Czarny
Opowieść o muzyku. O narkomanie. O człowieku. Wszystkie zdania w cudzysłowach powinny być napisane kursywą, lecz nie wiem jak to zrobić.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Siedział nieruchomo czekając na... Zbawienie? Spojrzał tępo na resztki białego proszku rozsypanego na stole, zastanawiając się kiedy w końcu przyjdzie wolność. "To ostatni raz. Przysięgam, nigdy więcej. Dzisiaj musiałem, bo tak strasznie się czułem, tak strasznie bolało." Przekonywał samego siebie. Zresztą, kogo innego mógłby przekonywać? Rozejrzał się po pokoju. Stare, rozpadające się meble, stół zawalony resztkami jedzenia, narkotyków i butelek, kanapa z połamanym oparciem i on. Jedyny mebel, który jeszcze jakoś funkcjonował. Tylko potrzebował napędu. Paliwa. A paliwo było coraz droższe. A pieniędzy nie było już od dawna, zresztą nie tylko pieniędzy... O, tu na tej szafce stał kiedyś 30-to calowy telewizor stereo, na nim magnetowid z bajerami, a teraz została zakurzona szafka. Poszło. Nie tylko to... Wodząc nieprzytomnym wzrokiem po ścianach ujrzał zdjęcie. Kiedyś sam je tam powiesił. Kiedyś, dawno, dawno temu. Było ich wtedy troje. Jego żona, tak bardzo ją kochał, miała na imię... Miała... Chwycił się obiema rękoma za głowę próbując sobie przypomnieć. "To było takie piękne imię..." I mieli dziecko które było... Szybkie spojrzenie na zdjęcie... Chłopiec! Tak, to był chłopiec. Gdzie oni teraz są? Co za różnica? Ma swoją dawkę, wreszcie przestało boleć, teraz będzie dobrze. Wszystko pojaśniało. Kiedyś na pewno odkupi swój telewizor, odkupi swoje życie. "Jeszcze kiedyś będziecie ze mnie dumni, jeszcze kiedyś. Jestem silny, jestem na tyle silny, żeby przezwyciężyć swoje słabości, nie będę już brał (to był ostatni raz, bo MUSIAŁEM). teraz już nie muszę. Teraz idę." Czuł się lekki, płynął w powietrzu. Podszedł do lustra. Ujrzał niesamowicie chudego człowieka o wielkich oczach i zapadłych policzkach spowitego w nieprzeniknioną czerń. Czarne spodnie, czarna koszula, czarne buty. Nałożył na to swój czarny płaszcz i wyszedł aby walczyć, aby zwyciężyć. Na dworze już robiło się ciemno. "Ja im wszystkim pokażę." Idąc bez celu nagle poczuł narastające swędzenie palców. Dokuczliwe, nie dające spokoju swędzenie samych opuszków. Jakby coś próbowało się nimi wydostać na zewnątrz. Wiedział co to znaczy. Oto nadchodziła muzyka. Wypełniała go od środka, dawała siłę prawie tak samo dużą jak narkotyk. Kazała iść i szukać. Stał się psem myśliwskim na usługach muzyki. Jego celem miał stać się INSTRUMENT. Instrument który pozwoli muzyce ukazać się w swojej wspaniałej postaci, pozwoli jej urosnąć, zakwitnąć i oczarować wszystkich słuchaczy, pozwoli zawładnąć na chwilę ich umysłami. "TO będzie moje zwycięstwo." Czuł się jak przeładowany akumulator. Jeżeli tkwiąca w nim melodia zaraz nie znajdzie ujścia, zacznie ją wywrzaskiwać pośrodku ulicy. Przyspieszył kroku. Już wiedział gdzie znajdzie ujście. Bar. Oto rozwiązanie. Puścił się pędem. Otworzył drzwi i rozejrzał się po lokalu. Kilka par przy stolikach, kilka samotnych osób. Bar, a przy nim dwóch mężczyzn. jeden wielki, ogromny z potężną brodą, drugi wysoki, szczupły z głębokimi zapijaczonymi oczkami. Zresztą obaj mieli zapijaczone oczka. Znał ich. Ten większy to Kieliszek, prosty człowiek, lecz nie prostacki. Pracuje ciężko, lecz potrafi myśleć. Myśleć bardzo... Bardzo... tak bardzo logicznie myśleć. Drugi to Mistrz. Gówno, nie mistrz, ale tak go tu nazywają. Jest pisarzem. Może był pisarzem? Kiedyś napisał kilka niezłych książek, lecz ostatnio częściej chyba widzi butelkę niż maszynę do pisania. Nieważne. Obaj się odwrócili i pozdrowili go skinieniem ręki, lecz nie zwrócił na to uwagi. Miał misję do spełnienia. Wreszcie ujrzał to, czego szukał. Na niewielkim podwyższeniu stał lekko podświetlony, czarny fortepian. Nawet nie zdejmując płaszcza podszedł do niego i usiadł. Otworzył klapę i zaczął delikatnymi ruchami pieścić palcami klawiaturę. Poczuł rosnące wibracje obejmujące najpierw końcówki palców, potem rozchodzące sie po całych dłoniach. Na politurze instrumentu pojawiła się szklanka z jakimś alkoholem i z lodem. Spojrzał na pływające kostki. Ujrzał ich powolną agonię, powolne poddanie nieubłagalnym prawom fizyki, ich nieuniknioną śmierć przez roztopienie. Przez otumaniony narkotykami mózg przetoczył się grom. "Oto TEMAT! Oto tragedia!" Jego ciało przeszedł dreszcz rozkoszy. - Posłuchajcie- szepnął- posłuchajcie "Requiem dla kostek lodu." Muzycznej opowieści o tragedii istnienia. O tragedii świadomości końca. O tragedii topnienia... Jego palce zaczęły żyć swoim własnym życiem. Cały lokal wypełnił się muzyką. Nieliczni obecni zostali oczarowani płynącymi dźwiękami. Jaki szalony umysł może stworzyć taką muzykę? Wszyscy doskonale znali odpowiedź na to pytanie. Czarny był zdolny do wszystkiego. Dla nich był w tym momencie bohaterem. Aż w pewnym momencie wszystko nagle ucichło. Czarny ciężko dysząc siedział sztywno wyprostowany przy fortepianie. Patrzył się przed siebie niewidzącymi oczami jakby nie zdając sobie sprawy z wrażenia, jakie wywarł na obecnych jego koncert. On tylko siedział. Czuł się pusty. Pusty, jakby coś z niego uciekło. Znowu poczuł znajome ukłucie bólu, lecz nie był to tym razem ból fizyczny. Nagle zdał sobie sprawę ze swojej samotności, zrozumiał, że jedyną rzeczą na jakiej mu naprawdę zależy to kolejna porcja narkotyku, poczuł gwałtowne wyrzuty sumienia, które wstrząsały nim jak torsje. Poczuł zimny pot występujący na czoło, jego ręce zaczęły drżeć, nie z nadmiaru energii, lecz z jej braku. Był jak pusta łuska po wystrzelonym pocisku. Cała energia została zużyta na jeden desperacki wystrzał. Spojrzał na szklankę. Lód już dawno się roztopił. "Umarł. Tak jak ja." Pomyślał, że wypijając tego drinka zachowałby się jak kanibal. "Co zrobić, żeby nikt nie zbeszcześcił tej śmierci?" Wziął szklankę do ręki i powoli ją obracając w drżących dłoniach nad czymś myślał. Potem, jakby dalej walcząc z samym sobą, powoli przechylił ją do góry dnem wylewając zawartość na podłogę. W tym momencie rozległy się brawa. Na początku nieśmiało klaskały jedna, może dwie osoby, lecz po chwili klaskali wszyscy. Nie były to wcale jakieś rzęsiste oklaski, w końcu w Barze znajdowało się zaledwie kilku gości, lecz Czarny zdawał się dopiero wracać do siebie. Spojrzał spłoszonym wzrokiem po sali, niepewnie się uśmiechnął, a następnie jednym ruchem zabrał swój czarny płaszcz i rzucił się do wyjścia. Już nie potrzebował żadnych triumfów, teraz chciał tylko spać. Wychodząc, a raczej wybiegając z Baru o mało nie wyłożył się o wystające z krzaków nogi leżącego Intela, nieco dalej kiwał się na nogach Mistrz. "Oto moi bracia w nieszczęściu. Różni nas tylko zabijająca nas używka." Słaniając się na nogach ostatkiem sił dowlókł się do domu. Padł na łóżko nawet nie zdejmując butów.
Śnił. Widział przed sobą ciemność przedzieloną cienką zieloną linią. Ciemność była wszędzie. Próbował się poruszyć, lecz jego ciało albo było dokładnie do czegoś przywiązane, albo nie miał nad nim żadnej kontroli. Albo nie miał ciała. Próbował poruszyć ręką, podsunąć ją przed oczy, aby przekonać się o swoim istnieniu. Przewracając oczami mógł ujrzeć tylko wszechobecną ciemność. Chciał krzyknąć. Nic. Cisza. Więc co? Nie mógł krzyczeć, czy też nie mógł słyszeć swojego krzyku? Wszędzie panowała cisza. Nie mogąc robić nic innego, zaczął obserwować zieloną linię. Prosta, pozioma, wychodząca z nieskończoności i do niej prowadząca. Tylko była. Nagle, z tej głębokiej ciszy zaczął się wyłaniać jeden dźwięk. Na początku był tak cichy, że prędzej można go było wyczuć, niż usłyszeć, lecz wzmagał się z każdą chwilą. "A więc słyszę! A jak słyszę, to znaczy, że mam uszy!" No tak... To w końcu lepsze niż nic nie mieć. Na początku cieszył się z niespodziewanej zmiany, lecz dźwięk stał się na tyle głośny, że zaczął drażnić. Poza tym wcale się nie zmieniał. Słychać było tylko jednostajne piiiiiiiiii... I ta linia. Też się nie zmieniała. Ciemność. Też była stała. Powoli przestawało mu się to podobać. "Gdzie jestem?" I nagle na linii powstał pojedynczy wyskok, jeden szczyt, któremu towarzyszyło pojedyncze pik! Tak, jakby nagle znów zaczęło bić serce. Pik! Pik! I jeden wyskok, drugi... "Ale czemu wciąż nie mogę się ruszać? Czemu nie mogę się ruszać, czemu"
-nie mogę się ruszać!!!- Wrzeszczał siedząc na łóżku. Po chwili zdał sobie sprawę, że to tylko sen, zły, straszny sen. Poczuł się strasznie zmęczony. Wypruty z sił. Padł z powrotem na wyro. Leżał teraz patrząc się w biały sufit. W głowie dalej rozlegało się echo tego strasznego pisku. Zresztą, co w nim było takiego strasznego? "Co mnie tak przeraziło?" Co za różnica... To tylko jego schorowany, otępiały i zlasowany (tak jakby to określił jeden PISARZ: zlasowany) mózg przeraził się jakiegoś wymyślonego przez samego siebie dźwięku. Totalna schiza. Wstał. Kolejna porcja białego zbawienia rozruszała jego rozpadającą się osobowość. Znowu wszystko było bardziej ostre. Gdzieś wewnątrz organizmu skołowany żołądek domagał się pokarmu, lecz mózg, który już dostał swoje pożywienie, ignorował go. Niezdarnymi ruchami zaczął robić porządek na stole, kiedy rozległ się dzwonek telefonu. "Telefon dzwoni!!!" Prawa półkula próbowała się porozumieć z lewą. Co?? Jedna z nich, nie wiadomo która, nie mogła sobie przypomnieć co to jest telefon, a właściwie do czego on służy. "Telefon!!!" Telefon, telefon. "A, telefon..." Znalazł aparat i powolnym ruchem podniósł słuchawkę. Nic. Cisza. A, nie, nie cisza. Coś mówiło, tylko bardzo cicho. I dlaczego mówiło do jego ust? Po chwili zadziałał w głowie odpowiedni przekaźnik i ręka posłusznie odwróciła słuchawkę. Teraz głos stał się o wiele wyraźniejszy. - Wojtek? Jesteś tam? Powiedz coś, proszę...- Głos należał do kobiety. Skądś go znał. Kiedyś go słyszał bardzo często. Teraz słychać było wyraźnie, że jest głęboko czymś zmartwiony. - Tak. Jestem...- No tak, przecież miał na imię Wojtek. Tylko kiedy ostatni raz ktoś na niego tak mówił. "Ten głos był, nie, ten głos jest mi bardzo bliski." - Powiedz, co u ciebie- z trudem hamowany płacz, nawet zlasowany umysł może rozpoznać, kiedy ktoś, zwłaszcza kobieta, próbuje powstrzymać płacz. Tylko dlaczego?- co u ciebie słychać, bo wiesz u mnie...- Przez następne kilka minut nie był w stanie nic powiedzieć, zresztą nie miał nic do powiedzenia. Ze słuchawki słowa płynęły nieprzerwanym strumieniem, przelewały się przez niego, a żadne nie docierało tam, gdzie powinno. Czasem jakieś imię dłużej zatrzymało się w jego głowie, lecz mózg kopniakiem wywalał je na zewnątrz zanim udało mu się wyjaśnić czyim jest imieniem i dlaczego powinien je pamiętać.- Wojtek. Powiedz coś. "Coś"- pomyślał i o mało nie parsknął śmiechem do słuchawki. - U mnie jest... fajnie.- Tak mu się głupio powiedziało. Słówko fajnie
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Edddgar
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…