Córka słońca, rozdział 30
Derra poddaje się w Polinii operacji, która miała rozwiązać wszystkie jej problemy. Niestety, jak to czasami w życiu bywa, gdy jedna rzecz znakomicie się układa, druga natychmiast zaczyna walić się jak domek z kart.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{i}{b}ROZDZIAŁ XXX ŚWIATŁO JEJ OCZU{/i}{/b}
Entoriankę znów otaczał gwar wielkiego miasta. Po gładkich jezdniach sunęły w idealnym porządku sznury aut, a chodnikami płynęły rzeki ludzi, spieszących do pracy, do szkoły i we wszelkie inne miejsca. Słyszała fragmenty ich rozmów, z których wciąż bez trudu wyłapywała angielskie słowa i całe zdania. Nie widziała wprawdzie drapaczy chmur, ale wyraźnie czuła ich przytłaczającą obecność. W Polinii nie wybudowano na szczęście kolosusów, tutejsze budynki liczyły sobie co najwyżej po trzydzieści kilka pięter i nie przesłaniały połowy nieba. To miasto wzniesiono w ciągu zaledwie czterech lat, według ścisłego architektonicznego planu, operując przede wszystkim liniami i kątami prostymi. Ale trochę sztuczna Polinia była zaledwie karzełkiem przy potężnej betonowej dżungli, którą Derra wciąż doskonale pamiętała. Jednakże, pomimo całego swojego gorączkowego pośpiechu, czterokrotnie ludniejsza Derbachia miała coś w rodzaju duszy, a przy odpowiedniej ilości dobrej woli można było ją nawet pokochać. Sangacjanie rozbudowywali swoją stolicę stopniowo w przeciągu kilku stuleci. Najstarsze dzielnice wyburzano, by stawiać nowe blokowiska i szklane wysokościowce, oszczędzając jedynie zabytkową starówkę, będącą obok ultranowoczesnego Manhattanu wizytówką miasta. Polinia zaś istniała dopiero od piętnastu lat i jeszcze nie zaczęła spontanicznie się rozrastać i zmieniać. Na razie stanowiła coś w rodzaju sterylnej przestrzeni do sypiania, pracy i rutynowych rozrywek dla dwóch milionów emigrantów. Derra nie zastanawiała się zresztą zbyt głęboko nad fenomenem Polinii. Dla niewidomej była ona teraz przede wszystkim miejscem, gdzie lekarze potrafią dokonywać cudów. Aldorent przywiózł dziewczynę do kliniki przed dwoma dniami, by profesor mógł ją obejrzeć i zbadać. Casimir Orlovsky natychmiast został dopisany do prywatnej listy mężczyzn, którzy przynieśli Entoriance w ostatnim czasie szczęście. Był to niski staruszek o nieco piskliwym, kobiecym głosie, którym przemawiał serdecznie, ale i z wielkim znawstwem swojej sztuki. Polubiła go natychmiast. Szczególnie podobało się Derze to, że od pierwszej chwili mówił jej po imieniu, zakładając słusznie, że jego szacowny wiek daje mu do tego prawo. Chyba dostałaby białej gorączki, gdyby po raz kolejny zwrócono się do niej per {i}miss{/i} Amno. Twarde imię Entorianki z podwójnym {i}r{/i} brzmiało nieco śmiesznie w ustach profesora, mającego kłopot z prawidłowym wymawianiem tej głoski. Zrazu nie umiała pohamować wesołości, co spowodowało z jego strony lawinę dociekliwych pytań, od odpowiedzi na które zręcznie się uchyliła. Dłonie miał miękkie i ciepłe. Wodził nimi długo po twarzy dziewczyny, ze szczególnym uporem ugniatając okolice oczu i same zarośnięte powieki. Nie sprawiało jej to bólu, bo nie miała już gałek ocznych, których nie wolno uciskać. Podczas tego prostego badania myślała właśnie o dłoniach Sangacjanina, które umiały nie tylko łagodnie dotykać, ale także z wielką precyzją naprawiać ludzkie ciało, nie drżąc przy tym i nie wahając się. Potem profesor zaprowadził Derrę do innego pokoju, przekazując ją jednej z pielęgniarek. Kobieta kazała Entoriance rozebrać się do naga i położyć na plecach we wnętrzu metalowej tuby, której wieko z sykiem zamknęło się nad dziewczyną. Urządzenie drgnęło i zaczęło powoli przesuwać się w kierunku większej kapsuły. Szeroko otwarte usta potwornej machiny bez trudu połknęły tubę, więżąc Derrę w swym wnętrzu jak zwierzę w klatce. Walec zakołysał się lekko, a do uszu dziewczyny zaczęło dochodzić głośne buczenie. To wszystko bardzo jej się nie podobało. Kochała otwarte przestrzenie i nigdy nie czuła się dobrze w maleńkich, zamkniętych na głucho pomieszczeniach. Miała wtedy wrażenie, że ściany, sufit i podłoga za chwilę ruszą w jej kierunku, zgniatając ostatecznie ciało na miazgę. Starała się poskromić lęk, tłumacząc sobie, że ten rytuał jest niezbędną częścią procesu zdrowienia. Kiedy ponownie się ubrała i wróciła do gabinetu profesora, ten oznajmił z wyraźnym triumfem w głosie: - Poleciłem zrobić ci komputerową tomografię głowy i mam już wyniki. Te zaś wskazują jednoznacznie, że jesteś zupełnie zdrowa, pomijając oczywiście brak gałek ocznych. Podłączę do twojego nerwu wzrokowego implanty, które przejmą ich funkcję. Za kilka dni będziesz najładniejszą dziewczyną w tym kraju. Nie wiedziała do końca, który kraj miał na myśli. Znajdowali się wprawdzie na terytorium Entorii, lecz Sangacjanie przywykli do myślenia o Polinii jak o części swojej ojczyzny. Gdyby zapytała go o to, odpowiedziałby pewnie, że będzie najpiękniejsza w obu państwach, a może nawet w całym Kiramie. Pod tym względem nie różnił się od całej masy podstarzałych mężczyzn, którzy lubią dodawać sobie wigoru, adorując młode, atrakcyjne kobiety. Dwudziestego szóstego dnia Tarsak Aldorent przywiózł ją powtórnie do Polinii. Tym razem zabrała się z nimi także Lorana. Ponieważ zapowiadało się, że Derra będzie musiała poleżeć w szpitalu przynajmniej kilka dni, jej rodzice po krótkiej naradzie postanowili, że zostaną w Sokole, by dopilnowywać gospodarskich spraw. Niewidoma nie miała im tego za złe i już w chwili wyjazdu cieszyła się na radość, jaką sprawi bliskim swoim powrotem do pełnej sprawności. A jednak porządnie się bała. Naturalnie była również przeszczęśliwa, mimo to drążący lęk nie odstępował jej nawet na chwilę. Bała się, wychodząc z domu z małą walizką w dłoni. Bała się, tuląc się w samochodzie do Lorany, która niezmordowanie gładziła ją po włosach i zapewniała, że wszystko będzie dobrze. Bała się, przestępując w towarzystwie tamtych dwojga próg kliniki. Bała się jak małe dziecko, wkładając szpitalną koszulę i wspinając się na wysokie łóżko. Dużo dałaby w tej chwili za obecność ojca, ale nie tego nowego Dele-kana, który przerażał nastolatkę swoim sceptycyzmem i obojętnością, lecz Taty z jej dziecięcych wspomnień. Tylko tamten człowiek, żyjący zawsze chyba tylko w wyobrażeniach Derry, byłby dla niej teraz wystarczającym oparciem. Czego się bała? Przecież miała trafić w ręce wybitnego specjalisty, który wielokrotnie przeprowadzał udane operacje oczu. Towarzyszył jej najlepszy przyjaciel oraz kochająca ją do szaleństwa kobieta. Teraz ona, Derra, była najważniejsza, a tamtych dwoje zrobi wszystko, by poczuła się lepiej. Tyle że to tylko ona jedna miała trafić na stół operacyjny. Skalpel zagłębi się tylko w ciało Entorianki, krojąc je na kawałki, by mogło zostać ponownie pozszywane po tym, jak w jej głowie zostaną umieszczone cienkie przewody i soczewki z jakiegoś nowoczesnego tworzywa. To właśnie ona, a nie któreś z tamtych dwojga, miała być do końca życia cyborgiem. Chyba tylko słynna kuracja na długowieczność, której poddał się Aldorent, mogła równać się z tym, co czekało ją za kilka godzin. Lecz pomimo całego nieludzkiego bólu, który musiał znieść mężczyzna, w jego ciele nie pozostało po wyjściu ze szpitala nic sztucznego. Dopiero teraz rozumiała obawy ojca, chociaż wciąż podzielała także entuzjazm matki. Aldorent gdzieś przepadł, pewnie załatwiał ostatnie formalności z Działem Finansowym. Oszczędności Raszkiewicza rzeczywiście wystarczyły do pokrycia kosztów samej operacji i pobytu w placówce. Derra martwiła się trochę, że starzec został na ostatnie lata życia bez odpowiednio dużego zabezpieczenia, lecz Aldorent pocieszył ją, że marszałek ma końskie zdrowie i zamierza pracować do samej śmierci. W jednoosobowej sali dla chorych została więc sama z Loraną. Mogła przebierać się bez skrępowania. Partnerka przysiadła na jej łóżku i delikatnie ujęła dłoń młodszej dziewczyny. Derra zarzuciła jej ramiona na szyję i mocno przywarła do Quatessinki, drżąc na całym ciele z narastającego strachu. - Pamiętasz ten wieczór, gdy chciałam wiedzieć, jak wyglądasz? – szepnęła cichutko. – Poprosiłam, byś pozwoliła mi dotknąć swojej twarzy, a ty się zgodziłaś. Wiedziałam już wtedy, Lorano. Wiedziałam, jaka jesteś. Czułam, że mnie pragniesz, a ja pragnęłam ciebie równie mocno. - Wszystko będzie dobrze, syrenko – powtórzyła chyba po raz setny tego dnia Quatessinka. – Niczym się nie martw i myśl o morzu. Ono bardzo chce, byś mogła je zobaczyć. - Morze mnie nie obchodzi. Najważniejsze jest to, że wkrótce zobaczę ciebie. - Oddałabym za ciebie życie, Derro – szepnęła po chwili wahania malarka, powstrzymując łzy wzruszenia. – Jesteś mi najbliższa na świecie. Gdybym cię straciła, nie miałabym po co żyć, dlatego muszę wierzyć, że operacja pójdzie jak z płatka. Entorianka zagryzła dolną wargę. Mocno, do bólu, prawie do krwi. Gdyby mogła, na pewno by teraz zapłakała, ale ponieważ musiała na to poczekać do jutra – profesor powiedział, że odtworzy także jej gruczoły łzowe, więc będzie mogła płakać jak wszyscy ludzie – zadowoliła się na razie jeszcze bardziej rozpaczliwym uściskiem. Nie powiedziała niczego, ponieważ słowa były w tym momencie bezsilne. W żadnym z czterdziestu dwóch języków nie istniały takie, którymi mogłaby podziękować za tak głębokie uczucie i właściwie na nie odpowiedzieć. Skrzypnęły drzwi. Odskoczyły od siebie jak na komendę, udając, że rozmawiały jak przyjaciółki bądź kuzynki. To był profesor Orlovsky, wciąż w zwyczajnym białym kitlu. Nie zaczął jeszcze przebierać się w sterylny strój, będąc na razie na etapie omawiania szczegółów ze swoimi asystentami. Zresztą, w przypadku operacji Kiramejki wymogi sterylności traciły zupełnie na znaczeniu. Ona nie mogła zarazić się żadnymi mikroorganizmami, dlatego zespół lekarzy postanowił zrezygnować z masek i rękawiczek. Przysunął sobie krzesło i siadł tuż obok łóżka pacjentki. Uśmiechnął się ciepło, a potem, przypominając sobie, że Derra nie może odebrać takiego pokrzepienia, poklepał ją lekko po wierzchu dłoni. - Sala prawie gotowa – powiedział. – Niedługo zaczniemy cię usypiać. Niestety, tu nie pomoże nawet końska dawka zwykłej narkozy. Na szczęście klinika Zbrojnych Sił Sangacji udostępniła mi wystarczającą ilość Xaninu. To w tej chwili jedyny specyfik zdolny na kilka godzin pozbawić Kiramczyka przytomności. Oczywiście słyszała o Xaninie. To był ten sam lek, który wstrzyknął jej Jeremy Jackson po drugiej nieudanej ucieczce, by uśmierzyć koszmarny ból poparzonych dłoni. Lek, który nie miał nigdy trafić do sprzedaży, ponieważ zawierał halucynogenny alkaloid, najważniejszy składnik kilku popularnych w Sangacji narkotyków. Maleńka dawka Xaninu wywołałaby u człowieka potężną narkotyczną ekstazę, trochę większa była śmiertelną trucizną. Przechowywano Xanin z zachowaniem wszelkich środków ostrożności tylko w kilku największych szpitalach, a używano wyłącznie do zabiegów na Kiramczykach. Jak na razie jedynym producentem tego specyfiku było tajne laboratorium ZSS. - Zapomniałem cię o coś spytać – dodał. – Mogę wprawić ci oczy w dowolnym kolorze. Teraz nie jesteś już ograniczona genetyką. A więc jaki kolor mają mieć twoje nowe oczy? Czarne. Oczywiście, że czarne. Przecież Lorana ją taką namalowała. - Zielone – powiedziała głośno. – Wszyscy Entorianie mają zielone oczy. Jeśli uczucie Lorany rzeczywiście jest tak głębokie, Quatessinka będzie ją kochać z każdymi oczami, nawet fioletowymi. Żaden inny kolor nie pasowałby do jasnej cery Entorianki i charakterystycznych dla tego narodu płomiennorudych włosów, żaden inny nie podobałby się jej rodzicom. A kiedy jechała już na salę operacyjną – profesor uparł się, by pielęgniarz zawiózł ją tam na łóżku, chociaż z łatwością mogła pójść na własnych nogach – nie wypuszczała z dłoni chłodnych nagle i zesztywniałych palców Lorany. Skądś znalazł się też Aldorent, który szedł po drugiej stronie łóżka, również zapewniając Entoriankę, że wszystko pójdzie dobrze. Nie chciała puścić tych palców nawet wtedy, gdy lekarz asystujący otworzył szeroko drzwi sali operacyjnej, a pielęgniarz skręcił finezyjnie jej łóżkiem niczym sportowym autem. - Derro, ta pani nie może tam wejść – tłumaczył cierpliwie profesor Orlovsky. – Nawet nie zauważysz, że nie ma jej przy tobie, bo będziesz bardzo głęboko spała. - Chcę, żeby była przy mnie przez cały czas – upierała się jak kapryśne dziecko, którym od czasu do czasu bywała, próbując jednocześnie zapanować nad gwałtownymi przypływami paniki. - Nikt postronny nie wchodzi na salę operacyjną. Wiem, że się od niej nie zarazisz, ale takie są zasady. Twoja przyjaciółka... czy też krewna, bo nie wiem, kim ona dla ciebie jest... będzie czekać w pokoju dla odwiedzających. Zaśmiała się nagle cicho, czując, jak opuszcza ją napięcie. Przyjaciółka? Krewna? Na Chaos! Jeśli ci partacze – {i}sorry{/i}, wysokiej klasy specjaliści – przedawkują z Xaninem, za kilka godzin będzie martwa. Jaki sens miało w takiej chwili ukrywanie swojej orientacji seksualnej? - Ona jest moją {i}vasa{/i}, profesorze – powiedziała z łobuzerskim uśmieszkiem, żałując, że nie może puścić do Sangacjanina oczka. Naturalnie gardyjskie słowo nic nie powiedziało poczciwemu staruszkowi. Zamrugał powiekami i zakłopotanym głosem powiedział: - Kimkolwiek jest, musi zostać po tej stronie drzwi. Derra puściła wreszcie dłoń ukochanej, mówiąc przy tym we Wspólnej Mowie: - Bądź przy mnie, kiedy się obudzę. Chcę, żebyś była pierwszym, co zobaczę. - Niech ci Wielki Duch dopomoże, syrenko. Lekarz asystujący, już ubrany do operacji, przejął łóżko z rąk dobrze zbudowanego pielęgniarza i wprowadził je gładko na salę. Lorana została gdzieś z tyłu, czekając na Aldorenta. Profesor wziął Eliminatora pod ramię, odprowadził kilka kroków i zapytał cicho: - O co jej chodziło? - Związek partnerski. Rodzina alternatywna. Wie pan, jak to jest. Orlovsky zamrugał oczami i sapnął z irytacją. Za czasów jego młodości nikt nie pozwoliłby sobie na coś takiego. Obyczaje upadały powoli, acz nieubłaganie. - I one tak na poważnie? – odezwał się znów po minucie milczenia, mając nadzieję, że młody mężczyzna zaprzeczy, lecz tamten wzruszył tylko ramionami i odparł: - Na to wygląda, profesorze. Mnie to nie przeszkadza. Ważne, że Derra jest szczęśliwa. Gdybym mógł, dałbym temu biednemu dziecku gwiazdkę z nieba, byleby tylko się uśmiechała. Bolało jak diabli, kiedy wkłuwali jej igłę w żyłę w zgięciu łokcia i podłączali kroplówkę z zabójczym lekiem. Dopiero teraz pozwoliła zdjąć sobie opaskę z głowy. Poczuła jeszcze, jak czyjeś ręce odgarniają jej włosy z twarzy i wciskają starannie pod czepek, by nie plątały się w polu operacyjnym. Stopniowo przestawała czuć zarówno ból, jak i strach. Ociężałość rozlewała się powoli po ciele, sprawiając, że wkrótce nie była w stanie poruszyć chociażby małym palcem. Umysł płodził kolejne majaki, ale tym razem widziała nie cudowne obrazy Lorany, lecz ścianę płomieni. Ogień szalał pod jej czaszką i wszędzie wokół, pożerał jak smok cały świat. Świetliste strugi rozłączały się, nawzajem oplatały, przygasały i znów potężniały, nie pozostawiając miejsca na nic innego. To tylko jeden z żywiołów, pomyślała w ostatnim przebłysku. Są jeszcze trzy inne, i podobno także ten piąty, dzięki któremu kręci się świat.
* * *
Najpierw znów była powódź płomieni, a zaraz potem zaczęła odczuwać utrzymujące się wciąż silne odrętwienie i bezwładność. Niczego nie widziała, nadal otaczała ją nieprzenikniona czerń, oczywiście już po tym, gdy nieustępliwy żywioł wreszcie się uspokoił. Czuła, jak ktoś z personelu wiezie ją dokądś, słyszała przyciszone głosy, rozmawiające po angielsku. Prawdopodobnie profesor dyskutował ze swoimi asystentami o przeprowadzonej operacji, która na pewno znakomicie się udała. Treść rozmowy nie docierała do niej, ponieważ w tamtej chwili umiała myśleć tylko po entoriańsku. Poczuła jeszcze, jak ktoś powtórnie podłącza kroplówkę do końcówki igły, która na stałe tkwiła w ręce dziewczyny. Tym razem nie mógł to być Xanin, przecież operacja już się skończyła, a więc na pewno odżywiano ją dożylnie. A potem znów spała jak kamień, już nie narkotycznym, lecz najzwyczajniejszym w świecie dobrym, twardym, zdrowym snem nastolatki. Kiedy się obudziła, najpierw zdała sobie sprawę, że jej dłoń tkwi w uścisku innej ręki, dużej i mocnej. Poruszyła palcami i natrafiła na gęste włoski porastające jej zewnętrzną powierzchnię. Ukochana Derry miała wprawdzie spore dłonie, ale zupełnie bezwłose. Ta ręka musiała należeć do mężczyzny. - Aldorent? – szepnęła głośno, walcząc z suchością w ustach. - To ja. Leż spokojnie i nie próbuj otwierać oczu. - Gdzie jest Lorana? Nie mówiła od tak długiego czasu, że własny głos wydawał jej się szorstki i obcy. - Siedziała przy tobie przez cały wieczór i noc. Kilka godzin temu kazałem jej się położyć w pokoju dla gości, żeby odpoczęła. - Jak długo spałam? Która jest godzina? Dlaczego wciąż jest ciemno? – dopytywała się niecierpliwie, w gorączce młodości nie mogąc doczekać się chwili, w której będzie mogła wstać z łóżka i robić to wszystko, co robią zdrowi ludzie. - Dochodzi dziewiąta rano dwudziestego siódmego Tarsak 1632 N.I. – obwieścił triumfalnie. – Jesteś w szpitalu klinicznym przy Akademii Medycznej w Polinii, w jednoosobowej salce dla chorych na trzecim piętrze. Spałaś bez przerwy dokładnie trzynaście godzin i czterdzieści minut. Mam nadzieję, że czujesz się już lepiej. - Czuję się zupełnie dobrze, Aldo – odparła z lekką irytacją. – Mogłabym pobiec w tym waszym maratonie. Tylko nie rozumiem, dlaczego wciąż niczego nie widzę. Operacja się nie powiodła? Nawet nie próbuj mnie okłamywać. Nie jestem małym dzieckiem i chcę znać prawdę, choćby najgorszą. - Derro, uspokój się chociaż na minutę – zaśmiał się z pobłażliwością dobrego wujka, wypuszczając wreszcie jej spoconą dłoń, którą od kilku chwil próbowała cofnąć, z uścisku obu własnych. – Wszystko poszło doskonale. Masz nowe, śliczne oczęta, starannie podłączone do twojego głównego przetwornika danych – dotknął krótko jej głowy. – Profesor mówił, że niedługo będziesz patrzeć, tylko nie wolno ci tak prędko otwierać oczu. Rany muszą się dobrze zagoić. Jutro profesor zdejmie ci szwy i będziesz mogła znów podziwiać świat. A potem będziesz musiała tylko wpaść tutaj co kilka lat na badania kontrolne. Jeśli twój organizm nie odrzuci protezy, nie będziesz się niczym różniła od zdrowych ludzi. Palcami prawej dłoni pomacała ostrożnie wnętrze łokcia lewej. Nie wyczuła igły, tylko opatrunek. Najwidoczniej któryś z lekarzy musiał wyjąć wenflon, kiedy spała. Spróbowała usiąść na łóżku, lecz niezbyt jej się to udawało. Skłamała, mówiąc, że czuje się zupełnie dobrze. Kręciło jej się w głowie jak po winie, które kiedyś znalazła w kuchni Lorany i wypiła na plaży, wyniósłszy je z domu w chwili, gdy przyjaciółka była bez reszty zaabsorbowana pracą. - Popraw mi poduszkę – zażądała. – Chcę usiąść. Zrobił to, czego chciała, pomagając Entoriance podciągnąć się do pozycji półleżącej poprzez bezceremonialny chwyt pod pachy, jakby była jego rozkapryszoną, lecz ukochaną córką. Zarumieniła się na myśl, że nie sprawdziła wpierw, czy ma na sobie przynajmniej szpitalną koszulę. Na szczęście ubranie było na miejscu. Nie chciała, by Eliminator – ani ktokolwiek poza Loraną – oglądał ją nagą. Dotknęła delikatnie swojej twarzy. Nie miała już kwiecistej apaszki, lecz grubą warstwę bandaży, spod której wystawał jedynie czubek głowy. Opatrunek kończył się przy nasadzie nosa, pozostawiając dziewczynie otwór do oddychania. Zdała sobie nagle sprawę z jeszcze jednej rzeczy. Mianowicie na jej dłoniach też tkwiły bandaże, zaczynając się od śródręcza, a kończąc nad nadgarstkami. - Co to jest? – spytała. – Dlaczego kroili mi ręce? - To był mój pomysł. Mam nadzieję, że nie będziesz się gniewać. Poprosiłem profesora, żeby kazał ci zrobić też plastykę rąk. Chirurg usunął te dwa komplety brzydkich blizn. Teraz masz ręce gładkie jak u niemowlaka. Kiedy wyjdziesz z tego szpitala, będziesz jak nowa. Będziesz najpiękniejszą dziewczyną w Kiramie. Już nią jesteś. Mruknęła coś z zakłopotaniem, znów nieznacznie się rumieniąc. Wolałaby, aby nie mówił takich rzeczy. W końcu był pierwszą dziecięcą miłością Derry i jej serce znów mogłoby zabić dla niego żywiej, a przecież ostatnim, czego teraz potrzebowała, była zazdrość i dąsy Lorany. - Dziękuję – odparła z końcu. – Jesteś moim najlepszym przyjacielem, Aldo. Może jedynym prawdziwym, jakiego kiedykolwiek miałam. Resztę dnia spędziła w łóżku, nabierając sił. Aldorent przyniósł skądś radio i nastawił sangacką stację z muzyką poważną, za którą Derra zaczęła przepadać w Quatessinie. Była mu za to bardzo wdzięczna. Jedna z pielęgniarek próbowała karmić ją łyżką, przeciwko czemu Entorianka stanowczo zaprotestowała. Przecież już dawno nauczyła się jeść bez niczyjej pomocy. Taki nadmiar troski byłby właściwszy, gdyby na jej miejscu leżała umierająca staruszka. Dwukrotnie mierzono dziewczynie temperaturę i sprawdzano ciśnienie krwi. Potrzeby fizjologiczne załatwiała samodzielnie, prowadzona do łazienki przez troskliwą Loranę. Ani na chwilę nie została sama. Bez ustanku któreś z dwojga przyjaciół trzymało ją za rękę i zabawiało lekką rozmową. Lub byli przy niej oboje, siedząc na drewnianych krzesłach po przeciwnych stronach łóżka i udając, że rywalizują o uczucie Entorianki. Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie powracająca uporczywie myśl, że być może ci dwoje wcale nie udają. Sangacjanin na pewno nie zrezygnował do końca z marzenia o założeniu rodziny, które było jego najbardziej trwałą obsesją, nawet po śmierci matki. Quatessinka zaś zdawała sobie sprawę, że będzie musiała bez końca zmagać się z nieżyczliwością sporej części świata, walcząc o tę miłość nawet z samą Derrą, która z jakichś powodów mogła nagle zapragnąć znów stać się heteroseksualna. Entorianka wolałaby, aby Lorana została z nią w pokoju na noc. Niestety, jedyne łóżko było zbyt wąskie, by mogły spać razem. Poza tym profesor stanowczo sprzeciwił się takiemu pomysłowi, dowodząc, że chora potrzebuje całkowitego spokoju, by wydobrzeć. A rano znów była zupa mleczna, spacery po korytarzu dla nabrania sił, uwertury i nerwowe wyczekiwanie na zdjęcie bandaży. Doczekała się dopiero pod sam wieczór, gdy szykowała się już do snu. W skrytości ducha liczyła na to, że będzie mogła od razu zobaczyć Loranę i Aldorenta, tymczasem profesor grzecznie, acz stanowczo wyprosił ich z pokoju Entorianki. Potem powoli i z namaszczeniem rozkręcał długi zwój gazy, zakrywający jej nowe oczy. - Nie otwieraj ich jeszcze – odezwał się. – Chcę najpierw zobaczyć, czy powieki dobrze się ułożyły. - Obiecuję, że nie będę podglądać. Leżała na łóżku, starając się nie wiercić, gdy on wyskubywał delikatnie malutką pęsetą resztki organicznej nici chirurgicznej, które nie zdążyły się rozpuścić. Zabieg był zbyt banalny, by znów musiała być usypiana. Nawet nie czuła bólu, tylko szczypanie i swędzenie. Jeżeli nie straciła natychmiast przytomności w momencie, gdy nóż opryszka zagłębił się w jej oczodole, była bez wątpienia bardzo wytrzymała na fizyczny ból. - Wiesz, co musiałem ci zrobić, Derro – po raz kolejny wypowiedział nieprawidłowo jej imię – żebyś zaczęła być podobna do ludzi? Miałem z tobą bardzo dużo pracy, moja panno. Najpierw rozciąłem zarośnięte powieki, żeby włożyć nowe oczy na właściwe miejsce. Dzięki nanorobotom, które podłączyły cieniutkie jak włoski przewody do nerwu wzrokowego, nie musiałem przynajmniej rozwiercać ci czaszki. Po takim zabiegu dochodziłabyś do siebie znacznie dłużej. Słyszałem, że nie przepadasz za naszą technologią, ale chyba tym razem powinnaś spojrzeć na nią nieco łaskawiej. Nie lubisz naszej nauki, prawda, Derro? - Wolę żyć w zgodzie z naturą. Tak wychowali mnie rodzice i tak podpowiada mi serce. - Serce to piękna rzecz, moja droga Derro – gawędził dalej, wciąż czyszcząc skórę wokół jej oczu. – Oddałaś je w dość nietypowy sposób, ale twój przyjaciel Eliminator powiedział, że mam się w tę sprawę nie wtrącać. No dobrze, wróćmy do tematu. Kiedy już nowe oczy zaczęły pracować, odtworzyłem ci powieki i rzęsy. Powiem więcej, moja panno. Podarowałem ci nawet nowe gruczoły łzowe, żebyś mogła płakać, kiedy ktoś złamie to twoje młode serduszko. A teraz zobaczmy ręce. Zdjął bandaże z dłoni Entorianki i znów usuwał z wprawą pozostałości szwów, nie zwracając uwagi na ciche okrzyki bólu dziewczyny. - No dobrze – poklepał ją na koniec dobrodusznie po grzbiecie dłoni i nakrył kołdrą. – To byłoby na tyle. Wszystko pięknie ci się wygoiło. Wyreperowałem cię jak samochód po stłuczce, i to tak dokładnie, że nikt nie zauważy różnicy. Marszałek Raszkiewicz będzie bardzo zadowolony. Musisz być dla niego kimś zupełnie wyjątkowym, skoro zapłacił za tę operację z własnej krwawicy. - Jestem jego „dzikuską” – odparła z narastającą sennością, podciągając pościel pod samą brodę i walcząc z pokusą natychmiastowego otwarcia oczu. – Jego nieszczęśliwym eksperymentem. Niech pan czyta gazety z siedemdziesiątego szóstego, profesorze, a dowie się pan wszystkiego. A może sam opowiedział panu o tym, jak zlecił mnie porwać i przywieźć do Derbachii? Właściwie nie mnie, tylko pierwsze lepsze dziecko w moim wieku. W końcu ruszyło go sumienie, jak wcześniej Aldorenta. Gdyby każdego w tym waszym kraju tak ruszyło sumienie, Sangacja, jaką poznałam, pewnie przestałaby istnieć. - Ale i tak jestem wdzięczna wam obu za to nowe życie – dodała, słysząc, jak naciska klamkę. – U nas w Kiramie mówi się, że nie da się zawrócić oceanu kijem. To znaczy, że nikt nie zdoła zmienić przeszłości, więc nie warto jej do przesady rozpamiętywać. A także, że nie wpłyniemy na to, co od nas nie zależy. Wierzy pan w przeznaczenie, panie profesorze?
* * *
Pierwszym, co ujrzała, kiedy się obudziła, był sufit z jakiegoś gładkiego i opalizującego tworzywa o mlecznej barwie. Był wczesny poranek i w pomieszczeniu tańczyły radośnie słoneczne zajączki. Sztuczne światło nie było teraz potrzebne, lecz w nocy powierzchnia sufitu musiała rozjarzać się delikatnym, miękkim blaskiem. Wiedziała, że właśnie w ten sposób Sangacjanie oświetlają najnowocześniejsze budynki, odłożywszy do lamusa rozmaite żarówki i świetlówki. Profesor powiedział wczoraj na odchodne, że zajrzy do niej z samego rana, by asystować przy generalnej próbie nowego narządu wzroku, ale nie czekała na niego, wzorem wszystkich ludzi otwierając oczy automatycznie zaraz po przebudzeniu. Pomimo szczerych wysiłków nie mogła doszukać się żadnej różnicy pomiędzy sposobem, w jaki patrzyła na świat przed rokiem, a tym, jak czyniła to teraz. Przyglądała się pomalowanym na delikatny, różowawy kolor ścianom i zawieszonym na nich fotografiom gór tak swobodnie, jakby nigdy nie była niewidoma. Ze szczególnym zachwytem chłonęła widok słonecznych plam. Bardzo stęskniła się za światłem słońca i miała zamiar rozkoszować się nim tego pierwszego dnia aż do znudzenia. Pokój był umeblowany dość skromnie, oczywiście z wszelkimi wygodami, jakich mogliby sobie zażyczyć Polinejczycy. A więc dość wysokie, jednoosobowe łóżko, na którym leżała. Tuż obok drewniana szafka na osobiste drobiazgi, z drugiej strony łóżka mały stolik do jedzenia bądź pisania z półką, na której spoczywał stos kolorowych czasopism. W głębi pokoju kilka drewnianych krzeseł i wieszak na wierzchnią odzież dla odwiedzających. A także to, bez czego Sangacjanie obchodzili się z coraz większym trudem, czyli zawieszony na przeciwległej ścianie duży plazmowy ekran. Mogłaby się założyć, że miała do dyspozycji pełny pakiet kanałów wszystkich publicznych i prywatnych nadawców sangackich i polinejskich, a więc kilkaset stacji telewizyjnych. Ciekawiło ją, czy urządzenie pozwalało także przeglądać zasoby Matrixa, i miała głębokie przekonanie, że połączyłaby się bez trudu. Szpital był dobrze zarządzany i przeznaczony przede wszystkim dla zasobnych pacjentów, więc jego kierownictwo dbało o zapewnienie zdrowiejącym wystarczającej ilości rozrywek. Przyjrzała się pościeli, utrzymanej w tej samej jasnej i przyjemnej kolorystyce. Sterylna biel była w sangackich szpitalach jedynie wspomnieniem gorszych czasów, a w krajach Imperium nie zdążyła się nigdy na dobre zadomowić. I jedni, i drudzy zdawali się znać prostą prawdę, że człowiek, aby wrócić do zdrowia, potrzebuje nie tylko leczenia i starannej opieki, lecz także piękna zawartego w czystych i radosnych barwach. Spojrzała na swoje dłonie, z nie obcinanymi od zbyt dawna paznokciami, już bez bandaży, z drobnymi bliznami, które były niemal niewidoczne i miały zniknąć w ciągu kilku kolejnych dni. Dotknęła gładkiej skóry twarzy, powodziła palcami wokół oczu, wciąż nie zauważając żadnej różnicy pomiędzy dawną a obecną sobą. Profesor Orlovsky i podobni mu specjaliści, wspierani przez całą rozległą wiedzę i technologię Sangacjan, byli prawdziwymi czarodziejami. Gdyby musiała ograniczyć się do tego, co mogli dla niej zrobić rdzenni Kiramczycy, do samej śmierci pozostałaby bezokim potworem. W jej głowie chyba po raz pierwszy zaświtała niepokojąca myśl, że być może tradycyjny kiramski styl życia, któremu nie poddały się jedynie Gard i Sangacja, hołdujący humanistycznym wartościom i ścisłemu związkowi z naturą, a odrzucający wyrafinowaną naukę, nie był jedynym możliwym, a może w ogóle nie był właściwy. Szybko pozbyła się tej myśli, by nie mąciła jej bezbrzeżnego szczęścia. Drgnęła gwałtownie, spojrzawszy w kierunku okna. Nie była sama w pokoju. Cienka jak mgiełka firanka poruszała się lekko w podmuchach słabego wiatru, wpadającego do salki przez uchylone skrzydło okna. Szyby ustawiono na całkowitą przepuszczalność światła. Nie zdziwiłaby się zresztą, gdyby nie było to nowoczesne spolaryzowane szkło, lecz zwykłe szyby. W ciągu zaledwie piętnastu lat zamieszkiwania na tej odległej placówce ludzkości Polinejczycy przejęli niektóre obyczaje od Entorian, powoli, lecz nieubłaganie stając się nowym narodem. Przy tym oknie tkwiła na krześle w półleżącej pozycji kobieta. Derra przyglądała się z fascynacją jej ciemnym ramionom, które skrzyżowała na parapecie, by oprzeć na nich głowę. Entorianka nie umiałaby powiedzieć, czy dziewczyna głęboko śpi, czy tylko posiłkuje się lekką drzemką, ponieważ ta głowa była okolona gęstwiną czarnych włosów, zasłaniających zupełnie twarz. Patrzyła więc tylko na fioletową suknię tamtej, z lejącego się, doskonałego jedwabiu, podkreślającą idealne kształty Quatessinki, oraz wstążkę w takim samym kolorze, wplecioną w warkoczyk. Lorana należała do ludzi, którzy nigdy nie zmieniają swoich nawyków, i dlatego wciąż uparcie wybierała tasiemkę w kolorze reszty stroju. Derra podciągnęła się nieco wyżej na łokciach, powodując, że kołdra z lekkim szelestem zsunęła się na jej nogi. Kobieta przy oknie przebudziła się natychmiast, pocierając dłońmi twarz i hałaśliwie odsuwając krzesło. Zalękniona nagle Derra prędko obróciła się na drugi bok, otulając się kołdrą i udając, że wciąż śpi. Ale Quatessinka nie dała się oszukać. - Nie udawaj, że mnie nie widziałaś – powiedziała swoim zwykłym, nieco zachrypniętym niskim altem ze zmysłową, skaczącą modulacją, przysiadając na łóżku przyjaciółki. Derra nawet w piekle rozpoznałaby ten jedyny na świecie głos. To na pewno była Lorana Yel, która właśnie bezczelnie ściągała z niej kołdrę i ujmowała za ręce, usiłując odwrócić młodszą dziewczynę w swoim kierunku. Derra nie wahała się dłużej. Gwałtownie siadła na łóżku i zarzuciła ramiona na szyję malarki, mocno się do niej tuląc i wdychając tak bardzo ukochany zapach perfum Quatessinki. Zdumiała się niepomiernie, gdy Lorana uderzyła ją lekko w grzbiet dłoni, mówiąc przy tym: - Nie zamykaj oczu, syrenko. Nie po to je dostałaś. Dopiero teraz Derra uświadomiła sobie, że bezwiednie zatrzasnęła powieki, by odbierać bliskość Lorany jedynie na dawne sposoby. Musiała się najpierw nauczyć, jak uczynić wrażenia wzrokowe częścią tej miłości, która do tej pory świetnie się bez nich obchodziła. Zmusiła się do otworzenia oczu i popatrzyła na rozjaśnioną filuternym uśmiechem twarz tamtej. To były te same wyraziste rysy, których wyuczyła się na pamięć poprzez wyczulony dotyk. Te same wydatne kości policzkowe, wysokie czoło i pełne, duże wargi, obiecujące niewiarygodną rozkosz. Nowością był jedynie kolor skóry Lorany. Przed okaleczeniem Derra nie miała żadnych, nawet przelotnych kontaktów z ludźmi z dalekiego Południa. Jej świat zaludniali jedynie bladolicy Nordlingowie oraz Sangacjanie, w większości wywodzący się z białej rasy. Nie mogła uwierzyć, że ludzka skóra może być tak bardzo śniada, niemal brązowa. Długo wodziła palcami po odkrytym przedramieniu Lorany, porównując własną białość z soczystą karnacją partnerki. Wplotła dłonie we włosy Quatessinki, przełamawszy nieśmiałość, patrzyła bez końca w te oczy tak ciemne, że prawie czarne. Jaśniały one szczęściem równym jej własnemu. Lorana była najpiękniejszym stworzeniem na świecie i Entorianka poczuła lekkie zawstydzenie na myśl, że koło fortuny obróciło się tak bardzo na jej korzyść. Chyba nie zasługiwała na wierną miłość istoty wystarczająco urodziwej, by nadawała się na matkę kolejnego Imperatora. Upolowała nie kotkę, lecz pełną dzikości i gracji tygrysicę, którą można było okiełznać jedynie siłą uczucia. Przez krótką chwilę odczuwała także dziwny dyskomfort. Teraz, kiedy znów widziała, nie wydawało jej się już w tak wielkim stopniu naturalne to, że kocha kobietę. Przestała żyć jedynie we własnym świecie, odzyskując przez to zdolność spojrzenia na ten związek tak, jak musiał on wyglądać w oczach innych ludzi. Ten wgląd z zewnątrz, a nie, jak zawsze dotąd, tylko i wyłącznie od środka, z subiektywnego punktu widzenia, wywołał w niej niepokój równy temu, który przeżywała na myśl o pożyteczności zaawansowanej technologii. Wypchnęła więc szybko z głowy również to niejasne przekonanie. - Och, Lorano! – sapnęła, znów obejmując Quatessinkę. – Nawet nie wiesz, jak bardzo jestem szczęśliwa. Mogłabym przenosić góry. - Zostaw je na swoim miejscu, bo dobrze tam wyglądają. Ty też zresztą wyglądasz bardzo dobrze. - Czy w tym pokoju jest lustro? – spytała nagle, niecierpliwie uwalniając się od uścisku Lorany i szukając pod łóżkiem kapci. - Żadnego tutaj nie widziałam, ale jest w łazience. Zaprowadzić cię tam? - Tak, natychmiast. Aż drżała z wielkiego napięcia, nie mogąc doczekać się widoku własnej twarzy. Nie okręciła się nawet szlafrokiem, niemal przebiegając w towarzystwie Quatessinki przez korytarz w samej tylko krótkiej koszuli. Na szczęście nie spotkały nikogo. Długo i zachłannie patrzyła na swoje odbicie w lustrze, niemal zapominając przy tym o obecności Lorany. Z zachwytem i prawie bolesnym szczęściem spoglądała na piękną dziewczynę o jasnej, delikatnie pocętkowanej piegami skórze, z leciutko zadartym nosem i skręconymi jak sprężynki miedzianorudymi włosami, znów przetłuszczonymi. Włosami syreny. Pochyliła się w kierunku lustra, by dokładnie przyjrzeć się swoim nowych oczom. Dopiero z bardzo bliska zauważyła nareszcie różnice. Twórcom implantów udało się idealnie odwzorować głęboką, wiosenną zieleń tęczówek i rozbiegające się wewnątrz nich promieniście delikatnie linie, lecz zapomnieli o białkach. Tym nowym oczom brakowało cieniutkich, czerwonych żyłek, charakterystycznych dla stanu zmęczenia bądź niedoboru snu. Już nigdy nie miały się tam pojawić, co czyniło Derrę kimś w rodzaju niezmordowanego cyborga. Odsunęła się o krok i jeszcze raz popatrzyła w lustro. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że spogląda na inną twarz niż ta, którą widziała po raz ostatni w dniu, gdy zdarzył się tamten nieszczęsny wypadek. - Jestem starsza – powiedziała ze smutkiem. - Jesteś piękna – odparła Lorana, opierając lekko brodę na ramieniu Derry i przyglądając się ich wspólnemu odbiciu, tej niezwykłej kombinacji delikatnej północnej bladości i intensywnej śniadości wypieszczonej słońcem cery. Przez cały spędzony razem czas zdążyła przywyknąć do ogromnej różnicy w ich aparycji, która dla nieprzygotowanej Derry była tak wielkim zaskoczeniem. - Jestem starsza – powtórzyła Entorianka z uporem. Ta twarz należała jakby do innej osoby. Nie była już podlotkiem, lecz młodziutką wprawdzie, ale dojrzałą pod każdym względem kobietą. Nadludzkie cierpienie i namiętna miłość wycisnęły na tym obliczu ślad głębokiej życiowej mądrości, który nie mógł pozostać niezauważony. Dziecinne wcześniej rysy wyostrzyły się i zastygły jak skała w tej nowej formie, a cała twarz wyszczuplała i wydłużyła się. Potrząsnęła głową, próbując przepędzić niepotrzebną melancholię. Odwróciła się i spojrzała na Loranę. Pocałowała ją lekko w usta i powiedziała: - Zabierz mnie do domu, Lorano. Mam dość szpitala. - Do domu...? To znaczy... dokąd? - Do Sokoła, naturalnie. Tam jest mój dom. Wkrótce po śniadaniu pojawił się Aldorent. Znów było mnóstwo radości, uścisków i zapewnień o tym, że teraz przyszłość Derry musi się ułożyć się wspaniale. Przyglądała mu się przez dłuższą chwilę z zaciekawieniem, próbując przypomnieć sobie, jak wyglądał wtedy, gdy prowadził małą dziewczynkę za rękę po bulwarze spacerowym nad Ramizą, a jak przed dwoma laty, gdy niemal doszło pomiędzy nimi do namiętnego pocałunku. To właśnie wtedy widziała go po raz ostatni. Wydawało się, że czas nawet nie musnął Eliminatora swoim niszczącym palcem. Nie miał ani jednej siwej nitki we włosach, ani jednej drobnej zmarszczki. Wciąż był tak samo zabójczo przystojnym, ciemnowłosym i szarookim, świetnie zbudowanym chłopakiem, na którego widok każde niewieście usta musiały rozciągnąć się w chociażby lekkim uśmiechu. Być może pamiętna mutacja automatycznie dostosowała tempo fizjologicznych zmian do nowej długości życia Eliminatora. W takim razie jego bujna młodość miała zakończyć się mniej więcej na progu siódmej dekady, a więc wtedy, gdy one obie będą już kobietami przejrzałymi. Nie urodziła się jeszcze Kiramejka, z którą mógłby się związać bez obawy, że przeżyje ją o kilkadziesiąt lat. Sangackie kobiety czasami dożywały setki, ale nawet te najbardziej długowieczne starzały się w naturalnym tempie, bez cudownego przedłużenia okresu młodości i fizycznej atrakcyjności. Tymczasem to właśnie piękno było tym, czego do tej pory przede wszystkim poszukiwał w kobietach. Derra rzeczywiście czuła się już na tyle dobrze, że profesor nie miał nic przeciwko natychmiastowemu wypisaniu jej ze szpitala. Jak każdy Kiramczyk, regenerowała zasoby sił znacznie szybciej niż przeciętny potomek Ziemian. Przez ostatnie dwa dni piła dużo napojów, które wypłukały z jej krwi resztki trucizny, a długie spacery po korytarzu utrzymały ją w dobrej kondycji. Zauważyła ze zdziwieniem, pomieszanym ze skrępowaniem, że jest wyższa i prawdopodobnie silniejsza fizycznie od drobnego profesora Orlovsky'ego. A przecież jego dłonie dokonywały cudów, a ona potrafiła tylko zajmować się prostymi domowymi i gospodarskimi pracami. Patrzyła z czułością na jego biały, czyściutki kitel, siwe jak gołębie pióra włosy i dobroduszne oblicze, szukając w myślach słów, którymi mogłaby mu podziękować. Spojrzała wreszcie na te nieduże, miękkie dłonie, które dały jej nowe oczy, i zrobiła nagle coś tak zaskakującego, że kiedy myślała później o tej chwili, z trudem wierzyła, że to zdarzyło się naprawdę. Uklękła przed profesorem, chwyciła jego ręce i z pokorą je ucałowała. Dotąd jedynymi osobami,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Vanelia
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…