Deficyt
Inspirowane Palahniukiem.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
O! Jak dobrze być pierdolniętym w głowę! Patrzeć na czarno biały świat, widzieć tylko tą lepszą połowę Gdy wokół ludzie normalni, Ja nie pozwolę szarą normalnością się nakarmić W czasach gdzie ostatnim przyjacielem został telewizor O! Jak dobrze być pierdolniętym! Kochać tych wszystkich, którzy ciebie nienawidzą W tym chorobliwie zdrowym świecie żyć jak największą schizmą Jak dobrze wiedzieć, że każdy uszanować mnie potrafi, Że politycy nie zajmują się głupotami w stylu zakazania pornografii(…) Że żyjemy w świecie, który nie zna ani głodu, ani nędzy, ani chorób, ani zbrodni, ani wojen Że wszyscy się wręcz karmią pokojem, o jak dobrze jest mieć ostrą paranoję Jak dobrze jest bezgranicznie w ludzi wierzyć Wystawiać bez obaw dupę, widzieć że nikt cię w nią nie uderzy Jak bobrze myśleć że w ludziach zostały jeszcze człowieczeństwa strzępy O! Jak dobrze być pierdolniętym!
~Adam Zieliński „O jak dobrze”
CZĘŚĆ PIERWSZA
Postać M.
Dumny jak paw M. wszedł do środka. Zdawało się, że otacza go poświata, jakaś bijąca po oczach aura dostojności. Swoim krokiem przyprawiłby o kompleksy niejednego średniowiecznego króla. Oczy nad zadartym ku niebu nosem zdawały się krzyczeć: czy będziesz miał odwagę w nas spojrzeć?! Zwieńczeniem tej aroganckiej pozy był psotny uśmiech – istna latarnia morska dla tęsknych spojrzeń zagubionych, dziewczęcych duszyczek. Kiedy minął drzwi wejściowe, od niechcenia rozejrzał się dookoła. Ależ oczywiście! Jesteśmy elegancko ubrani, prowadzimy rozmowy na odpowiednie tematy. W końcu znajdujemy się w teatrze! Zastanawiał się czy wszyscy tutaj faktycznie uważają, iż takie wyjście czyni ich wyjątkowymi. „Och wiesz, Joasiu ostatnio byliśmy z mężem i dziećmi w teatrze… Słucham? Tak, doprawdy było pysznie!” – Ach! Dosyć już tego, nie przyszedłem tu, aby napawać się widokiem tej bezkształtnej masy z autobusu. Kroczył w tłumie niczym wilk przechadzający się pośród stada owiec. Był niezwykle pewny swego, na jego twarzy widniał tegoż dowód w postaci nonszalanckiego uśmiechu. Dzisiejszego dnia zamierzał sprawdzić swoją odwagę, zimną krew… A tak, zapomniałbym! Przy okazji pragnął zrobić głupców z dwóch setek widzów zebranych w teatrze. Znajdował się w mieście o dźwięcznej nazwie Latrynka. Po raz czwarty przybył na to samo przedstawienie pod tytułem „Bóg” pióra Woody’ego Allena. Spektakl ten łamał wiele z żelaznych zasad teatru, takich jak brak kontaktu aktorów z widownią. Zadaniem sztuki było zatarcie tej różnicy. Sztuczka polegała na sprawieniu wrażenia, iż widownia tworzyła przedstawienie. Rzecz jasna to aktorzy przenikali na salę. Otyły jegomość siedzący obok ciebie w każdej chwili mógł okazać się odtwórcą głównej roli. W pewnym momencie po prostu wstanie – zaskakując tym wszystkich widzów – i wejdzie na scenę. On, chłopaczek z widowni, zamierzał podkraść mu rolę. M. przygotowywał się do wykręcenia numeru od czterech spektakli, innymi słowy dwóch tygodni. Na pomysł wpadł podczas oglądania tej sztuki po raz pierwszy. Na drugim przedstawieniu zaczął nagrywać kwestie upatrzonego aktora. Kupując bilety na kolejne spektakle uważnie zapamiętywał jak przemieszczają się odtwórcy i w których scenach pojawiają się na deskach. Poznał nazwiska i imiona całej ekipy. Codziennie od czternastu dni ćwiczył przed lustrem dialogi. Jedna niewiadoma. Co się stanie, kiedy po odegraniu pierwszej sceny zejdzie za kulisy?
* * *
Aktorka wypowiadała właśnie kwestię poprzedzającą jego wielki debiut. M. zapanował nad emocjami do tego stopnia, że zaczął się obawiać małej drzemki. Poderwał się ze swego miejsca dwie sekundy przed tym, jak robił to aktor ukryty na widowni. Zanim kobieta na scenie dokończyła wypowiadać tekst, M. wtrącił się jej w zdanie ze swoją kwestią. Reflektor, który dążył ku zawoalowanemu aktorowi zgłupiał w połowie drogi, po czym oświetlił stojącego młodzieńca. M. kończył pierwsze trzy zdania swej roli. Przez twarz aktorki stojącej na scenie przemknęła błyskawica zdumienia. Zrobiła wielkie oczy, po czym momentalnie opamiętała się, przechodząc gładko do następnej części dialogu. Spektakl trwał. Cały teatr, około dwustu osób wlepiało gały w wyprostowanego M. młokosa, którego najlepszy angaż dotyczył roli drzewa w przedszkolnym teatrzyku. Byli nim zachwyceni do samego końca.
Postać W.
W. został wybity z ponurej zadumy. Odebrał uporczywy telefon. - Wynoś się z tego miasta póki masz okazję! – krzyczał telefonujący. - Halo?! Kim jesteś? – Osłupiały chłopak, który podniósł słuchawkę był wyraźnie zbity z tropu. - Zamknij się i słuchaj! – Sączył się butny głos z przeciwnej strony linii. – Nic cię tu nie spotka! NIC! Szukaj gdzie indziej! Szumy i trzaski. - … Grozisz mi? – skonfundowany chłopak gorączkowo zastanawiał się o co chodzi temu facetowi, kim on jest? - … Czy coś Ci zagraża? Jeśli stąd wyjedziesz, to udane życie! Z głośnika aparatu zaczęły bić szybkie impulsy obwieszczające koniec połączenia. Chłopak odłożył powoli telefon. Tajemniczy rozmówca pociągnął za nić, początek kłębka. W. odtworzył w pamięci osobliwy przypadek.
Znajdował się wówczas na rynku w Stumostowie. Słoneczne popołudnie wyciskało z ludzi ostatnie soki. Młody chłopak – nieco naiwniejszy niż w chwili obecnej – nieśmiało rozłożył swoje prace. Było to drastyczne zderzenie z rzeczywistością. Zabrał na miasto pasję, której poświęcił godziny pracy. Wśród jego rysunków była nawet reprodukcja Beksińskiego. Ba! Nie zabrakło szkicu, który zajmie w przyszłości drugą nagrodę w konkursie ogólnopolskim. Każdy ma swoje potrzeby, a on za swój trud chciał jedynie wymiernej ceny. Wyobraźcie sobie jego minę, kiedy wysłuchiwał pytań pokroju: - Hm… Co by tu… Masz pan coś kolorowego? Może pomarańcz? Pasowałby do sofy. C’est la vie. Zapowiadało się, że będzie to po prostu zmarnowany dzień. Pod wieczór podszedł do niego stary mężczyzna. Szukał autora rysunków, wokół których stał W. Chłopak nie zauważył błysku szelmy w oczach starca. Ta wiekowa, poznaczona bruzdami twarz nie przejawiała dlań bystrości. – To ja jestem autorem tych prac. – Odpowiedział niepewnym głosem prostując się na pełne metr dziewięćdziesiąt swojego wzrostu. - Czy ma pan należytą pewność? – Dopytywał się starzec z przejęciem – jest pan stuprocentowo pewien? - Tak to ja… – Upierał się coraz bardziej speszony chłopak - Niesłychane… NIEDOWIARY!!! – Krzyknął mężczyzna z jeszcze większym przejęciem. Po krótkiej pauzie, złapał się nawet za głowę. Autor rysunków ochłonął i spojrzał spode łba na twarz swego rozmówcy. Przedstudiował uśmiech nasiąknięty politowaniem i w duchu wyśmiał własną postawę. Po chwili nawiązała się rozmowa. Stary człowiek okazał się doświadczonym fotografem. - Ach, przybywa pan z miasta inspiracji… Tak, rzeczywiście aura tego miejsca jest niezwykle inspirująca dla tamtejszych artystów – powiedział starzec. - Nie zauważyłem, aby zbyt wielu z nich to odczuło. - Uwierz mi na słowo młody przyjacielu, samobójstwa to częsta sprawa. Obaj się zaśmiali. W. zaczynał lubić tego wiarusa. - Co sprawiło, że mam przyjemność z tobą rozmawiać? – zapytał młodzieńca staruszek, raz jeszcze spoglądając na jego rysunki. - W końcu znajdujemy się w mieście spotkań. - Owszem… Szkoda tylko, że tak często spotykam się tu ze złodziejami – odparował fotograf. – Ale wróćmy do mojego pytania… Musi być jakiś konkretny powód, dla którego się tutaj znalazłeś. Pewien syjonista twierdził, że Bóg nie gra z wszechświatem w kości. Młody zawahał się. - Zamierzam wyrwać się ze wschodu. Chcę tu studiować, tutaj powinno być łatwiej. To miejsce się rozwija. – przerwał na moment – nie jest idealne, ale ma szersze perspektywy od Latrynkowa. Nastąpiła dłuższa chwila, podczas której fotograf podpalał papierosa. - No proszę – zaczął w końcu, jednocześnie potrząsając dłonią aby zgasić zapałkę – a wyglądałeś mi na zupełnie nierozgarniętego. – Widok oburzonego młodzieńca wywołał na twarzy starca błysk białych zębów. - Jeszcze słowo, a propos twoich rysunków. – mówił roześmiany – Przy rynku nie sprzedasz niczego. Ani jednej pracy, są za dobre. - To co mam zrobić? – zdziwił się młody. – Potrzebuję tych… – facet narzucał poziom, więc zmlął przekleństwo w ustach – …pieniędzy! - Jestem pewny, że na coś wpadniesz – stare oko mrugnęło jak semafor – nawet jeśli głód ujemnie wpływa na proces myślenia. Od tego wydarzenia minął ponad rok.
* * *
Miło mi zaanonsować, iż decyzja W. aby podjąć naukę w obcym mieście została zrealizowana. W studiowaniu miała mu towarzyszyć postać ze szkolnego korytarza. Ową osobę już wtedy nazywano „Afiszem”. Ciężka praca oraz pasja sprawiły, że na co dzień oglądali…
…Drzwi wejściowe starej kamienicy w centrum Stumostowia. Otwór przypominający obropiałe, rozchylone usta. Infekcja korzysta z zaproszenia, pysznym krokiem wstępuje do środka. Wita ją gardziel korytarza oznaczona ciemnymi zawijasami. Poniżej zamazanych ścian rozciąga się język posadzki usiany czarno – białą wysypką. Wygląda na to, że żarówki u podniebienia korytarza cierpią na anemię. Dają jedynie taką ilość światła, aby nadać głębi szarym półcieniom. Zakażenie postępuje dalej. Niczym wampir syczy z niesmakiem na widok prawdziwych, zdrowych promieni. Ściekają w dół ze świetlika na dachu. Wodospad fotonów pada na pokrzywioną reumatyzmem spiralę. Klatka schodowa przypomina kręty przewód pokarmowy wiodący po same drzwi wynajmowanego mieszkania, które…
- …Zostało podobno wynajęte! – warknęła z furią Wójcikowa. Zrobiła przerwę, aby napawać się szokiem swej sąsiadki z drugiego piętra. Razem z koleżanką zajęły ulubiony punkt obserwacyjny na ławce nieopodal kamienicy. Malinowska wytrzeszczyła dziko oczy. - O wilkach mowa! Pani Wójcikowa, widzisz pani to, co ja? Gdyby wścibskość miała swoją personifikację niewątpliwie przywdziałaby postać jednej z nich. Wójcikowa i Malinowska, zaawansowane wiekowo lokatorki jeszcze starszej kamienicy. Przypominały sępy wyczekujące na najmniejszy skrawek padliny. - Ćpuny, hałastra! – intonowała Malinowska mieszkająca przylegle do wynajmowanego mieszkania – Jak nic będą z tymi gówniarzami problemy, zobaczysz Pani! - Nie przesadzasz Malinowska? Podobno spokojni studenci… z archite… - Gówno, nieważne! Medycyna, prawo czy… budownictwo! Jedno ścierwo! Te same rozchapane bahory, co od mamusi i tatusia piniondze biorą! - Skwitowała nie dbając o poprawność językową - Ja już ich przypilnuje! - Uspokój się Malinowska – Skrzywiła się Wójcikowa rozglądając naokoło – Jeszcze ktoś usłyszy – sapnęła – Poza tym jeden z nich pomógł mi wnieść siatkę z zakupami… Popatrz lepiej kto za nimi idzie. Wskazała niby mimochodem na suchą, chorą kobietę skradającą się do wejścia kamienicy. Rozglądała się ukradkowo ze zwierzęcym lękiem w oczach – To ta z trzeciego… Strach przy takiej mieszkać, nie? Żółte papiery…Też mi coś! - Może i ją wypuścili z wariatkowa, ale… – Malinowska wzdrygnęła się odruchowo – jak się na nią popatrzy to aż coś w nerach ściska. A jak pomyśli się o tym, co zrobiła tym biednym ludziom…To dopiero!
Postać M.
M. uwielbiał nazywać się „człowiekiem renesansu”. Poza tak jednorazowymi zajęciami jak występowanie w teatrze, miał cały ogrom innych zainteresowań. Często zasiadał przed podręcznikami poświęconymi chemii. Jak za dotknięciem magicznej różdżki, zawarte w nich cyfry i litery zamieniały się w cudownie sensowne ciągi. Jego mistrzostwo potwierdzała zwycięska olimpiada. A to?… Kompletna bzdura Panie Werwa! – stwierdzał, kiedy jego nauczyciel składał mu gratulacje. Belfer zapewne zmieniłby zdanie o pupilku, gdyby usłyszał o jego innej pasji związanej z chemią. Dilowaniu w gimnazjach. Plan poprzedziły wielotygodniowe działania. Przed i w trakcie tego – powiedzmy z braku lepszego słowa – przedsięwzięcia, M. grał w piłkę na boiskach szkół, w których zamierzał pracować. Zapoznał się tam z paroma uczniami. W rzeczywistości zyskał wtyczki, od których mógł wyciągać dowolne informacje. Kiedy już przeszedł do konkretnego działania każde spotkanie skrupulatnie dokumentował. Ustawiał telefon z włączonym wideo na winklu, trzymał dyktafon w kieszeni. Starał się wyraźnie pokazać twarz nabywcy. Podczas transakcji, które przeprowadzał, od co głupszych dzieciaków udawało mu się wydobywać ich ksywki. Na litość! Czasami nawet imiona! Przecież to wystarczyło, aby poznać ich dokładne adresy, o nazwiskach już nie mówiąc! Momentami nawiedzały go koszmarne wizje przyszłego społeczeństwa, którego filarem jest tak bezmyślna i naiwna młodzież. W okolicy szkół pojawiał się w losowych dniach, co najmniej sześć dób od ostatniej wizyty. Nie chciał rzucać się w oczy. Pewnego tygodnia postanowił zaprzestać swoich działań. Nie uwierzycie jakie niebotyczne ceny potrafi osiągnąć gram kminku, czy sproszkowanego apapu. M. nie miał zielonego pojęcia, co te dzieciaki widziały w małych szczyptach przypraw i leku przeciwbólowego. Wystarczająco napełnił swe konto, lecz nie chciał tego ciągnąć również z innych względów. Stawał się rozpoznawalny, poza tym niektórzy doznawali gromu z jasnego nieba. Po miesiącu stwierdzali, iż zażywają fałszywe środki. Od innych usłyszał, że wypytywali się o niego pewni ludzie. M. domyślał się, że raczej nie chce mieć z nimi przyjemności. W końcu rynek rządzi się swoimi prawami, nawet jeśli handlujesz przyprawą. Nadeszła ewidentna pora, aby zwijać interes. M. nie mógł się powstrzymać przed wysłaniem anonimów na każdy z adresów, które z takim mozołem udało mu się wyciągnąć. Oczywiście przesyłka była adresowana na osobę zameldowaną w danym lokum – rodzica, czy też opiekuna. Wiadomość zawierała wypalony krążek CD z pewnymi danymi o nastoletnim członku rodziny. Nie były to raczej superlatywy, z których byłby dumny każdy rodzic. No chyba, że z uśmiechem na ustach wysyłał dziecko po koks, aby mogli razem przyćpać. Przyprawę i lek przeciwbólowy?
Jeśli chodzi o podjęcie studiów… M. z łatwością i kpiącym uśmiechem wywalczył sobie miejsce na Akademii Sztuk Pięknych w Stumostowiu. Po krótkiej przygodzie "dilerskiej" nie chciał być rozpoznany na ulicy Latrynkowa przez kogokolwiek innego od swoich znajo… Ale zaraz, jakich znowu znajomych? Wybaczcie mi, przecież M. takowych nie posiadał! Całą tę gromadę pachołów zastępował mu jeden przyjaciel. Chłopak nie mógł uwierzyć, że ktoś był na tyle naiwny, aby uznawać zjawisko znajomości. Bo kimże jest taki znajomy? Kimś, kto nie pomoże Ci w wielkiej potrzebie, nie porozmawia z tobą na tematy, które wykraczają poza „najciekawsze gówno które się komuś zdarzyło w tygodniu”. W. pluł na osoby gotowe przyjąć fakt posiadania dziesiątek bliskich i przyjaciół za coś prawdziwego. Doskonale wiedział, że owi ludzie w rzeczywistości są sami, i właśnie po to, aby zatuszować tę pustkę będą kolekcjonowali i sumowali. Ku chwale licznika na twarzoksiążce.
* * *
- Owce codziennie wychodzą o ustalonej godzinie na polanę otoczoną zagrodą. Coraz więcej zwierząt zostaje dzień w dzień zaganianych za płot. Rano wchodzą, wieczorem wychodzą. Zawsze o tej samej godzinie. Trzody strzegą groźne psy. Jeśli znalazłaby się owca zdecydowana umknąć za ogrodzenie, ogary są gotowe zagryźć ją na miejscu… - Czyżbyś mówił o naszej rzeczywistości... Mój ty Orwellu? – Pióro „już prawie oficer” przerwał opowieść przyjaciela. - Masz na myśli alegorię… – Dodał roześmiany M., zwolniony z roli bajarza. Jego druh był błyskotliwy, toteż nie musiał w całości rozwijać żagli wyobraźni. - I co z tego? – prychnął Pióro – strzepnął z rozmachem resztę papierosowego popiołu – wróćmy do tematu. Chcesz się wyrwać z zagrody? – chłopak po raz wtóry mile zaskoczył sudenta ASP. - Jak najbardziej. - odparł tamten - Zresztą nie tylko ja, prawda? - M. położył szczególny nacisk na ostatnie słowo – Jesteśmy osobami brzydzącymi się bezmyślną konsumpcją, niewolnictwem. To ich łączyło, mieli wspólny cel. Semper fidelis. - Musimy sprzeciwić się temu, co niszczy naszą wolę, ponieważ bez niej stajemy się zwykłą szarą masą. – Kontynuował żak – Hołotą, która nie może się zdobyć na własne zdanie i opinię. Zło jest tym, co unicestwia wolę, dobro tym co ją wzmacnia. – Niewzruszenie brnął M. – Należy postrzegać świat w odpowiedni sposób. Dla kogoś słabego, silny wróg jest synonimem strachu i przekleństwa. Dla nas to podnoszenie sobie wyżej poprzeczki. Dzięki wrogowi możemy stać się silniejsi – tylko i aż po to – aby mu dorównać. Będziemy ewoluować i nie pozwolimy, aby ktokolwiek odbierał nam tę możliwość. – Zakończył cicho – Nazywaj nas jak chcesz… Antyglobalistami, Anarchistami, Antykonsumpcjonistami… Tymi, którzy widzą. Ani M., ani Pióro nie zamierzali przegrać życia przed blaskiem telewizora, czy inną nowożytną pułapką. Wszystko polegało na tym, że z każdą sekundą upływało twoje cenne życie. Pytanie. Czy na pewno chcesz, aby przeminęło na reklamach globalnych firm oraz komediach z rechotem w tle, który wskazuje ci kiedy się zaśmiać? Nie lepiej jest posiadać jakiś cel, ambicje które pragnąłbyś spełnić? Nie masz żadnej pasji, zdolności, które byłoby warto doprowadzić do perfekcji, a następnie przekazać dalej? Drogi Czytelniku, jeśli Twoja odpowiedź jest przecząca, w tym momencie M. z całą pewnością użyłby swojej ulubionej figury retorycznej, mówiąc: - To spierdalaj. Wspólna wizja prowadzenia wartościowego życia i samodoskonalenia, była jednym z powodów dla których bystry malarz przyjaźnił się z Piórem, uczniem szkoły oficerskiej. Wspólnie zauważyli, że ludzie po pewnym czasie przyjmowali świat, który ktoś im usilnie wciskał. M. uważał doświadczenie Pióra za wielką zaletę tej znajomości. Był wojakiem! Potrafił organizować, szkolić, planować, oceniać. W najbliższym czasie miało się to okzazać kluczowe. Między dwójką przyjaciół była jedna, aczkolwiek zasadnicza różnica. M. zdawał sobie sprawę, że jeśli walcząc z systemem może zostać bohaterem, to co najwyżej absurdalnym. Wiedział, że nie zmieni świata ani o jotę. Nawet jeśli zresetowałby cywilizację i jego aktualny establishment, wykształci się kolejny. Ludzie mają zło zakorzenione w umysłach. To nie pojęcie własności je zapoczątkowało, lecz relikt dzikości, który jest w każdym z nas. Koniec kropka. - Jak rozumiem, masz jakiś poważny plan – Pióro wrócił do dyskusji. – Jeśli zaczniemy od założenia podziemnego kręgu do napierdalanek, to wchodzę. - Niestety. Zajmiemy się czyms innym. – Zanegował M., ponownie odpływając umysłem w nieznane krainy. - … Będziemy walczyć z cywilizacją maszyn, które zrobiły sobie z nas cholerne baterie? – Nie ustępował Pióro. M. tym razem nie zdołał zatuszować uśmiechu. - Ponownie muszę cię rozczarować. – M., jeśli chodzi o wielkie idee… - Zaczął cynik porzucając drwinę - Nie oszukujmy się. Wiele z twoich ostatnich jak i wcześniejszych numerków owszem, było zabawnych, ale to po prostu igraszki. Jakbyś to ujął „babki w piaskownicy”. Teraz to co innego – Pióro był szczery, nie babrał się w sofistyce. - I właśnie dlatego jesteś mi potrzebny. Będziesz gwarantem naszych poczynań. - Rzekł M. Po tych słowach Pióro spojrzał w oczy swego przyjaciela, zawahał się, po czym kiwnął głową. M. uśmiechnął się, a jego oczy prezentowały niecodzienny widok. Zamiast roziskrzonych błysków, było w nich widać smutek. W końcu przemówił: - Na początek zamieszkamy w innym mieście, mam już mieszkanie dla siebie, ale ty będziesz musiał…
CZĘŚĆ DRUGA
Postać W.
Świadomość wypływa na wierzch tak, jak robi to prawda po długotrwałym kłamstwie – niezwykle boleśnie. W. obudził się, a raczej zmartwychwstał w swym łóżku niczym feniks z popiołów. Owa scena przypominała konanie rannego zwierzęcia. Jakiegoś łosia, który został poddany torturom przez zmyślnego szarlatana. Poprzez sen, umysł młodego człowieka w końcu uregulował kilkudniowe zobowiązanie wobec ciała. Rzecz jasna nie oznaczało to, że wszyscy wierzyciele są usatysfakcjonowani. Struny głosowe i usta dawały o tym znać przerażającym skrzekiem, a powieki całkowicie odmówiły współpracy. Mijał trzeci miesiąc od wyjazdu. Wyglądało na to, że student ostatecznie dopiął swego. Od dwóch tygodni kończył projekt, a dzisiaj miał zamknąć całą tę koszmarną historię. Zapewne udałoby się i to z wysoką notą, gdyby nie to, że zaspał.
Uczucie, którego doświadczył W. kiedy w końcu zerknął na zegarek mógł porównać tylko z jednym wydarzeniem. Wszystko zaczęło się od feralnego rysunku klatki schodowej. Praca przedstawiała surrealistyczne schody, ogrodzone murem usianym tajemniczymi symbolami. Sytuacja stawała się jasna, kiedy w ręku trzymało się lusterko. Reliefy przedstawiały wybrane wiersze Czechowicza. Co ciekawe, tworzenie tej pracy zbiegło się w czasie z ogłoszeniem konkursu imienia Czesława Miłosza. Jak to bywa w takich zawodach, należało zilustrować jakiś wiersz. W tej chwili na scenę wstępuje ambitna, głodna sukcesów nauczycielka. Pracowała w szkole W. i gorliwie namawiała go, aby wziął udział w turnieju. Chłopak niechętnie podszedł do tej idei. Dał się jednak przekonać. Dlaczegóż to? Rysunek, nad którym aktualnie pracował, był niemalże ukończony. Niestety wbrew przewidywaniom szkicu nie udało się sfinalizować na czas. Pani pedagog wyznała, „że bardzo się zawiodła” i tak zakończyłaby się ta opowieść, gdyby nie konkurs imienia Zbigniewa Herberta. Kolejny? – pomyślał z goryczą młodzian, kiedy jego „opiekunka artystyczna” w przypływie miłosierdzia przebaczyła mu wcześniejszą niesubordynację. I jak tu odmówić? Ilustracja była dawno skończona. Palec losuje szczęśliwą stronę w tomiku z twórczością Herberta. Jeśli chodzi o wiersz… Przed chwilą został wybrany! Stosunek W. do plagi konkursów jaka przetoczyła się przez jego szkołę, wydaje się być oczywisty. W związku z tym nie należy bezgranicznie dziwić się temu, iż data odebrania nagrody za zajęcie drugiego miejsca po prostu wyleciała mu z głowy. Odebrał za to telefon od nauczycielki. Dochodziła jedenasta. - Gdzie jesteś? Za trzy minuty wszystko się zaczyna! Czekamy na ciebie z dyrektorem, jest już prezydent naszego miasta! Gdzie jesteś?! Wstał z łóżka, nałożył kapcie. - Pani profesor, jestem już w drodze!! Rozłączył się, po czym zadzwonił do siostry. - Słuchaj nie mogę Cię odebrać, prezydent na mnie czeka. Dyrektor podsumował to wydarzenie po rozdaniu świadectw maturalnych. - Widzisz… Ktoś jest od narzucania schematów i organizowania ludzi – popatrzył po swoim biurze, na rozkład zajęć z nazwiskami nauczycieli, półki wypełnione książkami – a ktoś inny od... – zakończył swój wzrokowy obchód na gościu. Nie przestawał się uśmiechać. Cynicznie.
Student zdawał sobie sprawę z tego, co za niedługo zrobi z nim system. Próbkę jego możliwości miał już za sobą. Szkoła. W jego wyobraźni pojawił się następujący obraz: belfer ma przed sobą dziecięcą zabawkę. Kwadrat z wyciętym kształtem koła. Obok leży mnóstwo różnych brył. Sześciany, stożki, graniastosłupy… Nauczyciel bierze je i po kolei, na siłę przeciska przez trójkątny otwór. Wszyscy przeszli dalej! Cel został osiągnięty. Kolejne zwycięstwo! W. nie miał pojęcia jak się przeciwstawić. Wiedział za to, że bazgranie A w kółku na murach i picie pod sklepem wśród okrzyków „rozpierdolimy system!” niczego nie zmieni. Myśl o tym, że będzie żył pod czyjąś dyktaturą stawała się coraz bardziej oczywista oraz nie do zaakceptowania.
W. nie mógł się nadziwić sytuacji, w której ktoś stara się o pracę i jego pierwszym pytaniem jest: ile? Nikogo nie interesowała atmosfera, możliwości współpracy i pogłębiania własnych możliwości. Ile?! Młodzieniec nie zamierzał doznawać podobnego zatracenia. Wybrał profesję architekta. Mimo idyllicznych wyobrażeń przyszłego zawodu, nie był naiwny. Domyślał się, jaki czeka go los. Katastrofa nastąpi za parę lat. On i jego życie. Budzi się, idzie do pracy, wraca i jest na tyle wyczerpany, że marzy wyłącznie o błogim śnie. Potem, z ciekawszych rzeczy już tylko śmierć. Przynajmniej w końcu dowie się czy bóg rzeczywiście istnieje.
* * *
Przyszły architekt leżał w łóżku, noc nie była już młoda. Żak po raz kolejny doświadczył niepokojących zjawisk odbywających się w mieszkaniu na górze. Dobrze po dwunastej, a czasem po pierwszej rozlegały się zza sufitu miarowe, różnorodne stuknięcia. Niekiedy głuche, innym razem pełne. Tuż po tej krótkiej serii następowały inne anomalie akustyczne. Ssanie, bulgotanie. W. uważał, że ich ilość jest nieprzebrana, jednak już po miesiącu musiał zmienić zdanie. Koncerty następowały po sobie w różnej kolejności, jednak odgłosy zawsze się powtarzały. Jeśli chodzi o częstotliwość ich występowania mogło się zdarzyć, że chłopak nie uświadczył ich przez cały tydzień. Innymi czasy występowały dwa dni pod rząd. Słuchowiska o szczególnym bogactwie i natężeniu zdawały się poprzedzać jakiś oddźwięk szurania. Wszystkie te odgłosy nie były głośne, jednak podczas ich emisji W. leżący w swoim pokoju doznawał wstrząsów mózgu. Cóż to za nocne misterium – rozmyślał, kiedy każdego poranka po koncercie pukał do drzwi mieszkania na górze. Nigdy nikt mu nie otwierał. Ani razu nie widział tamtejszych mieszkańców.
* * *
Afisz spał w salonie tuląc do głowy opasłą książkę. W. również wykazał fundamentalną postawę wobec fundamentów twierdząc: „Na dziś koniec”. Noce stawały się coraz zimniejsze. Nasz protagonista niebezpodstawnie ochrzcił swój pokój nazwą „Prosektorium”. Chwiejnym krokiem przestąpił próg, zmierzając w stronę biurka. Został królem banitą wygnanym z Krainy Snu. Szmer krwi w uszach, blada cera i podkrążone oczy były jego insygniami. Nie spał od dwóch dni. Z jego bezsennością bywało różnie. Momentami nie mógł wejść w letarg z powodu dźwięków z góry. W innym wypadku zasypiał skonany po wysiłku na uczelni, a budził się jeszcze bardziej zmęczony. Okazało się to chroniczne, łóżko pozostawało dlań sferą onirycznych marzeń. Ostry na co dzień umysł uległ stępieniu. Jego wzrok rejestrował mroczny pokój nasiąknięty brzaskiem ulicznej latarni. Za oknem widniała pusta ulica z księżycem w pełni. Artysta zachwycałby się tą ulotną i piękną chwilą. Uważałby że jest bajkowa. Czeladnik ujrzałby w tym kadrze bajecznie drogi nokturn który opchnąłby w rynku. On jednak odłożył te spostrzeżenia na temat relatywizmu. Włączył lampę, zepchnął ze stołu szkice projektu. Ołówek sam wsunął się do ręki. Czuł jak impuls, żywy ogień muska jego płat czołowy. Mózg zamienił się w kocioł. Nagromadzone siły musiały w kocu znaleźć ujście. Coś uporczywie chciało wydostać mu się z głowy i chyba tylko sam Zeus wiedział, jakież to nieodparte uczucie. Błysk pełzł z czaszki, przez ramię brnąc ku palcom. Zaostrzony węgiel drgał zniecierpliwiony.
W. kończył rysunek. Rozbrzmiał cichy, szyderczy głos z ciemnego kąta pokoju: - Żartujesz sobie? Są większe… To z całą pewnością nie Afisz. W. był zbyt wyczerpany, aby zadać sobie pytanie typu: Kto, do cholery, siedzi w mrocznym kącie mojego pokoju o wpół do czwartej w nocy? Nacisk grafitu zelżał, ostatnie linie uwieńczyły szkic. Skąd ją właściwie znał? Wyłączył lampkę i runął na łóżko.
Postać M.
Tuż przed wyjazdem z Latrynkowa do Stumostowia, M. odwiedził wygodne mieszkanie Werwy, chemika z jego dawnej szkoły. Chłopak rozsiadł się luźno na fotelu przy dębowym stole. Sączył alkohol. Chwalił się przy tym indeksem Stumostowego ASP. - Zmarnować taki talent… – mruczał chemik dopijając swój bursztynowy eliksir życia, dumę województwa. – Masz predyspozycje, chłopcze… Pomimo tego potknięcia i tak zostaniesz kimś wielkim… - Czy ja wiem, panie profesorze? Mam jeszcze mnóstwo innych uzdolnień do przetracenia – chełpił się jak zwykle uśmiechnięty chłopak. - To że kupiłem jeden z twoich obrazów za bajońską sumę… Biorąc pod uwagę moje zarobki… Nie czyni cię niezłym. – Skłamał obruszony chemik. M. przemilczał fakt, iż sprzedał malunek za połowę zwykłej ceny. Werwa rzucił okiem na kuchenny zegarek. - Niech to licho! Już po jedenastej!? – Zadziwił się nauczyciel – No ładnie, nieźle się zasiedzieliśmy… Słuchaj młody, jeśli chcesz, mogę cię przenocować… - Nie ma takiej potrzeby sorze, spacerkiem zdążę na ostatni… – M. zmiękczał go przez cały wieczór, wyczekiwał okazji już od dawna. – … Na koniec chciałbym o coś zapytać… – zaczął niby przypadkiem, jakby coś sobie przypomniał. Wewnątrz wrzał z podniecenia. Mimo to jego zdawkowy ton nie porzucał swej tradycyjnej swobody – … Ciekawi mnie… Jakim cudem ludzie robią w swoich domach ładunki wybuchowe… Jak to w ogóle możliwe profesorze? Werwa jakby otrzeźwiał, utkwił wzrok w swoim uczniu. - Pewnie rozczarowałeś się, kiedy nie znalazłeś w bibliotece książki z podrozdziałem „Jak zrobić bombę?” Taka szkoda… – szepnął z wielkim smutkiem – Zawsze byłeś głodny wiedzy… – chemik już nie ironizował – Muszę ci przyznać, że gdyby zapytał każdy inny z moich uczniów odpowiedziałbym bez większego zastanowienia, ot taka ciekawostka… Ale jeśli sprawa tyczy się ciebie… Obaj znamy twoje umiejętności… Poglądy… - Ależ Panie profesorze, czy ma mnie pan za… - Nie wiem, chłopcze! – raptownie krzyknął chemik – Naprawdę nie wiem do czego jest ci to potrzebne! - Panie magistrze jeśli będzie trzeba, przyrzeknę, że nie wysadzę niczego w obrębie pańskiego mieszkania! Chemik nawet nie udał rozbawionego. Przyglądał się pupilowi z zadumą. Trawił jeszcze przez chwilę jakąś myśl, po czym niechętnie i z ociąganiem opisał zagadnieni. Jego wykłady były zazwyczaj wyczerpujące i dokładne, jednak przy tej okazji mówił niezwykle powierzchownie i niedbale. Każde słowo przechodziło mu przez gardło z wielkim trudem. - Zadowolony? I jeszcze jedno, chłopcze. Posiadanie takiej wiedzy nie musi oznaczać, że co weekend buduję sobie w salonie bomby ku chwale Allaha czy innej ideologii – mruknął surowo spoglądając M. prosto w oczy. – Ostrzegam cię… Twoje pytanie mogło być tylko i wyłącznie natury akademickiej.
* * *
Wchodząc do mieszkania Werwy kilka godzin temu, M. pragnął uzyskać potwierdzenia nabytych wcześniej informacji. Już od jakiegoś czasu posiadał wiedzę, jak stworzyć ładunki wybuchowe w zaciszu własnego mieszkania. To co mówił nauczyciel uwiarygodniło jego wiadomości. Co ciekawe chemik przedsięwziął pewne środki ostrożności. Nie wspomniał mu o jednym z kluczowych procesów, bez których nie uda się przeprowadzić detonacji. Stary, dobry wyga… Ale skąd M. to wiedział? W Internecie można znaleźć dosłownie wszystko. Było to przerażające. Chłopak z wielką odrazą myślał, co by się stało gdyby ktoś wpisał w przeglądarkę „jak zgwałcić”. Wolał trwać w przekonaniu, iż internet okazałby się bezradny. Kiedy M. wychodził z mieszkania starego nauczyciela, przez głowę mignęła mu zabawna myśl. Była powiązana z serią książek, które czytał jako dziecko.
Postać W.
Ostatnimi czasy w Stumostowie zrobiło się głośno o pewnym graficiarzu. Podobno miał jakiś związek z innymi wydarzeniami o tle anarchistycznym odbywającymi się w mieście. Artysta pozostawał rzecz jasna incognito. W. uważał, że ten człowiek nie ma nic wspólnego z anarchią. W swoich dziełach zwracał uwagę na bolączki naszej generacji. Malunki wyrastały na ulicach Stumostowia jak grzyby po deszczu. Były wykonywane za…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil mprzycho
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…