Czarny kłąb
Losy dwójki bohaterów splatają się ze sobą za sprawą czerni, która uwiła sobie gniazdo w świadomości jednego z nich.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Ręce ma mokre od krwi. W dłoni ściska strzęp, wycięty z chirurgiczną precyzją ułamek ludzkiego ciała, który jeszcze nie umarł. Wciąż pulsuje między palcami, łaskocze opuszki szelestem wyciekającego życia. Ale tandeta, myśli Morderca, unosząc skrawek czerwieni nad głowę. Ściska go i pozwala, by kilka rubinowych łez skapnęło na wysunięty język. Scena jak z letniego horroru. Zastanawia się, czy nie zostawić jakichś znaków, rytualnego pentagramu, może zapisanej krwią wiadomości. Psychopaci tak robią. Ponoć. Kobiecie i tak nie zrobi to różnicy, a dziennikarze będą dziękować mu w duchu za świetny materiał. Po namyśle dochodzi do wniosku, że to nie w jego stylu. Nie powinien bawić się jedzeniem. W ustach wciąż czuje smak świeżego mięsa obficie doprawionego strachem, a po ciele powoli rozchodzi się fala błogiego spełnienia. Niech Janusz się tym martwi, myśli Morderca i wycofuje się, zatapia w podświadomości, gdzie uwił sobie ciepłe gniazdko z lęków, stresu i skrywanych kompleksów biznesmena. W brudnej szybie, przyprószonej nikłym światłem odległej latarni, odbija się twarz mężczyzny. Mgła szaleństwa znika powoli z jego oczu, a umazane czerwienią kąciki ust opadają. Błogi uśmiech zostaje zastąpiony wyrazem przerażenia. Źrenice zwężają się nerwowo, powieki rozwierają się szeroko. Między wargami mężczyzna wyczuwa krew, na języku czuje smak surowego mięsa. Ledwo powstrzymuje torsje. Mój Boże, myśli, chwytając się za głowę. Nie chce nawet patrzeć na swoją ofiarę. Znowu to zrobiłem.
*
Ręce miała mokre od potu. Siedziała na łóżku, na przemian zaciskając i rozluźniając palce. Sen był tak realistyczny, że niemal czuła jeszcze wilgotną teksturę kawałka ludzkiego ciała. Przed oczami miała mroczki, wiedziała, że tej nocy już nie zaśnie. Postanowiła wstać. Zegar wskazywał czwartą trzydzieści, gdy stanęła przy kuchennym blacie, by pomóc matce. Ta nie pytała o nic, uśmiechnęła się tylko znad krojonego chleba. Kobieta zawsze przed pracą szykowała śniadanie dla całej rodziny i choć mogła brać ze swojego marketu część niesprzedanych bochenków, ledwo starczało dla wszystkich. - Dokończysz za mnie, Aniu? – zapytała, odkładając nóż na deseczkę. Dziewczyna skinęła bez słowa, zastępując matkę przy pracy. Kątem oka zerknęła na kalendarz i zamarła. Palce bezwiednie zacisnęły się na rękojeści noża, gdy uzmysłowiła sobie, którą cyfrę otacza okienko wskaźnika. - Dzisiaj piętnasty, mamo. - Wiem. – Głos kobiety brzmiał łagodnie, uspokajająco, a mimo to pomiędzy dźwiękami dało się wyczuć akord niepewności. Matka podeszła do jednej z kuchennych szafek, nieświadomie powtarzając comiesięczny rytuał. Ze środka wyjęła skrzyneczkę z niepomalowanej sklejki i zajrzała do środka, by po chwili westchnąć cicho. Oszczędności w pudełku było dokładnie tyle, co cztery tygodnie wcześniej. Zdecydowanie za mało. - Wybacz, kochanie, ale dzisiaj wrócę później – powiedziała, zmuszając kąciku ust, by wykrzywiły się w uśmiech. Zapewne miał uspokoić córkę, ale w rzeczywistości był pusty jak oczy ślepca. Dziewczyna czuła, że gdyby martwe zwierzęta mogły się uśmiechać, robiłyby to właśnie w ten sposób. – Po pracy odwiedzę jeszcze pana Marka. Zajmiesz się domem, prawda? Dziewczyna przytaknęła energicznie, żeby spływające na czoło włosy zasłoniły jej twarz. Nie chciała, by matka zobaczyła, jak bardzo w jednej chwili zbladła. Poczuła ukłucie strachu. Na razie lęk pukał tylko w cienką ścianę na granicy świadomości, ale wiedziała, że niedługo rozpełznie się po całym umyśle jak węże uwolnione z gniazda. Każdego dnia ze zgrozą spoglądała w lustro, patrząc, jak jej ciało dojrzewa, staje się coraz bardziej kobiece. Pan Marek niedługo zażyczy sobie, by ona również go odwiedzała.
*
Siedzi w wygodnym fotelu. Rozluźniony, z jedną nogą założoną na drugą. Wygląda jak milion dolarów. Naprzeciw niego spoczęła dziennikarka. Długie nogi, profesjonalny uśmiech, żakiet skrojony na miarę. Smukłymi palcami bębni w szklany stół ustawiony między nimi. - W studiu jest z nami pan Janusz Dietrich. Biznesmen, milioner i społecznik. – Kobieta spogląda prosto w kamerę, po czym przenosi wzrok na gościa. – Witam, panie Januszu. Mężczyzna odpowiada oszczędnym skinieniem. Kąciki ust unosi w wyćwiczonym do perfekcji uśmiechu wytrawnego handlowca. - Pańska firma – kontynuuje dziennikarka – Dietrich Trading, odniosła ostatnio kilka spektakularnych sukcesów. - Zgadza się – odpowiada mężczyzna. Jego głos emanuje nieskrywaną dumą. – Wartość akcji mojej spółki w samym zeszłym tygodniu wzrosła o trzy punkty procentowe. Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że w tej chwili jesteśmy jedynym liczącym się dystrybutorem oleju napędowego w Polsce. - To niewątpliwie wielkie osiągnięcie. Jednak o swojej filozofii biznesu opowiadał pan już podczas wielu wywiadów i prelekcji. W tej rozmowie chciałabym poruszyć inny, nieznany dotąd, aspekt pana działalności. Mężczyzna udaje uprzejme zainteresowanie i pozwala, by na jego twarzy zagościł wyraz zdziwienia. Doskonale wie, dokąd zmierza ta rozmowa, ale patrzy na nią jak na wszystko – przez pryzmat rachunku zysków i strat. Zamierza grać w tę grę, dopóki wynik pozostanie dodatni. - Jak państwo wiedzą – tym razem kobieta spogląda prosto w kamerę – nasze miasto od wielu tygodni terroryzowane jest przez seryjnego mordercę. Policja wciąż pozostaje bezradna wobec zagrożenia, lecz mało kto zdaje sobie sprawę, że jest jeden człowiek, który oparł się bezsilności i od samego początku anonimowo wspiera rodziny ofiar tragedii. Naszym dziennikarzom wreszcie udało się odkryć tożsamość tego dobroczyńcy. Kamera wykonuje najazd na twarz biznesmena, zupełnie jakby jego reakcja była kluczowa dla całej sceny. - Wie pan już chyba, o kim mówię, prawda, panie Dietrich? Twarz Janusza wykrzywia się w maskę zakłopotania, a na usta wpełza nieśmiały uśmiech. Jest pewien, że właśnie taką reakcję przewidzieli dla niego w scenariuszu, a mały pokaz na pewno doda mu kilka punktów na skali opinii publicznej. - Cóż. – Mężczyzna mruga porozumiewawczo. Jego oczy pozostają czyste i przejrzyste, choć myśli powoli ciemnieją. – Mam pewne podejrzenia. Kobieta odpowiada zalotnym uśmiechem. Jest przekonana, że nawiązała się między nimi nić porozumienia. Myli się. - Chciałabym zapytać o to, co na pewno przeszło właśnie przez myśl każdemu z telewidzów. Dlaczego zdecydował się pan na działanie w tej konkretnej sprawie? - Moja spółka od dawna wspiera wiele organizacji charytatywnych. Nie ma powodu, by nie dzielić się z potrzebującymi własnym dobrobytem. – Spojrzenie Dietricha zmienia się. Jego oczy zachodzą mgłą, choć zmiana zdaje się być niedostrzegalna. Niezauważalnie delikatna, jak trzepot skrzydeł motyla, który zwiastuje tajfun w innym miejscu, innym czasie. – Ta sprawa to jednak całkowicie oddzielny temat. Dotyczy nas wszystkich. Nikt tak naprawdę nie może być pewien, czy po powrocie do domu zastanie rodzinę w komplecie. Uważam jedynie, że w takich chwilach każdy powinien dać coś od siebie. Nie jestem bohaterem, złapanie złoczyńcy nie leży w granicach moich możliwości. Staram się tylko choć trochę ulżyć w cierpieniu tym, których bezpośrednio dotknęła tragedia, choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że pieniądze nigdy nie będą w stanie wrócić życia ich bliskim.
*
Siedziała na niewygodnej kanapie. Zmatowiała tapicerka zaszeleściła, gdy dziewczyna zacisnęła dłoń na poręczy. Szeroko rozwarte oczy wciąż wpatrywały się w telewizyjny show, lecz głosy docierały do uszu dziewczyny jak przez mgłę. Słyszała tylko spowolnione parodie szeptów i karykatury śmiechu zagłuszane przez szum coraz szybszego pulsowania w skroniach. Im dłużej wpatrywała się w uśmiechniętego biznesmena, tym większej nabierała pewności. Umysł dopiero teraz skojarzył fakty. Szklana tafla ekranu ukazywała odbicie tej samej twarzy co wyszczerbiona szyba ze snu. Dziennikarka również zdawała jej się dziwnie znajoma, choć przecież dziewczyna nie oglądała telewizji praktycznie wcale. Nie mogła odgadnąć dlaczego, nawet analizując po raz kolejny regularne rysy twarzy i pełen profesjonalizmu uśmiech. Dopiero gdy znów spojrzała na obraz biznesmena, kątem oka dostrzegła, że twarz dziennikarki ciemnieje i pokrywa się czerwonym skrzepem. W pół oddechu zimne kości policzkowe pękły jak pod naporem niewidzialnego młota, a pociągnięte drogą szminką usta zmieniły się w krwawą miazgę. Iluzja trwała tylko ułamek sekundy. Wszystko wróciło do normy, nim oczy dziewczyny zdążyły rozszerzyć się w przerażeniu, pozostawiając po sobie tylko na wpół realne plamki powidoku na granicy pola widzenia. To jednak wystarczyło, by Ania utwierdziła się w przekonaniu, że dziennikarka również była częścią jej snu. Martwym, zmaltretowanym fragmentem makabrycznej całości.
*
Wchodzą do restauracji. Wewnątrz jest jasno i przestronnie. Kryształowe lampy subtelnie oświetlają lokal, nadając mu pozór tajemniczości, a obrusy niemal lśnią czystą bielą. Płomyki pełgające delikatnie na świeczkach, które zdobią każdy ze stolików, dopełniają obraz. Kelner prowadzi ich do zarezerwowanego wcześniej stolika. Biznesmen odsuwa krzesło, dziennikarka siada. Po chwili oboje spoglądają na siebie znad kart dań. Mężczyzna czuje, że kobieta go pragnie. Widzi to w jej uśmiechu, ruchach. Tym, jak zaczesuje palcami kosmyki włosów za ucho, jak delikatnie przygryza wargę. Pożąda jego sławy, pieniędzy i niebezpieczeństwa, które czai się za przesłaniającą oczy mgłą. On też jej pragnie, choć nie tak, jak ona sądzi. Dietrich zamawia najdroższe wino z karty, pokazuje szarmanckość i charyzmę. Dziennikarka bryluje elokwencją, zniewala perfekcyjnym uśmiechem. Mierzą nawzajem swoją wartość. Oboje znają zasady gry, choć dla niego zwycięstwo ma zupełnie inną postać niż dla niej. Gdy kelner przynosi pierwsze z dań, Janusz nagle poważnieje. Z jego oczu znika mgła, a ręce zamierają wpół gestu. Rozgląda się wokół przestraszony, a na kobietę patrzy, jakby widział ją pierwszy raz w życiu. Anomalia trwa tylko kilka uderzeń serca. Zbyt krótko, by wywołać u towarzyszki coś więcej niż delikatne uniesienie brwi. Nie bądź egoistą, myśli Morderca, spychając Janusza za kolejne warstwy świadomości. Ja też muszę jeść.
*
Weszła do opuszczonego magazynu. Wewnątrz było ciemno i duszno. Pod ścianami walały się sterty gratów, zbyt zniszczonych lub bezużytecznych, by komukolwiek chciało się je kraść, a jedynym źródłem światła były smugi księżycowej łuny wpełzające do środka przez dziury wypalone w stropie. Dziewczyna szła powoli. Oczy miała szeroko otwarte, niemal słyszała łomot własnego serca. Zupełnie nie rozumiała, dlaczego jej młodsi bracia namaścili ten budynek na swój plac zabaw. To miejsce nawet za dnia było straszne, a w nocy przypominało wycinek innego świata. Jakby ktoś nakleił kadr horroru na fragment rzeczywistości. Była to też jedyna droga do miejsca przyszłej zbrodni, którą Ania mogła podążyć bez przyciągania niczyjej uwagi. Dziewczyna była zaskoczona, że udało jej się dotrzeć tak daleko. Nie potrafiła wyjaśnić, co dawało jej siłę, by stawiać kolejne kroki. Wszystkimi zmysłami czuła, że powinna zawrócić, uciec jak najdalej, by choć trochę uspokoić krzyczący w umyśle instynkt. A mimo to nie potrafiła przestać przeć naprzód. Nogi na przemian unosiły się i opadały, drętwe, skostniałe. Zupełnie jakby kierował nimi mechanizm całkowicie niezależny od jej woli. Przez opar nerwów i stresu przebijał się czasem zdrowy rozsądek. Szeptał, że wystarczyłoby zadzwonić na policję. Każda informacja o nieuchwytnym mordercy była przecież warta swej wagi w złocie. Tylko co miała im powiedzieć? Że przyśnił jej się mord w ciemnej alejce? Uśmiechnęła się krzywo, odpędzając natrętną myśl. W jej twarz uderzył delikatny podmuch. Niósł ze sobą gorzki odór strachu i słodką woń świeżej krwi. Dziewczyna wzdrygnęła się odruchowo. Miała wrażenie, że wszystkie mięśnie w jej ciele tężeją w jednej chwili. Poczuła…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil vyzart
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…