Cuda się zdarzają
Wiara w rzeczy niezwykłe, dostrzegane przypadkowo na ulicy, a z czasem pełne poddanie się jej jako sensowi życia czyli kilka słów o tęsknocie do niecodzienności.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
- Dryyyń - rozległ się przeszywający dźwięk budzika. Po kilkuminutowym trwaniu bezlitosnego alarmu, lekko uniosła powieki, powoli przyzwyczajając zasnute snem oczy do światła dziennego. Z trudem podniosła głowę. "Trzeba wstawać" ledwo docierało do zmęczonej świadomości, nie mówiąc już o innych częściach ciała (zdecydowanie nocne powroty jej nie służyły). Automatycznie spojrzała na, z tej perspektywy, bardzo irytujący zegarek, który jak na złość popędzał swoje wskazówki coraz bardziej do przodu. Była 5:30, nie 5:31. Wtorek. Minęło jeszcze kilka dobrych minut patrzenia w sufit, zanim zdecydowała się poddać rozgrzane stopy na pastwę zimnej podłogi. Nareszcie udało się wstać. To "nareszcie" graniczyło z cudem... więc pierwszy cud dzisiejszego dnia miała już za sobą. Podeszła do okna. Energicznym ruchem dłoni rozsunęła zasłony. Gęsta mgła kryła senny świat. Pruszył śnieg. Lekko osadzał się na gałęziach, kołysanych przez wiatr. Jeszcze ciepłe sny powoli stygły.
Codziennie powtarzało się to samo. Czuła jak z dnia na dzień coraz bardziej czerstwieje. Skóra na twarzy stała się całkiem szorstka, ściągnięta, niezdolna do uśmiechu, ani żadnego innego gestu. W lustrze odbijała się nieznajoma wysuszona istota, prawie sypka, o bylejakim wyrazie twarzy. To było nie do zniesienia. Bardzo dokładnie, aż zbyt przesadnie wykrochmalona koszula złuszczała ją coraz bardziej, warstwa po warstwie.
W pokoju najstarszej córki, pośród innych gratów na biurku spostrzegła zgiętą do połowy kartkę o treści: Mamo, musiałam wyjść, wrócę w nocy albo rano. Nie dziwiły jej już tego typu wiadomości. Często się tak zdarzało, jeśli nie codziennie (wyłączając niedziele i święta). Przywykła... - Nie mam już nad nią kontroli - pomyślała, ani na chwilę nie spuszczając wzroku z lekko pomiętego skrawka papieru. -Nie mam już nad niczym kontroli.
Z zamyślenia wyrwały ją hałaśliwe przepychanki młodszych dzieci. - Już późno, wychodzimy! - krzyknęła, budząc chociaż chwilowy respekt. Starannie zamknęła drzwi pokoju. Po opatuleniu każdego z brzdąców ciepłym szalikiem, z jednoczesnym czułym całusem w czoło, mogła przez chwilę odetchnąć. Kuchenne zacisze skryło się w aromatycznych, parujących kawowych chmurach. Palce zaciskały się na uchu ulubionego kubka. Poranek oficjalnie został rozpoczęty. Ulubione kubki mają to do siebie, że przyzwyczajają do siebie ludzi. Tylko z niego kawa smakuje tak dobrze. Dłoń sama dostosowuje sie do jego kształtu, a ucho jest wręcz stworzone do wychwytywania i wysłuchiwania pierwszych myśli. Należała do swojego ulubionego kubka. Zresztą... nie ma ludzi niezależnych (nawet jeśli tak twierdzą). Każdy do czegoś należy...
Droga do pracy nie należała do najprzyjemniejszych. Przepełniony, prawie rozsypujący się podmiejski, gdzie czuło się wszystkie oddechy na karku, zjawiał się jak zwykle - spóźniony. Z ciężkim, spalinowym oddechem i chrapliwym kaszlnięciem otwierało się wejście do innego wymiaru. Wymiaru Szarych Płaszczy. Przy każdym przystanku potwór na kółkach pożerał regularną porcję pasażerów, co powodowało coraz ściślejszy zbiorowy uścisk. Naczelna, prosta zasada: przełamują się bariery oporu i albo cię złapią, albo niefortunnie wpadniesz w czyjś kwadrat. Tak zwana: zasada chwiejnej ludzkości.
Ciągłe warczenie autobusu przerywały głośne rozmowy, z włączeniem do nich przeróżnych rodzajów, zazwyczaj "wybuchających" śmiechów. - Panie, to nie moja wina to przez tę cholerną... - słychać było z jakiegoś kąta przy oknie. Wybuchający śmiech gdzieś tam w głębi zagłuszył słowa. Rozejrzała się dookoła. Grupka chichocących dziewcząt, kilka ważniaków w garniturach w kancik, starsze panie w futrzanych czapkach mocno naciągniętych na uszy. Ci sami - kolekcjonerzy min i nastrojów. Straciła ich z oczu. Przed nią, jak spod ziemi wyrósł ogromny, barczysty mężczyzna. Niebieskie, poplamione cementem i białą farbą spodnie, potężne podkute buty. Nie widziała jego twarzy. Czuła tylko oddech. Woń czosnku pomieszanego z procentami.
Z ogromną ulgą wysiadła na przewidywanym przystanku. Świeże powietrze (bez żadnych czosnkowych oparów) złagodziło lekki ból głowy. Kolejny cud?
*** Poczciwa ulica…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Leviosa
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…