Czekolada z orzechami laskowymi
Opowiadanie o niemieckiej czekoladzie, z czasów komunizmu.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Była wiosna roku 1983. Sąsiad zaprosił ojca na kawę. Stosunki sąsiedzkie były przyjazne, choć niezbyt częste czy specjalnie bliskie. Pan G. był z Wilna, a żona pana G. pani Roswitha była Niemką. Nie pamiętam czym się zajmowali. Od czasu do czasu zastanawialiśmy się jak funkcjonowała pani Roswitha w takiej ludowej Polsce. Nie wiedzieliśmy nawet jak w ogóle znalazła się w Polsce. Może urodziła się tu we Wrocławiu jeszcze za Hitlera, a potem jakimś cudem została i wyszła za mąż za pana G.? A może przyjechała ze wschodnich Prus czy z jakiejś Połągi? Trudno było się o to tak bezpośrednio zapytać. Jej polszczyzna brzmiała rodowicie. Państwo G. mieli syna i córkę. Przed kilkoma laty córka wyemigrowała do RFN, do miasta o nazwie Wuppertal. Byłem dumny, że udało mi się je znaleźć na mapie. A ich syn właśnie kończył lokalną wrocławską szkołę podstawową.
Jak się okazało, Pan G. prosił ojca na kawę właśnie w sprawie swego syna, który starał się o przyjęcie do technikum. Mój ojciec, znany w mieście inżynier elektryk, kolegował się z dyrektorstwem i wieloma nauczycielami owej instytucji. Chodziło o „dobre słowo” na temat młodego Stefana.
Trudno odmówić sąsiadowi.
Stefan był przyjemnym, bardzo czysto wyglądającym i wysportowanym blondynem, miał w domu niemieckie kolorowe zabawki, piłki, szkolne przybory, świetne sportowe, fosforyzujące w nocy buty, jak również fosforyzujący zegarek. Jego pokój pachniał niemieckim proszkiem do prania. Te wszystkie materialne skarby symbolizowały jakąś tajemniczą przepaść między nami i znajomość nasza nie kleiła się. My z bratem, obok po sąsiedzku, nie mieliśmy raczej niczego z zagranicy. Stefan interesował się sportem, a my chodziliśmy na festiwal „Wratislavia Cantans”. W około miesiąc po owej kawie zadzwonił u nas dzwonek u drzwi. Pod drzwiami stał bardzo uśmiechnięty pan G. i wręczył mi jakieś pokaźne pudełko. „Roswitha również bardzo dziękuje” - dodał pośpiesznie. Okazało się, że Stefan został przyjęty do technikum. A dwukilogramowe pudełko, dowód wdzięczności za sąsiedzką pomoc, zawierało dwadzieścia tabliczek niemieckiej czekolady marki „Nussbeisser - edel Vollmilchschokolade mit ganzen Haselnüssen”. To ta, która miała takie piękne przeźroczyste plastikowe okienko, przez które można było zobaczyć czekoladę i orzechy. Kto by pomyślał, że taki skarb znajdzie się w naszym domu!
Zawsze byłem wielkim amatorem słodyczy, a dostęp do nich był poważnie ograniczony w wyniku katastrofalnej sytuacji gospodarczej kraju, jak i też przez nierozsądne metody wychowawcze w moim domu. Metody te wyrażały się w często słyszanych słowach „dziecko nie ma rozumu” tudzież „nie ma żadnego pożytku z tych dzieci”. Wychowawcza rola opóźniania lub odmowy wszelkich przyjemności była w naszej rodzinie mocno przeceniona. Brak przyjemności miał zapewne budować nasz charakter, a przy okazji wpasowywał się świetnie w czasy wszechobecnego niedostatku. Pokolenie rodziców wyrosło w często dramatycznych warunkach wojennych, możliwe więc że wydawało im się, że dzieci „powojenne” są z natury już bardzo rozpuszczone i trzeba temu wszelkimi środkami zapobiegać. Dodatkowym szlabanem dla wszelkiej wymarzonej słodkości była reglamentacja. Miesięczna kartka oferowała alternatywę zakupu stu gramów wyrobu czekoladopodobnego lub paczki papierosów. My młodsi ustępowaliśmy więc zawsze babci Alodii, która zapalczywie kurzyła Klubowe lub Caro. Pamiętam dobrze ten moment, gdy po raz pierwszy posmakowałem niesamowitej szwajcarskiej czekolady „Toblerone”. Przywiozła ją na Boże Narodzenie ze stolicy ciotka…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Arseniusz123
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…