Wróć do katalogu

Czarodziejka i matematyk

Gdy matematyka staje na drodze magii

vyzart, opublikowano , 26 min czytania, 4,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Czarodziejka spogląda w przepaść, rozciągającą się za barierką. Morze ludzkich głów rozlewa się na odległym chodniku, a pomruk węża samochodów zupełnie ginie pośród szumu wiatru. Dopiero teraz zdaje sobie sprawę, jak złym pomysłem było wbiegnięcie na dach wieżowca. Ze wszystkim możliwych dróg ucieczki wybrała najgorszą. Teraz ten pokraczny familiar dopadnie ją i rozszarpie jak kukłę. Omiata szaleńczym spojrzeniem otoczenie. Szary beton, kilka rusztowań i stal zatrzaśniętych drzwi, które nie będą nawet ułamkiem przeszkody na drodze rozpędzonej bestii. Wokół nie ma nawet kałuży, niczego co dałoby się wykorzystać do obrony. Gdyby chociaż zanosiło się na deszcz, z tej wysokości mogłaby spróbować transfiguracji chmur, ale w górze naśmiewał się z niej tylko pusty błękit. Świat jak zwykle rzuca kłody pod nogi. Z tego, że nie jest sama zdaje sobie sprawę dopiero po chwili. – Jeśli chcesz się zabić, pośpiesz się, proszę. – Gdy słyszy męski głos, prawie podskakuje ze zdumienia. Przez moment nie może wydusić z siebie słowa. Widok mężczyzny, siedzącego na składanym krześle, z długopisem za uchem i pogniecionymi kartkami w garści całkowicie wytrąca ją z równowagi. Natychmiast karci się w duchu. Jak mogła go nie zauważyć? Taka nieuwaga kosztuje czasem życie. – Stań na tamtym znaku i przechyl się przez barierkę – kontynuuje nieznajomy, wskazując na niechlujnie nakreślony krzyżyk kilka metrów na lewo. – Umieściłem tam zmodyfikowany tunel Pascala, więc prawdopodobieństwo natychmiastowej śmierci po skoku wynosi dziewięćdziesiąt osiem procent. – Nie przyszłam się zabić! – syczy czarodziejka przez zaciśnięte zęby. – Szkoda. – Mężczyzna marszczy czoło w wyrazie delikatnego rozczarowania. – Samobójcy zawsze zostawiają ładne wzorki na chodniku. Zanim jej usta opuszcza cięta, pełna sarkazmu riposta, słyszy trzask. Odruchowo spogląda na drzwi tylko po to by dostrzec wgniecenie na gładkiej powierzchni metalu. Najpierw jedno, potem drugie i trzecie. Stal odgina się pod naporem nieznanej siły i czerwienieje, jakby uderzył w nią strumień lawy. W końcu konstrukcja ustępuje, zamieniając się w niezgrabny kawał nadtopionej blachy, a z mroku klatki schodowej wylewa się przeraźliwy, oślepiający żar. Dopiero gdy kobieta ściska powieki, dostrzega pośród płomienistej jasności zarys czerwonego cielska i pyska, wypełnionego rzędami gorejących kłów. Wtedy właśnie spojrzenie natrafia na dwa czarne punkty pośród morza ognia. Puste, mroczne oczy natychmiast ją rozpoznają. Potężna łapa opada, krusząc powierzchnię dachu, a powietrze przeszywa przerażający ryk. Zahipnotyzowana ognistą siłą, nawet nie zauważa, kiedy nieznajomy znajduje się tuż obok. – Fajny zwierzak. Twój? – pyta, składając własne siedzisko. – Powinnaś go trochę lepiej wytresować. Lubiłem te drzwi. – Oczywiście, że nie! – krzyczy wiedźma, dając upust całej swojej frustracji. Napięta atmosfera zdaje się rozsypywać jak domek z kart w zetknięciu z tym dziwakiem. – Ten stwór chce mnie zabić! – Czyżby? – Nieznajomy przekrzywia głowę z niedowierzaniem, po czym uśmiecha się przymilnie do bestii. – Kici, kici. Chodź do pana, kotku. W pustych oczach potwora przez chwilę odbija się obraz uśmiechniętego człowieka, który muska palcami poły własnego kitla i kreśli w powietrzu kilka cyfr, po czym kiwa zapraszająco jak do małego, zagubionego dachowca. Chwilę później odbicie znika, zakryte nagłym przypływem zwierzęcej nienawiści. Familiar charczy złowrogo, pochylając się do skoku. Ułamek sekundy później jest już tylko smugą pędzącego inferno. Kobieta krzycz odruchowo, lecz jej głos tonie w trzasku płomieni. Sparaliżowana strachem, niezdolna do ruszenia chociażby palcem, przeklina własną niemoc. Gdy już niemal czuje, jak rozżarzone kły rozrywają kark, bestia rozpada się. Piekielny potwór, którego nie imały się jej najlepsze zaklęcia, rozpływa się w ciągu jednego uderzenia serca. Zupełnie, jakby nigdy nie istniał. Musi zamrugać kilkukrotnie, by przekonać własny umysł, że nie padł ofiarą jakiejś pokracznej iluzji. – To twoja sprawka, prawda? – pyta, odsuwając się nerwowo. Dotąd pełne strachu rysy ściąga napięcie, a w myślach zaczynają układać się komendy ochronnego uroku. Kobieta nagle zdaje sobie sprawę, że ten dziwak może być groźniejszy od piekła na czterech łapach, które ścigało ją do tej pory. – Kim jesteś i jak to zrobiłeś? – Jestem matematykiem – stwierdza mężczyzna, drapiąc się w skroń. – Wymusiłem tylko negatywny wynik algorytmu, warunkującego istnienie stworzenia na tej płaszczyźnie rzeczywistości. To chyba oczywiste. Czarodziejka nie odpowiada. Próbuje dostrzec w rozmówcy ukryte pokłady mocy, lecz widzi jedynie bladego, nieogolonego mężczyznę, który tonie w połach kitla, pokrytego rzędami cyfr. W jasnych oczach, zamiast iskier potężnej magii, kryje się tylko nić szaleństwa. Błękit jego źrenic przybliża się stopniowo, aż w końcu znajduje się tuż przed twarzą kobiety. Jest tak pochłonięta własnymi myślami, że nawet nie zauważa kiedy mężczyzna podchodzi tak blisko. – Masz może jakieś skrzydła pod bluzką? Kobieta z westchnieniem stwierdza, że absurd słów nieznajomego całkowicie przestaje ją dziwić. Ludzka zdolność adaptacji jak zwykle robi na niej wrażenie. – Nie. – W ubraniu chowa co prawda wiele rzeczy, zarówno tych użytecznych, jak i śmiertelnie niebezpiecznych, ale pierzaste kończyny nie są jedną z nich. – Trudno, w takim razie będziemy musieli skoczyć. Mężczyzna przerzuca przez ramię składane krzesło i podrywa ją z ziemi szybkim ruchem. Zanim wiedźma może chociażby pomyśleć o reakcji, spada już z dachu wieżowca w ramionach szaleńca. Nie próbuje się wyrywać, ani walczyć. W obliczu rosnącego w oczach chodnika, wszelkie próby oporu wydają się bezcelowe. Przygryza tylko lekko wargi, zdając sobie sprawę, że będzie kompletnym pośmiewiskiem, gdy wszyscy dowiedzą się jak skończyła. Cały magiczny świat będzie śmiał się w to, co zostanie z jej twarzy, a krwawa plama, którą za chwile się stanie, na długo pozostanie ulubioną anegdotką towarzyskich przyjęć. Teraz pozostaje jedynie zacisnąć powieki i czekać na koniec. Ten jednak nie nadchodzi. Włosy, mierzwione dotąd pędem powietrza, opadają swobodnie na ramiona, a zamiast trzasku miażdżonych kości daje się słyszeć tylko dźwięk butów, delikatnie uderzających w płyty chodnika. Kiedy w końcu decyduje się otworzyć oczy, mężczyzna stawia ją właśnie na ziemi. Bez zastanowienia odpycha go i bada okolicę pobieżnym spojrzeniem. Wygląda na to, że wylądowali w szczelinie między wieżowcem, a sąsiednim budynkiem urzędowym. Przynajmniej nie będzie musiała martwić się o niepotrzebne zainteresowanie ze strony przechodniów. Skupia wzrok na sylwetce dziwacznego mężczyzny i przygryza wargi. Wreszcie podejmuje decyzję.

***

Mieszkanie prezentuje się dość nietypowo. Z zewnątrz szare i zaniedbane, jakby pokryte odpadającym tynkiem mury od pół wieku nie czuły dotyku ludzkiej ręki. W środku natomiast wciąż pachnie świeżą farbą. Wygląda jak kartka papieru. Wnętrze wypełnia biel tak czysta, że przyćmiewa sterylność najlepszego ze szpitali. Ze ścian wylewa się na podłogę i meble, rozrzucone w pozornym bezładzie. Śnieżną doskonałość zakłócają jedynie znaki. Cyfry i równania, atramentowo czarne, wyzierają z każdego zakamarka, nadając mieszkaniu wygląd notesu szalonego naukowca. Pośrodku tego liczbowego chaosu tkwi niski stolik, a na nim dwie filiżanki, wypełnione po brzegi gorącą herbatą. Czarodziejka muska palcami jedną z nich i niepewnie zagląda do środka. Przez chwilę wydaje jej się, że oplatające naczynie cyfry poruszają się, jakby w desperackiej próbie wpełznięcia do naparu. Odtrąca tę myśl i unosi głowę, mierząc wzrokiem swego rozmówcę. Mężczyzna siedzi na podkurczonych nogach, czule obejmując palcami filiżankę. W pokrytym cyframi kitlu i białych rękawiczkach sprawia wrażenie niepodzielnego władcy tego liczbowego chaosu. Nawet nieogolona twarz i niechlujnie sterczące włosy zdają się współgrać z otoczeniem w pewien przewrotny sposób. Wiedźma nie wie czy to tylko fasada, ale za półprzymkniętymi powiekami dostrzega przenikliwy intelekt, przyprószony drobinkami szaleństwa. Nie są to jednak oczy drapieżnika, raczej dziecka, które od kopania piłki z kolegami woli obliczać trajektorię jej lotu. – Przypomnij mi, co ty tu właściwie robisz? – Głos mężczyzny wyrywa ją z zamyślenia. W odpowiedzi wzdycha, uzmysławiając sobie, że to pytanie powinno było zostać zadane zanim usadził ją przy stole i podał filiżankę herbaty. – Powiedziałam ci już, że będę chodzić za tobą, aż nie dowiem się co to była za magia i dlaczego dotąd nie słyszałam o niczym podobnym? Matematyk patrzy na nią przez moment, a kiedy odczytuje powagę z jej rysów, wybucha śmiechem. Pokój wypełnia irytujący chichot, którym rodzice obdarzają pociechy, gdy te bezmyślnie podważają fundamentalne prawa fizyki. – Nie bądź niemądra. Magia nie istnieje. Kobieta mimowolnie zgrzyta zębami. Bez namysłu odpina jeden z talizmanów, przyczepionych do przewieszonego przez szyję łańcuszka. Jej rodzina od pokoleń specjalizuje się we wzmacnianiu przedmiotów mocą. Odkąd skończyła cztery lata potrafiła wplatać nitki uroków między warstwy szkła czy płaty metalu. Teraz, po wielu latach okupionej morderczym wysiłkiem praktyki, może wypełnić potężną klątwą nawet niewielki wisiorek. Jak miedzianą blaszkę wielkości paznokcia, którą ściska właśnie między palcami. Podrzuca ją i szepcze czule, niby do kochanka, z uwagą obserwując jak płytka wpada do stojącej przed mężczyzną filiżanki. Metal błyska delikatnie, gdy styka się z naparem. Ułamek sekundy później gorąca ciecz jest już strzelającym w górę słupem lodu, zabarwionym herbacianą zielenią – Wytłumacz mi zatem co to było, jeśli nie magia? – To świecidełko pełni funkcję kalkulatora, wykonującego za ciebie niezbędne obliczenia, a samo zjawisko to nic innego jak wiersz dopisany do kodu rzeczywistości. Na tyle krótki, że nie wywołuje błędu w algorytmie sprawdzającym, który poprzedza egzekucję całości – odpowiada mężczyzna, wzruszając ramionami, zupełnie jakby mówił o najbardziej oczywistej rzeczy we wszechświecie. – Luhn bardzo ciekawie opisał to zjawisko. – Innymi słowy, kiepskie szarlataństwo. – Kontynuuje po chwili milczenia. Jego spojrzenie wyostrza się, rozpraszając tkwiącą w nim dotąd naiwną dobrotliwość. Mężczyzna przesuwa palec po rękawie kitla. Czarodziejka odnosi wrażenie, że namalowane na nim liczby, pulsują przez nieskończenie krótki moment w zatknięciu z bielą rękawiczki. – Nie znasz zasad, więc tworzysz własne. Próbujesz oszukać Świat, zmusić by nagiął się do twojej woli, lecz oszukujesz tylko siebie. Badacze liczb nie publikują wszystkich swoich badań właśnie po to, by nie rozprzestrzeniać tak bzdurnych praktyk. Gdy dociera do mankietu, unosi dłoń, muskając lodową kolumnę. To wystarczy, by zaklęcie zniknęło. Nie pęka pod naporem siły, ani nie rozpada się w kontakcie z rozpraszającym urokiem. Po prostu przestaje istnieć. W jednej chwili ciecz jest słupem magicznego lodu, w drugiej niczym nie zmąconą taflą gorącej herbaty. Twarz kobiety wykrzywia grymas piekącego bólu, a granice pola widzenia wypełniają czerwone plamki. Zupełnie jak w dzieciństwie, kiedy próbowała rzucać źle skonstruowane zaklęcia. Ze zdumieniem stwierdza, że czuje strach. W jakiś niewytłumaczalny sposób boi się tego mężczyzny. Ich spojrzenia spotkają się. Czarodziejka wpatruje się w niebieską głębię, przejrzystą niczym tafla oceanu. Wtedy czuje coś jeszcze. Fascynację. Nie chce się do tego przyznać nawet przed sobą, ale ten człowiek intryguje ją bardziej niż cokolwiek do tej pory. Nie ma w nim ani grama magii, nawet najmniejszej wibracji aury, a mimo to złamał jej zaklęcie, jakby nie było niczym więcej niż łamigłówką w książeczce z obrazkami. Próbuje coś powiedzieć. Choć jedno słowo, które pozwoliłoby wyrwać się z uroku szklistego błękitu. Wtedy słyszy trzask. Odruchowo odwraca głowę, w samą porę, by zobaczyć jak roztrzaskane drzwi uderzają w ścianę. Przez ułamek sekundy widzi ogniste języki, wpełzające do środka niczym stado wygłodniałych węży, moment później przed oczami ma już tylko płomienistą czerwień. Świat wypełnia szkarłat. A potem ciemność.

***

Gdy otwiera oczy, czuje że trafiła w sam środek koszmarnego snu. Spalona, gliniasta ziemia rozciąga się po horyzont siecią pęknięć. Idealnie płaska, bez najmniejszych wybrzuszeń, zupełnie jakby ktoś przejechał przez piekło rozgrzanym walcem. Nad pustynią góruje purpura. Dziwaczna parodia nieba wdziera się pod powieki czerwienią, przyprawia o mdłości. Niewyraźny zarys wielkich zębatych kół, obracających się zawsze gdzieś na granicy pola widzenia, nadaje mu pozór dzieła szalonego artysty. Nie może się ruszyć. Stalowe kajdany krępują nadgarstki za plecami i oplatają łańcuchem wbity w ziemię pal. Druga para wyrasta wprost z popękanej gliny, zamykając kostki w zimnym uścisku. Jak ręce nieboszczyka. Przed nią stoi ten, przed którym próbowała uciec. Przygląda się kobiecie drapieżnie, napawa własnym triumfem. Smakuje zwycięstwo. A potem uśmiecha się w ten przedziwny sposób, który zawsze kojarzył jej się z…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych