Wróć do katalogu

Czarownica Nadira

Młody chłopak udaje się do nowej w mieście czarownicy Nadiry w pewnej drobnej sprawie i zostaje wplątany w większa aferę. Jak się okazuje Nadira też nie jest typową czarownicą. Czy zyska w końcu akceptację reszty Sabatu?

LadyGiniro, opublikowano , 2 godz. 39 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Stanley człapał powoli po schodach. Kiedy wreszcie wszedł na właściwe piętro zaczął szukać drzwi z numerem 9. Na drzwiach widniało nazwisko Dewberry. Wszystko się zgadza. Sprawdził czy ma ze sobą list od Immogeny. Następnie przyjrzał się spince do włosów z żółtym kwiatkiem, którą wyciągnął od jednej ze swoich licznych znajomych na prezent dla czarownicy. Nie wyglądała na szczególnie cenną, ale także nie na szczególnie tandetną. Po kupnie apaszki nie mógł już sobie pozwolić na wydawanie większej ilości pieniędzy. Spinka musi wystarczyć. Przez chwilę wahał się czy nacisnąć dzwonek. Do tej pory był pewien, że nie będzie problemu, w końcu na ogól radził sobie z kobietami, ale czarownice to zupełnie inna działka. Poza tym Immogena wyraźnie dała mu do zrozumienia, że za wysokie progi dla niego. No nic, trzeba po prostu przyjrzeć się tej Nadirze i samemu ocenić. Zdecydowanym ruchem wyciągnął rękę i nacisnął dzwonek. Po kilku chwilach czekania nacisnął znowu. Zanim wreszcie drzwi się otworzyły Stanley nie miał pojęcia jak bardzo dokładnie będzie mógł się przyjrzeć Nadirze. W końcu mało która czarownica otwiera drzwi ociekając wodą, w samym tylko ręczniku kąpielowym owiniętym wokół bioder.

****

Młody, jasnowłosy mężczyzna w wystającej z jeansów pomiętej koszuli zdawał się być w szampańskim nastroju. Mogło to mieć coś wspólnego z faktem, że tego jesiennego popołudnia spacerował w towarzystwie trzech roześmianych studentek Akademii Praktyk Magicznych. Nauka w Akademii znajdującej się w stolicy, nie była łatwa, ale przynajmniej nie wymagała żadnych specjalnych magicznych umiejętności. Te posiadały wyłącznie istoty magiczne i czarownice. Wykłady dotyczyły więc głównie obchodzenia się z magicznymi stworzeniami, obsługi magicznych przedmiotów, historii magii, współczesnej polityki magicznej i oddziaływania magii na technikę. - Jak na Akademię Praktyk Magicznych wałkujemy cholernie dużo teorii – poskarżyła się opalona blondynka o imieniu Lucy. - Słyszałam że na trzecim roku jest więcej prawdziwej magii. To prawda Stanley? Ostatnie pytanie skierowane było do chłopaka, który zajęty był przyglądaniem się krótkiej spódniczce Jess, jej koleżanki. Odnotował, że ma ładne nogi i postanowił sobie, że poprosi ją dziś o numer telefonu, po czym z promiennym uśmiechem zwrócił się do blondynki. - To zależy jaką specjalizację sobie wybierzesz, chociaż zapewne i tak wszyscy skończymy w urzędach przybijając pieczątki na dokumentach istot magicznych. Dziewczyna skrzywiła się i zamilkła. - Chociaż o ciebie akurat się nie martwię – dodał po chwili kładąc jej rękę na ramieniu. - Ładne dziewczyny zwykle dostają lepsze stanowiska. Blondynka zaśmiała się nerwowo słysząc komplement i odwróciła twarz ukrywając zawstydzenie. - Lucy, jeśli chciałaś więcej magii mogłaś zostać czarownicą – powiedziała Nicole, długowłosa szatynka ze złośliwym uśmieszkiem. - Ja i Jess uważamy, że masz zadatki. - Jessica... - zajęczała Lucy z wyrzutem. - Ja nic nie mówiłam – broniła się dziewczyna w krótkiej spódniczce. - Czarownice to same dziwne baby. Nie nadawałabym się do nich. Ja jestem normalna – oświadczyła Lucy wyzywająco jakby czekając, aż ktoś zaprzeczy. Żadna z dziewczyn nie wyraziła swojej opinii nie chcąc wywoływać kłótni. Zanim jednak zdążyła zapaść krępująca cisza odezwał się Stanley. - Znam jedną czarownicę. Całkiem fajna z niej dziewczyna. - Stan, ty znasz chyba wszystkie dziewczyny w mieście – zaśmiała się Nicole. Stanley uśmiechnął się tylko w odpowiedzi. Chwilę potem cała czwórka wkroczyła do ubogiej dzielnicy pełnej starych kamienic. Banda dzieciaków grających w piłkę nożną hałasowała niemiłosiernie. - Chociaż słyszałam, że w końcu przestałeś skakać z kwiatka na kwiatek. Czyżbyś się zakochał? - Szatynka nie dawała za wygraną. Słysząc to chłopak wytrzeszczył oczy, po chwili wybuchając lekko nerwowym śmiechem. - Pierwsze słyszę. Nie wiem skąd wytrzasnęłaś tę informację Nicole, ale zapewniam cię, że to nie prawda. Wciąż jestem do waszej dyspozycji, drogie panie. - Naszej i połowy Akademika – mruknęła Lucy z lekkim wyrzutem. - Podobno przestałeś zapraszać do siebie dziewczyny. - Nicole wyraźnie chciała wybadać grunt. Stanley był jednym z nielicznych naprawdę przystojnych studentów Akademii Praktyk Magicznych, w związku z czym cieszył się sporym zainteresowaniem ze strony dziewcząt. Chłopak doskonale o tym wiedział i lubił to wykorzystywać dla własnych korzyści, przymilając się do praktycznie każdej przedstawicielki płci pięknej jaką spotykał na swej drodze. Te, które już go znały, rzadko kiedy brały go na poważnie, choć było też kilka, które chciały czegoś więcej. On jednak związków unikał jak ognia i zazwyczaj ograniczał się do kilku niezobowiązujących spotkań. Twierdził, że jest na etapie testowania czego właściwie chce i puki co nie zamierza mieć dziewczyny. Mimo wszystko jednak chłopak był lubiany i zawsze kiedy potrzebował notatek, albo jakiejś drobnej przysługi, mógł się zwrócić do jednej ze swoich pomocnych koleżanek. Tak naprawdę jego reputacja casanovy odrobinę go wyprzedzała. Na pierwszym roku studiów powstało kilka głupich plotek na jego temat, w tym pogłoska, że spotykał się kiedyś z żoną samego rektora, co było oczywistą bzdurą, a także że codziennie sprowadza sobie do pokoju inną zdobycz, co także było nieprawdą. Jego kumple z akademika, Jeff i Dylan nie pomagali, kiedy dla zabawy zaczęli potwierdzać wszystko co usłyszeli na jego temat, a nawet dodawać gorące szczegóły. Na początku Stana również to bawiło, potem jednak trochę go znudziło. Na szczęście plotkujący też chyba postanowili w końcu przerzucić się na inne tematy, biorąc pod uwagę, że do Nicole jeszcze nie dotarła informacja o tym jak to niby niedawno sprowadził sobie trolicę, albo coś w tym stylu. - To jeszcze nic nie znaczy – odparł wymijająco. Ta dyskusja stanowczo przestawała mu się podobać. - Więc nie miał byś nic przeciwko gdybym wpadła dziś wieczorem i pomogła ci zdementować tę plotkę? - zapytała Nicole uśmiechając się zalotnie. Lucy prychnęła pod nosem. Stanley przez chwilę zastanawiał się jak na to odpowiedzieć. Nagle tuż przed jego uchem przeleciała piłka. Rzucił się za nią i jednym zręcznym kopnięciem posłał ją z powrotem na podwórko do bawiących się dzieci. Przez chwilę myślał, że uparta Nicole wróci do tematu, ale na szczęście odezwała się Jessica wskazując na podniszczony ceglany mur. - Ostatnio często widuję ten znak. Myślicie, że to dlatego, że zbliża się rocznica Zaślubienia Magii? Dziewczyna zmarszczyła brwi przyglądając się czerwonemu symbolowi nakreślonemu sprajem na murze. Linie układały się w romb stopniowo zwijający się w spiralę. Symbol rzeczywiście w pewnym sensie wiązał się z ważnym świętem, jednak obecnie nie miał on pozytywnego wydźwięku. Przed Zaślubieniem Magii znak ten miał podobno odpędzać czarownice. Mówiono nawet, że pozbawia je mocy. Było to jednak w odległych czasach kiedy po ziemi chodziły bóstwa, po których pozostałością jest magia, magiczne przedmioty i surowce. W epoce przed Zaślubieniem Magii owe bóstwa i magiczne istoty toczyły wojnę z czarownicami, uważając że jako ludzie nie mają one prawa do korzystania z magii, podczas gdy zwykli niemagiczni obywatele gonili z widłami jednych i drugich. Konfliktom tym, a przynajmniej ich części położył kres ślub czarownicy Gabrielli z bóstwem opiekuńczym istot magicznych, Symnem. Uroczysta ceremonia, która miała ich połączyć zyskała symboliczne znaczenie jako akt zawarcia pokoju między wszystkimi użytkownikami magii. Potomek tych dwojga miał otrzymać prawo do zajęcia Kamiennego Tronu w świątyni, która stoi do dziś na obrzeżach stolicy i stworzyć niezależne państwo dla istot magicznych i czarownic. Z tych planów oczywiście nic nie wyszło bo Gabriella umarła wkrótce po ślubie, a zrozpaczony Symn wraz ze swym rodzeństwem opuścili ten świat. Niedługo potem wszystkie bóstwa podążyły w jego ślady. Pakt jednak nadal obowiązywał i odtąd Zaślubienie Magii uważa się powszechnie za pierwszy krok do wspólnej pokojowej egzystencji ludzi i istot magicznych. Te fakty są powszechnie znane nawet wśród dzieci, a Stanley dodatkowo był na kilku wykładach dotyczących Zaślubienia i gdyby nie miał teraz do czynienia z innymi studentkami natychmiast wykorzystałby tę okazję, żeby zabłysnąć wśród pań swoją erudycją. - To nie ma nic wspólnego z Zaślubieniem – powiedziała Lucy patrząc sceptycznym okiem na krzywo wymalowany symbol. - Kolejna durna sekta próbuje naciągnąć ludzi na kasę. - Sekta? - zainteresowała się Jess. - Przyjmują tylko istoty magiczne – wtrąciła Nicole. - A Martin, ten elf z naszego roku przysięga, że widział Rosannę i Fenitha... albo Fenesa. Imiona, które padły należały do rodzeństwa Symna, jednak w ustach Nicole i w kontekście wypowiedzianego przez nią zdania brzmiały absurdalnie głupio. Stanley chętnie by jej to wytknął, ale w porę przypomniał sobie, że dziewczyna jest niebywale atrakcyjna. Poza tym Lucy go w tym wyręczyła. - Martin to idiota skoro wierzy w takie głupoty. Rosanna, najłagodniejsze z bóstw, w sekcie? Nie mógł chyba wymyślić większej bzdury. Dziewczyny zmierzyły się wzrokiem. Stanley przeczuwał, że za chwilę zaczną się kłócić, a nie miał ochoty ich rozdzielać, więc postanowił czmychnąć puki czas. Powiedział im, że musi skoczyć do sklepu, pożegnał się grzecznie i pośpiesznie się oddalił. Na do widzenia usłyszał od Lucy żeby nie przepuścił wszystkiego na alkohol. Stanley podziękował jej za radę, będącą za pewne kolejnym skutkiem wybujałej wyobraźni Jeffa i Dylana, po czym uśmiechnął się pod nosem. Po pierwsze nie zostało mu już wiele pieniędzy do przepuszczenia, a po drugie zamierzał resztkę, która mu pozostała, przeznaczyć na mleko.

****

Stanley Whiteley był przystojny, popularny i pewny siebie. Miał też swój mały sekret i był przekonany, że gdyby wyszedł na jaw, zrujnowałoby to jego reputację, nie wspominając o tym, że Dylan, Jeff i reszta kumpli nie daliby mu spokoju. Dlatego właśnie jedynie nieliczni wiedzieli, że Stan był strasznym kociarzem. - Martho? - zawołał łagodnym, przyciszonym głosem tak nie podobnym do dźwięcznego, pewnego tonu, którego używał jeszcze niedawno w rozmowie z Lucy, Nicole i Jess. Upewnił się, że drzwi do jego pokoju są zamknięte na klucz po czym zawołał jeszcze raz, rozglądając się po skromnym, małym, pokoiku. Nie łatwo było wypatrzeć kota wśród porozrzucanych ubrań, papierków, pustych puszek i lepiącej się do dywanu rozsypanej kociej karmy. Po chwili rozległ się szelest i na łóżko wskoczyła zgrabnym ruchem koszmarnie brzydka, gruba, szara perska kotka. Jej nonszalanckie miauknięcie brzmiało jak skrzypnięcie nienaoliwionych drzwi. Stanley wziął Marthę na ręce i zaczął gładzić jej futerko. Ta wykręcała się niezadowolona i podrapała go po twarzy. Chłopak nie zwrócił na to najmniejszej uwagi, ale w końcu dotarło do niego, że kotka nie jest w nastroju. Chwycił więc zaimprowizowaną miskę z kubka po jogurcie i nalał do niej mleka. Martha łaskawie pozwoliła się podrapać za uchem kiedy piła.

****

Stanley przygarnął Marthę kilka dni temu. Błąkała się pod budynkiem Akademii moknąc na deszczu. Dla każdego innego przechodnia wyglądałaby jak sfatygowany, źle wyciśnięty mop, ale dla Stanleya była uosobieniem kociego ideału piękna. Przemycenie jej do swojego pokoju kosztowało go mnóstwo zadrapań na twarzy i rękach, co dało początek kolejnej pogłosce o zazdrosnej dziewczynie, która postanowiła przywołać go do porządku. Ponadto opieka nad kotem w Akademiku okazała się dość kłopotliwym zajęciem zwłaszcza, że za trzymanie u siebie zwierzęcia można wylecieć z hukiem na bruk. Mimo to Stan uwielbiał Marthę i ani myślał się jej pozbyć. Tylko jedna rzecz nie dawała mu spokoju. Kotka strasznie hałasowała w nocy. W ciągu dnia wylegiwała się na łóżku i przeciągała leniwie, ale w nocy Stanley musiał nakrywać głowę poduszką żeby nie słyszeć drapania w ścianę i przesuwania przedmiotów. Tej nocy jednak szuranie, piski i brzęki były wyjątkowo głośnie i uporczywe. - Martho zlituj się! - jęknął siadając na łóżku. Kotka leżała zawinięta w jego brudną bluzę i nie raczyła nawet podnieść na niego wzroku całkowicie ignorując fałszywe oskarżenie. Zaskoczony Stanley wytrzeszczył oczy na sprawcę całego zamieszania.

****

- Duch? - zaśmiała się Immogena gładząc palcami fioletową apaszkę, którą Stanley przyniósł jej w prezencie. Przychodząc do czarownicy w interesach należało przynieść jej drobny upominek. Chociaż Stanley i Immogena byli przyjaciółmi, tego dnia nie przyszedł z wizytą towarzyską. Musiał się więc stosować do zasad dobrego wychowania rządzących kontaktami czarownica - interesant. Czarownice były osobliwą grupą społeczną. Na swój sposób pilnowały miasta. Nie tak jak policja czy rząd. Czarownice zawsze trzymały się z dala od polityki. Zajmowały się wyłącznie sprawami dotyczącymi magii. Ich opieka była dużo mniej oficjalna i prawie nigdy darmowa. Idąc na spotkanie w interesach z czarownicą należało przynieść podarunek nawet jeśli ostatecznie nie skorzysta się z jej usług. Opłata za udzielenie pomocy z kolei to oddzielna sprawa. Jednak na ogół ludzie korzystają z tej pomocy w drobnych sprawach, za które czarownice nie inkasują dużo pieniędzy. Tak wygląda oficjalna strona ich kontaktów ze zwykłymi ludźmi. Stanley jako student Akademii Praktyk Magicznych znał także kilka innych szczegółów dotyczących organizacji społeczności czarownic. Były zamkniętą grupą, trzymającą dystans zarówno od magicznych istot jak i od niemagicznych ludzi. Większość, zwłaszcza tych starych obracała się wyłącznie w kręgu innych czarownic. Ich siła leżała głównie w poczuciu wspólnoty. Potrafiły się wzajemnie wspierać i murem stawać za sobą, lecz jeśli któraś podpadła grupie lub nie została zaakceptowana przez resztę nie miała czego szukać w mieście. Pod tym względem czarownice trochę przypominały mafię. Kwestią, która dla wielu stanowi zagadkę pozostaje to jak czarownica nabywa (i czy w ogóle nabywa) umiejętności magiczne. Najbardziej powszechna teoria mówi, że podstawową umiejętnością czarownicy jest rozpoznawanie i korzystanie ze wszystkiego co posiada właściwości magiczne. Mówi się, że czarownice potrafią posługiwać się magią tak jak woda przewodzi prąd. Pozwalają jej przez siebie przepływać, co czasem owocuje nabyciem przez nie różnych nietypowych umiejętności jednak nie jest to regułą. Niektóre czarownice mimo lat praktyki nigdy nie nabywają żadnych mocy nawet jeśli zręcznie przewodzą magię. Nie żeby można było po którejkolwiek poznać co tak naprawdę potrafi... Ogólnie jednak być czarownicą oznacza posiadać większą wrażliwość na magię, co zdecydowanie ułatwia z niej korzystanie biorąc pod uwagę jak bardzo instynktowna jest to czynność. Można tę wrażliwość nabyć, jednak większość czarownic rozpoczyna naukę w najmłodszych latach. Dzieciom łatwiej zrozumieć zasady rządzące prądami magicznej energii bo nie mają jeszcze tak logicznych umysłów jak dorośli. Immogena, która była przyjaciółką Stana z dzieciństwa, również rozpoczęła wcześnie swoje nauki i jak się okazało miała nieprzeciętny talent, dzięki któremu zaszła dość daleko w hierarchii. Na ogół jednak była dyskretna, więc nie mógł liczyć na żadne dodatkowe informacje w tych kwestiach. Słyszał od niej za to opowieści o innych czarownicach i z całą pewnością potwierdzało to teorię, że faktycznie są zbieraniną cholernie dziwnych bab. Młoda i sympatyczna Immogena zdawała się do nich nie pasować. Dlatego dziękował bóstwom, że może wykorzystać ich znajomość w załatwieniu swojej kłopotliwej sprawy. - Tak, przecież mówię, że cholerny duch – powiedział znużonym tonem rozpierając się wygodnie na miękkiej kanapie obok dziewczyny. Obicia kuły w oczy wyjątkowo nieprzyjemnym kwiatowym wzorkiem, który jednak o dziwo pasował do ciężkich pomarańczowych zasłon. Immogena uwielbiała swoje mieszkanie głównie dlatego, że było tak koszmarnie urządzone. Pewnie myślała, że obskurny wystrój wnętrza upodobnia ją trochę do reszty czarownic, które w porównaniu z nią były strasznymi dziwaczkami. - Jak mogłeś nie zauważyć, że od kilku dni w twoim pokoju grasuje duch? Nie było żadnych znaków, poprzestawianych przedmiotów? - Dziewczyna odrzuciła swoje długie rude włosy i zawiązała fioletową apaszkę na szyi. Stan stwierdził z satysfakcją, że prezent jej się podoba. - Mam u siebie spory bałagan, wiesz? Trudno cokolwiek znaleźć, a co dopiero zauważyć, że kilka rzeczy leży nie tak jak je zostawiłem. Poza tym słyszałem hałasy, ale myślałem, że to kot, którego ostatnio przygarnąłem. - I jeszcze zgarnąłeś z ulicy jakiegoś nieszczęsnego dachowca? Wyrzucą cię za to z Akademika, o ile już nie planują tego zrobić za ten bałagan. Stanley nie zwrócił uwagi na marudzenie dziewczyny bo Lemon, czarno-biała kotka Immogeny z wiecznie nastroszonym futerkiem wskoczyła mu właśnie na kolana. Większość czarownic posiadała swojego kota, ot tak ze względów estetycznych. Za to studentom nie wolno było żadnego posiadać co Stanley uważał za jawną niesprawiedliwość. Koty wiązały się przecież nieodłącznie z magiczną symboliką. - Właśnie w tej sprawie do ciebie przychodzę – wymruczał chłopak pochłonięty drapaniem Lemon za uszkiem. - Nie mogę zgłosić tego ducha na uczelni. Jeśli ktoś przyjdzie mnie skontrolować, zobaczy Marthę. A przecież nie wyrzucę biednego kotka na bruk. Musisz mi pomóc bo inaczej mnie wywalą. - Ciężka sprawa – powiedziała Immogena marszcząc nos. - Obawiam się że nie mogę się zająć egzorcyzmami. Wyjeżdżam dziś do ciotki Evy, a jeszcze się nawet nie spakowałam. Wracam dopiero na następny Sabat. - Kate, proszę cię – Stanley użył prawdziwego imienia Immogeny, które nosiła nim została czarownicą. Wypowiedział je delikatnie błagalnym tonem, którego zwykle używał do łagodnej perswazji. - Immogeno, proszę cię – poprawiła stanowczo płowowłosa, ale jej rysy złagodniały na chwilę. - Nie jestem jedyną czarownicą w mieście. Możesz poprosić inną. - Wciąż pamiętam czasy kiedy byłaś po prostu Kate – powiedział z lekkim wyrzutem przysuwając się do niej bliżej i obejmując ją ramieniem. - Liczyłem, że ze względu na starą przyjaźń będziemy mogli jakoś umówić się w kwestii zapłaty. Chwilowo moje wszystkie środki są zamrożone. - Zamrożone? - prychnęła Immogena odwracając twarz. - To żadna nowość, że znowu jesteś spłukany. Po chwili jednak westchnęła i podniosła się z kanapy sięgając po pióro i atrament. - No dobrze. - usiadła i zapisała na kartce kilka słów. - Dam ci adres do kogoś kto zgodzi się poczekać na pieniądze. Napiszę list polecający. Myślę, że Nadira wyświadczy mi małą przysługę. - Jesteś cudowna – zawołał Stanley biorąc od niej karteczkę z adresem. - A ta Nadira...? Nowa w mieście? Immogena pokiwała głową zajęta pisaniem listu. - Tak. Dopiero będzie starać się o naszą akceptację. - Młoda? - zagadnął z ciekawości. Kolejne kiwnięcie. - Nie do wiary, że wysyłasz mnie jakiejś innej czarownicy. – Stan postanowił się z nią podrażnić. - Nie martwisz się jak daleko mogę się posunąć w negocjacjach? Immogena zaśmiała się głośno i pokręciła głową. - Obawiam się, że Nadira nie da się nabrać na twoje sztuczki, więc możesz sobie od razu darować. - Spokojnie Kate, wszystkie moje najlepsze sztuczki trzymam dla ciebie – odparł Stan. Postanowił przemilczeć, że jej słowa zabrzmiały dla niego jak wyzwanie. Zauważył ostatnio, że opowieści o jego nowych podbojach zaczęły ją drażnić. - Proszę – dziewczyna po chwili podała mu krótki liścik. - To powinno załatwić sprawę. Tylko zachowuj się wobec Nadiry jak dżentelmen – dodała z tajemniczym uśmieszkiem. - Jak zawsze – zapewnił żartobliwie Stanley ujmując dłoń Immogeny i delikatnie wyjmując z niej kartkę. Kiedy wychodził jego myśli krążyły już koło tajemniczej nowej czarownicy. Nie zapytał Immogeny czy jest ładna, bo wiedział, że takie pytania są w złym guście i tylko zirytowałyby przyjaciółkę, ale tak naprawdę był ciekawy. I wtedy przypomniał sobie, że jeśli negocjacje pójdą pomyślnie będzie musiał zaprosić ją do swojego pokoju by zajęła się duchem. Jeśli zobaczy bałagan który tam panuje wysiłki Stana by zrobić dobre wrażenie spełzną na niczym. A zresztą... można przecież zwalić to na ducha.

****

Stanley człapał powoli po schodach. Kiedy wreszcie wszedł na właściwe piętro zaczął szukać drzwi z numerem 9. Na drzwiach widniało nazwisko Dewberry. Wszystko się zgadza. Sprawdził czy ma ze sobą list od Immogeny. Następnie przyjrzał się spince do włosów z żółtym kwiatkiem, którą wyciągnął od jednej ze swoich licznych znajomych na prezent dla czarownicy. Nie wyglądała na szczególnie cenną, ale także nie na szczególnie tandetną. Po kupnie apaszki nie mógł już sobie pozwolić na wydawanie większej ilości pieniędzy. Spinka musi wystarczyć. Przez chwilę wahał się czy nacisnąć dzwonek. Do tej pory był pewien, że nie będzie problemu, w końcu na ogól radził sobie z kobietami, ale czarownice to zupełnie inna działka. Poza tym Immogena wyraźnie dała mu do zrozumienia, że za wysokie progi dla niego. No nic, trzeba po prostu przyjrzeć się tej Nadirze i samemu ocenić. Zdecydowanym ruchem wyciągnął rękę i nacisnął dzwonek. Po kilku chwilach czekania nacisnął znowu. Zanim wreszcie drzwi się otworzyły, Stanley nie miał pojęcia jak bardzo dokładnie będzie mógł się przyjrzeć Nadirze. W końcu mało która czarownica otwiera drzwi ociekając wodą, w samym tylko ręczniku kąpielowym owiniętym wokół bioder. Zaskoczony Stan wytrzeszczył oczy nie mogąc przez chwilę oderwać wzroku od Nadiry. - Szukam czarownicy Nadiry – wydukał wreszcie. - To ja. Wejdź – odpowiedział mu spokojny głęboki głos. - A-ale ty jesteś... - zająknął się. - ...w samym ręczniku? Mały wypadek z eliksirem. - ...facetem. - dokończył wreszcie Stan. - Nie da się ukryć – odpowiedział Nadira jak gdyby nigdy nic i gestem wskazał chłopakowi drogę do środka. Z jego czarnych, wyraźnie wymagających przycięcia włosów spadła kropelka wody i spłynęła po niezaprzeczalnie męskim torsie. Stanley niepewnie przekroczył próg mieszkania, zastanawiając się czy Immogena nie wykręciła mu jakiegoś brzydkiego numeru. Przedpokój prowadził do niewielkiego saloniku, który urządzony był dokładnie tak jak większość pokoi, w których czarownice zwykły przyjmować gości. Ze ścian w kolorze uspakajającej zieleni zwisało mnóstwo przeróżnych amuletów i talizmanów. Na biurku obok pełnej starych, sfatygowanych książek walały się flakoniki z różnymi substancjami wydzielającymi specyficzny, chemiczno-ziołowy zapach. - Usiądź proszę – powiedział Nadira wskazując na fioletową kanapę pełną poduszek z frędzelkami. Stanley usiadł niezgrabnie, odgarniając na boki miękkie poduszki i zaczął obserwować mężczyznę w ręczniku. Nie było mowy o pomyłce. Pomijając pozbawioną biustu sylwetkę, osobnik posiadał typowo męskie, twarde rysy twarzy, mocno zarysowane kości policzkowe i ślady trzydniowego zarostu. Ta czarownica definitywnie nie jest kobietą. O ile w ogóle jest czarownicą. Tymczasem Nadira jak gdyby nigdy nic krzątał się po mieszkaniu zapalając kadzidełka. - Kawy? – zapytał nagle czarnowłosy odwracając się do Stana z zapalonym kadzidełkiem w dłoni. - Nie, dziękuję. - Rozgość się. Ja pójdę coś na siebie włożyć. - Nareszcie – mruknął Stan zanim zdążył ugryźć się w język. Nadira zignorował to i opuścił pokój. Stanley przez chwilę wdychał woń kadzidełek i zastanawiał się dokąd właściwie prowadzi ta sytuacja. A kiedy naiwnie pomyślał, że nic bardziej absurdalnego nie może już się zdarzyć, do pokoju przez drzwi, którymi przed chwilą wyszedł Nadira, wparadował dumnie spasiony basset. Jakby tego było mało na głowę miał założoną opaskę z kocimi uszkami, przytwierdzoną tak aby nie spadła. Na obroży widniało imię „Roki”. Pies popatrzył na chłopaka znudzonym wzrokiem po czym spróbował władować się z całym swoim cielskiem na pobliski fotel. Ze skutkiem negatywnym. Zwalił się jak długi na podłogę po czym podniósł się i spojrzał na Stana jakby chciał powiedzieć „nie widziałeś tego”. Następnie poczłapał pod stół i tam się ułożył. - Pies z kocimi uszkami? - zdziwił się Stan na głos kiedy wrócił Nadira, tym razem w pełnej garderobie i zajął miejsce w fotelu, na który baset przed chwilą próbował się wdrapać. - Mam alergię na koty – przyznał Nadira. Jego ciemne, przydługie włosy sięgające niemal ramion wciąż były wilgotne, a błękitna koszula przylegała do ciała. Mimo to siedział rozparty w fotelu i mierzył Stanleya uważnym spojrzeniem jak przystało na czarownicę na pierwszym spotkaniu z klientem. - Więc? Z czym przychodzisz? - zapytał w końcu. - Ach, no tak. Przychodzę po pomoc. Wszystko jest w tym liście – wymamrotał Stan podając przez dzielący ich stolik karteczkę od Immogeny. - I... - zawahał się – przyniosłem podarunek. Niepewnym ruchem położył na stoliku spinkę do włosów z żółtym kwiatkiem. Sytuacja zaczynała się robić coraz bardziej niezręczna. Na szczęście Nadira tylko kiwnął głową obrzucając podarek przelotnym spojrzeniem i zabrał się za czytanie listu. - Jesteś przyjacielem Immogeny – powiedział w końcu gdy skończył czytać. - Tak. - I chwilowo nie możesz mi zapłacić. - Tak – ponownie potwierdził Stan tym razem z większym zakłopotaniem. - Dobrze. Kwestię płatności omówimy później. Na razie zajmiemy się tym duchem. - Poważnie masz zamiar się tym zająć? Osobiście? - zdziwił się Stanley. - Oczywiście. - zapewnił Nadira.- Posiadam wszelkie kwalifikacje i doświadczenie do tego zadania. - Ale... Ale dlaczego facet jest czarownicą? - wykrztusił w końcu dręczące go pytanie. Nadira przez chwilę marszczył brwi w konsternacji. Była to pierwsza oznaka głębszych emocji na jego spokojnej, rozluźnionej dotąd twarzy. Stanley pomyślał wtedy, że być może zadał nietaktowne pytanie, ale ciekawość nie pozwoliła mu go wycofać. Czarownica spojrzał na wciąż trzymany w dłoni list od Immogeny i przeniósł wzrok na chłopaka. - Tradycja rodzinna – padła w końcu odpowiedź. - Po jednej czarownicy w każdym pokoleniu naszej rodziny. - Och – tylko tyle Stan zdołał na to powiedzieć. Zanim jednak zapanowała niezręczna cisza wypalił jeszcze – No to głupio wyszło, że nie masz siostry. - Moja siostra, Loren, od dziecka chciała być prawniczką – powiedział niespodziewanie Nadira, po czym jego oczy przybrały zamyślony wyraz, a na twarzy zupełnie nieoczekiwanie wykwitł lekki uśmiech. - Zawsze była zdolna. Tylko by się zmarnowała jako czarownica. Stanley po raz kolejny tego dnia poczuł się bardzo niezręcznie, bo najwyraźniej trafił na historię rodzinną, w którą nie powinien się mieszać. Jednak mimowolnie pociągnął temat. - A co z tobą? Nie miałeś żadnych własnych planów na przyszłość? - Nic konkretnego. - Ale na pewno nie chciałeś skończyć w babskiej robocie – rzucił Stan zanim zdążył ugryźć się w język. - Robię to co jest do zrobienia, tak postępują mężczyźni – odparł Nadira bez śladu urazy czy goryczy w głosie. Stan nie wiedział co o tym myśleć. Nadira powiedział, że nie miał własnych planów, ale to było boleśnie oczywiste, że w takiej sytuacji musiał z czegoś zrezygnować dla szczęścia siostry. Jednak delikatność z jaką wymawiał imię Loren sugerowała, że bardzo ją kocha. Stanley wiedział, że Nadira dla jej marzenia zdecydował się iść niełatwą ścieżką. Mężczyźnie w świecie czarownic nie łatwo było znaleźć sobie miejsce, nie mówiąc już o akceptacji pozostałych czarownic. Pewnie dlatego tak łatwo zgodził się na prośbę Immogeny. Potrzebował jej poparcia. Stan zdawał sobie sprawę z tego, że ze względu na ich przyjaźń może cieszyć się u Nadiry specjalnymi względami. Przeszło mu przez myśl, że mógłby to jakoś bardziej wykorzystać na swoją korzyść. Po chwili jednak zawstydził się tej myśli i postanowił nie przeciągać struny. Facet i tak miał już pod górkę. Nie powinien robić mu dodatkowych kłopotów. - To jak? Idziemy do tego ducha? - zapytał Nadira wyrywając chłopaka z zamyślenia. - Teraz? - zdziwił się. - Czemu nie? I tak miałem wyprowadzić Rokiego na spacer.

****

Tego dnia u Stanleya wyczerpał się limit poczucia wstydu, więc nawet nie zwrócił uwagi na podejrzane spojrzenia ludzi, kiedy szedł wraz z Nadirą trzymającym na smyczy opieszałego baseta próbującego udawać kota. Nieopodal akademika zostawili psa nawet go nie uwiązując. Nadira nakazał Rokiemu nie ruszać się z miejsca, a ten o dziwo usiadł posłusznie i wpatrywał się tępym wzrokiem w przestrzeń. Odchodząc, Stan obejrzał się na niego, a ten wciąż tkwił w miejscu nieruchomy jak posąg. Nim jeszcze dotarli do drzwi pokoju, Stan zaczął już przetrząsać kieszenie w poszukiwaniu klucza. Pod właściwymi drzwiami wciąż jeszcze go szukał. Po dobrej minucie znalazł go w portfelu i niecierpliwym ruchem wcisnął go w zamek energicznie przekręcając. Zapraszającym gestem wskazał Nadirze wejście, po czym podążył za nim. - Niedobrze – Nadira wzdrygnął się przez moment. - Co się stało? - zapytał Stan. - Wyczułeś coś złego? - Nie, tylko twojego kota. Na łóżku pojawiła się kotka i zaczęła się wpatrywać w nich podejrzliwym wzrokiem. Nadira wyjął chusteczkę higieniczną z kieszeni i próbował dyskretnie wytrzeć nos. Nagle drzwi zamknęły się z hukiem. Atmosfera w pomieszczeniu wyraźnie się zmieniła. - Myślałem, że pojawia się w nocy. - Tak było – potwierdził Stan. - Wygląda jakby reagował na ciebie. Nadira pokiwał głową w zamyśleniu po czym podniósł z podłogi pomiętą białą bluzę i zwrócił się do blondyna. - Pomóż mi pozbierać to z podłogi. Po chwili uprzątnęli podłogę ze śmieci i ubrań, po czym Nadira wyjął kredę i zaczął rysować krąg, kreśląc wewnątrz skomplikowane symbole. Część z nich Stanley rozpoznawał. Były to symbole używane przy egzorcyzmach, jednak nie układały się w znany mu porządek. - Na pewno wiesz co robisz? - zapytał w końcu. - To mi nie wygląda na prawidłowy krąg do egzorcyzmów. - To krąg porozumienia – rzucił Nadira przez ramię. - Krąg porozumienia? Chcesz rozmawiać z tym duchem? Po co? Nadira wskazał ruchem głowy na perską kotkę obserwującą ich spomiędzy fałd pościeli. - Duch pojawił się kiedy przygarnąłeś kota, prawda? Nie słyszałeś o tym, że przedmioty ważne dla zmarłego przyciągają duchy? - Słyszałem, ale gdyby kot mógłby być takim przedmiotem po mielibyśmy w mieście niewyobrażalną ilość duchów starszych pań. - To nie jest zwykły kot – zakomunikował Nadira. - To kot czarownicy. Stanley otworzył szeroko oczy ze zdziwienia. - To znaczy, że nawiedza mnie duch czarownicy? - Tak. Co więcej rozpoznał mnie jako drugą czarownicę, dlatego myślę, że chce porozmawiać. Czarownice w jakiś sposób zawsze potrafią się rozpoznać. Mimo to Stan nie spodziewał się, że Nadira również posiada tą umiejętność. Nie miał nic do tego faceta, jednak nie mógł oprzeć się wrażeniu, że męska czarownica jest trochę wybrakowanym towarem. Nadira ustawił w kręgu krzesło. Wziął też poduszkę i ułożył ją naprzeciwko. - Nie wchodź do kręgu kiedy będę rozmawiał – poinstruował Stana. - Zobaczę czy uda mi się załatwić to dyplomatycznie. Chłopak pokiwał głową siadając na łóżku obok Marthy i patrzył jak Nadira zajmuje miejsce na poduszce w kręgu, po czym wyjmuje z kieszeni jeden z amuletów wspomagających rzucanie zaklęć. Po chwili skupienia zaczął recytować inkantację zapraszając ducha do przekroczenia kręgu porozumienia. Ostatnie słowa zaklęcia utonęły w ciszy gdy krąg odgrodził Nadirę od świata zewnętrznego. Na krześle ustawionym w kręgu zarysował się kobiecy profil. Stanley musiał skupić wzrok by dostrzec niewyraźne, półprzezroczyste rysy twarzy staruszki. Przyblakła postać widoczna była tylko z lewej strony, prawa zdawała rozpływać się w powietrzu. Nadira przemówił do niej. Nie było słychać słów. Stan obserwował tylko ruchy jego warg i mimikę twarzy. Ich rozmowa zdawała się trwać w nieskończoność. Stanleya zaczęły ogarniać złe przeczucia. Nadira wyglądał na skoncentrowanego i na ile było to widać po jego twarzy zdenerwowanego. Czyżby negocjacje nie szły pomyślnie? Czemu ta stara wiedźma uwzięła się na niego? O ile dobrze pamiętał nie naraził się nigdy żadnej czarownicy, a teraz nawet dbał o kota jednej z nich. Chyba nie obejdzie się bez intensywnych egzorcyzmów. Co za pech! Zobaczył jak Nadira w końcu podnosi się z poduszki, a duch powoli rozpływa się w powietrzu. Linie wyrysowane kredą zmieniły się sypki proszek i zmieniły starannie nakreślony krąg w bezkształtną plamę. - I co? - zapytał zniecierpliwiony. - Załatwione – odparł Nadira. - Powiedziała, że odchodzi ze świata żywych. - Tak po prostu? - zdziwił się Stan. - Dyskutowaliście chyba przez pół godziny. Nadira zmarszczył brwi jakby nie wiedząc co powiedzieć. - Sprawa jest trochę bardziej skomplikowana niż się spodziewałem – przyznał Nadira. - Jednak ciebie to już nie dotyczy. Duch opuścił to miejsce. - No to całe szczęście – odparł Stan, który postanowił się nie mieszać w ową tajemniczą sprawę. - Muszę iść. Roki czeka. Wpadnij po Sabacie omówić sprawę zapłaty. Nadira ruszył w stronę wyjścia. - Jasne. Dzięki za pomoc. - Jeszcze jedno – rzucił czarownica na odchodnym. - Greta dziękuje ci za opiekę nad jej kotką.

****

Nadira ułożył talerz czekoladowych babeczek w miejscu, które wskazała mu młoda jasnowłosa czarownica w długiej, kolorowej spódnicy. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego przyjaźnie po czym poprawiła kwiatowy wianek na głowie i podeszła do innej czarownicy, która akurat karmiła piersią kapryśnego niemowlaka. Sabat wbrew powszechnym przekonaniom pod pewnymi względami bardziej przypominał spotkanie towarzyskie niż naradę najbardziej wpływowych kobiet (i nie tylko) w mieście. Swoboda ubioru była przywilejem, z którego chętnie tu korzystano. Nad strojem niejednej z uczestniczek załamałaby ręce właścicielka salonu mody, która wynajmowała czarownicom pomieszczenie nad swym sklepem. Nadira rozejrzał się po gromadce kobiet krzątającej się wokół stolików z przekąskami. Oprócz blond hipiski i matki z dzieckiem zauważył dwie dyskutujące ze sobą staruszki, z których jedna szyła na drutach dla swojej wnuczki sweter z logiem jej ulubionego zespołu metalowego, bizneswoman zajętą rozmową telefoniczną, niezwykle piękną kobietę w średnim wieku obwieszoną drogocenną biżuterią, którą jak twierdziła Immogena otrzymuje od swych licznych wielbicieli, i podstarzałą aktorkę jednego filmu popularną kilka lat temu pociągającą ukradkiem kilka łyków z własnej piersiówki. Jego wzrok przeniósł się powoli na Miriam, krótkowłosą czarownicę około trzydziestki, która zajęta była opróżnianiem talerza z przekąskami. Kiedy zauważyła, że się na nią gapi posłała mu mordercze spojrzenie i mruknęła pod nosem „co on tu w ogóle robi?”. Miriam nie lubiła go od początku, a to źle wróżyło bo była jedną z ważniejszych czarownic, które miały zdecydować o jego akceptacji. Jej głos był niemal równoważny z głosem Immogeny i przewodniczącej Harmonii. Zanim jednak Nadira zdążył coś powiedzieć czarownica zabrała ze sobą talerz mięsnych pasztecików i zajęła miejsce na krześle. - Lepiej nie drażnij Miriam – powiedziała z uśmiechem Immogena podchodząc i biorąc sobie babeczkę. - Ma teraz ciężki okres. Nadira pokiwał głową, a kącik jego ust uniósł się na milimetr. Lubił Immogenę, bo od początku była dla niego miła i dała mu wiele wskazówek odnośnie postępowania z pozostałymi. - Niezłe. Sam zrobiłeś te babeczki? - zapytała z pełnymi ustami. - Jedna z niewielu rzeczy, które wychodzą mi w kuchni – odparł. - Och nie przejmuj się tym – machnęła ręką. - A jak tam sprawa Stanleya? Mam nadzieję, że nie zachował się nietaktownie. Mogłam zapomnieć wspomnieć mu, że nie jesteś kobietą. Zachichotała ciesząc się ze swojego małego dowcipu. - Zauważyłem. Przyniósł mi spinkę do włosów. - Ja przynajmniej załapałam się na apaszkę – zaśmiała się. - Tą apaszkę? - spytał wskazując dłonią fioletowy kawałek materiału owinięty wokół jej szyi. - Tak – przyznała odwracając wzrok z zawstydzeniem. - Noszę bo lubię ten kolor. - Pasuje ci – skomplementował po czym spoważniał. - Mam nadzieję, że w tym gronie nie zabija się posłańców. - Co masz na myśli? - zaniepokoiła się. - Chyba mam złe wieści. Nie wiem jak reszta na to zareaguje. - Jakie złe wieści? Czy to dotyczy Stanleya? Jej głos stwardniał z niepokoju. - Poniekąd – odparł, a widząc jej ostre spojrzenie dodał – Ale nic mu nie grozi. Teraz już nie ma z tym nic wspólnego. Immogena pokiwała głową i rozluźniła się trochę. Zanim jednak zdążyła wypytać Nadirę o szczegóły, do sali wkroczyła żwawym krokiem wysoka i chuda, stara czarownica. - A wy dlaczego jeszcze nie na miejscach, moje panie? - rzuciła rozsiadając się na krześle i niemal natychmiast zapalając papierosa. - I panowie – dodała po chwili zerkając na Nadirę zza kłębu dymu. Nadira wiedział, że Harmonia, przewodnicząca Sabatu zawsze przychodziła spóźniona zachowując się jakby była na miejscu już od dawna i zaczynała rozstawiać wszystkich po kątach, kopcąc przy tym jak lokomotywa. Nikt nigdy nie zwrócił jej na to uwagi i Nadira nie miał zamiaru być pierwszy. Pośpiesznie zajął miejsce na jednym z ustawionych w kręgu krzeseł. Kręgi były ważne dla czarownic. Symbolizowały kontrolę nad magicznymi prądami. Wszystkie co bardziej skomplikowane zaklęcia oprócz odpowiedniego amuletu wymagały także kręgu. Pozostałe czarownice również zaczęły szybko zajmować siedzenia zamykając krąg. - Witajcie siostry czarownice! - powiedziała poważnym tonem Harmonia. - Dzisiejszy Sabat uważam za otwarty. A teraz mówcie co tam u was słychać? Przez chwilę trwała ożywiona dyskusja o codzienne sprawach. Czarownice potrafiły dyskutować jak żadne inne istoty na świecie. Zaraz jednak rozmowa zeszła na poważniejsze tematy, gdy jedna ze starszych pań poskarżyła się, że od jakiegoś czasu nie otrzymała znaku życia od Grety, jednej z grona czarownic. Ten moment Nadira uznał za stosowny aby się wtrącić. Twarze wszystkich uczestniczek spotkania przybrały poważny wyraz kiedy wspomniał o duchu, z którym odbył rozmowę w kręgu porozumienia. Czarownice po śmierci zwykle wyruszały w dalszą podróż, chyba że miały jakiś powód aby zostać. Nadira postanowił podzielić się z pozostałymi treścią rozmowy, mimo iż był pewien, że przekazywanie niepomyślnych wiadomości stawia go przed nimi w złym świetle. - Przedstawiła się jako Greta. Twierdziła, że pełni funkcję opiekunki zamkniętej świątyni stojącej za miastem. Nadira przerwał jakby szukając potwierdzenia. - Mów dalej – zachęciła Harmonia pochylając się do przodu. Odrobina popiołu spadła z papierosa w jej zastygłej dłoni. - Powiedziała, że została zamordowana – kontynuował. - Co więcej skradziono jej klucz do świątyni. - Podała sprawcę? - dopytywała się Harmonia. - Sprawców – poprawił. - Nie znała żadnego z nich z nazwiska, ale powiedziała, że wszyscy prócz jednej kobiety byli istotami magicznymi. Trzech elfów i jeden wampir. Ale najbardziej niepokojące jest to, że nie potrafiła w żaden sposób zidentyfikować kobiety, która była z nimi. Kiedy próbowała skupić na niej wzrok tylko rozbolała ją głowa. Nie mogła też wymówić żadnego zaklęcia. - Jak to nie mogła wymówić zaklęcia? - przeraziła się, któraś z zebranych. - Przestała odczuwać wibracje prądów magii, a żadne inkantacje nie dawały efektu. Greta opisała też wisiorek, który kobieta nosiła na szyi. - Nadira zakreślił kwadratową spiralę w powietrzu. - Pomalowany czerwoną odpryskującą farbą kawałek drewna układający się w labirynt czarownicy. Labirynt czarownicy był pradawnym symbolem, który miał odpędzać czarownice i uniemożliwiać im korzystanie z magii. Kanciasta spirala otwartego rombu była niemal zupełnym przeciwieństwem zamkniętego koła, którego wzór upodobały sobie czarownice. Symbol ten w postaci wisiorka właśnie nosił Symn – bóstwo istot magicznych i jego rodzeństwo Rosanna oraz bliźniacy Fenes i Fenith. Kiedyś podobno rzeczywiście zakłócał działanie magii czarownic jednak po Zaślubieniu Magii – niezwykle ważnym wydarzeniu w magicznym światku całkowicie stracił swą szkodliwą moc. - Ostatnio widziałam ten symbol wiele razy wyryty w drzewach i namalowany na ścianach. – wtrąciła blond włosa hipiska. - Szczerze mówiąc trochę mnie to przeraża. - Nie bądź głupia – odezwała się starsza czarownica z kolczykami w nosie i w brodzie. - Ja też często widuję ten rysunek, ale jeszcze ani razu nie straciłam przez to mocy. - Fakt jest taki, że Greta straciła moc i nie wiadomo z jakiego powodu – odparowała tamta. - Co jeszcze wiesz? - Harmonia zwróciła się do Nadiry. - Nie wiele – odparł. - W każdym razie napastnicy chyba nie chcieli jej zabić. Greta była już wiekowa. Labirynt czarownicy czy cokolwiek ją zdekoncentrowało też nie pomogło. Kiedy próbowała się bronić dostała zawału serca. - Co z ciałem? - zapytała. Nadira zawahał się przez chwilę. - Greta nie jest pewna. Prawdopodobnie gdzieś je zakopali. Harmonia przeniosła wzrok na czarownicę, która skarżyła się na brak kontaktu z Gretą. - Auroro, zawiadom policję. Niech odnajdą przynajmniej ciało. Nie wspominaj o labiryncie czarownicy. Ostatnie czego nam potrzeba to żeby pogłoski o naszej niekompetencji rozniosły się po mieście. Aurora pokiwała głową na znak zrozumienia. Tymczasem Harmonia ponownie przemówiła do Nadiry. - Od niedawna aspirujesz do bycia jednym z nas. Na pewno ucieszy cię, że właśnie otrzymałeś swoje pierwsze zadanie. Zbadaj tą sprawę i dowiedz się kto stoi za morderstwem. Szczególnie ważne jest byś się dowiedział co pozbawiło Gretę mocy i czy rzeczywiście ma to coś wspólnego z labiryntem czarownicy. Pewnie zresztą słyszałeś już plotki o sekcie, która ostatnio robi wokół siebie dużo szumu. - Spojrzała na niego pytająco, a kiedy pokiwał twierdząco głową kontynuowała. - To dobrze. Czarownica powinna słuchać plotek. Prawdopodobnie grupa dzieciaków bawi się w tajną organizację, ale chcę żebyś to sprawdził. Jeżeli to ma coś wspólnego ze śmiercią Grety to chcę o tym wiedzieć. Rozumiesz? Nim Nadira zdążył odpowiedzieć wtrąciła się Miriam. - Czy to rozsądne dawać mu takie ważne zadanie? Dopiero dołączył, a już przynosi nam złe wieści. - To nie jego wina. - Immogena stanęła w jego obronie. - Uwzięłaś się na niego. - On tu nie pasuje. Dlatego od początku pojawiają się komplikacje. - Jest czarownicą tak jak każda z nas – powiedziała spokojnie Harmonia. - Ma szansę udowodnić, że jednak pasuje. - Harmonio, przecież to mężczyzna! - oburzyła się Miriam. - Jeśli mu tylko pozwolimy zaraz zacznie nami rozporządzać. - Jestem pewna, że żaden rozsądny mężczyzna nie odważyłby się rozporządzać czarownicą – odparła Harmonia, po czym spojrzała surowo na Nadirę, który cały czas siedział spokojnie przysłuchując się dyskusji. - Prawda Nadiro? - Oczywiście – odparł. - My czarownice nie pozwalamy tak łatwo sobą pomiatać. Miriam prychnęła na te słowa, ale Harmonia uśmiechnęła się z aprobatą, podobnie jak kilka innych zgromadzonych. - Czyli zajmiesz się tą sprawą? - Harmonia wróciła do pierwotnego tematu rozmowy. - Zrobię co w mojej mocy. - Świetnie. Powinieneś w takim razie zajrzeć do świątyni za miastem. - Harmonia wysupłała z materiałowej sakiewki pęk kluczy. - Dam ci zapasowy klucz.

****

- Głupio wyszło, że to spadło na ciebie – westchnęła Immogena, kiedy razem z Nadirą wracali z Sabatu. - To nic. – Nadira machnął ręką lekceważąco. - Mam teraz szansę pokazać co potrafię. - Mimo wszystko to trochę za duże zadanie jak dla nowego - odparła. - Jestem nowy w mieście, nie w czarownictwie. Spokojny głos mężczyzny stwardniał ledwie zauważalnie. - Jasne. Wybacz – poprawiła się zawstydzona Immogena, po czym postanowiła zmienić temat. - W tym mieście nie jest tak łatwo. Ostatnio ktoś zamówił u mnie eliksir na pasożyty u jednorożców, po czym odwołał zamówienie w dniu, kiedy miał go odebrać. Za składniki oczywiście mi nie zapłacił. Jakby tego było mało potem jeszcze płyn rozlał mi się na kanapę, a strasznie trudno go zmyć. Na razie plamy zakrywam poduszkami. - Znam ten problem – odparł Nadira, a oczy mu zabłysły. - Często przyrządzałem ten eliksir dla człowieka, który w moim mieście miał farmę jednorożców. Piękne stworzenia. Ja i Loren w dzieciństwie podglądaliśmy je zza ogrodzenia, a odkąd zostałem czarownicą zacząłem je leczyć. - Po chwili jakby się opamiętał i dodał rzeczowo - Mam specjalny środek, który świetnie wywabia ten eliksir i pozbywa się zapachu. Jeśli chcesz dam ci jeden flakonik. - Było by miło – powiedziała Immogena zaskoczona nagłym ożywieniem towarzysza. Nadira rzadko mówił o sobie. Na ogół był raczej cichy i powściągliwy w okazywaniu emocji. Czarownica postanowiła wykorzystać okazję i dowiedzieć się kilku szczegółów. - Mogę wpaść po niego teraz? - Jasne. - Więc... lubisz jednorożce, tak?

***

Immogena z zadowoleniem odkryła jak wciągnąć Nadirę w dyskusję. Kiedy rozmowa zeszła na temat jednorożców ciągnięcie za język małomównego mężczyzny okazało się o wiele łatwiejsze. Dziewczyna wydobyła z niego, że lubi zwierzęta, hoduje psa, ubolewa nad swoją alergią na koty i z przyjemnością opiekuje się każdym magicznym stworzeniem jakie tylko do niego trafi. Kiedy wchodzili po schodach do jego mieszkania Nadira opowiadał właśnie o tym jak sprzeciwia się eksperymentom na magicznych zwierzętach. Kiedy dotarli na właściwe piętro okazało się, że ktoś tam na nich czekał. Immogena pierwsza zauważyła młodego, przystojnego blondyna opartego o ścianę blisko drzwi numer 9. - Stanley! - zawołała, nie zauważając, że jej głos nagle poweselał. - Co tu robisz? - Przyszedłem zapłacić – odparł chłopak wesoło, po czym spojrzał na nią i Nadirę podejrzliwie. - A ty? Nadira skinął głową chłopakowi, po czym wyciągnął klucz otwierając przed nimi drzwi. - Nadira pożyczy mi środek do wywabiania plam. - A potem wymienicie się przepisami na szarlotkę? - zażartował Stan. - Nie bądź złośliwy. Pamiętaj kto ci pomógł - upomniała go po czym dodała z lekkim wyrzutem – Jesteś milutki tylko kiedy czegoś chcesz. Nie pamiętam kiedy ostatnio przyszedłeś do mnie ze zwykła wizytą. - Spokojnie Kate, tylko żartowałem – powiedział uśmiechając się do niej. - Niedługo na pewno zwalę ci się na głowę całkiem bezinteresownie. Spojrzenie dziewczyny złagodniało po czym oboje ze Stanleyem odwrócili się w kierunku Nadiry, który obserwował ich uważnie opierając się o drzwi. - Wejdźcie – zachęcił, kiedy wreszcie zwrócili na niego uwagę. - Ja tylko na chwilkę po flakonik – zapewniła Immogena. - Nie zostaniesz na kawę? - zapytał Nadira z uprzejmym rozczarowaniem. - Nie mam czasu – wkręciła się. - Wypijemy innym razem. - A ja chętnie – zadeklarował Stanley.

****

Immogena rzeczywiście ulotniła się bardzo szybko, nie patrząc w oczy ani Stanleyowi, ani Nadirze. Tymczasem panowie zasiedli naprzeciw siebie przy kawie. - Immogena ma na imię Kate? - zagaił czarownica. Chłopak przytaknął. - Pozwala mi go czasem używać bo przyjaźnimy się od dzieciństwa. Nadira pokiwał głową jakby zamyślony. - No, powinienem ci chyba w końcu zapłacić – rzucił wesoło wyciągając portfel z kieszeni. Przy kolejnym kiwnięciu głową Nadira sięgnął po pióro leżące na stoliku i wyrwał jedną karteczkę samoprzylepną z żółtego pliczku. - Więc ile jestem ci winien? Czarownica zanurzył pióro w kałamarzu i zapisał sumę na kartce po czym wręczył ją Stanleyowi. - Wiesz co? Elegancko załatwiłeś sprawę. Żaden duch już mnie nie nawiedza. Na początku martwiłem się trochę, bo chyba przyznasz, że jesteś dość nietypową czarownicą, ale tak naprawdę to całkiem w porządku z ciebie fa... - spojrzał na karteczkę i urwał. Przez chwilę przyglądał się jej z niedowierzaniem po czym skierował wzrok wytrzeszczonych oczu na Nadirę. - Żartujesz sobie? Czy to za ten dowcip o szarlotce? - Twoje zadanie przysporzyło mi wiele kłopotów na dzisiejszym Sabacie. Duch, który cię nawiedzał był czarownicą. W cenę jest wliczona dyskrecja, która musiałem zachować z powodu tej bomby alergennej, którą hodujesz w swoim pokoju, a także praca w niekorzystnych warunkach spowodowanych przez tą że, o odsetkach za zwłokę nie wspominając. Stanleyowi opadła szczęka. Nadira mówił teraz jak robot, a nie jak opanowana, lecz nie bezduszna czarownica, którym się wydawał. - Nie mogę ci tyle zapłacić – powiedział z goryczą. - Nawet gdybym oddał ci wszystko to wciąż będzie za mało. - Nie szkodzi. - Nadira pociągnął łyk kawy. - Możemy to załatwić w inny sposób. - To znaczy? – zaniepokoił się blondyn. - Popracuj dla mnie jakiś czas i uznam dług za spłacony – zaproponował odstawiając filiżankę. - Wystarczy, że wpadniesz do mnie co dzień na dwie, trzy godziny. Czasem pozmywasz albo podasz kawę klientowi. To nie będzie ciężka praca. - Musiałbym chyba pracować kilka miesięcy – skrzywił się chłopak. - Jeden miesiąc wystarczy – zapewnił Nadira. - Co ty na to? Stanley zawahał się. Miał wrażenie, że Nadira próbuje go w coś wmanewrować. Poza tym nie bardzo podobała mu się opcja bycia pomocą domową u czarownicy. Nie wyglądało jednak na to by Nadira zamierzał spuścić z ceny, a niespłacone długi w magicznym światku zawsze ciągnęły za sobą masę kłopotów. Wyglądało na to, że nie ma innego wyjścia. - No dobrze. Skoro tak stawiasz sprawę – zgodził się w końcu. - Świetnie. - Napięta do tej pory twarz Nadiry złagodniała, a w jego głosie zabrzmiała nutka zadowolenia. - W takim razie widzimy się jutro po południu.

****

Torby z zakupami, które niosła przez ulicę były lekkie jak powietrze. Prosta sztuczka, a potrafi znacząco ułatwić czarownicy życie. Immogena była zadowolona ze swojego talentu do prostych zaklęć, które ułatwiały jej pracę w domu. W prawdzie miała spory talent magiczny, jednak nie lubiła się tym popisywać. To właśnie wykorzystywanie takich małych przydatnych trików sprawiało jej najwięcej radości. Zwłaszcza ta umiejętność była pomocna, bo Immogena miała skłonność do robienia dużych zakupów. Szczególnie teraz po kilkudniowej wizycie u ciotki jej lodówka domagała się uzupełnienia zapasów. To zabawne uczucie, kiedy mała torebka przewieszona przez ramię ciąży bardziej niż dwie reklamówki pełne produktów spożywczych. W torebce tkwił flakonik ze specyfikiem czyszczącym od Nadiry i dziewczyna bała się trochę żeby się nie stłukł. Choć na pierwszy rzut oka można było tak pomyśleć, Nadira wcale nie był najdziwniejszą czarownicą z jaką Immogena się spotkała. W gruncie rzeczy jako czarownicy nie można mu było wiele zarzucić. Problem polegał na tym, że był mężczyzną. Tak naprawdę nikt nigdy nie zadecydował o tym, że czarownicami mogą zostawać wyłącznie kobiety, jednak prawda jest taka, że w otoczeniu kobiet właśnie wylądował Nadira. I niektóre mają wątpliwości czy będzie pasował, a raczej czy jako facet będzie potrafił potraktować czarownictwo poważnie. Ku ich zaskoczeniu wykazał się on sporą determinacją. Jednak był z nimi zbyt krótko aby zdążyć zyskać ich zaufanie. Decyzja o jego przyjęciu do Sabatu jeszcze nie zapadła. Grono czarownic jest społecznością i bez akceptacji reszty nikt w tej społeczności funkcjonować nie może. Choć Nadira szybko adaptował się do nowej sytuacji zdawał się mieć problemy w nawiązywaniu znajomości. Nikogo nie zaczepiał, ani nie obrażał, ale też nie próbował się z nikim zaprzyjaźnić. Immogena pomagała mu jak mogła próbując zdobyć jego sympatię i opowiadając mu o pozostałych. Miała wrażenie, że dziś udało im się zrobić jakieś postępy, kiedy odkryła co Nadira tak naprawdę lubi w pracy czarownicy. Wiedziała jednak, że to nie wiele pomoże bo mężczyzna obrał sobie inną taktykę zdobycia akceptacji. Postanowił czynami, a nie słowami udowodnić, że jest prawdziwą czarownicą. Typowe dla faceta. Dlatego właśnie podjął się kłopotliwego zadania, które powierzyła mu Harmonia. Niestety jeśli powinie mu się noga, Miriam, która od początku czuła się zagrożona jego obecnością z pewnością wykorzysta okazję by obrócić inne przeciwko niemu. Immogena lubiła Nadirę. Według niej ktoś spokojny i opanowany przydałby się żeby równoważyć gorące temperamenty innych czarownic. Mimo to chociaż Immogena stała wysoko w hierarchii czarownic nie była w stanie sama jedna przepchnąć mężczyzny przez proces akceptacji. Dlatego właśnie Nadira będzie potrzebował dużo szczęścia. Poszukiwanie kluczy w torebce oderwało ją na chwilę od rozmyślań. Do starej kamienicy, w której mieszkała wyjątkowo łatwo było się dostać. Drzwi na klatce schodowej były tak stare, że wystarczyło je solidnie pociągnąć i zaraz stawały otworem. Czasem też wypadały z zawiasów. Immogena zawsze bała się, że kiedyś popsują się doszczętnie więc zawsze używała klucza, gdy chciała wejść do środka. Kiedy złośliwe klucze w końcu znalazły się w zamku przekręciła je szybkim ruchem i wkroczyła do środka. Znalazła po omacku włącznik światła po czym ruszyła po schodach na górę. Lemon czekała w mieszkaniu i pewnie była już głodna. Kiedy Immogena znalazła się na właściwym piętrze jej wzrok padł na olbrzymi wiklinowy kosz wypełniony czerwonymi różami, który stał pod drzwiami do jej mieszkania. Wytrzeszczyła szeroko oczy, podchodząc do niego powoli jak do śpiącego tygrysa. Nie przychodziło jej do głowy kto mógłby zostawić dla niej taki prezent. Wdzięczni klienci często obdarowywali czarownice, ale żaden nigdy nie zrobiłby czegoś takiego. Róże były pięknie. Miały soczysty kolor i z bliska można było wyczuć, że ładnie pachniały. Prawdopodobnie zostały czymś spryskane. I wyglądały na kosztowne. Żadne tam kwiatuszki wyhodowane w przydomowym ogródku. Widać po nich było, że są towarem. Luksusowym towarem z drogiej kwiaciarni. Tego typu prezent przypominał raczej dość pretensjonalne wyznanie niż gest wdzięczności. Immogena zawsze mocno stąpała po ziemi. Nie wierzyła w książąt na białym koniu. Zwłaszcza w takich, którzy pojawiali się znienacka i zwracali uwagę na kogoś kto wcale nie przypominał królewny. Pierwszą rzeczą jaką zrobiła było wyjęcie amuletu wspomagającego magię ochronną. Kiedy szeptała inkantację by sprawdzić czy koszyk nie zawiera żadnej pułapki lub szkodliwego zaklęcia poczuła na plecach lekkie mrowienie. Śladowa ilość aury magicznej. To jeszcze nic nie znaczyło. Czasem hodowlę kwiatów wspomagano drobnymi zaklęciami. Najwyraźniej róże były bezpieczne. Wyciągnęła rękę w kierunku bukietu w poszukiwaniu bileciku. Jest! Litery wypisane były tak powykręcaną stylizowaną na eleganckie odręczne pismo czcionką, że z trudem je odczytała. „Wkrótce się spotkamy. S.” Stanley. To było pierwsze imię jakie przyszło Immogenie na myśl. Zawstydziła się sama przed sobą, że tak szybko o tym pomyślała. Wiedziała, że nie dawno zrobiła mu drobną przysługę i pamiętała, że jeszcze tego samego dnia zapowiedział wizytę, co jako tako pokrywało się z treścią bileciku. Mimo to drogie kwiaty nie pasowały ani do samego Stanleya, ani do ich relacji. Przyjacielskiej relacji. Czy coś mogło się między nimi zmienić w ostatnim czasie? To raczej mało prawdopodobne. No cóż, Stan miał tendencję do lekko przesadzonych gestów. Istniało więc prawdopodobieństwo, że koszyk jest jednak od niego. Oczywiście nie miało to nic wspólnego z tym, że dziewczyna już zaczynała przeszukiwać myślami mieszkanie zastanawiając się czy ma wolne wazony, w których pomieści wszystkie róże. Tak, Immogena mocno stąpała po ziemi, ale nawet ona miała swoje słabostki.

****

Rozglądał się uważnie mimo że nie wyczuwał niczyjej obecności. Nie był pewien czy to dobry pomysł iść tędy samemu. Droga do Kamiennej Świątyni leżącej za miastem prowadziła kawałek w las, a między drzewami trudniej się pilnować. Zarazem jednak łatwiej przemknąć niezauważonym. Na wszelki wypadek Nadira korzystał z dobrodziejstw zaklęć maskujących, które tłumiły jego kroki i czyniły z niego niewyraźną figurę na tle sosen i modrzewi. Jak się okazało niepotrzebnie się obawiał bo wokoło nie było żywego ducha. Ściskał w dłoni kluczyk, który wręczyła mu Harmonia. Ogarnął wzrokiem budynek Świątyni. Z zewnątrz był świetnie zachowany. Nie tylko czarownice, ale i władze miasta dbały o to by ząb czasu nie nadgryzł za bardzo miejsca, w którym podobno narodził się obecny porządek magiczny. Nadira nie dostrzegł żadnych śladów wandalizmu, ani nawet czerwonych Labiryntów czarownicy wymalowanych na murach, których się poniekąd spodziewał. Problem pojawił się w chwili kiedy chciał przekręcić klucz w zamku, który był już otwarty. Świątynię chroniło raczej proste zabezpieczenie w postaci owego zamka właśnie i kilku nieskomplikowanych zaklęć, które choć powstrzymywały większość złodziei, dla upartej grupy włamywaczy władających magią nie stanowiły wielkiego wyzwania. Zwyczajne wyważenie zamka i wtargnięcie w ten sposób do Kamiennej Świątyni byłoby jednak traktowane jako poważne pogwałcenie praw magicznych. Otwarcie jej kluczem, choć zdobytym nieuczciwie nie sprawiało, że miejsce kultu magicznego stawało się zbezczeszczone. Czyżby włamywacze nie chcieli podważać majestatu świątyni? Jeśli tak to dość zabawne jak wybiórczo stosują się do praw magii. Okazują jako taki szacunek miejscu, jednocześnie łamiąc przymierze między istotami magicznymi, a czarownicami. Pchnął drzwi i wszedł do środka niepewny czy zastanie tam nienaganny porządek, czy wręcz przeciwnie, wszystko postawione na głowie. Wkroczył powoli do środka. Pośród kamiennych ścian było pusto i głucho. Na środku okrągłego placyku stał okryty białym obrusem ołtarzyk służący dawniej do prostych obrzędów. Wokół pod ścianą stało kilka drewnianych krzeseł, które wraz ze stolikiem stanowiły jedyne przedmioty niezrobione z kamienia. Schody prowadziły w górę do Kamiennego Tronu, na którym zasiąść miał dziedzic Gabrielli i Symna. Według starych podań, gdy zająłby miejsce na tronie, zimny kamień zmieniłby się w złoto o miodowej barwie, a świątynia stałaby się jego pałacem. Wówczas czarownice i magiczne istoty zebrałyby się wokół niego i stworzyłyby królestwo tylko dla nich, a on byłby ich królem. Niestety syn bóstwa i czarownicy, choć dawniej był marzeniem wielu ostatecznie pozostał na zawsze w sferze legend. Na Kamiennym Tronie nikt nigdy nie zasiądzie. Coś innego jednak przykuło uwagę Nadiry. Dwie kamienne świece po obu stronach tronu. Świece, które nie miały prawa się palić, gdyż nie było w nich odrobiny wosku, jarzyły się pomarańczowymi płomieniami. Nie wierząc własnym oczom wspiął się po schodach. Zdyszany stanął przed Kamiennym Tronem, wiedząc, że jako czarownica powinien okazywać respekt temu miejscu. Nie był pewien czy dobrze robi zbliżając się tak bardzo, ale miał przecież zadanie do wykonania. Wyciągnął rękę w kierunku świecy. Poczuł ciepło bijące od płomyka. Wyszeptał inkantację wspomagającą wykrywanie iluzji. Płomień wciąż wydawał się realny jak dotychczas. Spróbował go zdmuchnąć. Języczek ognia zafalował lekko, ale nie zgasł. Nadira miał przeczucie, że następna próba zgaszenia go skończyłaby się poparzeniem palców. Przymknął oczy w zamyśleniu. Ostatnim razem świece te paliły się ponoć kilkaset lat temu podczas Zaślubienia Magii. Jedną zapaliła Rosanna, a drugą Fenith i Fenes, rodzeństwo pana młodego na znak aprobaty jego małżeństwa i jako przypieczętowanie rozejmu. Symn nakazał zgasić je na znak żałoby po śmierci Gabrielli. Żaden człowiek, ani istota magiczna nigdy nie zdołała zapalić ich ponownie. A teraz palą się znowu. Co to może oznaczać? Kto je zapalił? To niemożliwe by bóstwa powróciły na ziemię. Czarownice by o tym wiedziały. Wiedziałyby prawda? Wyczułyby zmiany w prądach magii. Ale czy rozpoznałyby je? Jak rozpoznać bóstwo? Jak rozpoznać coś czego nikt nie widział od kilkuset lat? Poruszy tą kwestię na następnym Sabacie. Albo lepiej skontaktuje się z Immogeną. Na razie musiał wracać. W świątyni nie znajdzie nic więcej co mogłoby mu się przydać, a trzeba jeszcze sprawdzić jak radzi sobie Stanley, który czeka u niego w domu i pomaga w sprzątaniu kuchni.

****

- Babeczki, akurat! Wściekły Stanley nie mógł doszorować brudnego blatu w kuchni. Nie mógł uwierzyć, że Nadira zabrudził to wszystko piekąc babeczki na Sabat. Musiał tu robić jakieś magiczne eksperymenty. A kto musi sprzątać ten cały bałagan? Stanley oczywiście. - Co mnie podkusiło żeby robić za gosposię!? To jest chlew, a nie kuchnia! Salon, w którym Nadira przyjmował gości był schludny i czysty. Tym bardziej Stan był zaskoczony, że kuchnia wyglądała jak... no cóż, jak jego pokój w akademiku. - A ty? Czemu nie żresz? Ostatnie pytanie skierowane było do basseta w opasce z kocimi uszkami, który od jakiegoś czasu sterczał nad swoją miską i utkwił nieruchomy wzrok w surowym steku. - No co jest? Wolałbyś średnio wysmażone? Pies powoli przeniósł wzrok na chłopaka jakby na coś czekał. Może Nadira naprawdę jakoś specjalnie przyrządzał jedzenie dla swojego pupila? Kiedy wychodził jedyne instrukcje jakie zostawił dotyczyły miejsca, w którym leżą steki. Wzrok zwierzęcia zaczął irytować Stana. Jego oczy były zbyt bystre jak na takiego spasionego kundla. Obserwowały z nietypową uwagą. Rzucił w niego szmatą. Materiał zatrzymał się na chwilę na pysku psa i spadł na ziemię. Ten dalej stał nieruchomo zupełnie jakby nie oberwał właśnie mokrą szmatą. Przez chwilę chłopak zastanawiał się czy basset go nie ugryzie jeśli spróbuje ją podnieść. Zawahał się nim wyciągnął rękę. Zamiast jednak chwycić szmatkę pogłaskał psa po głowie. - Wybacz stary – powiedział przepraszająco. - Ja muszę robić za służbę, ty za kota, a Nadira za babę. Wszyscy mamy przerąbane. Pies zdawał się na to nie reagować, ale kiedy Stan się od niego odsunął przestał się na niego gapić i podreptał powoli w stronę salonu. Kilka minut później skrzypienie drzwi oznajmiło powrót gospodarza. - Roki nie chce jeść – poskarżył się Stanley, gdy tylko Nadira zajrzał do kuchni. - Nie nałożyłeś mu – powiedział Nadira otwierając lodówkę. - Jak to nie... - Urwał gdy zobaczył jak czarnowłosy wrzuca po kolei wszystkie steki jakie leżały w lodówce. Pies wrócił do kuchni i zaczął jeść zaraz po tym jak jego pan się odsunął. - Nie przekarmiasz go czasem? - zdziwił się Stan. Nadira wzruszył ramionami. - Wystarczy sprzątania na dzisiaj – powiedział tylko nawet nie patrząc na niedoszorowany blat. - Jeszcze nie skończyłem – odparł Stan. - Nie szkodzi. - Nadira najwyraźniej się tym nie przejął. - Możesz już zrobić sobie wolne. Tylko przyjdź jutro punktualnie, bo będziemy mieć gościa.

****

- Nadiro, kiedy zapraszałeś mnie na herbatę słowem nie wspomniałeś, że Stanley będzie naszym kelnerem. Immogena uniosła brew wyraźnie oczekując wyjaśnień. Tymczasem Nadira spokojnie sączył herbatę pochylając się w swym fotelu. U jego stóp leżał Roki. Stan i Immogena siedzieli obok siebie na kanapie. Przed nimi stały porcelanowe filiżanki, które uprzednio postawił tam Stanley. - Będzie u mnie pracował przez jakiś czas – objaśnił w końcu Nadira. - Jak herbata? - W sam raz – odparła lakonicznie mierząc obu panów podejrzliwym spojrzeniem. - Chcesz czegoś ode mnie? - Chcę, żebyś skosztowała ciasteczek – powiedział Nadira podsuwając jej talerz biszkoptów. - Niech zgadnę, Stanley je upiekł – zażartowała. - Nie, ale specjalnie poszedłem po nie do sklepu. - Blondyn posłał jej promienny uśmiech. - Jak tam środek na plamy? - zagaił Nadira. To była dość niezręczna sytuacja patrzeć jak oszczędny w słowach Nadira próbuje prowadzić z nią towarzyską pogawędkę. Ona sama zresztą nie ułatwiała mu zadania zbyt rozproszona bliskością Stana. Nie lubiła gdy jej kontaktom z przyjacielem z dzieciństwa przyglądały się osoby trzecie. Miała wtedy wrażenie, że odsłania przed innymi jakąś swoją słabość. Pytanie brzmi czy Nadira już to odkrył? Jak inaczej wyjaśnić dzisiejszą obecność chłopaka w jego domu? A może to Stanley chciał się z nią zobaczyć? Przypomniała sobie treść bileciku i mnóstwo soczyście czerwonych róż, które w stały w kilku wazonach. Kogo innego mogła oznaczać literka S? Zdała sobie sprawę, że milczy dłuższą chwilę. - Środek … tak... Świetnie usunął ten eliksir – wybąkała z roztargnieniem. - Nie wiem jak ci dziękować. - Cieszę się. - Nadira odstawił filiżankę i oparł dłonie na kolanach. - Wybaczcie na chwilę, ale Roki chyba koniecznie musi wyjść na szybki spacer. - Nie wygląda jakby... - zaczął Stan, ale urwał gdy zobaczył, że pies dotąd wylegujący się obok fotela podnosi swój tłusty zadek i niezdarnym truchtem zmierza w stronę drzwi po drodze biorąc w pysk walającą się gdzieś czerwoną smycz. Immogena tylko uniosła brwi na tą mało subtelną próbę zapewnienia im chwili prywatności. Jeżeli Nadira próbował bawić się w swatkę, to robił to wyjątkowo niezdarnie. - Ten pies jest cholernie dziwny – mruknął Stan do Immogeny, gdy tylko za bassetem i Nadirą zamknęły się drzwi. - Wiesz co jest dziwne? Że tu pracujesz – odparła z mocnym postanowieniem, że wyciągnie z chłopaka odpowiedzi na wszystkie pytania, które ją dręczą odkąd przestąpiła próg tego domu. Teraz kiedy Nadira wyszedł nic nie stoi na przeszkodzie by trochę go przycisnąć. - Wyobraź sobie, że odpracowuję tu swój dług za pozbycie się ducha. – W jego głosie pobrzmiewała lekka pretensja. - Posłałaś mnie do strasznego zdziercy. O tym, że jest facetem już nawet nie wspomnę. Wiesz ile sobie policzył? - Ile? Blondyn przysunął się do dziewczyny, odgarnął jej z karku pasemko rudych włosów i wyszeptał jej do ucha kwotę. Poruszyła się niespokojnie czując jego oddech na szyi, a zaraz potem jej brwi ponownie powędrowały w górę ze zdziwienia, kiedy zdała sobie sprawę jaką sumę wymienił. - No cóż...- wymamrotała próbując ukryć zaczerwienioną twarz za kosmykami włosów. - Usługi czarownic są w cenie. Powinieneś był być na to przygotowany. - W takim razie ty pewnie niedługo przeprowadzisz się do pałacu. Dolać ci herbaty? A może jeszcze ciasteczko? - zaproponował grzecznie. - Wiesz Nadira nalegał bym traktował cię jak gościa honorowego. Zastanawiam się czy nie wpadłaś mu w oko. - Zapewniam cię, że nie o to chodzi - odparła ze śmiechem. - Po prostu potrzebna mu moja akceptacja. Do puki jej nie uzyska pewnie będzie mnie obskakiwał. - A zamierzasz dać mu tą akceptację? – zapytał z zaciekawieniem. - Jasne. Od początku zamierzałam, ale skoro jestem teraz u niego honorowym gościem to chyba na razie jeszcze mu o tym nie powiem. Po chwili wahania postanowiła podjąć wreszcie najbardziej nurtującą ją kwestię. - Przy okazji, dostałam niedawno bukiet przepięknych róż. - Niemożliwe! Od Nadiry? - zdziwił się Stanley. To nagłe zdumienie trochę ją ukuło, ale nie dała po sobie nic poznać. - Nie, nie od niego. – Zaprzeczyła stanowczym ruchem głowy po czym dodała już mniej pewnie - A przynajmniej tak mi się wydaje. - Nie były podpisane? Żadnego bileciku? - Podpisane tylko inicjałem – wyjaśniła. - Więc chyba masz cichego wielbiciela – zaśmiał się chłopak, ale jego twarz po chwili przybrała mniej entuzjastyczny wyraz. - Wśród takich jest najwięcej świrów. Lepiej uważaj. Na kilka chwil zapadła niezręczna cisza. Lekko urażona i zawiedziona Immogena nie chciała się odzywać. Na szczęście po kilku minutach, zanim Stan znowu zdążył coś palnąć wrócił Nadira z psem. Atmosfera przy herbatce nieco się rozluźniła, kiedy pili w spokoju, a Nadira namówił dziewczynę by opowiedziała mu kilka ploteczek. Sam tez podzielił się paroma informacjami, które podobno gdzieś zasłyszał. Teoretycznie tak właśnie powinna wyglądać rozmowa dwóch czarownic, choć nie dało się ukryć, że Nadirze przydałoby się trochę praktyki. Stan cały czas im się przysłuchiwał ze znudzoną miną. - Byłem wczoraj w Kamiennej Świątyni – oznajmił wreszcie Nadira. - W końcu przechodzisz do sedna – jej twarzy przybrała poważniejszy wyraz choć na ustach dalej błąkał się lekki uśmiech. - Opowiadaj. - Nic nie zginęło, nic nie zostało zniszczone. - Może jeszcze tam nie byli – podsunęła. - Byli. Zostawili otwarte wrota. I coś jeszcze. - Pochylił się w fotelu w jej stronę, a ona zaciekawiona nadstawiła uszu. - Zapalone świece. - Świece? - zdumiała się. - Nie masz chyba na myśli Kamiennych Świec? Nawet Stan zaczął w tej chwili przysłuchiwać się z uwagą. - Płoną naprawdę i nie wygląda mi na to by miały zgasnąć – zapewnił. - To nie była iluzja. Sprawdziłem. Immogena zamyśliła się. - Podczas Sabatu rozmawialiśmy o sekcie – przypomniała sobie. - Większość lekceważy te pogłoski, ale mówi się, że stoją za tym wszystkim prawdziwe bóstwa. To mi wygląda na robotę kogoś kto chciałby udowodnić, że one powróciły. Na twoim miejscu sprawdziłabym najpierw ten trop. - I tak miałem to zrobić - odparł. - Co o tym wszystkim myślisz? - Nie wiem czy powinieneś sam brać się za to wszystko – powiedziała z troską w głosie. - To sprawa ściśle związana z miastem, a ty jesteś tu od niedawna. Jesteś pewien, że dasz sobie radę? Jeśli chcesz mogę pogadać o tym z Harmonią. - Doceniam twoje wsparcie, ale cieszyłbym się bardziej z twojego zaufania. - W głosie Nadiry dało się słyszeć, że jest lekko urażony. - To nie czas by unosić się honorem – upomniała go. - Daj mu spokój Immogeno – wtrącił się nagle Stanley. - On wie co robi. Nadira i Immogena spojrzeli na niego z zaskoczeniem. - Zostałam poproszona o radę, dlatego mówię, żeby nie wahał się prosić o pomoc – usprawiedliwiła się dziewczyna. - A ja zostałem zatrudniony do pomocy, dlatego ci mówię, że nie musisz się o to martwić – odparował Stan. - Widziałem jak Nadira załatwia ducha w pięć minut i zapewniam cię, że w niczym nie ustępuje żadnej z was. - No już dobrze – mruknęła przepraszająco. - Wybacz jeśli poczułeś się niedoceniony Nadiro. Mężczyzna skinął głową na znak, że się nie gniewa i zapytał czy nie chcą więcej herbaty. Popołudnie zakończyło się dość spokojnie. Kiedy Immogena wychodziła Nadira prosił by wpadła jeszcze kiedyś. Kiedy wracała do domu zaczynało się ściemniać. Przestała czuć na języku aromat ziołowej herbaty, a uczucie spokoju, które towarzyszyło jej jeszcze gdy wychodziła od Nadiry powoli zaczynało się ulatniać. Kilka niepokojących spraw zakradło się do jej umysłu. Kamienne Świece nie paliły się od stuleci. Teraz jeśli Nadira mówił prawdę bóstwa powróciły na ziemię lub pojawili się bardzo zręczni naśladowcy. Jedno i drugie wróżyło wielkie zamieszanie. Co to może oznaczać dla miasta i przede wszystkim dla czarownic? Zaczęła szukać kluczy w torebce po raz kolejny mając problem z ich znalezieniem. Na szczęście drzwi od klatki schodowej otworzyły się przed nią nim zdążyła je wyciągnąć. Wysoki mężczyzna ze związanymi na plecach, długimi, czarnymi włosami przepuścił ją w drzwiach. Pewnie istota magiczna. Może wampir? Mężczyzna uśmiechnął się do niej gdy przechodziła. Pomyślała, że jest przystojny. I pewnie bardzo stary chociaż na to nie wyglądał. Na pewno wampir. Nie miała ochoty na kontakty z wampirami. Miała dość problemów. Wyminęła go szybko nie patrząc mu w oczy. Gdy dotarła na swoje piętro dostrzegła na wycieraczce płatek róży, który musiał spaść kiedy wnosiła kosz do domu.

****

Stan przysłuchiwał się rozmowie telefonicznej. Słowotok był zjawiskiem, które nie często przytrafiało się Nadirze, a jeśli już to tylko kiedy mówił o zwierzętach. Hodowca jednorożców uzyskał sposób rozwiązania swego problemu z małym, kapryśnym jednorożcem piętnaście minut temu, ale czarownica uparł się by urządzić telefoniczny przegląd całej zagrody. Stanley pomyślał, że musi być dobrze zaznajomiony ze swym rozmówcą. Jak na Nadirę dyskusja była prowadzona zaskakująco swobodnie. Pukanie do drzwi oznajmiło Stanowi, że tego popołudnia będzie w końcu i tak musiał ruszyć tyłek. Podniósł się z kanapy pewien, że nie ma chyba w tej chwili na świecie osoby, której bardziej nie chciałoby się robić czegokolwiek. Pewność ta zachwiała się odrobinę, gdy tuż po otwarciu drzwi osunął się wprost na niego stojący w progu mężczyzna słusznej postury. Dodatkowym ciężarem okazały się czarnopióre skrzydła. Z jednego, przekrzywionego pod dziwnym kątem na ramię Stana kapała brunatna krew. - Nadira! Mamy tu rannego upadłego anioła! - zawołał napierając na ciało z całej siły by nie przewrócić się pod jego ciężarem. Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Kilka sekund później sadowili już rannego na kanapie. Stan musiał najpierw przegonić stamtąd Rokiego, który przeniósł się na fotel. Upadły zbierał się przez chwilę by coś powiedzieć po czym podał Nadirze wizytówkę, na której widniał jego adres. - Dobrze trafiłeś – powiedział Nadira. - Postaramy ci się pomóc. - Tak? – odwarknął złośliwie tamten. - A niby który z was to czarownica Nadira, co? - To ja – odparł sucho Nadira. Upadły anioł rozejrzał się zamglonym wzrokiem po pomieszczeniu. Jego wzrok prześlizgnął się przez Stana, zatrzymał dłuższą chwilę na poważnych, nieruchomych oczach czarownicy, po czym spoczął na wylegującym się na fotelu tłustym psie z kocimi uszkami przytwierdzonymi do opaski. - Człowieku ja potrzebuję prawdziwej czarownicy! Co to za cyrk na kółkach?! - wykrzyknął z niezadowoleniem. Upadłe anioły, skrzydlate magiczne istoty słynęły ze swej porywczości i częstego wszczynania bijatyk szczególnie między swoimi klanami. Należało z nimi postępować ostrożnie, gdyż łatwo ich było wyprowadzić z równowagi. - Stan, daj apteczkę. W kuchni, wiesz gdzie – zarządził brunet ignorując protesty gościa. - Chyba sobie żartujesz! Nie będzie mnie leczył żaden konował, który podszywa się pod czarownicę! - awanturował się dalej tamten resztami sił, ranny i oszołomiony, po czym spróbował wstać, ale silna ręka Nadiry zatrzymała go w miejscu. Stan położył na stole apteczkę, którą dopiero co przyniósł i przyjrzał się upadłemu. Dopiero zauważył, że z krwawiącego skrzydła wystaje kilka specyficznych, zdobionych paciorkami strzałek. Jeśli rzeczywiście oberwał zatrutą strzałą upadłych aniołów, była mu potrzebna natychmiastowa pomoc czarownicy. Jakiejkolwiek byle szybko. Kiedy już wydawało się, że anioła zaczyna ogarniać panika Nadira do niego przemówił. Tonem podobnym do spokojnego, rzeczowego głosu jakiego jeszcze niedawno używał, gdy rozmawiał o jednorożcach, ale z większą dozą stanowczości i czegoś jakby kojącego. Powoli i spokojnie tłumaczył tamtemu, że znalazł się w dobrych rękach, u prawdziwej czarownicy, który wie co robić z tego typu raną. O dziwo udało mu się też wtrącić kilka karcących uwag dotyczących niewdawania się w bójki i dbania o skrzydła. Wszystko to zrobił w międzyczasie wyciągając stanowczymi ruchami strzałki z rany. Nerwowy gość zdawał się stopniowo rozluźniać i jakby nie mając innego wyboru poddał się woli czarownicy. Tymczasem Roki jakby dobrze znając ton, którym przemawia jego pan usiadł na baczność i nadstawił uszu. Wtedy Stan zdał sobie sprawę z dwóch rzeczy. Po pierwsze z tego, że lubi słuchać głosu Nadiry, a po drugie, że Nadira podobnie jak inne czarownice posiada swoją specjalność. Były nią magiczne zwierzęta. Technika, którą stosował, coś niby zaklinanie zwierząt była dość znana wśród czarownic interesujących się magiczną fauną. Jak się okazało działała również do pewnego stopnia na ludzi i magiczne istoty o ile były dostatecznie przerażone. W każdym razie Nadira zdawał się mieć ją opanowaną do perfekcji. Po założeniu opatrunku uspokojony upadły zaczął zachowywać się niezręcznie. - Jakiś problem? - zapytał Nadira, który miał właśnie zamiar odprowadzić gościa do drzwi. - Nie mam podarunku – mruknął tamten. - To nic. Nagły wypadek, zdarza się. - To nie jest nic. To tradycja. Nie chcę być przeklęty. Nadira stłumił westchnięcie i pokiwał ze zrozumieniem głową nie śmiejąc najwyraźniej sprzeciwić się tradycji, której musiał hołdować jako czarownica. „Sam się prosisz” - pomyślał Stan. - „Zaraz zobaczysz ile liczy sobie Nadira. Za uratowanie życia zapłacisz albo niebotyczną sumę, albo przez miesiąc będziesz tu szorował sedes”. Ku jego zdziwieniu Nadira wyciągnął dłoń ku zdrowemu skrzydłu anioła i wyrwał z niego duże, czarne pióro. - Zawsze chciałem takim pisać – powiedział swobodnie. - Polecaj mnie znajomym. Stanley stał z opuszczoną szczęką jeszcze minutę po tym jak upadły sobie poszedł. I gdzie tutaj sprawiedliwość?!

****

„Czy w tym mieszkaniu nie ma nic prawdziwego?„ - dziwił się Stan po raz kolejny gdy książka, którą Nadira zdjął z półki pełnej starych, obdrapanych tajemniczych woluminów, okazała się być najnowszym, tegorocznym wydaniem „Historii Magii” owiniętym w specjalnie spreparowaną zniszczoną okładkę. Dbałość o image dziwadła była widać cechą wspólną wszystkich czarownic łącznie z Nadirą. Tym razem jednak Stan nie skomentował tego nagłos bo był ciekawy o czym będą rozmawiać. - Pewnie znasz mniej więcej magiczną historię tego miasta? - zagadnął Nadira wyjątkowo siadając obok towarzysza, a nie naprzeciw. Położył księgę na stole i otworzył ją na stronie przedstawiającej kolorową, chociaż dość prymitywną rycinę. Ukazaywała dwie osoby. Kobietę i mężczyznę. Symn i Gabriella. Ona była ubrana skromnie, w kolory natury, a on w pstrokate, bufiaste szaty. Tak wyglądały dawne wyobrażenia zarówno o czarownicy, jak i o bóstwie. Rycina przedstawiała fragment dość znanego obrazu, którego malarzem był jednak człowiek o znikomej znajomości teorii magii. O ile z czarownicą jeszcze mu się udało, o tyle Stanley powątpiewał, czy bóstwo rzeczywiście wygląda jak magik cyrkowy. Mimo wszystko było to jedne z pierwszych malarskich przedstawień Zaślubienia Magii. - No pewnie, że znam. Studiuję Teorię Magii jakbyś nie wiedział. Chcesz pogadać o Zaślubieniu Magii? Robimy coś z tej okazji? A może chodzi o tę sektę, o której gadaliście z Immogeną? - Tak, chodzi o sektę – przyznał pracodawca. - Mam rozumieć, że twoja wczorajsza oferta pomocy jest dalej aktualna? - Jasne. Tak jak mówiłem po to mnie zatrudniłeś. W każdym razie wolę to niż sprzątanie. Szczerze mówiąc po dzisiejszym zamieszaniu z upadłym aniołem już myślałem, że wracamy do codziennej rutyny. - To właśnie jest rutyna w pracy czarownicy – oznajmił Nadira. - Jak dużo wiesz o Zaślubieniu Magii? - To pakt między czarownicami, a istotami magicznymi, potwierdzony aktem małżeństwa między bóstwem opiekuńczym istot magicznych, a czarownicą Gabriellą. Jeśli wierzyć starym podaniom łączyło ich prawdziwe uczucie. Wskazuje na to zresztą nawet sposób w jaki przebiegała ceremonia. Spójrz – przesunął palcem po złączonych dłoniach pary, z których spływała czerwona strużka krwi. - Jeden głos, jedna krew, jeden oddech. Najpierw złączyli się słowem przysięgi, potem dokonali połączenia krwi, a następnie standardowo pocałunek. Trochę zbyt intymny sposób zawarcia zwykłego kontraktu, nie uważasz? Nadira skinął głową wodząc oczami za palcem mówiącego, który wędrował po kartce. - W każdym razie w taki właśnie sposób czarownice miały zostać przyjęte do grona istot magicznych, a to miasto przeznaczone było na ich małe królestwo, którym miał rządzić potomek Symna i Gabrielli. Niestety Gabriella nie dożyła urodzenia dziecka. Trwają spekulacje na temat jej śmierci podobnie jak na temat tego czy czarownice są istotami magicznymi czy nimi nie są. - Palec Stana zakreślił kółko wokół tlących się Kamiennych Świec po obu stronach pary na obrazku. - Co do Kamiennych Świec to one są znakiem poparcia od rodzeństwa Symna, Rosanny oraz bliźniaków Fenitha i Fenesa. Oni również tak jak Symn, poniekąd patronowali istotom magicznym. Rosanna, łagodna z natury, pełniła opiekę nad tymi istotami, które najbardziej przypominały zwierzęta jak smoki, czy jednorożce, a bliźniacy tymi, które miały podwójną naturę jak wilkołaki czy wampiry. - Odetchnął kończąc swój wywód. - Jeżeli według ciebie wiem wystarczająco dużo na temat Zaślubienia to może byś mi teraz opowiedział o co chodzi w całej tej spawie ze świecami? Ty i Immogena macie te swoje sprawki, a mnie z tego wykluczacie. Jeżeli Kamienne Świece się palą to szykuje się coś grubszego i ja też chcę o tym wiedzieć. - Immogena nie będzie zadowolona jeśli cię w to wplączę. - Na twarzy Nadiry pojawił się ślad zamyślenia jakby się zastanawiał czy gra jest warta świeczki. - Lepiej żebyś nie wiedział więcej niż to konieczne. - A co gdybym ci powiedział, że jeden nierozgarnięty elf z tej całej sekty był na tyle głupi, że pochwalił się członkostwem przed moją znajomą? - zagadnął Stan uśmiechając się szelmowsko. - Byłbym zainteresowany – odparł Nadira spokojnie, lecz jego wzrok stał się nagle czujny. - No to opowiedz mi wszystko od początku. Jeśli będę zadowolony to może uśmiechnę się do tamtej koleżanki. - Niech będzie – zgodził się czarownica po chwili zastanowienia. - Pamiętasz tego ducha...

****

Czarownica potrafiła na ogół poznać kiedy jest obserwowana. Zwłaszcza przez istotę magiczną. Od jakiegoś czasu prądy magiczne dziwnie drgały i wirowały wokół Immogeny jakby zapowiadając nadejście czegoś…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych