Czarownica Rozdział XIII
Trzynasty rozdział powieści o Czarownicy Barbarze
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Ewelina stała przed oknem i wpatrywała się w daleki horyzont. Po niebie ciężko toczyły się sine chmury. Coraz częściej rozcinały je jasne błyskawice, a po nich donośny, przypominający trzask łamanego, suchego drzewa huk grzmotu. Szyby drżały, jakby ze strachu. I ona też drżała, kiedy słyszała dźwięk dzwonka telefonu. Trzymała go w dłoni. Targało nią to najdziwniejsze, najbardziej niezrozumiałe z pośród wszystkich rodzajów niecierpliwości, kiedy czeka się na tę złą wiadomość, ale w gruncie rzeczy nie może się zdarzyć nic gorszego, kiedy owa wiadomość nadchodzi. Zrobiła błąd zostawiając go tam samego. Ten lekarz zapewniał ją swym zimnym głosem, że chłopak ma tam najlepszą opiekę, jaka mogła mu się tylko trafić. — Ja tu zostanę. Chcę zostać przy nim. Lekarz ściągnął okulary. Wyglądał na czterdzieści kilka lat. Miał krótko ścięte włosy i wręcz idealnie okrągłą twarz, pokrytą gęstym, miejscami srebrzącym się zarostem. Palcami przetarł zmęczone oczy. — Nie ma najmniejszej potrzeby, żeby pani tu przesiadywała. — Nie ma potrzeby?! Pan chyba żartuje! Tu leży mój sześciomiesięczny syn, a pan uważa, że jestem tu niepotrzebna. — Przepraszam, nie to miałem na myśli. — Nigdy nie potrafił tego zrozumieć. Jego matka zmarła, kiedy miał trzy lata; nie zdążył nawet zapamiętać jej twarzy. Obca mu była matczyna miłość ani nawet nie zaznał tej ojcowskiej. Jego też nie pamiętał. Co prawda utkwiła mu zapisana w mózgu jego twarz, mógł nawet — wysilając się bardziej — przypomnieć sobie barwę jego głosu — ale to już było wszystko. Czy mógł cokolwiek powiedzieć o swoim ojcu? Oczywiście poza tym, że nigdy nie było go w domu. Przysyłał mu tylko kartki na urodziny, co roku te same: z łaciatym, uśmiechniętym psem; czasem dołączał do kartki kilka banknotów. Czy robił jeszcze coś? Łaskawie pojawiał się raz do roku. Jego ojcowska miłość nie znała wprost granic. W końcu przyjeżdżał do domu spędzając z synem Boże Narodzenie i to był jedyny gest na jaki się zdobywał. A potem znów wyjeżdżał, powtarzając w kółko tę samą historyjkę, że musi pracować i to właśnie teraz, kiedy jest jeszcze młody i kiedy ma jeszcze trochę sił. I powtarzał, że któregoś dnia zarobi tyle, że już nie będzie musiał pracować i wtedy będą mogli spędzać z sobą trochę więcej czasu. A on mu wierzył. Wierzył mu przez rok, przez dwa, trzy lata. I przez ten czas nie wiedział o swym ojcu nic. Nie wiedział w jaki sposób się uśmiecha, nie wiedział ile i czy w ogóle słodzi. Jedyne co się o nim dowiedział to, to że któregoś dnia znudziła mu się już ciężka praca, a na jego dłoniach pojawiły się świeże odciski, odciski od tasowania kart, przy których przegrywał wszystkie pieniądze i w końcu przegrał ostatni grosz, i przez dwa lata żył jak żebrak, aż w końcu, którejś zimy zamarzł na śmierć na jednym z ogródków działkowych. Nie było go nawet za co pochować. I to było wszystko co pan doktor medycyny mógł wiedzieć o miłości rodzicielskiej. Sam nigdy nie miał dzieci. Stronił od kobiet, bojąc się tego, że nie jest zdolny do kochania i że związek z nim to skazanie na samotność. Wszyscy przecież powtarzamy błędy naszych ojców, a on tego nie chciał. Wolał nie kochać, niż nie dawać miłości. Pomiędzy jednym i drugim jednak jest pewna różnica. Subtelna, ale jednak istotna. Dlatego nigdy nie mógł zrozumieć tych wszystkich rozhisteryzowanych matek i ojców, którzy gotowi byliby tu przesiedzieć całą wieczność. Całą wieczność! Jak to abstrakcyjnie brzmi. Przy nim nie było nikogo nawet przez tydzień. — Chodziło mi o to — kontynuował — by wróciła pani do domu, odświeżyła się, wypoczęła. Proponuję się trochę przespać. Siedząc tutaj w niczym mu pani nie pomoże. Jego stan się poprawia, jestem wręcz przekonany, że do rana odzyska wszystkie siły, a za dwa góra trzy dni, zabierze go pani z powrotem do domu. Dlaczego pozwoliła się przekonać? Przecież i tak nie jest w stanie zasnąć. Oka by teraz nie zmrużyła. Stoi tylko przed oknem i patrzy na przelatujące przez niebo błyskawice. Jeszcze godzinę temu serce jej o mało nie zamarło. Komórka zakleszczona w jej dłoniach zaczęła drżeć w połączeniu z melodią „Ojca Chrzestnego” — ściągnęła ten dzwonek z jednego z czasopism kolorowych. Dlaczego o tym pomyślałaś? To straszne w jakie bzdurne myśli się ucieka, kiedy nie chce się myśleć o rzeczach najstraszniejszych. — Ale obiecuje pan, że zadzwoni kiedy coś się wydarzy? Objął ja przyjacielskim gestem i powoli poprowadził w stronę. Był palaczem. Czuła wyraźnie od niego zapach tytoniu. Cały nim był przesiąknięty. A może to tylko jej wyczulony węch. Sama kiedyś paliła. Zaczęła jeszcze w szkole średniej i paliła przez prawie dziesięć lat i dopiero kiedy zaszła w ciążę ostatecznie porzuciła ten nałóg. Jedyna pozostałoś po dziesięcioletnim czynnym truciu się nikotyną to, to że teraz ma wzmożoną wrażliwość na jego zapach. Wyczuwała go wyraźniej niż ci którzy nigdy nie palili i wyczuwała ten zapach od tego lekarza, który zapewniał ją, że zadzwoni jeśli tylko stan zdrowia Mateusza się pogorszy, ale jak sam zaznaczył, ten telefon będzie niepotrzebny, gdyż czas kryzysu mają już za sobą. Nie spojrzała nawet na wyświetlacz komórki. Bała się zobaczyć ten numer. Minęło kilkanaście długich sekund, nim nacisnęła przycisk odbierz. Wstrzymała oddech przykładając słuchawkę do ucha. — Słucham — powiedziała zduszonym głosem. — Patrycja po tej stronie! — Patrycja? — No tak. Nie poznajesz mnie? Dopiero teraz umysł się jej rozjaśnił. Patrycja była jej koleżanką z pracy. Rozwydrzona blondyna o sylikonowym biuście i twarzy, na której zazwyczaj nałożona była kilkunasto kilogramowa warstwa makijażu. Wyglądała w nim — mawiali złośliwi — jak uciekinierka z cyrku, poszukiwana listem gończym. Nikt jednak nie mówił jej tego prosto w twarz. Ta wredna małpa — znana wśród znajomych po prostu „Wredną Małpą” obok swojego piskliwego, przyprawiającego o ból głowy głosu i śmiechu ćwierćinteligentki, miała jeszcze wyjątkowo paskudny charakter i skutecznie potrafiła uprzykrzać życie wszystkim, którzy choćby raz weszli jej w drogę. — Oczywiście, że poznaję. — Odpowiedziała z ulgą. (to nie był lekarz) Przez niebo przeleciała błyskawica. Oślepiła ją na chwilę i przez ten czas nie widziała nic poza białymi plamami unoszącymi się przed jej oczyma. Białe plamy powoli się rozpłynęły i znów mogła patrzeć w daleki punkt. — Słuchaj, umówiłam się z nim. — Co? — Nie zdawała nawet co tak naprawdę wypowiedziała. Myślami była zupełnie gdzie indziej. Była w szpitalu obok swego Mateusza, który leży tam samotny pośród nieznanych mu ludzi w białych fartuchach. — Jak to „co”?! Umówiłam się z Andrzejem, z tym Andrzejem! A ty pytasz „co”? Wiesz przecież dobrze jak długo czekałam, żeby się ze mną umówił. Miałam już wziąć sprawy w swoje ręce, sama wiesz, kobieta w dzisiejszych czasach jak się sama o coś nie postara to… a zwłaszcza jeśli chodzi o chłopa. Ale zrobił to w końcu. Za godzinę tu będzie, to znaczy u mnie w domu; przygotowałam już kolację, zaraz się zacznę robić na bóstwo, tylko najpierw musiałam zadzwonić do ciebie… — Patrycjo, przepraszam cię, ale nie mogę teraz… — Coś się stało? — Nie, to znaczy tak — głos się jej zawiesił. Nie powstrzymała łez. — Mateusz jest w szpitalu. Był nieprzytomny… i… czekam na telefon od lekarza. — Jezu Chryste! — pierwszy raz usłyszała w jej głosie taką troskę. — Nie martw się. Wszystko będzie dobrze; wiem, wiem, że to brzmi banalnie, ale musisz w to wierzyć, a na pewno tak będzie — Zamilkła na chwilę. — Będę się modlić za niego (będę z Andrzejem, a on będzie mnie całował, będzie mnie pieścił… a ja…) Tylko tyle mogę w tej chwili dla ciebie zrobić. Będę się za niego modliła. Trzymaj się kochana. Odłożyła słuchawkę. (dzięki Ci Boże, że to była ona) Ona będzie się modlić za niego. Będzie się modlić, ale przecież nawet nie zapytała co mu jest. Widocznie Bogu to nie robi różnicy jaką chorobę leczy. (jak to dobrze, że to była ona) Skoro nie dzwonili ze szpitala to znaczy, że wszystko jest w porządku, że jej kochanemu Mateuszkowi nie grozi żadne niebezpieczeństwo. Jego stan się poprawił. Za parę dni będzie już całkowicie zdrowy i będzie go znów miała przy sobie. Myśl o tym w ten sposób, nie pozwól, by ogarnęły tobą… Dlaczego jeszcze nie zadzwonił. Gdybyś siedziała na miejscu, tam gdzie teraz jest twoje miejsce, nie przeżywałaby tego z taką masochistyczną intensywnością. A może chcą przed nią coś ukryć. Jeśli jej dziecko nie żyje, a oni nie chcą jej o tym poinformować, nie chcą jej tego mówić teraz. Powiedzą jej to dopiero rano. Nawet tak nie myśl! Mateusz będzie żył, dłużej nawet od ciebie, a ty będziesz go wychowywać; będziesz patrzeć jak rośnie, jak się przewraca stawiając pierwsze kroki. Będzie grał w piłę z kolegami i będzie przychodził do domu ubłocony, a ty będziesz prała jego brudne dresy i będziesz wysłuchiwać na wywiadówkach skarg jego nauczycielek, i będziesz patrzeć jak rosną mu wąsy, i któregoś dnia przyłapiesz go kochającego się z dziewczyną na skórzanej sofie w waszym salonie, i będziesz musiała zaakceptować tę nową kobietę w jego życiu. To wszystko jeszcze przed tobą. On będzie żył i przeżyje to wszystko, a ty będziesz patrzeć na to i będzie cię to cieszyło, i będziesz na niego jeszcze nie raz wściekła, nie raz też przetrzepiesz mu tyłek. To wszystko jeszcze będzie, a on będzie z tobą i dla ciebie. I przestań wreszcie o tym myśleć w inny sposób. Skoro ten lekarz nie dzwoni to tylko potwierdza, że nic złego się nie dzieje. Który już raz to sobie powtarzasz, i który już raz nie chcesz uwierzyć samej sobie. Pojedziesz do niego rano,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil racjo
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…