Wróć do katalogu

Czarownica Rozdział I

Pierwszy rodział mini powieści o zabobonach zakorzenionych w prowincjonalnym miasteczku

racjo, opublikowano , 25 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

1

Miała młodzieńczą twarz, pomimo tych trzydziestu pięciu lat. Jej rude włosy lśniły w promieniach popołudniowego słońca, które już od kilku dni, podczas swojego królowania na niebie świeciło mocnym blaskiem, ani na chwilę nawet nie chowając się za sporadycznie pojawiającymi się to tu to tam drobnymi chmurami. Ubrana była w lekką, letnią sukienkę z wysoko sięgającym rozcięciem, zza którego z każdym jej krokiem, wysuwały się gładkie, blade nogi. Nosiła na nich kilka śladów nieznacznych zadrapań nabytych w trakcje spacerów odbywanych po najgęściej porośniętych lasach i pośród wysoko piętrzących się traw; gdzie też zbierała „te swoje zioła” — jak to zwykli mawiać jej sąsiedzi. Jeszcze się do niej nie przekonali — mieszkała tu dopiero od trzech miesięcy, musiała się więc twego spodziewać; życie w małych miasteczkach obok swych uroków, czystego powietrza i niczym nie ograniczonej wolności od hałasów i wciąż rosnącego tempa życia codziennego, ma również swoje wady, do których z całą pewnością należy początkowa nieprzychylność mieszkańców w stosunku do obcych. Mimo swoich lat nadal nie potrafiła tego zrozumieć, pragnęła jedynie, by historia nie powtórzyła się po raz kolejny i, żeby znów nie musiała uciekać; pragnęła tylko, by piekło nie rozpętało się na nowo. Chciała o tym jak najszybciej zapomnieć. Większość dawnych ran zdążyła się już zabliźnić, przestały ją dręczyć koszmary, minął gniew i nienawiść się już wypaliła, pozostały tylko jej zgliszcza w postaci odpływających już powoli wspomnień — jedynej pamiątki po zeszłorocznym tragicznym spektaklu. Starała się nie myśleć tych wydarzeniach, jednak za każdym razem kiedy ludzie odwracali od niej głowę, za każdym razem kiedy omijali ją szerokim łukiem doświadczała tego okrutnego uczucia déja vu i strach ponownie nią ogarnął i te myśli, że wtedy wszystko zaczęło się tak samo i już sama nawet nie potrafiła określić czasu, kiedy wszystko wymknęło się spod kontroli. Odgarnęła włosy. Pochyliła głowę wciągając do nozdrzy zapach świeżo ściętych ziół. Na niczym innym nie znała się z taką absolutną doskonałością jak właśnie na nich. Była przekonana, iż jedynie przy ich pomocy można wyleczyć wszystkie choroby świata, a w każdym razie nie jednej z nich można zapobiegać stosując profilaktyczną praktykę ziołową. Z matki natury wywodzą się wszystkie trucizny i z owej matki natury wywodzą się wszystkie lekarstwa, należy jedynie rozpoznać i jedne i drugie. Ona sama nigdy nie chorowała, nawet najmniejsze przeziębienie nigdy się jej nie imało i nie chorowała także jej matka, która przekazała jej całą swoją wiedzę na temat ziołolecznictwa. Uczono się tego w jej rodzinie od kilku pokoleń, a za najwybitniejszą postać uważano jej babkę, Barbara nigdy nie poznała jej osobiście, znała ją jedynie z opowieści i jeśli tylko dawać wiarę tym opowieściom, to była ona najzdrowszą kobietą w całej okolicy i nawet w chwili śmierci czuła się rześko i miała w sobie mnóstwo wigoru. I to ją pierwszą nazwali „Czarownicą” i to samo określenie poprzez jej matkę spłynęło również na nią. I nie potrafiła tego zmienić ani nauka — która już dawno obaliła wszelkie czary — i nie potrafiła tego odmienić świadomość, pozornie oświeconego społeczeństwa, i nawet poczucie życia w XXI wieku nie poniosło klęskę w starciu z dawnymi przesądami, zabobonami i iście średniowieczną ciemnotą. Tyle razy próbowała przekonać ludzi, że ziołolecznictwo nie ma nic wspólnego z czarami. Jednak ludzie pozostawali uparci, a ich poglądy odziedziczone po ojcach i dziadach nadal w niezmiennej formie funkcjonują w ich świadomości. W jej pięty uderzyła piłka footballowa. Odwróciła się odruchowo. Chłopak, który z uśmiechem podbiegał do niej, teraz w zetknięciu z jej spojrzeniem zamarł w miejscu, a na jego obsypanej piegami twarzy pojawił się wyraz zakłopotania. Miał dwanaście lat, krótkie czerwone spodeńki i takiegoż samego koloru trampki włożone na bose stopy. Włosy miał krótko ścięte, zielone oczy i pomarańczowy podkoszulek ze złowrogo prezentującą się mordą buldoga na jego przedniej części. Jednak mimo tego odstręczającego znaku na piersi, wyglądał nade sympatycznie, kiedy tak stanął nie poruszywszy ani jednym swoim mięśniem. I dopiero kiedy Barbara uśmiechnęła się do niego, dopiero wtedy ośmielił się na tyle, by podejść do niej i podnieść piłkę, która przez ten cały czas leżała w odległości zaledwie kilku centymetrów od jej nóg. — Przepraszam — powiedział chłopiec, nieznacznie unosząc spojrzenie tak, aby skonfrontować je z jej twarzą. — Nic się przecież nie stało. — Odpowiedziała. Już nawet wyciągnęła dłoń, by pogłaskać go po głowie, kiedy powstrzymała się na dźwięk kobiecego głosu dobiegającego ją z kilkunastu metrów. — Sebastian, co ja ci mówiłam! Chłopiec oddalił się od Barbary. Zaczął wszelkimi siłami udawać, że owa sytuacja nigdy nie miała miejsca. Barbara przeniosła spojrzenie z chłopca w stronę, z której dobiegał głos. Kobieta owa, a w zasadzie dziewczyna, wyglądała na zaledwie dwadzieścia kilka lat, jednak sprawiała wrażenie osoby bardziej dojrzałej niż by mógł to sugerować jej wiek. Może wpływ na to miał wyraz jej twarzy, objawiający emocjonalną dojrzałość, poczucie odpowiedzialności i troskę o nie tylko o samą siebie, ale i o powierzone jej opiece osoby. A może też wpływ na to miał dziecięcy wózek, który z gracją charakterystyczną każdej matce, pchała przed sobą. — Najmocniej panią przepraszam. — Powiedziała kiedy znalazła się od niej w odległości pozwalającej na mówienie bez wykrzykiwania własnych słów. — Tyle razy mu powtarzałam, żeby nie grał na ulicy. — Kątem oka zerknęła na chłopca, chcąc go w ten sposób skarcić. — Ale jak widać za nic ma moje słowa. Barbara uśmiechnęła się do niej. W głębi duszy chciała jakoś złośliwie zażartować, bała się jednak, że taka czy inna ironia, nie jest najlepszym pomysłem na zdobywanie znajomości. Zawsze istnieje obawa, że zostanie to odebrane bardziej jako złośliwość, mniej natomiast jako żart. Zachowała więc swoją uwagę jedynie dla samej siebie. Jej oczy się rozpromieniły, lekko przechyliła głowę na bok i ukradkiem spoglądając na chłopca odpowiedziała dziewczynie: — Nie ma pani za co przepraszać i to samo powiedziałam temu przystojnemu mężczyźnie. — Umyślnie użyła słowa mężczyzna, wiedziała bowiem jak wielką obrazą jest chłopca w jego wieku nazywać zgodnie z prawdą: „chłopcem”. Sebastian na dźwięk tego drobnego komplementu najpierw rozjaśnił oblicze, później jednak odział je w purpurę, jakby jego organizm samoczynnie zdecydował, iż lekko objawiające się zawstydzenie będzie tutaj jak najbardziej na miejscu. Barbara zauważyła jego zachowanie i aby nie parsknąć śmiechem, tak jak zawsze wtedy, kiedy uświadamiała sobie, jak bardzo młodzi chłopcy podatni są na komplementy i że pod tym względem są bardziej próżni niż nie jedna dziewczyna, i aby tej reakcji uniknąć, rozpoczęła rozmowę — Nie widziałam tu pani wcześniej. — Nie jestem tu nowa — odparła. — Urodziłam się tu, tu się wychowałam. Wyjechałam stąd całkiem niedawno, na Boże Narodzenie będzie trzy lata. Jednak często tu przyjeżdżam. Do rodziców. — Dodała, jakby to wynikało samo przez sie roześmiawszy się przy tym. — Rozumie pani? — Jak najbardziej. — Odrzekła niezwłocznie. — Ale pani nie pamiętam. — Ja tu naprawdę jestem nowa. Nawet za bardzo nowa. — Nie bardzo rozumiem. — Nie zdążyłam jeszcze zdobyć żadnej znajomości. — W takim razie pierwszych znajomych ma już pani przed sobą. Ramieniem objęła Sebastiana i przygarnęła go do siebie. — Mojego brata już zdążyła pani poznać. Barbara przykucnęła przy nim, teraz byli mniej więcej tego samego wzrostu. — Witaj młodzieńcze. Ja mam na imię Basia. Wyciągnęła w jego kierunku otwartą, gotową do uścisku dłoń. Chłopak przez chwilę wahał się nie będąc pewnym co powinien uczynić, w końcu jednak uścisnął jej dłoń, trochę zbyt mocno, ale jeszcze będzie potrzebował trochę czasu, by zrozumieć, że kobieca ręka to nie ręka kolegi, którą można kurczowo ściskać i potrząsać nią tak, jakby była grzechotką. — Sebastian jestem. — Bardzo ładne imię. — Mnie też się podoba. — Odpowiedział instynktownie, nie zastanawiając się nad własnymi słowami. Chwilę później uwolnił dłoń z jej uścisku. Czuł się dziwnie. Cały czas miał wrażenie, że ta kobieta próbuje go… poderwać! To obrzydliwe. Miał nadzieję, że się mylił, ale przecież ona cały czas mu mówi miłe rzeczy, podaje mu swą dłoń i co najgorsze stale na niego patrzy. Tego nie jest w stanie znieść żaden chłopak w jego wieku. Może kiedy dorośnie dostrzeże w tym coś przyjemnego, teraz jednak nie jest to dla niego ani przyjemne, ani tym bardziej zabawne. Oby się tylko inni chłopcy o tym nie dowiedzieli. To żaden powód do dumy, kiedy ktoś zakochuje się w tobie, a ty masz tylko dwanaście lat! Jestem jeszcze za młody!!! Chciałby to wykrzyknąć. Chciał jakoś uwolnić swą postać spod obstrzału jej spojrzenia, jednak ona najwyraźniej nie miała najmniejszej na to ochoty. — A co tu masz? — powiedziała, próbując nadać swojemu tonowi jak najbardziej zdziwioną wymowę. Delikatnie sięgnęła za jego lewe ucho. Miała ciepłe, miękkie palce, które powoli zamykały się, i już w postaci zaciśniętej pięści znalazły się przed oczyma chłopca. — Chcesz wiedzieć co znalazłam za uchem? Bez słowa przytaknął głową. Z jednej strony był niezmiernie ciekawy tego co kryje się w dłoni kobiety, z drugiej jednak strony budziło w nim to pewien lęk; to coś co teraz jest w jej dłoni, jeszcze parę sekund temu było za jego uchem, a on nawet nie był tego świadomy. Co prawda widział takie sztuczki w telewizji i w cyrku w którym był mając zaledwie sześć lat; jednak zawsze wydawało mu się, że te sztuczki są z góry zaplanowanym trikiem. I że takie numery nie mają prawa zdarzyć się w sposób niezaplanowany, a ona przecież nie mogła tego zaplanować, bo jeszcze kilka minut temu się w ogóle nie znali. Nie mogła też tego wyciągnąć z rękawa. Jej sukienka nie miała rękawów. Jej ręce było obnażone po samo ramię. A może ona tam nic nie ma i tylko próbuje mnie nabrać. W taki razie po co to wszystko? Odpowiedź była aż nadto oczywista. Chciała mnie dotknąć i tylko o to jej chodziło. Ona naprawdę próbuje mnie poderwać! Uniosła brwi spoglądając na chłopca, a następnie co jakiś czas zerkając na swoją dłoń. Zaczęła otwierać palce, czyniąc to powoli i systematycznie, dodatkowo tym intrygując zainteresowanie młodzieńca. Z coraz większą niecierpliwością czekał aż tajemnica zostanie do końca ujawniona. Przez cały czas mocno ściskał pod pachą piłkę, która z braku wystarczającej ilości nabitego powietrza zaczęła się pod wpływem jego siły przybierać bardziej eliptyczny niż kulisty kształt. Zasłona jej palców w końcu odsłoniła swój sekret. Chłopiec lekko pochylił się. Nie chciał tego, ale przez chwilę, przez naprawdę krótką chwilę widział jej okrągłe piersi, piętrzące się we wnętrzu jej sukienki. Jednak nie one były dla niego ważne. Ważne było tylko to co kryło się w jej dłoni. — Podoba ci się? — doskonale zdawała sobie sprawę z tego jak zbędne jest jej pytanie. Nie trzeba było tęgiego wysiłku ani żadnej psychologicznej praktyki by dostrzec jego fascynacje. Niemniej jednak, nie wychodząc ze zdumienia twierdząco kiwnął głową. — Weź go. — Zachęciła go. Nie dał się dwa razy prosić. Niczym kleszcze jego dwa palce zacisnęły się na zielonym, uformowanym na kształt rombu, kamyku, w którym ktoś zdaje się wywiercił otwór i przeciągnął przez niego rzemyk, tworząc z niego naszyjnik. — To talizman — powiedziała. — Wiesz co to takiego? — Przynosi szczęście — odpowiedział. — Nie koniecznie przynosi. Częściej chroni osobę która go nosi. — Przed czym? — Zapytał choć i tak nie miało to dla niego najmniejszego znaczenia. Nie ważne było jak i czy w ogóle to w jakikolwiek sposób działa. Jedynie istotne było w nim przekonanie o cudownym kształcie kamienia i tylko pod tym jednym względem owy kamień był dla niego interesujący, a wszystkie inne jego cech stanowiły jedynie jego tło. Barbara jednak nim odpowiedziała spojrzała na dziewczynę. Widziała na jej twarzy zakłopotanie. Widocznie nie chciała, żeby mówiła chłopcu o jakiś bzdurach, w które gotów byłby jeszcze uwierzyć, i które, by już do końca życia miały z nim pozostać. Nie miała jednak najmniejszego zamiaru mu opowiadać o zabobonach. — On chroni przed pechem. — Pechem? — Powtórzył. — Tak, szczególnie przydatny w piątek trzynastego. — Powiedziawszy to uśmiechnęła się powoli prostując nogi. Kiedy już ponownie przybrała postawę pionową, wyciągnęła dłoń do dziewczyny. — Ja jestem…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych