Wróć do katalogu

Córka Danchemika, cz. III

Nagły zwrot akcji? Długiego czytania dla wytrwałych ciąg dalszy.

swobby, opublikowano , 52 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{font:verdana}{i}Fanfik na podstawie komiksu Hiromu Arakawy pt. "Fullmetal ALchemist". Recenzja oryginału: http://manga.tanuki.pl/strony/manga/20-fullmetal-alchemist/rec/512 Odcinki usunięto z YouTube'a, więc w ramach przykładu - anime: https://www.youtube.com/watch?v=CoRw-ORyngo{/i}

III

Tłum podekscytowanych i zdenerwowanych ludzi otaczał zgliszcza Biblioteki w Central City. Poranny wietrzyk rozwiewał popioły, szarpał taśmy odgradzające teren od motłochu. Wszędzie kręcili się żołnierze Armii.

Zamyślona Lust* przebierała długimi palcami po murku, zza którego spoglądała w dół na efekty swoich działań. Drgnęła dopiero, gdy usłyszała za sobą ociężałe kroki.

- I co tam, Gluttony**? - zapytała, z góry spodziewając się, co usłyszy. - Wyczułeś ich?

- Nigdzie, Lust - odparła postać bardziej przypominająca piłkę niż człowieka.

Lust zaklęła pod nosem. Już wcześniej Envy*** zapewniał, że nikt w mieście nie widział powracających braci Elric, w Generalnym Dowództwie także - a przecież powinni, wedle posiadanych przez nią informacji, przebywać u protetyka najwyżej trzy dni... czyli wrócić do dziś. To nie trzymało się planu. Chłopcy mieli jak najszybciej przekonać się, że ich marzenia dosłownie poszły z dymem, a ona miała napawać się tym widokiem. Tymczasem okazało się, że powstrzymało ich coś znacznie ważniejszego od nadziei na zdobycie upragnionego Kamienia.

Ani przez chwilę nie przyszło jej do głowy, że być może martwi się na zapas. W przypadku tak uzdolnionych i upierdliwych dzieciaków nie mogli sobie pozwolić nawet na cień lekceważenia.

- Może wrócili do doktora Marcoh? - zastanawiała się na głos. - Co prawda nie mogliby z nim sobie pogadać... ale kto wie, czy nie trafili na coś istotnego w jego mieszkaniu. Jeśli lekkomyślnie zostawił on tam jakieś ważne dla nich informacje, to naprawdę dopilnuję, by z jego uroczej wioski nie pozostał kamień na kamieniu... Wszyscy zginą!

Gluttony pośpiesznie klapnął u jej stóp.

- A będę mógł ich zjeść? Będę?

Uśmiechnęła się. Błysnęła w słońcu nieludzka żądza.

- Nie wszystkich, najwyżej paru... chociaż...

I umilkła, porażona nagłą myślą. Przyszła jej do głowy nazwa pewnej niewielkiej, sennej mieściny, w której to bracia mieli dojść do siebie po starciu ze Scarem. Poczuła nagłe podejrzenie graniczące z pewnością, olśnienie tak rzadko doznawane przez marnych śmiertelników.

To wydawało się niedorzeczne... ale czy dłuższa nieobecność młodych alchemików mogła wiązać się z wydarzeniem, które będzie miało miejsce w East City - już za miesiąc?

Uświadomiła sobie, że owszem, mogła. Mówi się "najciemniej pod latarnią", lecz czyż nie zauważy korzenia ten, kto się o niego potknie? Jeśli te dzieciaki odkryją jeden z najnowszych i najściślej strzeżonych sekretów Ojca... jeśli trafią na niewłaściwych ludzi...

- Ruszamy natychmiast do Resembool - oświadczyła nieco głośniej, niż zamierzała. - Musimy upewnić się, że Stalowy dzieciak nie wściubił nosa tam, gdzie nie trzeba.

- A będę mógł...

- Dobrze wiesz, że nie - przerwała mu, prostując się i prężąc swoje doskonałe ciało. Jej twarz spochmurniała, na gładkim, bladym czole pojawiła się drobna zmarszczka. Do bijącej z dziwnych oczu wyniosłości dołączyła ponura, wyrachowana determinacja. Delikatnie musnęła językiem wargi.

- Ale masz go koniecznie odnaleźć. Idź tropem krwi.

*

{i}Wściekłość wtargnęła i opętała jego umysł, szturmem zdobyła wszystkie zmysły, zniewoliła je i zmusiła do skoncentrowania się na tym jednym, jedynym człowieku, którego miał przed sobą - na przyczynie swojej nagle rozbudzonej agresji. Lewym przedramieniem przycisnął Shou Tuckera do muru, uniemożliwiając mu najmniejszą próbę ucieczki, jednak tamten nie zamierzał się szarpać. Lęk na twarzy mężczyzny walczył o pierwszeństwo z rozbawieniem.

Ed patrzył w oczy szaleństwa i dyszał przez zaciśnięte zęby. Żeby chociaż mógł w tym obłędzie, w tym chaosie dostrzec najmniejszy ślad żalu, rozpaczy, błagania o litość i wybaczenie...! Prawa pięść drżała w pogotowiu.

- Jak śmiałeś...?! Ludzkie życie to nie zabawka, którą można bezkarnie manipulować!

Chciał, by ten zrozumiał, lecz nie, on wolał śmiać się, jakby właśnie opowiedziano mu świetny dowcip.

- „Zabawka“? „Manipulować“? O tak, pewnie! Czymże więc było to, co zrobiliście własnej matce, jeśli nie „manipulowaniem zabawką“? Spójrz na swoje kończyny, Stalowy Alchemiku! Popatrz na młodszego braciszka!

Jak cios w samo serce. Odwet nastąpił w niemal tej samej sekundzie; metalowa pięść pomknęła szerokim łukiem, a odrzucony niepohamowanym uderzeniem Tucker upadłby, gdyby chłopak nie trzymał jego koszuli w garści. Okulary zleciały i potoczyły się gdzieś w półmrok, a z rozbitego nosa pociekła krew, lecz ten człowiek nadal wydawał się ubawiony całą sytuacją. Zarechotał, pewny swych racji.

- I po co ta złość? Przecież to do nas, naukowców, należy testowanie naszych pomysłów, poszukiwanie nowych możliwości! Poświęcamy sumienia dla postępu - nie można go osiągnąć, nie brudząc sobie przy tym rąk!

- Mylisz się!

- Już tacy jesteśmy. M u s i m y dążyć do prawdy. Ty też, choć doskonale znałeś ryzyko, choć wiedziałeś, że to zabronione, po prostu nie mogłeś się oprzeć pokusie i spróbowałeś!

- Mylisz się!!

- „Po trupach do celu, zawsze do przodu"? Tak powiedziała? - Zakrwawiony uśmiech Tuckera powiększał się, jego twarz ulegała groteskowym zmianom. Eda na ten widok ogarnął lodowaty strach, niemal tak silny jak szalejąca w nim wściekłość. Nagle obraz zachwiał się, na przemian tracił i odzyskiwał ostrość, znienawidzona gęba tańczyła i spoglądała na chłopaka z góry. Coś niedobrego działo się z jego poczuciem równowagi i przestrzeni i już sam nie wiedział, czy stoi pewnie na własnych nogach... nie, na j e d n e j nodze...

W ogniu sprzecznych, emocjonalnych żywiołów obserwował prezentujące się przed nim prawdziwe oblicze koszmaru.

- Ma rację. My, alchemicy, nie boimy się płacić wszystkim, co posiadamy. Liczy się tylko osiągnięcie celu. A co jest t w o i m prawdziwym celem? Jestem pewien, że nie zapomniałeś... że wciąż tego pragniesz... pomimo porażki...

- Zamknij się...!

- Jesteśmy tacy sami, Edwardzie, dokładnie tacy sami...

- NIEE!!!

Musiał coś zrobić, musiał powstrzymać go przed wypowiadaniem kolejnych słów. Krzyczał, automail wznosił się i opadał i wydało mu się, że usłyszał gdzieś głos Ala, lecz zarówno to, jak i wszystko inne przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Ze zmasakrowanej twarzy Tuckera nie schodził uśmiech, nieważne, ile razy uderzał. Było coraz więcej krwi, czuł ją, spływającą po skórze...

Nikt go nie zatrzymał, nie złapał za rękę.

Niespodziewanie uświadomił sobie, że tak naprawdę wali w coś przypominającego lustro, którego za nic nie mógł rozbić; zebrał siły i trzasnął z całym impetem, na jaki go było stać, a gdzieś w tej uśmiechniętej twarzy, przypominającej już tylko ledwie ludzką, zmiażdżoną wszelkimi nieszczęściami maskę, dostrzegł własne, przerażone oczy...{/i}

Ed ocknął się z cichym, chrapliwym okrzykiem, jego ciałem szarpnął silny spazm. Od razu przy tym pojął, że znajduje się zupełnie gdzie indziej, jednak nadal ściskał koszulę Tuckera...

Spojrzał w dół i wtedy zrozumiał: to był jego czerwony płaszcz z flamelem.

Rozległa się salwa śmiechu i znowu nim szarpnęło. Z trudem łapiąc powietrze, półprzytomny rozglądał się po pogrążonym w ciemnościach otoczeniu.

- Już w porządku, bracie?

Widok dwóch, unoszących się w mroku i jarzących się czerwienią punktów pogonił jego serce do szybszego galopu, lecz sekundy mijały i dostrzegał coraz więcej szczegółów zbroi Ala, a mrok stawał się coraz bardziej przejrzysty.

- Taa... - mruknął, czując chłód na mokrej twarzy i szyi. Starał się uciszyć i uspokoić oddech, jednocześnie słuchał śmiechów i głośnej rozmowy dwóch mężczyzn, aż wreszcie przypomniał sobie wszystko.

Sen dopadł go w kącie wojskowej furgonetki, tuż przy skrzydle zaryglowanych drzwi, jak najdalej od hałaśliwych, towarzyszących jemu i Alowi żołnierzy. W trakcie osunął się do pozycji półleżącej, a jego lewy, zastępujący brakującą nogę automail zsunął się z ławki. Dziwne, że on sam jeszcze nie wylądował na podłodze.

Z westchnieniem zdjął drugą nogę i rozsiadł się wygodniej, nadal wciśnięty w kąt i przykryty płaszczem. Było cholernie zimno. Drżał na całym ciele, a wraz z nim metal, jaki ze sobą nosił. Nawet w ciemnościach wyraźnie widział i słyszał swoją prawą, trzęsącą się pięść. Jakoś nie potrafił jej rozluźnić, jeszcze nie...

Wtem żołnierze dostrzegli poruszenie z tyłu wozu.

- O, Stalowy się obudził! Wracamy do świata żywych, co? - zakpił porucznik Evan, rosły, krótko ostrzyżony blondyn, a jego towarzysz, brunet Mark, parsknął śmiechem. - Może i niezły z ciebie alchemik, ale talentu do stróżowania to ci tam na górze pożałowano!

- I nie tylko tego... - dodał drugi teatralnym szeptem, który zaraz utonął we wrzasku Eda - chłopak błyskawicznie załapał aluzję:

- KTO TU NIBY JEST KURDUPLEM, COO?!

W odpowiedzi rozległa się kolejna salwa śmiechu; mężczyźni musieli być od dawna w szampańskich humorach. Chłopak, słysząc to, prychnął tylko i wzruszył ramionami, naraz tracąc chęci do kontynuowania sporu. Zwykle nie przepuszczał okazji, by nie przebierając w słowach i nie przejmując się wrażliwym słuchem odbiorców, wyrazić latami pielęgnowane w sobie poczucie doznanej ze strony losu niesprawiedliwości. To między innymi z powodu wyjątkowej drażliwości na punkcie swojego wzrostu stał się powszechnie znany i rozpoznawany w całym kraju. Jednak równie często, jeśli nie częściej, ludzie zbyt szybko oceniali go wyłącznie na tej podstawie, przydomek "Stalowego Alchemika" automatycznie przypisując Alowi, ze względu na jego budzącą respekt zbroję. Takie sytuacje w sposób szczególny doprowadzały Eda do białej gorączki.

Lecz tym razem wspomnienie niedawno przeżytego koszmaru tkwiło w jego pamięci niczym nieustępliwy cień, tłumiący energię i wszelką ochotę na sprzeczki. Związane z nim nieokreślone uczucie lęku podstępnie przenikało ciało i wprawiało je w lekkie drżenie; chłopak przesunął się, szukając wygodniejszej pozycji.

- Dobra, dobra! - warknął po dłuższej chwili, gdy chichoty raczyły wreszcie umilknąć i zamknął oczy. - Może wyjaśnijcie lepiej, dlaczego znowu musimy siedzieć w takim zimnie?

Śmiechy. Coś stuknęło, rozszedł się zapach kawy, a chwilę potem dołączył do niego odgłos przelewanego płynu - i wtedy nagły widok zmaltretowanej, pokrytej lepką, krwawą maską twarzy mężczyzny wstrząsnął Edem w każdy możliwy sposób.

Drgnął i otworzył oczy, za wszelką cenę pozostając cichy i nieruchomy.

Ten obraz był j e g o dziełem.

Oddychał przez nos, coraz wolniej i głębiej, musiał jakoś zapanować nad tym strachem.

Akurat zauważył, jak Al, siedzący bliżej żołnierzy, przyjmuje z rąk Evana parujący kubek.

- Żeby ogrzać wnętrze, trzeba uruchomić silnik - tłumaczył tymczasem Mark; zabrzmiało to dziwnie tajemniczo. - Najlepszy sposób, by ogłosić wszem i wobec: "Jesteśmy tu i czuwamy!".

- Poza tym, pamiętajmy o cenach gazu - dodał Evan z poważną miną.

Al bez słowa podał kawę starszemu bratu. Ich spojrzenia spotkały się... Ed nie potrafiłby niczego ukryć przed tym łagodnym, przenikliwym żarem; zresztą, nawet nie zamierzał próbować, co musiał sam przed sobą przyznać z pewną dozą pokory. Jednak nie był to odpowiedni czas i miejsce na osobistą rozmowę – by móc ją jak najszybciej przeprowadzić, będą musieli wynaleźć jakiś sprytny sposób na wspólne wymiksowanie się z towarzystwa dwóch żołnierzy.

- Bzdury – skwitował krótko, upijając łyk kawy.

- Heh... dlaczego? - mruknął Evan po chwili ciszy.

- Boicie się zdradzić swoje położenie? Przecież i tak widać was jak na dłoni! - Ed uśmiechnął się pod nosem, gotów do wygłoszenia szeregu złośliwych uwag. - Konspiracja najwyższych lotów, naprawdę! Kto was przeszkolił, pytam? Takich błędów nie robi się nawet w piaskownicy!

- Nie wiem, o czym mówisz. - Mark pierwszy wykazał, zarówno słowami jak i tonem głosu, że dobry humor błyskawicznie go opuszcza. - Konkrety, młody.

- A proszę bardzo. Przez trzy dni nic, tylko balujecie. Żadnych nowych informacji o przestępcy. O poziomie waszego przygotowania do ewentualnego starcia nawet nie wspomnę!

- Zapewne szanowny Stalowy Alchemik przygotowałby wszystko znacznie lepiej?

- Pewnie! I pierwsze, co bym zrobił, to odesłałbym do lamusa takich bezużytecznych gości jak wy!

- Ed, daj spokój... - mruknął Al, nie domyślając się jeszcze, o co chodzi starszemu bratu.

- Przeginasz, chłopczyku – warknął groźnym tonem Mark. - Nie trafilibyśmy do wojska, gdybyśmy byli do niczego, jak sugerujesz -

- Wiesz co, Al? Siedzimy tu stanowczo zbyt długo. Przewietrzmy się trochę! - Ed wstał nagle z miejsca i nie czekając na zbędne pozwolenie, otworzył jedno skrzydło drzwi. Zeskakując na ziemię, dodał: - Kretynizm tych ludzi jest tak zaraźliwy, że może nam tu rzeczywiście zaszkodzić!

I natychmiast dokończył, przerywając wściekłemu Markowi:

- Z tak luźnym rozstawieniem sił jesteście dla Fletchera, byłego Państwowego Alchemika, słabi i bezbronni jak dzieci. Większy pożytek byłby z was w przyszłości, gdybyście wrócili teraz do Central City, zamiast idiotycznie ryzykować tutaj życiem. Nie, nie dziękujcie za słowa prawdy. Siedźcie dalej i pijcie do woli w przekonaniu, że nic wam nie grozi!

I nie czekając na odpowiedź, ruszył przed siebie szybkim krokiem, omijając furgonetkę.

Al błyskawicznie go dogonił, mimowolnie hałasując ciężką zbroją.

- Jak zwykle skuteczne metody, bracie... - mruknął z przekąsem. - Ale i tak nie powinniśmy razem wychodzić, zwracamy na siebie uwagę. Co innego osobno...

- Daj spokój. Źle nie robimy, nawet nas nie powstrzymują. - Wskazał kciukiem przez ramię na wóz z żołnierzami. - Kompletnie się nie starają i nie zależy im na konspiracji, o czymś to świadczy. Poza tym, wolałbyś, żeby słyszeli naszą rozmowę?

- Pewnie, że nie... ale Fletcher...

- Jak zaatakuje, będziemy walczyć, proste.

- Spodziewasz się, że zaraz to zrobi?

- Szczerze? Nie, ale wolę być przygotowany. Zawsze jestem. - Wzruszył ramionami, wbijając ręce w kieszenie.

Po paru minutach zatrzymał się na skraju lasku i szybko rozejrzał, mrucząc: "Chyba nikogo tu nie ma...". Odwróceni tyłem do drzew, mieli przed sobą, lecz bardziej z lewej, dom Maayi; jakieś pięćdziesiąt metrów odległości.

Al uśmiechnął się lekko w duchu, słuchając przez chwilę tego milczenia, pełnego oczekiwania. Brat zawsze taki gotowy... zawsze grający swoją rolę.

- Chciałeś pogadać - zaczął. - Chodzi o twój sen?

- Mniej więcej - odparł Ed bardzo cichym szeptem; patrzył przed siebie, unikając wzroku Ala.

- Nina...?

- Nie, tylko ten skurwiel, Tucker.

Obaj westchnęli pod ciężarem swych myśli.

- Gdybym miał ciało, pewnie śniłbym koszmary każdej nocy - podjął Al z lekką autoironią, choć wcale nie było mu do śmiechu. Mimo to starał się mówić pogodnie. - To było wspomnienie... czy jakieś dzikie wariacje?

- Bardziej to drugie... - Ed zagryzł wargę, obserwując czarną na tle blasku księżyca sylwetkę żołnierza, podchodzącego do budynku. Wahał się, jednak nie uległ gwałtownej pokusie. Nie... nie mógł powiedzieć wszystkiego. - Chciałem zatłuc tego gnoja i tyle - wyjaśnił znacznie głośniej i takim tonem, jakby wreszcie zrzucał wielki kamień z serca.

Tylko pozornie, niestety.

- Nie przejmuj się - mruknął Al bez szczególnego przekonania. Zrozumiał, że to niepohamowana wściekłość - chyba najgroźniejsza ze słabości brata, ze względu na jej możliwe konsekwencje - była prawdziwą istotą i esencją tego koszmaru. Widział przecież wtedy, jak szarpała nim, pogrążonym w tamtym sennym świecie bez granic; jak wyrywała się z jego ust ledwie słyszalnym szeptem i ciężkim oddechem. To musiała być wyczerpująca i z pewnością daremna walka; sny rządzą się własnymi prawami.

I co on, Al, może powiedzieć komuś, kto tak dogłębnie posmakował grozy tkwiącej w samym sobie?

- Każdy chciałby na twoim miejscu...

- Dobra, zejdźmy już z tego! - przerwał mu Ed, nagle poirytowany. Czas zwierzeń minął, Brama się zamyka. - Nie tylko o tym chciałem gadać. Jest coś znacznie ważniejszego, mówię o tej całej Maayi.

- O niej? - Teraz to Al poczuł złość. - Rany, już sam nie wiem, ścigamy mordercę, czy może tę dziewczynkę?!

- Nie ścigam jej! - warknął Ed. Z rękami założonymi na piersi, mrużąc oczy pilnie gapił się na dom pani Fletcher. - Ale mam złe co do niej przeczucia i nie mogę tego ignorować. Naprawdę nie sądzisz, że zachowuje się ona co najmniej dziwnie?

- Ma tylko dwanaście lat. Wolałbyś, żeby ryczała albo zamknęła się w sobie? Jest spokojna; może wypiera złe myśli i wspomnienia ze świadomości? Dzieci tak miewają.

- Bardzo to ładne. Jak dla mnie zachowuje się sztucznie i podejrzanie. I to całe Stowarzyszenie, dosłownie nosi je na rękach! Zresztą, prawie wszyscy mają na jego punkcie bzika, nie wyłączając nawet Winry.

- Masz jakieś konkretne argumenty, poza subiektywnymi odczuciami?

- A pewnie. Widziałeś kiedy jej uśmiech z bliska?

- Co?

- Trzy dni temu, kiedy się żegnaliśmy... i podszedłem bliżej... a ona szczerzyła się jak głupia...

- Ed!

- Jej kły. - Odruchowo przyłożył palce automaila do własnych ust, pochłonięty wspomnieniem. - Były naprawdę długie. Zdecydowanie z b y t długie.

- Sugerujesz, że mamy do czynienia z wampirzycą?

- Bardzo śmieszne, Al. - Ed zacisnął zęby, myśląc gorączkowo, jednak faktycznie - musiał przyznać, że nie ma po swojej stronie żadnego mocnego argumentu. Poza dziwacznym usposobieniem Maayi, jej irytującym wręcz entuzjazmem, a także zbijającą z tropu bezpośredniością i mądrością nie pasującą do dziecka w takim wieku.

"Może to efekt prania mózgu, jakie serwuje to całe Stowarzyszenie. Jej matka też nawija jak natchniona".

- Nie twierdzę, że jest naszym wrogiem czy coś w tym rodzaju. Myślę jednak, że nie zaszkodzi bardziej uważać. Przykładowo, nie musimy rozmawiać z nią o szczegółach tego planu.

- Nie rozumiem, co niby w tym złego?

- Właściwie ja też nie, ale pułkownik nie chciał, żebyśmy dzielili się "poufnymi informacjami" z kimkolwiek. Ty i ja w zasadzie działamy jak jedna osoba i ufamy sobie, dlatego o wszystkim wiesz, ale nawet major nie zna jutrzejszych szczegółów. Prawda, że pomogą nam jacyś żołnierze, ale również oni nie będą mieli o niczym pojęcia, po prostu odegrają swoje role. - Głos chłopaka ucichł do wyjątkowo konspiracyjnego szeptu. - Zaczniemy z samego rana. Maaya będzie udawać mnie; zabierzesz ją, a ja zrobię, co trzeba.

- Przecież nie mówiłem o tym Maayi - zauważył Al z przekąsem.

- Tak, ale szkoda, że w ogóle wspomniałeś o zmianie planu. Niby nic takiego, ale wolałbym, żebyśmy mieli czyste sumienia.

Wtem usłyszeli za sobą warkot silnika. Dwa snopy światła przecięły ciemność, mijając ich zaledwie o kilka metrów. To wojskowa furgonetka, w której przebywali przez ostatnie trzy noce, ruszyła z miejsca - wjechała na dróżkę prowadzącą do ulicy, potem skręciła w prawo, w stronę miasta, znikając za lasem.

- Niebywałe! - parsknął Ed ze złośliwym uśmieszkiem. - A mnie prawili kazania o stróżowaniu! No, chyba że wzięli sobie moje dobre rady do serca i postanowili zwiać. To byłoby coś nowego...

- Ciekawe, dokąd naprawdę pojechali?

- A kij ich wie. Może do monopolowego? - Obaj zachichotali, nie mogąc się powstrzymać.

- Pewnie zabrakło im "paliwa"... Akcja pełną gębą, nie? - Starszy brat przeciągnął się z głośnym ziewnięciem.

- Przynajmniej inni stale obserwują dom...

- A ile w tym prawdziwego zaangażowania? Mówię ci, są tu tylko dla picu. Jutro mają wrócić do Central City, do koszar, stąd pewnie ich "rozleniwienie". Nie widzieli, co Fletcher potrafi, nie oczekują też jego nadejścia, nie czują z jego strony zagrożenia. Pewnie myślą: "Odbębnimy nockę i wracamy do domu". Zastanawia mnie, swoją drogą, gdzie podziewa się major.

- Przypuszczam, że nadal na swoim miejscu, po drugiej stronie terenu. Ma przyjść do nas około północy, tak jak wczoraj... Chcesz mu powiedzieć o tamtych?

- Niee, co mnie to! Niech robią, co chcą, są dorośli... - nagle jego szeroki uśmiech zgasł. - Patrz!

W jednym z dwóch okien na piętrze zapłonęło światło. Czekali chwilę w milczeniu, obserwując budynek i okolicę, jednak nic nie mąciło nocnej ciszy. Pojazdy pozostały ciemne i nieruchome, dwie czy trzy sylwetki żołnierzy stojących w pewnym oddaleniu nie poruszyły się.

- To sypialnia Maayi - zauważył wreszcie Al, bardzo cicho.

- Cóż z tego? - mruknął Ed. - Mamy powód, by cokolwiek podejrzewać?

- Nie... ale to dziwne. Wcześniej ani razu nie zapaliła światła tak późno w nocy.

- ...No to podejdźmy bliżej.

Tak zrobili, początkowo idąc wzdłuż lasku i nieco oddalając się od domu, potem jednak ruszyli prosto w jego stronę, możliwie jak najciszej i jak najszybciej przechodząc przez plamę księżycowego blasku. Stanęli pod drzewkiem rosnącym w cieniu rzucanym przez budynek, blisko narożnika; po lewej mieli widok na okno sypialni dziewczynki, po prawej - na frontowe wejście.

Teoretycznie nikt nie mógł tędy wejść lub wyjść bez wiedzy przynajmniej kilku par czujnych oczu. Podobnie wyglądała sprawa po drugiej stronie, gdzie mieściło się kuchenne wejście, od kilku dni starannie zaryglowane, podobnie jak i wszystkie okna. Maaya mogła czuć się szczególnie bezpiecznie zwłaszcza na piętrze; ewentualny napastnik, chcąc jej zaszkodzić bez zwracania na siebie uwagi, musiałby najpierw nauczyć się latać - potem rozbić szybę.

Ed dyskretnie zerknął przez ramię. Stojący w pobliżu człowiek nie poruszył się, lecz kiwnął mu nieznacznie głową. Bez wątpienia nosił na sobie mundur Armii.

- Wszystko wydaje się w porządku - szepnął do brata.

Lecz Al wciąż patrzył w górę, mając nadzieję, że może dostrzeże za oknem jakieś poruszenie, jednak nie przemknął najmniejszy cień. Nikt nie dotknął, nie poruszył materiału zasłaniającego szyby, żaden nawet najlżejszy dźwięk nie sugerował, by miało dziać się tam cokolwiek niewłaściwego.

- Nie podoba mi się to - mruknął bardziej do siebie niż do Eda. - Chyba... chyba powinniśmy do niej zajrzeć.

- Jest noc. Nic nam do tego, co ona tam robi.

- Pamiętasz, co wcześniej mówiła? "Możecie zajrzeć do mnie o każdej porze".

- Co, czujesz się zaproszony?

- Nie, skąd! - Stalowe blachy zachrzęściły cicho. - Po prostu... dla pewności... To aż taki wielki dla ciebie problem?

- Dobra, niech będzie! - Starszy brat ustąpił z nieco zbyt dużą przesadą, czując się jakoś... dziwnie. Nie miał w zwyczaju zaglądać po nocach do sypialń dziewczyn. Tym bardziej zaskoczył siebie, mówiąc dalej: - Ale ja wejdę pierwszy. Ty za bardzo hałasujesz. Zakradnę się na górę, na wszelki wypadek...

- To byłoby niegrzeczne, Ed! Myślisz, że to światło rzeczywiście ma związek z Fletcherem?

- Nie możemy niczego wykluczyć!

- Nadal: nie mamy jeszcze powodu, by skradać się po domu jak złodzieje...!

- DOBRA! - wycedził Ed przez zaciśnięte zęby. - To idź tam, skoro chcesz.

- A ty?

- Daj mi spokój! Idź, zaczekam tu.

Nagle jego pomysł ze skradaniem wydał mu się strasznie głupi. Zmieszany, z płonącymi policzkami odwrócił się od brata, nieudolnie kryjąc przed nim swoje wzburzenie.

Al westchnął i ruszył sam w stronę frontowych drzwi. Czasami miał naprawdę poważne trudności ze zrozumieniem Eda.

Tymczasem Stalowy Alchemik stanął przed nie lada dylematem. Z niemą bezradnością uświadamiał sobie narastający w nim chaos myśli i wrażeń, lecz nie drgnął przy tym nawet palcem. Po raz pierwszy miał naprawdę poważne trudności ze zrozumieniem samego siebie.

*

Al bardzo powoli i ostrożnie zamknął za sobą drzwi. Poruszał się tak, by szelest zbroi nie był wiele głośniejszy od skrzypnięć starej podłogi, po której stąpał. Przed sobą miał otwartą drogę do salonu, w którym bardzo cicho grała muzyka z radia. Maleńka, gazowa lampka rzucała nikły blask na pomieszczenie i postać skuloną na kanapie pod cienkim kocem. Pani Fletcher nie poruszyła się, a więc przysnęła, słuchając wieczornych programów. Al mógł dostrzec jedynie jej pogrążoną we śnie twarz otuloną włosami; obok kanapy stał wózek inwalidzki.

Widok śpiącej kobiety jakoś rozczulił chłopaka - przypomniał sobie o własnej matce, o Trishy Elric, jak czasami z Edem zastawał ją drzemiącą w fotelu, odpoczywającą po cięższych, domowych porządkach i zbierającą siły do kolejnych obowiązków. Nie zawsze jej na to pozwalali, budząc i domagając się samolubnie zabawy, słodyczy lub jeszcze czegoś innego. Nie pamiętał, by kiedykolwiek nie uśmiechała się w takich momentach.

Westchnął i wszedł, niemal jak na zwolnionym filmie, po pierwszych stopniach schodów. Deski zaskrzypiały, nic nie mógł na to poradzić. Na szczęście pani Fletcher nawet nie drgnęła.

Wchodził coraz szybciej, biorąc po dwa, trzy stopnie naraz. Wreszcie stanął przed drzwiami do pokoiku Maayi. Jeśli dziewczynka nie spała, z pewnością usłyszała już jego kroki.

Zerknął szybko przez ramię, lecz wokół było cicho i pusto. Nie chcąc zatem dłużej zwlekać, zapukał.

- Proszę - usłyszał znajomy głosik.

Paliła się sufitowa lampa. Szczelnie zasłonięte okno, w kącie po prawej stronie łóżko, na którym siedziała Maaya w nocnej koszulce. Ręce złożone na podołku.

- Witaj, Al - rzekła z szerokim uśmiechem i błyszczącymi radością oczami.

- Eee... nie wiem, czy przeszkadzam...

- Skąd, wręcz przeciwnie. Wejdź, śmiało.

Al przekroczył próg, przymykając drzwi i czujnie rozglądając po niewielkim pomieszczeniu. Nie dostrzegł niczego podejrzanego.

Oprócz samej sytuacji.

- Miałam nadzieję, że przyjdziesz - wyjaśniła dziewczynka ze zwykłą sobie prostotą i bezpośredniością. - Nie wiedziałam tylko, czy będziesz sam, czy z Edem.

- Jest na zewnątrz. Zobaczyliśmy światło i chciałem zapytać, czy coś się stało...

- Tak. Chciałam ci o czymś powiedzieć, o czym…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych