Czarny doktor 1/2
Był w jakimś ciemnym pokoju, widział czarno-biały obraz, który powoli nabierał ostrości i barw. Nagle zrozumiał. Znalazł się w obcym ciele, zaczął odczuwać emocje właściciela, jakieś fragmenty myśli. Ten ktoś – był prawie pewny, że to kobieta &
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Prolog Nowicki zbudził się w środku nocy. Był mokry od potu i przerażony. Nie pamiętał snu, ale to musiał być koszmar. Obrócił głowę w lewą stronę, jakby chciał kogoś zobaczyć, ale w łóżku był sam. Już zapomniał, że nie są razem. Przecież Alicja go opuściła. Tak, to było odpowiednie słowo. Lubił tak określać jej zniknięcie. Opuściła go. To było uspakajające. Westchnął głęboko i poszedł do kuchni. Wiedział, że tej nocy już nie zaśnie.
Plany
Marek gadał jak najęty, ale Tomek już przestał zauważać obecność kolegi. Kiedy tylko na końcu korytarza dostrzegł Martę, zapomniał o wszystkim innym. Nawet nie zdawał sobie sprawy ze swojego zachowania, po prostu ostentacyjnie się na nią gapił. Dosiadła się do koleżanek z roku, dwa stoliki dalej. Tomek bezwiednie przechylił głowę, żeby lepiej ją widzieć. Długie czarne włosy, duże piersi i gładka oliwkowa skóra, kontrastująca z zielenią oczu – marzenie. Nagle zirytowany Marek pstryknął palcami tuż przy jego uchu. - Słoniu, kurde! Słuchasz mnie czy nie? – zapytał poirytowany blondyn. Tylko Marek zwracał się do Tomka w ten sposób. Inni używali tego określenia po kryjomu, gdyż przezwisko, wiązało się z ogromnymi gabarytami chłopaka. Słoniu powoli obrócił głowę w stronę kolegi. - Zamyśliłem się, ale jak znam życie, nie mówiłeś nic mądrego? - Słoniu, jak znam życie, gapiłeś się na długie nogi Martusi. Seksowna laseczka, ale wiesz, że to nie nasza liga. No, może moja, ale ty zapomnij. - Spieprzaj Marek, nic bym od niej nie chciał. To kretynka. Może i piękna, ale kretynka. Marek zmierzył go spojrzeniem swoich dużych niebieskich oczu i wymownie westchnął. - Kretynka, ale na pieska bym ją wziął. No, to by było piękne – teatralnie spojrzał w sufit udając, że rozmyśla. Tomek śmiejąc się dał mu kuksańca w rękę. - Ty, Casanova, zapomniałeś, że masz dziewczynę. - Racja. Muszę zagadać z Kingą. Ja, Martusia i Kinga – zabawa w pyszne trójkąciki. - Jesteś chory człowieku. - No tak. Kurwa, ale za to mnie lubisz! – wrzasnął, aż wszyscy wokół obrócili się w jego stronę. Marek zaczerwienił się jak burak, choć w rzeczywistości lubił być w centrum uwagi. Jeszcze raz przedstawił Tomkowi swój projekt dotyczący imprezy integracyjnej. Słoniu z Markiem znali się od pierwszej klasy liceum i na studia trafili razem. Marek jako dusza towarzystwa nie mógł przeboleć, że minął cały październik beż żadnej imprezy, na której jego rok mógłby się dobrze poznać. Planował więc, a był dobrym organizatorem, czego nie można było powiedzieć o Tomku.
- Piękna ta pana studentka, doktorze – zauważył profesor Koprowski. - Która profesorze? – Wysoki, długowłosy brunet o niemal czarnych oczach spojrzał pytająco na kolegę. - Tak czarnulka o duuuużych oczach. – Profesor wykonał wymowny gest. Doktor Nowicki skrzywił usta ni to w uśmiechu, ni w pogardzie. - Panna Marta Grigorian? Rzeczywiście urodziwa dziewczyna, nie zwróciłem wcześniej na nią uwagi. Nie wykazuje się nadzwyczajną wiedzą czy inteligencją. - Oj doktorze, widzę w pana oczach ogniki, coś pan tu kręci – drażnił się Koprowski. - Jeśli już gawędzimy szczerze, panie profesorze, to muszę stwierdzić, że bardziej od dziewczynek interesują mnie kobiety. - Oj doktorze, mnie także, mnie także. – Ryczał ze śmiechu korpulentny profesor.
- No dobra Kinga, pogadaj jeszcze z Martą Grigorianową i będziemy mieli pełną ekipę – poprosił Marek. Kinga skrzywiła swoje wąskie, różowe usta. - Chcesz ją zaprosić? Przecież to idiotka! Jej mózg znajduje się w cyckach – stwierdziła kwaśno. - Kochanie, twoim piersiom też niczego nie brakuje, a poza tym, nie wypada udawać, że nie jest na naszym roku. Kinga dała Markowi szturchańca. - Nie porównuj nas. Może chcesz ją zaprosić, bo ci się podoba? - Nie mi. - A komu? – zapytała unosząc brwi. Jej ciemne tęczówki zwężały się - zaciekawił ją. Marek uśmiechnął się tylko. - Kochanie proszę, zdradź mi tę tajemnicę. - Jak już robisz oczy kota ze Shreka, nie mam wyboru. Tomek na nią leci. - Żartujesz?! Taki mądry chłopak. - No wiesz, jest facetem. – Mrugnął wymownie. - Jasne, wy wszyscy jesteście tacy sami. Ale Tomek nie ma u niej szans. Widziałeś jak się zachowuje na zajęciach Nowickiego. Myśli, że doktor postawi jej piątkę za krótką spódniczkę. - Tak, ale Nowicki nie jest dłużny. Też z nią flirtuje. Obrzydliwy staruch. - Nie jest taki stary, poza tym jest bardzo przystojny – odparła Kinga. – Jednak gust ma zdecydowanie wypaczony, ślini się jak jakiś erotoman. - Doktor się zakochał – zarechotał Marek. - I ty chcesz ją zaprosić? – wróciła do tematu. - Słuchaj, wiem, że Tomek nie ma u niej szans i dlatego chciałbym, aby zobaczył jaka jest w rzeczywistości. Aby ją odmitologizował. Niech przestanie myśleć o tej kretynce, a skupi się na bardziej wartościowych dziewczynach, które widzą coś więcej niż grubość portfela, wpływy czy muskularne ciało. - Przekonałeś mnie kochanie. Jesteś dobrym przyjacielem i za to też cię kocham – cmoknęła go w nos, a po chwili utonęli w namiętnym pocałunku.
- To w sumie ile będzie osób? – zapytał Łukasz. Był bratankiem właściciela domu, w którym, oprócz Marka, wynajmowało pokoje kilkoro studentów. Łukasz w imieniu wujka zarządzał posesją, a że słynął z luźnego podejścia do życia, współlokatorzy nie musieli się martwić brakiem miejsca do imprezowania. W nadchodzący weekend wszyscy mieszkańcy, prócz Marka i Łukasza, wyjeżdżali z miasta. Gospodarz bez problemu się zgodził, aby Marek mógł zorganizować integrację pierwszego roku socjologii, zakrapianą znaczną ilością alkoholu oraz okraszoną dymem marihuany.
Marek przez chwilę patrzył przez okno. Liczył w myślach. Siedzieli w rozległej kuchni i kończyli spaghetti. Kiedy Kinga nie wpadała z wizytą, koledzy często gotowali razem. To nie była przyjaźń taka jak z Tomkiem, z Łukaszem łączyła ich specyficzna więź. Właściwie to nic nadzwyczajnego, po prostu byli do siebie bardzo podobni. Za wielkim kuchennym oknem, skierowanym na park, spacerował mężczyzna z psem. Spoglądał przez moment w ich stronę, lecz po chwili ruszył przed siebie. - Razem z nami, chyba dwanaście – odpowiedział wreszcie. - Chyba? - No tak. Wiesz, nie zabroniłem nikomu przychodzić z osobą towarzyszącą. Jak ktoś ma faceta czy laskę to niech wpada. Wolałbym, aby dziewczyny były same, ale nie chcę wprowadzać rygorów. - No w sumie – zgodził się Łukasz. – A jakieś fajne szmulki będą? Tylko samotne, zastrzegam. - Będą. A jedna taka, że się cały oślinisz, gdy ją zobaczysz. - No co ty? Marek uśmiechnął się szeroko. - Człowieku, jest piękna. I jest sama. Taka suczka, niezbyt mądra, no wiesz? Wiesz o co chodzi? Błyszczące oczy Łukasza dawały do zrozumienia, że doskonale zdawał sobie sprawę, z tego co mówi Marek. Czasem rozumieli się bez słów. - Podoba się Tomkowi, dlatego ją zapraszam. - To co? Nie będę mógł się do niej zabrać? - Wręcz przeciwnie. Nie od razu, ale możesz startować. Chcę, aby Tomek, zobaczył jaka to głupia szmata i przestał sobie nią zaprzątać głowę. - Czaję. To się będę starał podwójnie, zwłaszcza, że głupie szmaty to mój typ. – Łukasz zarechotał niczym hiena. Nikt już nie pamiętał czy zawsze się tak śmiał, czy był to wynik palenia marihuany. Wessał z talerza ostatnią nitkę makaronu i zapytał: - A nikt do niej nie startuje, z tych, którzy będą? Nie lubię współzawodnictwa. - Wiem stary – Marek klepnął go w ramię. – Jest taki jeden. - A będzie na imprezie? – Skrzywił się Łukasz. - Nie, to nasz wykładowca. Mamy doktora, który się na nią napalił i myśli, że nikt tego nie widzi. - A ona? – Zaciekawił się Łukasz. Przysunął się do Marka na odległość kilkunastu centymetrów. - Ona? Kręci go jak swojego pieska. Jest w tym dobra. Niby nic, a daje mu wyraźne znaki, doktorek pewnie ma ciasno w gaciach. Taka lolitka uczelniana. Zna się na tym sporcie. Kumple zaśmiali się złośliwie.
Historia doktora
Jak zwykle w piątkowy wieczór, Paweł Nowicki wrócił do swojego obszernego mieszkania, rzucił płaszcz na kanapę i poszedł do kuchni przygotować kolację kotu. Musiał się nim opiekować sam. Kiedy cztery lata temu, zniknęła Alicja, żona doktora, wszystkie obowiązki domowe spoczęły na jego barkach. Z czasem się przyzwyczaił i radził sobie dobrze, ale nie przyszło mu to łatwo. Alicja była prawdziwą panią domu, wyręczała męża we wszystkim, nie pracowała zawodowo, więc poświęciła się rodzinie, a właściwie Pawłowi. Nie mogli mieć dzieci, mimo tego chciała za wszelką cenę stworzyć szczęśliwy dom. Zaczęło się od kota.
Później było coraz gorzej. Alicja szalała. Pozornie zachowywała się normalnie. Ich wspólni znajomi, a właściwie znajomi Pawła (ona swoich nie miała) byli zachwyceni. Dom lśnił, wystrój urządzała z linijką i kątomierzem, gotowała nieziemsko i na stole zawsze była co najmniej jedna nowa potrawa. Niestety Nowicki nie mógł tego wytrzymać. Alicja traktowała męża jak element ich idealnego stadła. Starała się ze wszystkich sił ustawiać go według wzoru, który miała w głowie. Z czasem Paweł zaczął wymykać się z domu. Nie lubił tłumów, nie lubił alkoholu, uciekał więc w świat książek. Spędzał czas w największej szczecińskiej bibliotece.
Któregoś dnia – nie wiedział dlaczego – postanowił poczytać o magii. Coś go podkusiło, chociaż nigdy nie interesował się tym tematem. Podczas którejś z bibliotecznych sesji, przeglądając jedną z pozycji, nagle zobaczył stojącego nad sobą mężczyznę. Nie słyszał kiedy tamten podszedł, co go wcale nie zdziwiło, gdyż był zatopiony w lekturze, a może w myślach o swoim małżeństwie? Nie potrafił sobie przypomnieć. Odkrycie obserwatora całkowicie go rozkojarzyło. Wysoki chudy brunet uśmiechnął się nieznacznie. Mężczyzna wskazał ręką krzesło obok, a doktor wbrew sobie zgodził się, aby nieznajomy usiadł. - Zauważyłem, że mamy podobne zainteresowania – zagadnął chudzielec. - Nie, ja tylko tak czytam – zaprzeczył Nowicki i poczuł złość. Dlaczego, na Boga, rozmawia z tym facetem? Powinien poprosić go, aby się odczepił. - A jednak – to nie pierwsza pana książka z tej dziedziny. Szuka pan jakiegoś zaklęcia? Doktor zaśmiał się nerwowo. - Słucham? - Pytam, czy nie potrzebuje pan zaklęcia? Nie ma pan żadnego kłopotu? Takiego, który trzeba by usunąć? Jakiegoś złośliwego, marudnego kłopotu – zachichotał cicho. – Może ma pan jakiś problem? Wie pan, bo te książki to amatorszczyzna. Tu niczego pan nie znajdzie. Doktor przez chwilę z uwagą przyglądał się chudzielcowi. Chciał zakończyć tę dziwną rozmowę, ale coś mu mówiło, że nie powinien. Coś w głowie powtarzało, że należałoby się dowiedzieć jak najwięcej, że ten facet zna rozwiązanie jego problemu. Nie, nie problemu – problemów. Przecież żaden kłopot nie jest jakimś niezależnym bytem ani nie jest osobą. - Pan zna takie miejsce, gdzie można znaleźć odpowiedzi ... – przerwał, nie chciał tego mówić. - Ależ oczywiście, znam takie miejsce. Nie będzie pan zawiedziony, będzie pan mile zaskoczony. – Zaśmiał się, a jego śmiech przypominał krakanie wrony. Mężczyzna wstał i poprosił Nowickiego, aby poszedł za nim. Doktor jak zahipnotyzowany usłuchał chudzielca.
Weszli do brudnej kamienicy, w bramie było czuć mocz i papierosy. To miejsce nie podobało się Nowickiemu, ale z jakiegoś powodu ufał mężczyźnie, czuł się przy nim bezpieczny. Kiedy zobaczył odrapane drzwi mieszkania, do którego go prowadził, zwątpił przez chwilę. Gdy jednak weszli do środka, zyskał pewność. Znalazł człowieka, który jest lekiem na każdy jego kłopot, cudotwórcę, świętego. Czuł wiarę i radość. Mieszkanie było dziwnie przestronne. Patrząc z zewnątrz na rozstaw okien i zważywszy na to, że na piętrze znajdowały się trzy mieszkania, trudno było uwierzyć, że można zmieścić tam tak ogromny apartament, a im głębiej Nowicki wchodził, tym lokum zdawało się większe. Przeszli przez długi ciemny korytarz, pozbawiony ozdób czy jakichkolwiek innych charakterystycznych elementów i znaleźli się w rozległym salonie. Sufit znajdował się na wysokości około trzech metrów, a pomieszczenie miało, jak mógł sądzić doktor, około trzydziestu metrów kwadratowych. Na ścianach wisiały czarne kandelabry zdobne w motywy roślinne. Długie świece dawały niewielki, lecz wystarczający blask, by móc się wszystkiemu dobrze przyjrzeć. Pomieszczenie było urządzone w secesyjnym stylu. Doktor nie potrafił powstrzymać zdziwienia. Z roziskrzonymi oczami i szeroko otwartymi ustami rozglądał się dokoła. - I jak się panu podoba mój pałac? – zachichotał gospodarz. - Onieśmielający – westchnął doktor. – Ale jak, jak ... ? - Jak to możliwe? Wszystko jest możliwe, panie Nowicki. Wszystko, czego pan pragnie, może się stać realnym. Doktor nie pytał już mężczyzny, skąd zna jego nazwisko – uwierzył. Ten człowiek był kimś wyjątkowym, kimś więcej. - A teraz proszę posłuchać, doktorze, znam pana problemy, wiem jak się nazywa ten największy. Wiem co teraz robi, jak pana on, właściwie ona, złości. Czas coś z tym zrobić, prawda? Doktorze? Nowicki niepewnie kiwnął głową. - Doktorze! – krzyczał chudzielec. W jego krzyku nie było gniewu czy nacisku. Zwracał się do Nowickiego jak zatroskany człowiek, który chce wyrwać z otępienia swego przyjaciela. – Doktorze, czy chce pan coś z nią z robić? Czy chce pan się nią zająć? Mam pomóc? - Tak. Tak! – Przełamał się wreszcie. – Chcę się nią zająć! - Dobrze – szepnął do ucha Nowickiemu. – Zrobimy tak.
Obudził się z ogromnym bólem głowy. Miał najzwyklejszego kaca. Leżał w stercie gazet i innych śmieci, w jakiejś opuszczonej melinie. Pomieszczenie było bez okien i jakichkolwiek mebli, a w powietrzu unosił się duszący smród zwierzęcych oraz ludzkich ekskrementów i Bóg wie czego jeszcze. Wstał, starając się zachować równowagę. Nie pamiętał nic z poprzedniej nocy. Był w bibliotece, poznał jakiegoś mężczyznę, rozmawiali chwilę. O czym? Nie wiedział. Sprawdził kieszenie. Portfel był na swoim miejscu, nic z niego nie zginęło. Przejrzał zawartość telefonu, miał kilka nieodebranych połączeń. Dzwoniła Alicja. Nie zdziwił się, musiała się martwić całą noc. Oby tylko nie dzwoniła na policję - pomyślał. Wybrał jej numer. W słuchawce usłyszał histeryczny szloch, później wyrzuty. Wreszcie dała mu okazję się wytłumaczyć. Zełgał, że spotkał dawnego znajomego, mieli iść tylko na jednego drinka, ale przedobrzyli, film mu się urwał. Przepraszał, prosił o wybaczenie, kłamał jak najęty. - Dobrze kochanie, wracaj już do domu – wreszcie westchnęła zrezygnowana. Przez jakiś czas mieli ciche dni. Paweł jeszcze kilkakrotnie przeprosił za swój wybryk, wreszcie mu wybaczyła. Niestety jej szaleństwo narastało. Wyszukiwała najdrobniejszych śladów kurzu, nieporządku, braku chorobliwego ładu, który stworzyła. Potrafiła zauważyć najmniejszą zmianę, źle ułożoną serwetkę, przesunięty wazon, krzesło, czy pilot nie na swoim miejscu. Wtedy z głębokim westchnieniem pełnym irytacji naprawiała szkodę, której mógł dokonać tylko Paweł. Alicja wszystko odkładała na jedynie właściwe miejsce. Nie zwracała mu uwagi, nie mówiła nic, ale jej mina, ruchy, były wystarczającą naganą. Nowicki popadał w obłęd,
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Obłuda.T
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…