Wróć do katalogu

Delirium dnia jutrzejszego

Krótkie opowiadanie o tym czego nie widać, a co mija nas o krok. O przeznaczeniu i skazaniu na towarzyszenie w chwili śmierci i klątwie, która jest wybawieniem dla samotności tego ostatniego tchnienia.

Linon, opublikowano , 30 min czytania, 4,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Dwóm wspaniałym facetom, którzy odeszli nim zdążyłam otworzyć drzwi

{i}„Szczęście to nie tylko to, co los daje, ale i to, czego nie zabiera.”{/i} (Władysław Grzeszczyk)

{b}Delirium dnia jutrzejszego{/b}

* -Jesteś jak sen...Ale przecież ze snu można się obudzić.... Uśmiechnęła się...: -Czym staje się sen gdy znika?... -Niczym...? Wyszła z cienia...: -Więc j e s t e m snem... -...moim snem...A ja wciąż śnię...

* Prolog

Nigdy nie zdawałem sobie sprawy z tego jak ciemna może być noc gdy zgaśnie ostatnie światło... Nie przypominam sobie żebym kiedykolwiek wcześniej miał okazję wpatrywać się w taką ciemność...A może to tylko moje oczy spowił mrok zobojętnienia, który opanowawszy moja duszę przesłonił mi świat...? Nagle wszystko zaczęło emanować spokojem ciemności...Niczym nie zakłóconą melodią nocnej ciszy. Czy naprawdę nie ma już na niebie gwiazd, czy tylko ja nie mam siły skierować ku nim wzroku...? Czuję każdą chwilę od nowa...jakbym żył wstecz... Czuję, jak rozsypuję się w proch własnego jestestwa... Jednocześnie wiem, że nie ma już dla mnie granic...Jestem wolny, bo nie jestem już więźniem nawet własnego człowieczeństwa. Nie muszę wysilać się na życie- zniszczyłem jego wartość. Będę przewijać się w kartach kolejnych dni...by zrozumieć dlaczego cierpię spokojem, dlaczego wyzywam los niemym krzykiem... Łudzę się, że odnajdę w pustce to, czego nie odnalazłem w chaosie. Pytasz mnie jak się nazywam... Ja zaś czekam aż mnie nazwiesz. Aż łapiąc ostatni oddech zadrżysz na całym ciele w chłodzie mojego uścisku nadając mi nowe imię. Na ułamek sekundy staję się spokojem spełnienia wszystkich twoich pragnień. Nie wiesz, że nadchodzę. Nie czujesz, że jestem. Nie widzisz jak wychodzę z cienia rozpościerając swoje czarne skrzydła nad twoim istnieniem. Ale jestem tam. Czekam przed ostatnimi drzwiami. Oddalam niepokój. Koję strach. Czekam z tobą aż zgaśnie ostatnie światło. Omamiam podstępną iluzją. W idealnej ciszy zadaję ostateczny cios... Ostatnie wspomnienie... ból, chłód, nicość, zapomnienie...

***

*

‘Czas na decyzję.’- pomyślałem. Wydało mi się to nieco prozaiczne. Dobrze wiedziałem co wypadnie, a mimo to by nadać swemu losowi jakikolwiek wyraz postanowiłem ubarwić go błahym dylematem: -Orzeł czy reszka? Zapytałem przekornie samego siebie rzucając monetę w górę ku oślepiającemu blaskowi porannego słońca. Przez chwilę podążałem wzrokiem za wirującym w powietrzu krążkiem. Po chwili zgubiłem jego obraz w słonecznej tarczy. Zamroczony spuściłem wzrok czekając na odgłos uderzającego o ziemię metalu, który wkrótce rozległ się tuż u moich stóp. Nachyliłem się: -Orzeł. Przeciągnąłem się ospale powoli wydychając nagromadzone w płucach powietrze. -Ech...Twoja wolność jest dla mnie przekleństwem. Gdyby ci tak urwać skrzydełka to może w końcu mógłbym się zatrzymać. Tymczasem pora się pożegnać z kim trzeba... Wyjąłem zza marynarki zgrabnie i elegancko opakowany w folię świstek papieru i jeszcze raz przeczytałem tekst swojej rezygnacji:

{i}„Do Szanownej Dyrekcji:

Rezygnuję.”{/i}

Nie jestem ignorantem ani nawet cynikiem, choć tak widzą mnie ludzie. Po prostu po iluś tam krotnym powtórzeniu jednej i tej samej czynności, przestaje nas już obchodzić nie tylko ona sama ale i wszystko co się z nią wiąże. Dlatego ani trochę nie interesował mnie fakt, iż mój bieżący, i wkrótce były, pracodawca może czuć pewien niedosyt po tak zwięzłym oświadczeniu. Tak naprawdę to nie obchodziło mnie nawet to jaką wystawiam sobie tym opinię. Ta już dawno przestała za mną nadążać. Ekscentryczny. Tak, niewątpliwie taki właśnie jestem. Dzięki temu oddzielam się od rzeczywistości niczym olej od wody. Jestem tłustym oczkiem na pozornie nieskazitelnej tafli. Dryfuję obijając się o pospolite brudy otaczającej mnie cieczy stymulującej coś, co ma robić za tak zwany „świat”. Zepsute światła na przejściu dla pieszych, wystająca płytka w chodniku, mokre pudełko zapałek, urwany guzik przy ulubionej koszuli, brak napojów w ulicznych automatach, za ciasny, różowy sweterek na tlenionej blondynce za ladą w monopolowym, niezbyt ambitny slang młodzieży będącej zawsze w stanie wtórnej świeżości... Wszystko to co tak naprawdę kryje się za wzorem H2O, a klei się do mnie niczym opiłki żelaza do magnesu. Taki niehigieniczny związek z życiem warunkowany prawami, których ludzie nie omieszkali nazwać- na szczęście tak, iż nietrudno je zapomnieć. Oczywiście kwestią indywidualną jest wykorzystanie możliwości wykonania obrotu o 180 stopni, co jak zauważyłem przyjęto jako gwarancję diametralnej zmiany bieżącego kontinuum czasowo przestrzenno sytuacyjnego, charakterystycznego dla danej jednostki w danym ośrodku materialnym. Bez względu na to jak idiotycznie to brzmi, z całą pewnością przynosi skutek w postaci pozornej zmiany widzianego krajobrazu- zakładając oczywiście, iż nasz świat nie przejawia skłonności do zachowań parabolicznych. W obu przypadkach jednak horyzont pozostaje wciąż ta samą krzywą, chaotycznie przeciągnięta przez środek naszego pola widzenia. A ja? Mnie wyrwano z każdego schematu. Jestem jak ten magnes: za moimi plecami istnieje przeciwny biegun mojej egzystencji. Wystarczy najmniejszy ruch a otaczająca mnie, misterna mozaika ulegnie nieodwracalnym przemianom. Ta nieograniczona moc do tworzenia, zmieniania charakteru otoczenia nie pozwala mi na bezruch. Wiruję w obrębie swoich 90 stopni nie przekraczając magicznej granicy. To odepchnęło by ode mnie wszystkie znajome „śmieci” ludzkiej przyziemności. Jednocześnie czuję gdzieś na ciele równomierny, ciepły oddech tego, co mogło by stworzyć alternatywę dla mojego człowieczeństwa. Wiem, że obejrzę się za siebie... -Parszywe uczucie...

*

...oczy... -Odejdź... skazujesz nas oboje... ...zdawało mi się, iż tylko krew może przybrać barwę tak głębokiej czerwieni... -Zostawiłeś otwarte drzwi.... ...włosy... -Nie zapraszałem cię... ...jak ciężka jest czysta czerń? -A jednak czekałeś... ...głos... -Końca oczekuje się od samego początku... ...bezdźwięczny...odczuwalny... Ta noc miała postać ciszy tuż przed najdonośniejszym krzykiem jaki miałem usłyszeć. ...

Nie musiałem na nią patrzeć żeby ją widzieć. Wiedziałem jaka jest. Wiedziałem kim jest. Wystarczyło stanąć przed lustrem. Kryształowa pułapka. Odbicie. Teraz wyciąga po mnie swoją dłoń. Chciałbym umieć czuć potrzebę zadawania pytań... Miałbym prawo nie rozumieć... -Czas... Siedząc na łóżku oparty o ścianę, powolnym, prawie nieodczuwalnym ruchem odwróciłem wzrok ku oknu... Księżyc świecił dziś stanowczo zbyt jasno... -Więc walczę z piaskiem w klepsydrze?... -Jeżeli chcesz to nazwać walką... Ciąg chwil... Przykre. Nie potrafisz wyzbyć się nadziei i buntu. Stałeś się taki słaby..., taki... ludzki! Ironiczny uśmiech. Może ostatni... -Rozbijasz zwierciadło moich wartości... Zaśmiała się. Cicho, spokojnie... Zimno. -Nagle okazało się, że jesteśmy tak blisko. Mijamy ludzi na ulicy... -Zniszczyłaś moje niebo... Spojrzałem w noc za oknem. -...Teraz jest puste. Już go nie ma. Zrównałaś je z Ziemią... Nie ma w co wierzyć... -Może {i}za wysoko{/i} sięgasz wiarą...? ... Czas... Otacza mnie, omamia mnie, zniewala mnie. Jaką jednostką zmierzyć koniec by osiągnął wartość początku?

*

Ten beznadziejny brak potrzeby robienia czegokolwiek... To właśnie jeden z takich przepełnionych zaduchem i nudą dni. Wszystkich na około ciebie pochłania szaleńczy wyścig z czasem, a ty przelewasz się w spokoju z jednej minuty w drugą. Frustrujące poczucie braku przynależności do chwili obecnej wprowadza cię w stan irytacji, czasem pod denerwowania. Cała ta sytuacja kończy się schematycznym 0,5 w jakimś mało ciekawym pubie. Tyle że w moim wypadku trzecia po południu to kiepski czas na zakończenia. Jak dla mnie to najbardziej martwa ze wszystkich godzin. Zawiera w sobie więcej beznadziejności niż jej nocna siostra. Godzina szczytu. Godzina przesilenia bezosobowości takich metropolii jak ta. Bezduszne miasto splątanych indywidualności. We wszystkim jednak można doszukać się czegoś co buduje pozytywną wartość danego zjawiska. Miasto nie byłoby miastem gdyby nie zapewniało pewnej anonimowości. Gdyby nie służyło ciemnymi zakamarkami, nieznanymi uliczkami, zrujnowanymi budowlami, tłumami bez twarzy i wszystkim tym co pozwala nam przeciskać się przez zapchane ulice bez konkretnego celu, czasem po prostu tylko po to by nie stać w miejscu. Tak właśnie jak służy dziś mi. Mijam parki, wieżowce, skrzyżowania, sklepy, stragany, ludzi, psy. Wszystko przebiega gdzieś koło mnie tak, jakbym wcale nie stał temu na drodze. Wtłaczam swój rytm w machinę powszedniości, która rządzi lawiną wydarzeń tak niepozornych a jakże przytłaczających swą mnogością i ogromem. Dlatego właśnie trzymam się wielkich miast. By móc iść przed siebie jak długo zechce i kiedy zechce, wiedząc jednocześnie, iż za każdym razem trafię gdzieś gdzie jeszcze nie byłem. Że nie zamknę się w błędnym kole schematyczności. Wystarczy, że zapragnę podnieść w końcu wzrok znad chodnika, a zobaczę przed sobą budynki, ludzi, ulice, trawniki i niebo, którego widok do tej pory nie zamajaczył przed moimi oczami. To jest jak swoisty katharsis- popada się w pewien rodzaj delirium pozwalając sobie zniknąć w tłumie pospolitości. Idziesz, a wszystko wokół ciebie szarzeje, blaknie, zwalnia- jakbyś stawał się jedyna kolorową postacią na czarno białej klatce filmowej. Tylko czasem trzeba się zatrzymać i wejść do supermarketu kupić coś, co przez jakiś czas imitowało będzie nasze posiłki i trunki. Prozaika życia zachwyca mnie nieraz bardziej od wszystkiego tego co znajduje się za kurtyną przyziemności. Ta prostota, prymitywność, pospolitość bawi, zachwyca, upaja swoją komicznością i bezcelowością. Jest największą i najpotężniejsza rzeczą z gatunku tych, których tak usilnie próbujemy się pozbyć i wyprzeć, a bez których nie sposób jest nie tylko funkcjonować, ale w ogóle poprawnie istnieć. Choć wartość i znaczenie pojęcia poprawności zawsze były na tyle względne, że równie dobrze mogłyby nie istnieć. W końcu ludzie na tyle przywykli już do pustych pojęć, iż słowa stały się jedynie marną otoczką pustki jaką ze sobą niosą. Mimo to zadziwiające jest jak bardzo są potrzebne. Słowa. Najbardziej wyrafinowane narzędzie zbrodni jakiej można dokonać na człowieku. I tak dochodzi się właśnie do supermarketów. W moim przypadku właściwie zawsze do jednego i tego samego. To taka moja „idiotyczna stabilność” jak nazywają to moi znajomi gdziekolwiek bym nie był i kimkolwiek by oni nie byli. O ile nigdy nie przywiązuję się do miast, nie przykładam wagi do miejsc i ludzi, o tyle muszę mieć swój własny sklep, który kończy symbolicznym „X” zawiłą linię mojej drogi przez każdy dzień, jeszcze zanim zacznie się rozdział pustego pokoju. Nie wiem czemu ale lubię wielkie, rozsuwane drzwi takich sklepów. Widok ludzi przelewających się przez nie w każdym kierunku. Generalnie mam słabość do drzwi- nie wiem czy z powodów, których wyjaśniać nie trzeba, czy z powodów, których wyjaśnić się nie da. A może to ja nie czuję potrzeby. Nieważne. Nie wiem czy to mnie niszczy czy tworzy, ale nie mam zwyczaju {i}wyjaśniać siebie{/i} ani przed samym sobą ani przed ludźmi. Nie potrzebuję zrozumienia czy też akceptacji. Zresztą ludzie nie istnieją po to, by się rozumieć, tylko po to, by sobie pomagać. Tylko w taki sposób mogą istnieć {i}równocześnie{/i}. W sumie to nawet nie jestem głodny... Nie wiem, jak zawsze, po co tu dziś przyszedłem. Od pewnego czasu zgniatam ręką w kieszeni plik banknotów- moją pożegnalną kartkę. Czyny człowieka jednak wyrażają się w cyfrach. Papierowa wartość tego czego i tak nie dokonałem. Wyciągnąłem rękę z kieszeni i spojrzałem na swoją wypłatę, która miała stworzyć mój ostatni dzień w tym miejscu. -Śmieszne czy tragiczne jest to, iż gardzę tym, za czym inni gonią całe życie?- zimna ironia mojego własnego głosu i drwiący uśmiech, który wkradł mi się na twarz, zaskoczyły mnie chłodem i obojętnością jaka biła z mojego wnętrza- Nie jesteście warte niczego poza puszką piwa i paczka papierosów. Wszedłem do sklepu... Dziś znowu wypiję to piwo...To już osiemnasty raz... -Jestem chyba jedynym człowiekiem, który pije za rzut monetą- naprawdę czułem się z tym dobrze. Jak zwykle nie wziąłem koszyka. Od pewnego czasu ochrona przestała już nawet mnie gnębić. Pewnie przyzwyczaili się do mnie jak do zadrapania- poczekają aż zniknę. Tylko jedna puszka i pudełeczko. Na rzeczy bez znaczenia też czasem warto pracować. Lubię tutejszą kasjerkę. Jest moja prywatną bliską nieznajomą... -Dzień dobry. To wszystko? -Tak. Dźwięk pracy kasy też lubię. Pozbierałem resztę z talerzyka, wsadziłem zakupy do jednorazówki i właściwie nic nie byłoby inaczej niż zwykle gdyby nie powiedziała: -Do widzenia... Nigdy tego nie robiła. Przystanąłem na chwilę nie odwracając się jednak w jej kierunku. Mimowolnie uśmiechnąłem się pod nosem...Zarzuciłem reklamówkę przez bark na plecy i ruszyłem do drzwi. Wiedziałem, że i tak już na mnie nie patrzy. Zadziwiające... ile ludzie wiedzą, a jak mało potrafią z tego wyrazić i wykorzystać. Ale to właśnie ratuje nas przed nimi i nami samymi. -Starzeję się... Ale to ciekawsze uczucie niż myślałem.

*

-Wiesz dlaczego ludzie nie latają? Przestałem obracać w dłoni srebrną zapalniczkę. -Bo uskrzydlili swoje nadzieje i pozwalając im odlecieć przytulili się do swoich cieni. Smutek, rozpacz, strach, ból i niepewność zatrzymała ich na ziemi. Co słychać za słowem: {i}człowiek{/i} ? - ... Zacisnąłem w dłoni zimny kawałek metalu. Podciągnąłem kolano i oparłem o nie rękę. Cały czas stała przy oknie spoglądając w dal, której nie mogłem dostrzec. Zawiesiłem wzrok na srebrnej poręczy łóżka... -Słychać brzęk łańcuchów...Łańcuchów, którymi życie i rzeczywistość spętało ludzi... Mimowolnie podniosłem wzrok by ujrzeć jak słabnąc opiera się o framugę i przenosi niewidzące spojrzenie ku podłodze... -Ale to nie tych świadomych swej niewoli ludzi łańcuchy słychać. To metaliczny pogłos szaleńczego biegu tych, którzy nie dostrzegłszy złotej obroży na swej szyi pozwolili sobie na pogoń za złudzeniami i marzeniami. Oni zostawiają za sobą tłum szarych, zrezygnowanych jeńców losu, by spróbować dotknąć linii horyzontu. Każde ogniwo jest jak złoty dzwoneczek, którego melodia odlicza czas do końca. A kiedy są już naprawdę blisko tylko my widzimy, że zwój łańcucha niknie w oczach... Jej słowa tak spokojnie przechodziły w cisze gdy zmagała się z własna słabością. Spojrzała na swoje dłonie tak, jakby nie wierzyła w to do kogo należą i czym są. Miała rację- od dawna oczekiwałem jej nadejścia. Wiedziałem po co tu dziś przyszła, czego chciała i co zamierzała powiedzieć... Ale nie mogłem... a może nawet

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych