczyć do samego końca” itede...
- Ale Ed, bez takiej brawury! Trochę logiki, na litość boską!
Spojrzał ze znużeniem na młodszego brata, podpierając głowę lewą dłonią. Zbliżała się szesnasta, a oni już od ponad godziny tkwili w poczekalni przed „biurem szeryfa”, to jest gabinetem zarządcy miasteczka Resembool. Monotonię urozmaicało im typowe, biurowe zamieszanie; co parę chwil korytarz przemierzała jakaś dziarsko krocząca, umundurowana kobietka na wysokich obcasach. Jej entuzjazm naprawdę działał na nerwy.
Chłopcy skończyli relacjonować swoje wersje wydarzeń tuż przed przybyciem majora Armstronga. Stalowemu Alchemikowi błyskawicznie wróciła część dobrego humoru na widok odzyskanej paczki słodyczy. Mężczyzna pokrótce opowiedział im o sytuacji na mieście i udał się „na dywanik” do zarządcy. Chwile oczekiwania na jego powrót dłużyły się, jednak bracia mieli o czym dyskutować, a Ed co jeść.
- Myślisz, że zdołałbyś schwytać tego faceta samodzielnie? To był świr totalny! Widziałeś, jakie narobił zamieszanie. Niczym się nie przejmował. Założę się, że gdyby otoczył go wojskowy batalion, wysadziłby całe towarzystwo w powietrze!
- Nieprzewidywalny i bezlitosny... – mruknął Al. – Tak jak ten Scar... albo jeszcze gorzej...
- W przypadku tamtego wiemy przynajmniej, jakiej techniki używa. Reakcja alchemiczna przebiega w trzech etapach, prawda? Rozpoznanie, Dekompozycja i Tworzenie. Ten typ zatrzymuje swoje procesy na drugim etapie i niszczy wszystko, czego dotknie... Ale dzisiejszy delikwent? Widziałeś, jak mnie załatwił tam, na peronie?
- Nie, mówiąc szczerze... Zdążyłem dopiero dobiec do Maayi... Ciekawe, jak się ona teraz...
- Gdyby użył zwykłego kręgu transmutacyjnego, energia pokonałaby po ścianie dzielącą nas odległość, wytracając przy tym część siebie... Jak podczas zwyczajnej reakcji. Jednak on skupił energię od razu na wyznaczonym przez siebie miejscu – obok mnie. Tak jakby to tam właśnie położył rękę, choć przecież tego nie zrobił. Poza tym, jeszcze nigdy nie widziałem takiej reakcji. – Ed pokręcił z niedowierzaniem głową na samo wspomnienie. – Energia przekształcała materię, a on decydował o tym, jak ma to wyglądać W TRAKCIE trwania procesu! W normalnej sytuacji najpierw ustalasz, co ma powstać, a dopiero potem to tworzysz. Natomiast ten facet przez cały czas kontrolował reakcję gestem swojej ręki!...
- Zwolnij, Ed, zwolnij. – Al uśmiechnął się lekko w duchu, słuchając tej gorączkowej relacji. – Wiemy zbyt mało, żeby cokolwiek osądzić...
- Taa... poza faktem, że trafiliśmy na kolejnego, niebezpiecznego typa. I to tutaj, w Resembool! Świat staje na głowie. – Przez chwilę chłopak tarł palcami lewej ręki zmarszczone brwi, myśląc nad czymś intensywnie. – ...Co powinniśmy zrobić, Al? Mieliśmy dotrzeć dziś do Central City, ale nie możemy chyba tego tak zostawić?... Sam już nie wiem!...
- Przecież Biblioteka nie zając, nie ucieknie.
Ed otworzył usta, lecz zaraz zrezygnował z odpowiedzi. Poczuł natomiast w środku lodowate ukłucie, aż ciarki przeszły go po plecach – irracjonalny niepokój, wrażenie tracenia czegoś niezwykle istotnego... Z westchnieniem wyprostował się na krześle i założył nogę na nogę; z rękami splecionymi na piersiach i przymkniętymi oczami krył przed bratem swoje wzburzenie. „I tak jest za późno”, pomyślał; gdyby nawet zechciał zerwać się z miejsca i wyjechać stąd w tej chwili, to tego dnia już żaden nowy pociąg nie miał na swojej trasie stacji w Resembool. I choć świadomy, że nic na to nie poradzi, nadal nie potrafił się z tym pogodzić.
- Może... – mruknął, wzruszając ramionami.
Wtem skrzypnęły otwierane drzwi gabinetu i drgnął, zaskoczony. Obaj wstali ze swoich miejsc.
- Wejdźcie do środka, chłopcy – zaprosił ich major Armstrong. – Mamy parę spraw do omówienia.
*
Usiedli na wskazanej im kanapie. Po lewej stronie mieli biurko, za którym zasiadał zarządca – łysy, suchy jegomość w binoklach na nosie o nazwisku Kipling. Pogrążony w papierkowej robocie, zdawał się nie dostrzegać przybyłych gości.
Major zajął szeroki fotel stojący naprzeciwko braci.
- Pewnie zastanawiacie się, dlaczego musieliście czekać tyle czasu – zaczął. – Dzwoniłem do pułkownika Mustanga...
- Po co? – zapytał natychmiast Ed.
- Pułkownik prosił mnie o kontakt, gdyby w trakcie naszej podróży wystąpiły jakieś komplikacje. Opowiedziałem mu o wszystkim, co się dzisiaj wydarzyło...
- I co, zamierza tu przyjechać? – jęknął z przesadą chłopak, przewracając oczami. Nie miał najmniejszej ochoty na ponowne spotkanie z przełożonym. – Nie potrzebujemy kolejnej niańki!
Armstrong uśmiechnął się lekko.
- Nie, stwierdził, że sami zdołamy opanować sytuację. Pułkownik liczy na waszą pomoc w schwytaniu przestępcy.
- Wiedziałem! – warknął rozeźlony Ed. – Widzisz, Al? Nie możemy nawet spokojnie dokończyć naszych poszukiwań! Co ten Pułkownik-Idiota sobie wyobraża? Że nie mamy nic lepszego do roboty, poza uganianiem się po całym Amestris za świrem, o którym nie wiemy właściwie niczego?!
- Podróżowanie po Amestris nie powinno być konieczne – wtrącił zarządca. Nie odrywając wzroku od swojej pracy, podniósł lewą ręką mocno wypchaną, beżową teczkę. – Mamy też nieco zebranych z wielu źródeł informacji na temat dzisiejszego zbiega. Większość z nich otrzymaliśmy dziś prosto z East City.
- Więc wiecie, kim on jest?! – zdziwił się Al.
- Po incydencie w miasteczku mężczyzna z łatwością wydostał się poza obszar zabudowań – tłumaczył zarządca. – Próbowano go zatrzymać, jednak uciekł, dokonując kolejnych, choć już znacznie mniejszych zniszczeń. Natomiast na samym początku, około godziny jedenastej, pojawił się niepostrzeżenie na peronie, by chwilę potem zniszczyć fragment jednego z budynków i zasypać gruzem tory, uniemożliwiając tym wyjazd pociągu. Była to typowa akcja terrorystyczna, pasująca do innych, mających miejsce od około trzech lat na Wschodzie. Mniejsze i większe incydenty utrudniające działanie członkom „Drogi do Wolności”. Podejrzewamy, że za tą „partyzantką” stoi większa grupa, jednak opis dzisiejszego przestępcy jest zgodny z rysopisem sprawcy największych zamieszek w całym regionie. Mężczyzna ten jest od roku poszukiwany za działalność terrorystyczną, opór stawiany Armii, podżeganie do rozbojów...
- Chwileczkę, czegoś tu nie rozumiem – wtrącił Al. – Twierdzicie, że ten człowiek to poszukiwany terrorysta i że przybył do Resembool, żeby uniemożliwić przejazd pociągu. Ale nie to przecież było jego celem! Sami widzieliśmy, prawda, Ed?
- Zgadza się. Najpierw zatrzymał jakąś dziewczynkę i z nią rozmawiał, a potem... – Urwał na chwilę, krzywiąc się i zaciskając pięści. – Zaczął ją dusić. Podbiegliśmy, chciałem go zatrzymać. Dlatego użył alchemii.
- I właśnie dlatego wiemy, że mamy do czynienia z terrorystą. Dzięki dzisiejszemu zdarzeniu poznaliśmy jego tożsamość. – Zarządca otworzył teczkę. – Mężczyzna nazywa się... Arthur Fletcher.
Zapadła cisza. Dopiero po dłuższej chwili Ed powoli odwrócił się do młodszego brata.
- Mówiłeś, że... że jej imię i nazwisko... to...
- Maaya Fletcher... – wyszeptał Al.
- To niestety nieprzypadkowe podobieństwo – dorzucił Armstrong, uważnie obserwując reakcję braci. – Ten człowiek jest jej ojcem.
Słusznie założył, że ta informacja okaże się dla nich szokująca. Znał doskonale szczegóły głośnej sprawy, która miała miejsce tydzień temu w East City.
Sprawy Alchemika Zszywającego Życia. I jego ofiar.
Roli, jaką odegrali w tym incydencie bracia Elric.
On również widział przerażające podobieństwo łączące oba wydarzenia. Tragedię rodzinną.
Al zerwał się na równe nogi, lecz po chwili opadł z powrotem na miejsce, jak oszołomiony człowiek, pod którym ugięły się kolana. Nie powiedział słowa, skulił się tylko i ukrył to, co od czterech lat było jego twarzą, w swoich rękawicach. Ed również milczał. Nie poruszył się, jedynie mocno zaciśnięte i lekko drżące na kolanach ręce zdradzały emocje. Pochylił głowę i major nie mógł ze swojego miejsca dojrzeć jego twarzy.
- Więc... więc Maayę chciał zabić... jej własny OJCIEC...? – Po długiej, bardzo długiej chwili ciszy, roztrzęsiony głos Ala zabrzmiał nienaturalnie głośno. – Gdzie ona teraz jest?
- W tej chwili dziecko bezpiecznie przebywa z matką w swoim domu – odparł zarządca Resembool, przeglądając akta Fletchera. Jego twarz wyrażała urzędniczą powagę i obojętność. – Wcześniej okazała się wyjątkowo rezolutną dziewczynką; bez problemów opowiedziała nam własną wersję wydarzeń. Całkowicie pokrywa się ona z początkiem waszych relacji. Pytaliśmy o przyczynę zaistniałej sytuacji – stwierdziła, że mężczyzna usiłował zabrać ją ze sobą, a gdy ta stawiła opór, zaatakował. Od dawna znamy sprawę tej rodziny. Fletcher przez rok posiadał licencję Państwowego Alchemika, lecz stracił ją, nie zdając obowiązkowego, corocznego raportu z badań nad udoskonaleniami dla Armii. Potem rozwiódł się, stracił też prawo do opieki nad córką i zniknął trzy lata temu. Cóż, nikt tak naprawdę nie podejrzewał, że dziś, po latach, okaże się kimś takim. Co do dziewczynki, uznaliśmy, że nic nie stoi na przeszkodzie, by mogła spokojnie wrócić do siebie, lecz oczywiście zabezpieczyliśmy teren, w razie powrotu przestępcy.
- I tu zaczyna się plan pułkownika – oznajmił Armstrong, starając się nieco ożywić ponurą atmosferę. – Zapewne słusznie podejrzewa, że sprawca spróbuje ponownie dopaść swoją ofiarę. Proponuje, byśmy strzegli Maayi i jej domu przez trzy dni, a potem oficjalnie odprawili wszystkich żołnierzy. Zostalibyśmy tylko my, obserwując całą sytuację z ukrycia. Jeśli dopisze nam szczęście, zdołamy schwytać i unieszkodliwić Fletchera, zanim komukolwiek stanie się krzywda.
- Taa, jasne. – Edward odchylił się na oparcie kanapy, nie kryjąc sceptycznego nastawienia do przed chwilą usłyszanego planu. – Ten bezużyteczny kretyn naprawdę myśli, że ktoś TAKI jak Fletcher da się tak łatwo nabrać? Bezczynne tkwienie za biurkiem musiało nieźle naruszyć jego zdolności logicznego myślenia – kpił dalej. – O ile kiedykolwiek takie posiadał...
- Pułkownik ma duże doświadczenie w rozwiązywaniu spraw kryminalnych, więc zapewne wie, jak należy dalej postępować – stwierdził major, wzruszając ramionami. – Poza tym, nie zdradziłem jeszcze całego planu. Możecie usłyszeć resztę, jeśli najpierw zdecydujecie się na wzięcie udziału w tej misji. Nie otrzymałeś oficjalnego rozkazu, Edwardzie, więc to od ciebie zależy, czy podejmiesz się tego zadania, czy nie.
Bracia jak na komendę spojrzeli na siebie. Ed nie musiał pytać Ala o zdanie w tej sprawie; kilka godzin wyciągania wniosków ze słów, drobnych gestów i innych reakcji wystarczyło, by mógł bez problemu przejrzeć jego ukryte myśli. To samo zresztą działało w drugą stronę. Ani milczenie, ani stalowa zbroja tłumiąca ludzkie emocje nie mogły przeszkodzić w tym porozumieniu. Również teraz, patrząc w dwa, jarzące się karmazynowym blaskiem, zastępujące oczy otwory w hełmie miał pewność, że i tym razem, niezależnie od podjętej decyzji, młodszy brat pójdzie za nim wszędzie.
Jednak Ed nie mógł dostrzec właściwej drogi. Bał się choć na chwilę zejść z obranego kierunku, będąc tak blisko upragnionego celu. Po prostu nie mogli sobie na to pozwolić.
Chociaż... czy teraz, w tej konkretnej sytuacji, liczyło się tylko ich dobro?
Przypomniał sobie twarz Maayi i nieme pytanie w jej ciemnoniebieskich oczach. Naprawdę była podobna. Diabelnie podobna do Niny. Odwrócił się od Ala i wlepił wzrok w podłogę, udając głębokie zamyślenie. Tak naprawdę z trudem panował nad gwałtownie ogarniającą go sensacją. To nie było miłe uczucie.
Nina również patrzyła na niego w taki sposób – kiedy odchodząc obiecywał, że wszystko będzie dobrze, że następnego dnia znowu przyjdzie z Alem i obaj spędzą z nią i jej psem Alexandrem czas na wspólnej, beztroskiej zabawie. To wspomnienie okazało się zbyt wyraziste i po raz kolejny obserwował, jak nowa nadzieja rozjaśnia strapioną twarzyczkę. „Dobrze”, odparła z ufnością, a w jej wielkich oczach błysnęły łzy. Drobną rączkę trzymała dłoń Tuckera.
Nagle obraz zniknął i zastąpił go widok lśniących upiornym blaskiem, pokrytych bielmem gałek ocznych. Głos nie mający prawa zaistnieć w tym świecie wyrażał rozpaczliwe błaganie, którego bracia Elric nie mogli spełnić. Jego brzmienie już na zawsze pozostanie żywe w ich pamięci.
Pobawmy się...
- Ed?... Ed, w porządku?
Chłopak drgnął i otworzył oczy. Siedział tak w milczeniu wystarczająco długo, by zainteresować tym wszystkich obecnych w biurze. Odchrząknął.
- Chciałbym... najpierw porozmawiać na ten temat z Alem, w cztery oczy. Jeśli wolno – dodał z cieniem ironii w głosie.
- Oczywiście. – Major Armstrong uśmiechnął się z wyrozumiałością; spodziewał się tego rodzaju odpowiedzi. – Wiemy, że to dla was trudna decyzja...
- Wolelibyśmy jednak poznać wasze stanowisko najpóźniej do wieczora, jeszcze przed zamknięciem biura – wtrącił zarządca, ponownie pochłonięty lekturą zawartości teczki przestępcy. – Pozostały ponad cztery godziny, mam nadzieję, że to nie będzie problemem?
- Nie...
- Zatem na razie to wszystko w tej sprawie. – Major wstał i przeciągnął się z głośnym westchnieniem. – Najwyższy czas rozprostować kości. Wam, chłopcy, radzę pozostać w budynku i czekać na mój powrót; lepiej, żeby już żadna nowa niespodzianka nie przeszkodziła nam w dalszych planach... Nie macie nic przeciwko?
- Nie. – Mina Eda sugerowała zdecydowanie co innego.
- A co pan będzie robił, majorze? – zapytał Al.
- Udam się na krótko do miejsc dzisiejszego incydentu i wysłucham raportów moich obecnych podwładnych. Otrzymałem upoważnienie od pułkownika, by wraz z zarządem miasteczka kierować tą sprawą. Poza tym, niektóre budynki wciąż wymagają poważnych napraw...
- My też możemy w tym pomóc! – zauważył z pretensją Ed. On i Al wstali i ruszyli za postawnym mężczyzną w stronę wyjścia. – Przecież już nic mi nie dolega...!
- Nie o to chodzi. Po prostu wasza pomoc byłaby zbędna. – Major otworzył drzwi, lecz stanął na chwilę w progu i posłał Edowi porozumiewawcze mrugnięcie. – Bez urazy. Zresztą, obaj macie temat do wspólnego omówienia, czyż nie?
- Ech... no dobrze. Będziemy na korytarzu...
- Doskonale. Wrócę najpóźniej za godzinę. Żegnam, panie Kipling. – To mówiąc, Silnoręki Alchemik zasalutował zarządcy. Tamten uniósł dłoń w geście pożegnania, nie podnosząc głowy.
Chłopcy nieznacznie się ukłonili i wyszli za majorem, zamykając drzwi.
*
- Powiem szczerze: nie podoba mi się ten pomysł.
- Maaya potrzebuje pomocy!
- Nie uważasz, że jesteśmy tu zbędni? Major świetnie panuje nad sytuacją. A tymczasem my, być może już w tej chwili, znalibyśmy sekret doktora Marcoh! Może już teraz miałbyś z powrotem swoje ciało!
Ed palnął z całej siły prawą ręką parapet mijanego właśnie okna. Nadspodziewanie wielki hałas, jaki wywołało zderzenie automaila z białym marmurem nie ostudził jego emocji. Al z westchnieniem wyciągnął kredę, by w kilka chwil naprawić powstałe na kamieniu pęknięcia.
Zaraz potem musiał tłumaczyć się grupce wystraszonych urzędników z zachowania starszego brata.
Ed kontynuował marsz wzdłuż korytarza, zerkając przez ramię na zamieszanie, jakie wywołał. Wściekły przez swoją głupotę i tchórzostwo czekał, aż ludzie rozejdą się do pomieszczeń, z których wybiegli.
Wreszcie Al ruszył w jego stronę.
- Jesteś zbyt niecierpliwy, bracie. Nie musisz też z powodu naszej sytuacji niszczyć wszystkiego dookoła...
- Przepraszam, dobra? – warknął Ed. Z rękami wbitymi w kieszenie podpierał ścianę, unikając jego wzroku. – Po prostu... chciałbym już mieć to wszystko za sobą.
Zabrzmiało to jak wyznanie „z głębi serca”.
- Wiem, ja też. – Al pochylił się i zerknął przez okno na szybko zapadający nad miasteczkiem zmierzch. Ulice i budynki ginęły w gęstniejącym mroku. – Ale musimy być wytrwali, Ed. Nawet jeszcze bardziej, niż do tej pory, skoro jesteśmy już tak blisko... Jeśli się nam poszczęści, to może dziś lub jutro złapiemy tego Arthura Fletchera.
- No, oby... – mruknął chłopak, czując, że jego dalszy opór staje się daremny. – Że też musiał napatoczyć się nam ktoś taki!
- Uhm... – Al właśnie wypatrzył kota spacerującego po drugiej stronie ulicy. Już zastanawiał się w przypływie dziecięcej troski, czy aby na pewno biednemu mruczkowi nie będzie zbyt zimno nadchodzącej nocy... gdy nagle naraz wydarzyło się kilka rzeczy.
Usłyszał otwierane drzwi na końcu korytarza po swojej lewej stronie, a Ed w dwóch susach czmychnął spod ściany, ominął go i skulił się przy jego prawym boku.
- O co... – zaczął Al, prostując się i urwał, gdy jego metalową pierś uderzył inny, metalowy przedmiot, czego efektem był charakterystyczny, wibrujący dźwięk, przyprawiający o zawał serca i bóle głowy. Pokaźnych rozmiarów klucz francuski zatoczył szeroki łuk w powietrzu, odbił od ściany i przejechał po podłodze jeszcze kilka metrów, zanim zatrzymał się niemal u stóp swojej właścicielki.
- Och, przepraszam, Al, nie ciebie chciałam trafić! – usłyszał głos najlepszej przyjaciółki z dzieciństwa. – Chociaż... tobie też powinno się oberwać!
Szczupła, długowłosa blondynka - Winry Rockbell we własnej osobie - podniosła broń z podłogi i ruszyła w stronę braci szybkim, zdecydowanym krokiem.
- Tym razem spudłowałam... ale zaraz to nadrobię... Gdzie się schowałeś, ty... ty niewyrośnięty zakalcu... stańże wreszcie, no! – krzyknęła, na próżno usiłując złapać chociaż rękaw chłopaka. Ed robił wszystko, by nie wpaść w jej ręce i oboje krążyli wokół Ala, który nie miał pojęcia, jakimi słowami zażegnać nadciągającą katastrofę.
Nie musiał długo myśleć. Winry zdołała dosięgnąć celu; chwyciła w garść złotą grzywkę i uniosła klucz do ciosu.
- AAA!! AŁAA, przestań już! Nie bij! – Ed machał rękami, próbując na oślep osłonić się przed zabójczym narzędziem. – Jestem ranny!
Zamarła na chwilę i Al był przekonany, że dziewczyna delektuje się swoim zwycięstwem i upokorzeniem ofiary. Wreszcie z ciężkim westchnieniem puściła upolowaną czuprynę i wyprostowała się, mierząc braci surowym wzrokiem.
- Daję słowo, byłabym tu o wiele wcześniej, gdyby nie nowy klient... Idioci! Nie potraficie wyjechać z Resembool i nie wpakować się przy okazji w jakieś nowe kłopoty? Nawet z majorem na karku?
- Ach, więc... słyszałaś o wszystkim?... – wtrącił nieśmiało Al.
- Na litość boską, Al! Sugerujesz, że nie mam pojęcia, co się dzieje w moim własnym mieście?!
Ed kulił się obok pokaźnej postury młodszego brata, masując obolałe czoło i unikając wzroku dziewczyny, sprawiając przy tym wrażenie jeszcze mniejszego, niż w rzeczywistości. Nie znosił dostawać takich reprymend i w jego oczach tliły się już iskierki buntu.
Winry, widząc to, wzięła głęboki oddech i odrzucając kuszącą wizję karalucha rozsmarowywanego po ścianie, palnęła tonem nie znoszącym sprzeciwu:
- Siadać!
Chłopcy posłusznie klapnęli na malutką ławeczkę.
- Co wam strzeliło do głowy, żeby demolować zarówno moje, jak i wasze rodzinne miasteczko?
- To nie my zaczęliśmy! – zaprotestował Al; teraz, siedząc, mógł patrzeć w jej oczy niemal z tej samej wysokości. – Próbowaliśmy powstrzymać szaleńca, to on dokonał tych zniszczeń!
- Taka doinformowana, a o tym nie wie? – mruknął pod nosem Ed, za co błyskawicznie oberwał kluczem po ramieniu. Syknął i chwycił się za uderzone miejsce; ból, o którym zdążył już zapomnieć, odezwał się na nowo.
- Nie mędrkuj mi tu! Pomyśl lepiej o tych wszystkich zniszczeniach, do jakich doprowadziłeś swoją zapalczywością! Ile zrujnowanych mieszkań!
- JA doprowadziłem?! Ale nie widzisz tego, że JA też odniosłem przy tym wszystkim pewne obrażenia?
- Jakie obrażenia?! Ty bez przerwy rozbijasz łeb o jakieś mury! – Mimo wszystko spojrzała na jego opatrunek, marszcząc brwi. – Tak to jest, gdy nie myśli się o konsekwencjach swojego postępowania. Przysięgam, że kiedyś stracisz tę głowę i to wcale nie jest przenośnia. – Uciekła wzrokiem gdzieś w górę i nagle Ed i Al struchleli; choć dziewczyna nie zmieniła wojowniczej pozy, a solidny klucz wciąż trzymała w pogotowiu, to jednak jej ciało wyraźnie opuściła energia.
- Ej... Winry... t-ty chyba nie zamierzasz... – jąkał się Al.
- Daj spokój, będziesz teraz ryczeć? – Eda sytuacja wyraźnie zbiła z tropu, choć obawa widoczna na jego twarzy walczyła z niesmakiem o pierwszeństwo. – I o co, bo trochę się potłukłem...
- Siedź cicho, imbecylu! – ryknęła nagle Winry i zalała się łzami. Patrzyli na jej gwałtowną reakcję kompletnie oniemiali.
- Wydaje ci się, że tu chodzi o ciebie?! A pomyśleliście chociaż, ilu ludzi przez was zginęło?!
Ed wstrzymał oddech.
No tak... przecież takie zniszczenia... a oni nawet nie próbowali dowiedzieć się, czy ktoś...
Al zreflektował się szybciej.
- Słuchaj, było zamieszanie... a ja straciłem hełm. Musieliśmy go odnaleźć, zanim ktoś zauważyłby, że... no, wiesz...
- A potem major zapakował nas do wozu i pojechaliśmy – wtrącił szybko Ed i spojrzał na brata nerwowo. - ...N-nic nam nie wspomniał o ofiarach, prawda?
- Racja...
- Och, przestańcie już się tłumaczyć, dobrze?!
Zapadło z ich strony zdumione milczenie.
- Myślicie tylko o tym, jak się wytłumaczyć z całej sytuacji! Szkoda, że nie pomyśleliście wcześniej o konsekwencjach swoich działań! Nie mogliście przewidzieć, że ten świr, sprowokowany, spróbuje kogoś uśmiercić i to niekoniecznie któregoś z was?! Ciekawi jesteście, kto zginął?!
Nie odważyli się odpowiedzieć.
- Pewien chłopiec... Tommy... miał za tydzień przyjechać do nas na przegląd... swojej prawej nogi... – Głos dziewczyny łamał się, lecz ciągnęła dalej. – Już nie będzie tego potrzebował. Zginęły jeszcze cztery inne osoby. Każdą z nich znałam naprawdę dobrze...
Nie wytrzymała i rozpłakała się znowu, ocierając twarz lewą ręką. Zarówno Ed, jak i Al nie poruszyli się, porażeni tym widokiem. W jakiś pokręcony sposób... choć wcale tego nie chcieli... sprawili jej ból.
I wielu innym...
- Przecież musieliśmy zareagować – odezwał się wreszcie Ed cichym, lecz zdecydowanym głosem. – Nie mogliśmy mu odpuścić...
- No właśnie! Wy nigdy nie możecie odpuścić! „Po trupach do celu”, zawsze do przodu, nie patrząc, ilu przy tym krzywdzicie...!
- Winry!
Tego było za wiele. Ed zerwał się na równe nogi, lecz dziewczyna biegła już w stronę wyjścia. Przez dłuższą chwilę patrzył na poruszające się skrzydło drzwi, zaciskając pięści.
Usłyszał nerwowy szept Ala:
- ...Chyba powinniśmy ją zatrzymać?...
Westchnął ciężko i rozluźnił ręce. Nie mógł obwiniać Winry o to, co się stało... i do czego on sam przede wszystkim doprowadził. Niestety, ale taka była prawda.
- Tak, chodźmy.
*
Dość szybko zapadła ciemność, lecz jeszcze nie tak głęboka, jak wydawało się z wnętrza budynku. Przed wejściem stało kilka wojskowych pojazdów z włączonymi światłami i silnikami, czego bracia nie mogli widzieć, będąc wcześniej na korytarzu.
Ze zdumieniem spostrzegli Winry i majora Armstronga, stojących pośród innych żołnierzy w strumieniach krzyżujących się świateł reflektorów.
- Myśleliśmy, że jest pan bardzo zajęty... – zauważył z przekąsem Ed, gdy wraz z Alem podszedł do mężczyzny.
- Bo jestem – odparł zaczepiony. – Niedawno wróciłem z miejsc dzisiejszych zdarzeń. Właśnie słuchałem raportów, gdy z budynku wybiegła ta oto dama.
Wspomniana dama wbiła wzrok w chodnik i milczała, udając nieobecną.
- Winry... my nie... – zaczął Al po chwili ciszy, sam nie wiedząc, co tak naprawdę chce powiedzieć...
- Już wszystko wiem i wyjaśniłem – przerwał mu major, gestem dłoni odprawiając podwładnych. Drugą rękę położył na ramieniu dziewczyny. – Panienka Rockbell zdążyła wspomnieć mi o waszej kłótni. Wybaczcie, proszę, że nie powiedziałem o ofiarach śmiertelnych; to częściowo wina pośpiechu, jednak nie chciałem też budzić w was poczucia winy.
- Ukrywanie prawdy nie ma sensu – mruknął Ed z twarzą pozbawioną wyrazu. – Winry szybko nas uświadomiła.
- Ja... ja przepraszam was za moje słowa – wtrąciła Winry głosem nabrzmiałym łzami. Jej mokre policzki płonęły w świetle samochodowych lamp. – To, co powiedziałam... było niesprawiedliwe...
- W porządku – odparli jednocześnie, co jakimś cudem ją rozśmieszyło. Wciąż chichocząc, otarła twarz.
Major również wycierał oczy, głęboko wzruszony pojednaniem przyjaciół.
- To takie PIĘKNE, gdy potęga szczerości wynosi przyjaźń ponad wszelkie kłótnie, pretensje i nieporozumienia! – wymruczał w natchnieniu, a jego druga dłoń z impetem wylądowała na głowie Eda. Chłopak wyszczerzył zęby w czymś, co miało przypominać miły uśmiech.
Al również otrzymał kilka aprobujących klepnięć po hełmie, co jego z kolei zdecydowanie ucieszyło. Rzadko zdarzało się, by ktoś potraktował go jak małe dziecko, a nie jak groźnego, opancerzonego wojownika.
- Ci chłopcy przede wszystkim zasługują na wielką pochwałę – dodał major, nie dostrzegając, że swoimi słowami pogłębia niezręczność sytuacji. – Pierwsi rzucili się, by powstrzymać złoczyńcę i uratowali dziewczynkę przed niechybną śmiercią z jego rąk..!
- Zaraz, zaraz... o czym pan mówi? – Winry patrzyła zarówno na majora, jak i na braci oczami wielkimi ze zdumienia. – O niczym takim nie słyszałam...
- No, przecież twierdziłaś, że wiesz wszystko! – zirytował się Ed.
- Słuchałam tylko plotek! Świadkowie mówili, że albo najpierw zauważyli, jak gonisz jakiegoś faceta, albo jak używasz alchemii. Potem był wybuch, zasypało tory i przez dłuższy czas nikt nic nie widział. Jednak niektórzy twierdzili, że później dostrzegli, jak wybiegasz z peronu w głąb miasta...
- A nikt nie zauważył Ala z dziewczynką?
- Noo... nikt o tym nie mówił. Wszyscy skupili się na twoim płaszczu, Ed. Trochę przegiąłeś z tym kolorem, swoją drogą…
- Że niby CO zrobiłem?! Nie znasz się…
- To bardzo typowe – przerwał mu major, kiwając głową. – Nikt nie zdążył zauważyć przyczyny ich działania. Potem skoncentrowano się na akcji, a obecność dziewczynki na peronie nikomu nie wydała się związana z sytuacją. I tak właśnie to, co najistotniejsze, umknęło uwadze „świadków”.
- Więc... więc naprawdę uratowaliście życie jakiemuś dziecku? – Bracia widzieli w oczach dziewczyny rosnący podziw i zgodnie poczuli się tym zbyt skrępowani. Najpierw zarzuty, teraz pochwały... Woleli unikać takich skrajnych sytuacji, zwłaszcza w tej sprawie.
- Oj tam... nie ma o czym mówić... – mruknął zażenowany Al.
- Każdy by tak zareagował – dodał Ed, wzruszając ramionami i unikając patrzenia na kogokolwiek.
- Nieprawda, Edwardzie – usłyszał bardzo poważny głos majora i zmusił się, by na niego spojrzeć. Mężczyzna górował ponad samochodowymi światłami i jego twarz ginęła w mroku, jednak ton wypowiadanych słów nie pozostawiał wątpliwości. – Gdyby nie wasza obecność, tej dziewczynce najprawdopodobniej nikt nie zdołałby pomóc; nawet ja, bo siedziałbym już w wagonie. Nie mówiąc o tym, że nikt nie zauważyłby tragedii.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil swobby
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…