Wróć do katalogu

Cyrkowcy

Świat, który istnieje gdzieś w każdym z nas. (Ten fragment ma być z założenia zalążkiem czegoś dłuższego...)

Woniuk, opublikowano , 18 min czytania, 4,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

„Oto zmyślony świat, który się zrodził, by w ciszy trwać. Jeśli go zeżre fałsz, unicestwi się sam.” „Chaos kontrolowany” Coma

Rząd latarni ustawionych po obu stronach brukowanej ulicy zazwyczaj znakomicie ją rozświetlał. Była ona zresztą jedną z głównych arterii miejskich, na której codziennie ludzie potykali się o siebie nawzajem, kupując chleb, masło albo wódkę. Nawet śnieg zazwyczaj nie padał tak mocno, jak tego dnia. Było jakoś inaczej. W każdym razie, nie dało się nigdzie dostrzec żywego ducha, poza jednym mężczyzną w białym od śniegu czarnym prochowcu i kapeluszu, niemalże jak z kompletu. W jego pozornie zwyczajnym chodzie, było coś niezwykłego, co skumulowane ze śnieżną zamiecią i ciemnościami psuło wrażenie tej zwyczajności. Niespiesznym krokiem skręcił on w bramę, nad którą widniał nadgryziony zębem czasu napis „adwokat”. Zmierzył wzrokiem drzwi, które tam zastał, spojrzał błagalnie na wywieszkę „zamknięte” i pukając nacisnął klamkę. Rzeczywiście było już zamknięte, ale w wyniku niespodziewanego splotu pozornie nie powiązanych ze sobą wydarzeń udało mu się wejść do środka. W pomieszczeniu panował półmrok, gdyż jedynym źródłem światła była stojąca lampa, która gdyby mogła, dawno już odeszłaby na emeryturę. Rzeczony adwokat miał co najwyżej półtora metra wzrostu, czarne włosy zaczesane do tyłu i wypielęgnowane wąsy. Siedział za drewnianym biurkiem, na którym nie było nic, poza dwoma szklankami i klatką z niebieską papugą.

- Witam! Czym mogę służyć? Co to za sprawa? Ostrzegam, że nie będzie tanio. Jak pan tutaj wszedł? Proszę usiąść. Ma pan pieniążki? - Chciałbym żeby mnie pan obronił przed miłością. - No, to będzie kosztowało ekstra. Nie wiem czy pana stać, ale proszę zdjąć płaszcz i się rozgościć. - Mężczyzna zdjął płaszcz i powiesił go na oparciu krzesła. Kapelusz wziął na kolana. Zza pazuchy wyciągnął butelkę spirytusu i postawił ją na biurku.

- Znakomicie ! Proszę chwileczkę poczekać, umyję szklanki, a pan może tymczasem porozmawiać z Norbertem. Norbert, powiedz panu co myślisz o jego sprawie. - Wszystko będzie dobrze! – odparła papuga wbijając wzrok w gościa. - Nic nie będzie dobrze. Nic nie jest dobrze – odparł beznamiętnie mężczyzna. - Wszystko będzie dobrze! – powtórzyła papuga. - No nie wiem.... tak myślisz? - Wszystko będzie dobrze! Wszystko będzie dobrze! - Może masz racje – na jego twarzy pojawił się nieznaczny uśmiech.

Tymczasem z zaplecza wrócił karzełkowaty prawnik najprawdopodobniej imieniem Klaus, gdyż taka plakietka widniała na oparciu fotela. W jednej ręce niósł dwie czyste szklanki, a w drugiej półmisek z owocami i ciastkami. Ani jedne, ani drugie nie wyglądały zbyt apetycznie, ale przecież mieli pić spirytus, więc obaj wiedzieli że niedługo nie będzie im to przeszkadzać. Papuga Norbert milczała i próbowała usnąć, znudzona całą sytuacją. Zapach, jaki panował w kancelarii pozostawiał wiele do życzenia, ale jedyne spośród okien, które mogłoby być otwarte, było zamknięte. Pozostałe znajdowały się zbyt wysoko by ktokolwiek mógł do nich dosięgnąć. Zadziwiający był wyszywany gobelin wiszący na ścianie za biurkiem. Przedstawiał oszałamiająco piękną nagą kobietę w morskiej pianie obrzucającą pogardliwym spojrzeniem stojącą nieopodal grupę ludzi pracy z radłami, pługami, motykami i innym wiejskim inwentarzem. Dopiero teraz mężczyzna zwrócił uwagę na ubiór prawnika. Miał na sobie czarny garnitur z żółtą kamizelką w kratę i żółty krawat oraz czarne lakierki. Podobnie ubrany był Norbert co znacznie ograniczało możliwość machania przez niego skrzydłami, tym samym skazując go na siedzenie bez przerwy w jednej pozycji.

- Więc... przyjmuje pana sprawę. Będę pana bronił, ale wcześniej proponuje żebyśmy mówili sobie po imieniu. – powiedział adwokat, przedstawiając się chwilę później jako Vaclav i tłumacząc że fotel z plakietką „Klaus” został po jego poprzedniku. - Jacques – odparł z udawanym francuskim akcentem mężczyzna, po czym obaj wypili bruderszafta połykając z nieskrywaną przyjemnością zawartość szklanek. - Znakomity, zapewne polski. Dobrze. Więc, jak nazywa się obiekt? – spytał karzeł, krzywiąc się i sięgając po ciasteczko. - Diana. - Fatalne imię, nie sądzisz? Bardzo niewygodne do wymówienia. Do tego ten dyftong po „d”. Wyjątkowo staromodne. Konkrety, konkrety. W czym leży problem? - Właściwie... kocham ją. - Nie kochasz. - Kocham. - Zapewniam, że nie. To tylko fascynacja. - Pan nic nie wie. - Wiem co mówię. – odparł Vaclav po czym napełnił obie szklanki i podał jedną swojemu klientowi – Nie zapominaj, że mówimy sobie po imieniu. No, zdrowie Jacek. Mogę tak Cię nazywać prawda?

Zanim zapadła ta niezręczna cisza obaj zdążyli jeszcze wychrypieć coś, co w normalnej mowie brzmiałoby zapewne niecenzuralnie i z hukiem odstawić szklanki na stół. Mimo oporów Jacques sięgnął po ciasteczko, które zdawało się pamiętać nie jedną taką wizytę i starając się o tym nie myśleć, włożył je do ust. Właśnie w tym momencie, kiedy obaj zastanawiali się co powiedzieć żeby przerwać ciszę, zrobił to za nich wiatr, wyrywając razem z framugą jedno z tych okien zawieszonych zbyt wysoko, by je otworzyć. Tym sposobem diametralnej zmianie na lepsze uległ zapach unoszący się w pomieszczeniu ale równie raptownie spadła panująca tam temperatura. Obaj panowie postanowili ubrać się w płaszcze, ale nie rezygnować z kontynuowania rozmowy.

- Masz jej zdjęcie? – spytał Vaclav, spoglądając mętnym wzrokiem na swego klienta.

Jacques wyjął małą, lekko pożółkłą fotografię i podał swojemu rozmówcy. Była na niej oszałamiająco piękna kobieta. Miała długie czarne włosy, które lekko falując opadały kaskadą na jej odsłonięte ramiona. Miała kocie zielone oczy i długie, ponętne rzęsy. Miała pełne, a zarazem delikatne usta, niemal jak stworzone do pocałunku. Miała też co najwyżej siedemnaście lat. Vaclav długo milczał po czym wypił miarę spirytusu nie czekając na swojego klienta. Przez chwilę bił się z myślami ale zaraz na jego twarz wrócił ten szyderczo-przyjazny uśmiech.

- Wyjątkowo brzydka kobieta. Spójrz, ile ma niedoskonałości. Policzki blade, bez rumieńców. Zarys twarzy bez wyrazu. Mocno klasyczna i pospolita uroda. I do tego młoda, na pewno nie doświadczona. Zupełnie odradzam. – widząc rosnącą chęć swego klienta do przerwania jego monologu Vaclav uciszył go gestem – Wiem co mówię. Zamiast mi wchodzić w słowo lepiej polej. No, Jacuś, polej. - Jacuś, polej. – powtórzyła papuga Norbert.

Było to drugie zdanie, jakie przez swoje długie życie, mimo usilnych nauk swego właściciela, wypowiedziała papuga. Odkąd prawnik odkupił ją od starego marynarza z Singapuru spędził bezskutecznie kilkanaście tygodni ucząc ją mówić. Ptak wytrwale jednak dawał mu do zrozumienia, że do końca życia będzie powtarzał tylko jedno i to samo zdanie. Widać Norbert postanowił w ostatnich chwilach swojego życia (o czym jeszcze nie wiedział) zrobić przyjemność swemu panu i pokazać, że jednak czymś jeszcze potrafi go zaskoczyć. Zaskoczenie to było też o tyle większe, że wypowiedział tak bliskie Vaclavowi słowa. W całym osłupieniu, które powstało i w całej podniosłości tej chwili nikt nie zauważył że Norbert z dumą, zaciągnąwszy dziobem zbyt mocno muchę od smokingu, zaczął się dusić i po chwili przestał oddychać. Uwagę obu panów dodatkowo przyciągnęła strużka dymu, która korzystając z tego, że przestało wiać, leniwie wdzierała się do pomieszczenia przez dziurę pozostałą po oknie. Początkowo ukradkiem wiła się gdzieś przy suficie, by w końcu niemal całkowicie wypełnić pomieszczenie, które znowu zaczęło cuchnąć. Vaclav bez słowa otworzył jedyne okno, do którego mógł dosięgnąć i wystawił na zewnątrz głowę. Pech chciał, że obok jego kancelarii adwokackiej była spalarnia, o czym dobrze wiedział, lecz nieustannie zapominał.

- Co wy tam palicie, że aż tak śmierdzi ? – krzyknął w stronę wielkiego kotła, przy którym stało kilkoro ludzi, a z którego wydobywał się dym. - Niechciane myśli. Wyjątkowo dużo się dzisiaj tego uzbierało. Zaraz powinno powiać w inną stronę. Przepraszamy najmocniej – odpowiedział mężczyzna ubrany w niebieskie ortalionowe spodnie i kubrak, podparty na łopacie.

Rzeczywiście, w dymie krążącym po pomieszczeniu dało się dostrzec jakieś nikłe kształty. Część myśli była wyjątkowo głupia. Pijąc dalej spirytus obaj panowie udawali że nie zwracają na nie uwagi, choć mimowolnie przypatrywali się niektórym. Zwłaszcza tym niecenzuralnym. Dym szybko jednak wyfrunął z pomieszczenia pod postacią wielkiego okrętu, którym sterował człowiek w szlafmycy i koszuli nocnej. Nikt nie spostrzegł śmierci Norberta, który upięty w swój smoking nadal siedział w tej samej pozycji. Jedynym objawem tego, że wyzionął ducha był siny kolor jego zazwyczaj żółto-zielonej twarzy, ale w ciemnym pomieszczeniu nie łatwo było to dostrzec.

- No i jak ? Nadal pan... przepraszam... nadal…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych