Wróć do katalogu

CZY WIESZ, DOKĄD ZMIERZASZ?

Postapocaliptic - moje pierwsze, pierwsza cześć, czegoś co w zamiarze ma być "czymś" większym

janko, opublikowano , 17 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

I - Tajemnica Wrócił w rodzinne strony. Na przechylonym słupie obok starej, spękanej drogi wisiała zatarta i pordzewiała tablica z nazwą miejscowości. Stał przyglądając się nic już nieznaczącemu słowu. Gdyby nie te pożółkłe i złuszczone resztki farby układające się w litery, nie poznałby okolicy. I to nie tylko dlatego, że ostatni raz był tu grubo ponad dziesięć lat temu. Wszystko wyglądało inaczej. Dopiero, gdy zaczął przypominać sobie czasy gdy przejeżdżał obok tego właśnie miejsca, mógł dopasować pewne szczegóły. Gołe wypalone mury, do domów; spękane resztki asfaltu wśród trawy i krzewów do zarysu drogi a nawet wyschły, martwy pień drzewa do dumnego dębu. Tak, tu się urodził, tu wychował i to tu widział jak jeden jedyny raz słońce wzeszło na północy. Ten jeden dzień, gdy obudził go blask z nad pobliskiej metropolii, zmienił wszystko i wszystkich. Wtedy miał nieco ponad dwadzieścia lat, ponoć miał zostać prawnikiem, tak chcieli rodzice. Wtedy żył w sposób, którego dziś już nie rozumiał. Teraz był o wiele starszy i to nie tylko wiekiem. Teraz był żołnierzem. Adam Ambert, porucznik zwiadu. Bo sam tak chciał. - Co jest, panie poruczniku? – Sierżant Bolkowski stanął za nim i popatrzył w to samo miejsce. - Nic, Bolek. Tu się urodziłem. – Powiódł wzrokiem po zielonym widnokręgu. - Acha, to przepraszam. Pewnie sporo się zmieniło – sierżant zachichotał. - Wszystko. – Zamiast nostalgii w głosie słychać było raczej złość. - Przepraszam, panie poruczniku. Nie chciałem, ja tak już mam… - Wiem, nie przejmuj się. Tak jakoś mnie dorwało. - Chyba rozumiem… - Tym razem w głosie nie było wesołości, co u Bolkowskiego było dość rzadkim przypadkiem. – Ja urodziłem się w Warszawie, tam też się wszystko zmieniło… Sierżant popatrzył na północ i na chwilę jego oczy się zaszkliły. Po chwili wrócił do swojej normalnej, wystudiowanej pozy. - To całkiem nie daleko, ale proszę mi obiecać, że tam nie pojedziemy. Lepiej żebyśmy nie świecili po nocy, bo co byłby z nas za zwiad? - Obiecuję, Bolkowski, że nie będziesz musiał robić za latarnię. Gdzie reszta? - Pacyniak pilnuje tyłów, - machnął ręką w kierunku, z którego przyszli. – Adamczyk i Bauman siedzą w rowie i palą, a ten idiota Ogniu, czegoś znowu się nażarł i stęka w krzakach. - Tu zanocujemy. Nie ma, co się po zmroku pchać dalej. Sprawdźcie tamten budynek. – Wskazał na jedno z lepiej zachowanych domostw. Nie pamiętał, kto tu kiedyś mieszkał. - Niech Adamczyk sprawdzi wodę. I podciągnijcie tu Tury. - Tak jest. Adamczyk! Wyłaź, cholera. Do roboty! Nocujemy! Ruszać dupy! – Sierżant pomaszerował energicznie środkiem drogi. – Dwójka, zgłoś się! Podniósł lornetkę do oczu i przez chwilę przyglądał się wypalonemu kikutowi starego dębu. Wokół rosły dość wysokie krzewy, ale także całkiem już pokaźny potomek martwego drzewa. Przyroda radziła sobie lepiej niż ludzie. Po mieszkańcach tej okolicy nie zostało zbyt wiele. Kilka budowli, które cudem ocalały i nadal prowadziły beznadziejną walkę z czasem i przyrodą. Kilka poszczerbionych murów, które swą szarością kontrastowały z zielenią i ta zrujnowana droga. To wszystko. Jego ludzie właśnie wchodzili na plac za opuszczonym domem. Już przypomniał sobie jak kiedyś wyglądał… Brzydki budynek z płaskim dachem. Za nim stał wielki magazyn. Dachu już nie było, a po wyższym piętrze zostało tylko kilka ścian. Ale w jednym z dwóch widocznych okien na parterze, ocalała nawet szyba. Ruszył powoli w tamtym kierunku. Zieleń nie wdarła się jeszcze na wybetonowany plac. Mimo iż część nawierzchni popękała a w szczelinach pojawiły się kępy trawy, większość wyglądała niemal jak nowa. Był też i magazyn, a raczej jego resztki. Musiał się spalić. Z ziemi i zieleni wystawały tylko okopcone resztki muru. A w miejscu gdzie kiedyś były wielkie drzwi leżały powykrzywiane i pordzewiałe metalowe płyty. Po prawej stronie resztek magazynu, nie wiedzieć czemu, ocalała niewielka zagroda z psią budą. Obok leżała wywrócona i popękana miska i zmurszałe kości zwierzęcia. Ciekawe czy zginęło szybko czy powoli konało z głodu, gdy jego właściciele uciekli lub zginęli? - Co za bydle zastrzeliło psiaka? – Zapytał, stojący przy klatce Bauman, jakby czytał w jego myślach. - Lepiej tak, niż miał by zdechnąć z głodu – podszedł bliżej i zobaczył charakterystyczny, okrągły otwór w niewielkiej czaszce. - Może i tak, panie poruczniku. - Chyba czysto! Nikogo tu od dawna nie było, panie poruczniku. No i mamy tu studnię. Zaraz sprawdzę wodę. – Adamczyk rozpakowywał swoją aparaturę przy zakrytym metalową płytą, betonowym kręgu. - Adamczyk, „chyba” to ja ci sam zaraz trawę w gaciach posieję. – Sierżant jak zwykle promieniał specyficznym poczuciem humoru. – Sprawdzić teren. Ludzie rozchodzili się po okolicy wykonując rozkaz. Byli już znudzeni, kolejne ruiny, zachowywali się jak turyści na nudnej wycieczce. Tak na żołnierzy działała rutyna. Nadal byli zwiadem, ale takim znudzonym wielodniową wędrówką po opustoszałych polach, ruinach miast i wsi. Ogniewski ostrożnie wchodził do budynku mieszkalnego, lufą karabinu powoli otwierając przegniłe, drewniane drzwi. Pilniej przyglądał się powale nad drzwiami, najwyraźniej bardziej obawiając się zawalenia stropu niż ewentualnych mieszkańców ruiny. Zaskrzypiały stare zawiasy. Na domu mieszkało stado gołębi, które spłoszone tym dźwiękiem wzbiły się w powietrze. Żołnierze popatrzyli chwilę za odlatującymi ptakami i wrócili do swych zajęć. Pacyniak właśnie lawirował między resztkami drzwi do magazynu, zamierzając najwyraźniej dostać się do środka. Ciekawe po cholerę tam się pcha? - Panie poruczniku! Niech pan tu podejdzie! – Zawołał Pacyniak ze szczytu hałdy złomu. Ruszył powoli w kierunku żołnierza, który przyglądał się czemuś, kolbą rozchylając gałęzie krzewów. W pierwszej chwili miał zamiar zapytać, o co mu chodzi i po jaką cholerę ma się tam pakować, ale kapral nie należał do ludzi, którzy zawracali mu głowę bez powodu. Jakiś czas balansował na grubej metalowej belce, będącej kiedyś zapewne framugą wrót, nim stanął obok podwładnego. - Najpierw zobaczyłem to… - kiwnął głową na szczątki drzwi, wśród których leżała cała masa pośniedziałych łusek od wielkokalibrowego karabinu. – A tu, znalazłem to… - mocniej odsunął gałęzie. Porucznik przez chwilę patrzył na odsłonięty kawałek zmieszanej z gruzem ziemi, na której wyrósł bujny krzew. Już szarzało, ale była tam tylko ziemia, gruz i jakieś żółtawe, owalne przedmioty. Otwierał już usta, aby wyjaśnić kapralowi, że ma mu na przyszłość nie zawracać dupy ciekawostkami botanicznymi, gdy zrozumiał, na co patrzy. Wewnątrz murów spalonego magazynu, wymieszane z gruzem, popiołem i ziemią leżały ludzkie czaszki. Tylko na tym maleńkim skrawku widział ich kilkanaście, skrytych pod baldachimem zielonych liści. Widział dość wiele szkieletów i kości by wiedzieć, że te tu nie mają kilkunastu lat. Mogły tu leżeć cztery, może sześć lat. I byłą ich cała masa. Ostrożnie postawił stopę na kawałku gruzu, sięgnął kolejnych gałęzi. Czaszek było więcej, część tych leżących dalej była częściowo spalona i okopcona. Ale były tu tylko czaszki, żadnych innych szczątek. Dziesiątki pustkach oczodołów wpatrywało się w ciemniejące niebo. Zachodzące słońce zabarwiało nagie kości na czerwono. Puścił gałąź i spojrzał na kaprala. - Co tu się kurwa stało? - Nie wiem – Pacyniak wpatrywał się w niego. - Nie wiem co tam macie, ale ja też mam coś ciekawego – Bauman przykucnął na skraju wybetonowanego placu. - Co jest? - Ślady panie poruczniku, po gąsienicach. Ktoś tu czołgiem jeździł. Zeszli ostrożnie z gruzowiska i podeszli do miejsca gdzie klęczał szeregowy. Na betonie wyraźnie widać było równoległe, szerokie na niemal pół metra ślady po stalowych gąsienicach. One też były znacznie młodsze niż powinny. Powstały już na spękanym betonie a w jednym miejscu nawet widać było, że przejechały po zwalony znacznie wcześniej ogrodzeniu i przygiętej do ziemi gałęzi drzewa. Ktoś jeździł tu czołgiem i to zaledwie kilka lat temu. Nikogo tu nie powinno być od czasów wojny. Czyli od ponad czternastu lat. Do śladów podeszli pozostali i przyglądali się bez słowa. Brakowało tyko Ogniewskiego, który właśnie wypadł z domu. Nawet z tej odległości widać było że jest blady jak ściana. - Cholera,

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych