Wróć do katalogu

DEMAG

Dalsze przygody Franka

jacekwojcik, opublikowano , 31 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Na świecie obecnie około pięć procent populacji wykazuje zdolności magiczne. Liczba ta każdego dnia rośnie, ponieważ umiejętności te często pojawiają się u nastolatków lub ludzi dorosłych. Nie ma jednak przypadku, aby magiem stał się człowiek urodzony przed 2009 rokiem. Pierwsze masowo zanotowane przypadki para magicznych anomalii miały miejsce w 2016 roku, kiedy całe grupy przedszkolaków odbierały sobie zabawki siłą woli i sprawiały, że talerze z nielubianą zupą lądowały z hukiem w kuchni niesione w powietrzu nieznaną nikomu siłą. Cały świat zastanawiał się nad tymi fenomenami, bo miały one miejsce w każdym zakątku ziemi. Nikt nie mógł znaleźć przyczyny, gdy nagle przyszła ona ze Szwajcarii. Wówczas naukowcy z laboratorium CERN przyznali się do eksperymentu, który był tak niezwykły, iż żaden z nich nie chciał wziąć na siebie odpowiedzialności ogłoszenie go światu. Po zderzeniu cząsteczek pojawiło się coś na wzór czarnej dziury z tą jednak różnicą, że zamiast wciągać wszystko dookoła zaczęła wypluwać nikomu nieznane cząsteczki. Po wstępnych badaniach ustalono, że ich masa jest praktycznie równa zeru, a one same mogę przenikać przez materię z prędkością światła i zmieniać swoje fizyczne właściwości. Nie byłoby w tym niczego aż tak niezwykłego gdyby nie to, iż owe cząstki okazały się być inteligentnym bytem. Jeszcze gorszym było to, iż weszły w kubek jednego z naukowców i zaczęły mówić ustami namalowanej na nim uśmiechniętej twarzyczki. Późniejsze wyznania naukowców jasno dały do zrozumienia, że największym problemem był ten kubek. Gdyby ta istota przemówiła przez komputer, książkę czy choćby kartkę papieru nie byłoby takich oporów przed ujawnieniem jej całemu światu. Istota powiedziała, że pochodzi z granicy naszego świata i tego niematerialnego, który istnieje, ale w żaden sposób nie jesteśmy w stanie go zobaczyć i zbadać. Najważniejszym przekazem było jednak to, iż pojawiła się tu, aby służyć ludziom obdarzonym możliwością komunikowania się z nią. Wynikiem tego była magia. Cząstki istoty zaczęły wnikać w ludzi, jako istoty rozumne, którym ów byt był podporządkowany. Prawdopodobnie pierwszy przypadek świadomego użycia magii miał miejsce w Paryżu, gdzie pięciolatek sprawił, iż jego zabawki unosiły się w powietrzu zgodnie z jego wolą. Świat zdał sobie sprawę, iż stoi u progu przemian, jakie wcześniej widział jedynie w literaturze i filmach. Kolejne dzieci zaczęły przejawiać zdolności magiczne, a rodzice oczekujący narodzin potomka, lekarzowi badającemu płód często zadawali pytanie, czy dziecko będzie miało te niezwykłe umiejętności? Zwykły ginekolog lub położnik nie mieli rzecz jasna zielonego pojęcia czy dziecko będzie wykazywać zdolności magiczne czy też będzie jak większość, zwykłym człowiekiem. Euforia i nadzieje sięgały zenitu, bo ludzie upatrywali w magii źródła rozwiązania wszystkich swoich problemów. Od chorób i nieuchronnej starości po katar i zbyt wysokie rachunki. Pierwsi magiczni nastolatkowi wkrótce zajęli się nauką magii swych młodszych pobratymców. Szkoły magii zaczęły powstawać jak przysłowiowe grzyby po deszczu. W ciągu kilku lat usystematyzowano ją jako równoprawną gałąź nauki. Najbardziej prestiżowe uniwersytety zaczęły tworzyć wydziały magii, gdzie wykładowcy często nie przekraczali trzydziestego roku życia. Jednak ludzka natura jest bardzo ułomna. Magiczne dzieci potrafiły zachować umiar i dyscyplinę w stosowaniu swojej magii. Inaczej było z nastolatkami, których bunt często przejawiał się w bezczelnym i jawnym łamaniu prawa. Najczęściej magiczne nastolatki takie sprawy załatwiały między sobą, ale coraz częściej powtarzające się akty przestępstw zmusiło międzynarodowe społeczeństwo do działania. Iskrą zapalną było zabójstwo rosyjskiego premiera, który zginął wraz z całą rodziną w domu otoczonym przez dziesiątki ochroniarzy, setki kamer i najlepszych zabezpieczeń. Nie znaleziono żadnych śladów poza tymi magicznymi, których wówczas tak naprawdę nikt nie potrafił odpowiednio odczytać i zinterpretować. Sprawcy nie odnaleziono, co jeszcze bardziej przestraszyło oficjeli na całym świecie. Nie minął tydzień, jak praktycznie wszystkie rządy zdecydowały się temu przeciwdziałać. Nikt się nie dziwił takim działaniom, bo każdy polityk, minister czy poseł chciał dożyć emerytury i mieć, co przekazać swoim dzieciom. W każdym państwie nagle znalazły się odpowiednio duże fundusze i ludzie gotowi wspierać magów w walce z tą nową i jakże nietypowa przestępczością. Postanowiono utworzyć elitarną szkołę dla najbardziej uzdolnionych magów, w których trenowaliby i ćwiczyli swoje umiejętności w walce z przestępczością magiczną. Kadra profesorska składała się z najlepszych magów ściągniętych z całego kontynentu. Skuszono ich bajońskimi kwotami i przywilejami podobnymi do tych, jakie miało rycerstwo z czasów średniowiecza. Europejska Szkoła Detektywów i Magii powstała w Szwajcarii u podnóża Alp. W ciągu zaledwie półtorej roku dokonano niebywałej rzeczy. W szczerym polu wybudowano dwa ponad trzydziestopiętrowe budynki, w których było dosłownie wszystko. Od sal gimnastycznych i jadalni po aule wykładowe i mieszkania dla studentów i wykładowców. Obok nich powstał trzeci, znacznie mniejszy budynek techniczno socjalny. Tam mieszkał i pracował personel pomocniczy, który miał za zadanie dostarczać studentom i wykładowcom obfite posiłki, zaopatrzenie i dbać by w zimie było ciepło. Kształcenie demaga trwało pięć lat i obejmowało nie tylko naukę samej magii, ale również sztukę walki wręcz, obsługę broni, techniki detektywistyczne, psychologię i taktykę. W pełni wyszkolony demag był w stanie stawić czoło kilku wrogo nastawionym magom wspomaganym przez tuzin zwykłych ludzi. Frank równo rok temu odebrał swoją legitymację. Następnie odbył roczny staż i dostał swoje pierwsze samodzielne zlecenie. Wcześnie rano pojechał na dzielnicę przemysłową. Zamordowany został biznesmen, a ślady wstępnie przebadane przez policję ewidentnie wskazywały na użycie magii. Niegdyś śladów magicznych dopatrywano się jedynie w momencie, gdy nie można było znaleźć tradycyjnych przyczyn zgonu. Teraz jest to standardem, bo magowie często starali się ukryć swoje działanie poprzez markowanie postrzałów czy pchnięć nożami. Każdy policjant wyposażony jest w czujnik magii. Małe urządzenie przypominające długopis łączące w sobie elementy elektroniki i magii. Policjant nie musiał robić niczego innego, a jedynie skierować promień lasera na miejsce, ciało czy przedmiot, który był podejrzany o związki z magią. Jeśli wynik był pozytywny czytnik piszczał i wibrował. - Co wy macie w tych legitymacjach, że one tak świecą? – zapytał jeden z policjantów strzegących miejsca zbrodni. - Krew – odpowiedział Frank i przeszedł przez barierkę. Policjant skrzywił twarz uważając, że demag chce go zwyczajnie oszukać, ale była to szczera prawda. Legitymacja była kawałkiem bursztynu, w którym naprawdę była krew i to krew demaga, który miał jej używać. Tylko w jego rękach i z jego woli legitymacja pokazywała swą moc i potwierdzała tożsamość. Informacje, iż jest się demagiem były wysyłane prosto do mózgu człowieka, który znajdował się w pobliżu. Zabezpieczona szeregiem zaklęć była praktycznie nie do podrobienia. Skutkiem tego magiczny stróż prawa pojawiając się na miejscu zdarzenia nie musiał niczego mówić. Wystarczyło, że wziął ją do ręki, a wszyscy dookoła wiedzieli, z kim mają do czynienia. - Witam panów. Kiedy nastąpił zgon? – zapytał Frank, choć mógł to sprawdzić swoim telefonem i drobnym zaklęciem. - Jakieś niecałe 12 godzin temu – odpowiedział jeden z policjantów. Promotor Franka zawsze mu powtarzał, że z policją trzeba rozmawiać i współpracować. Oni muszą czuć się potrzebni, powtarzał. Nie możemy pokazywać, że jesteśmy mądrzejsi i wszystko wiemy od nich lepiej. Frank nachylił się nad trupem i momentalnie wyczuł magię. Nie musiał robić żadnych testów, klatka piersiowa aż kipiała od magii, która najzwyczajniej zagotowała i zamieszała wnętrze tego człowieka. Biedak zmarł w dużych cierpieniach, które na szczęście nie były zbyt długie. Mógł mieć najwyżej 50 lat, wysokie czoło i sygnet na małym palcu. Jego ręce nosiły najwyżej teczkę i tablet, jednak nie był osobą zaniedbaną. Dobrze wykształcone mięśnie świadczyły o regularnych wizytach na siłowni. Z nosa i ust spływały zastygłe stróżki krwi, a oczy zamarły w cierpiącym grymasie. - Sprawdzamy konkurencję. W przemyśle funeralnym jest ona szczególnie zajadła. – powiedział jeden z policjantów. - Nie sądzę by było to konieczne – powiedział spokojnie Frank – proszę raczej sprawdzić rodzinę, wspólników, kochanki, kochanków. - A skąd pan to wie? – zapytał policjant patrząc z pogardą na Franka. Demag miał na sobie jasny garnitur, przedstawiający wartość pensji policjanta i buty, których nie powstydziłby się niejeden gwiazdor kina. Nie pasował do pozostałych i od razu było widać, że jest kimś nienależącym do pozostałej grupy. Nic dziwnego, że funkcjonariusze czuli się obywatelami gorszej kategorii. - Wystarczy jedno celnie rzucone zaklęcie Hikus by uśmiercić człowieka. Jego działanie polega na prostym mieszaniu, jednak w ciele człowieka może zadziałać jak mikser. Policjanci wzdrygnęli się na słowa demaga. Zrozumieli, że właściciel firmy pogrzebowej nie miał łatwej i przyjemnej śmierci. - Ten człowiek – kontynuował Frank – przyjął co najmniej kilkanaście zaklęć. Jestem niemal pewien, że nie żył po drugim lub trzecim, a mimo to ktoś dalej rzucał zaklęcia, jakby chciał dobić zmarłego. Druga rzecz to podgrzanie. Zaklęcia wzmacniane siłą emocji mają taki skutek uboczny. Oprócz zmielenia narządów wewnętrznych zostały także niemal ugotowane. Gdy Frank skończył wszyscy policjanci wpatrywali się w niego, jakby dyktował im sprawdzony przepis na stanie się milionerem. Zrozumiał, dlaczego tak wielu policjantów nie lubiło lub wręcz nienawidziło demagów. Prawdą było to, co mówił mu mentor. Większość z nas traktuje policjantów jak chłopców na posyłki lub dzieci, a tymczasem są to ludzie wykonujący bardzo ciężki i odpowiedzialny zawód. - Drzwi nie zostały magicznie otwarte, ani wyłamane. – Frank wskazał na wejście do biura – Zapewne ofiara wpuściła do środka sprawcę. Miał on też mnóstwo czasu na zatarcie śladów swojej obecności. Nigdzie nie ma odcisków palców, włosów i najmniejszego skrawka DNA naskórka. - Nie ma nic. – potwierdził jeden z funkcjonariuszy. - Mag oczyścił to miejsce używając prostego, ale bardzo skutecznego zaklęcia. Ta droga do niczego nas nie doprowadzi – powiedział Frank – Czy rodzina została powiadomiona? - Nie. - To dobrze, sam chciałbym to zrobić. Sprawdzę od razu jeden z tropów. Po chwili siedzieli w samochodzie i jechali do domu ofiary. Frank nigdy wcześniej nie przekazywał takich informacji, dlatego czuł tremę, którą za wszelką cenę chciał ukryć. - Jesteśmy na miejscu – ciszę przerwał policjant siedzący z przodu. Samochód zatrzymał się przed sporym domem na jednej z podmiejskich dzielnic. Trawnik był tak dokładnie i równo przystrzyżony, że przez chwilę Frankowi przyszło do głowy, iż jest sztuczny. Podjazd i wejście wyłożone było szarą kostką, która zgrabnie komponowała się z ciemnoczerwoną fasada budynku. - Pani Malczak? – zapytał Frank widząc w drzwiach młodą najwyżej, szesnastoletnią dziewczynę. - Tak, a o co chodzi? - O pani męża. - Mamo!!! – zawołała dziewczyna, otwierając szerzej drzwi – policja do ciebie!!! Następnie bez słowa zniknęła wewnątrz. Policjanci i Frank uchylone drzwi odebrali jako zaproszenie i weszli do przedpokoju prowadzącego do salonu. Pierwsze, co dało się zauważyć to dwa olbrzymie poroża wiszące na przeciwległych ścianach. Reszta stanowiła drewniane ciężkie meble wykonane zapewne jeszcze w XX wieku. Ciężkie i grube firany skutecznie zasłaniały promienie porannego słońca starające się oświetlić wnętrze. - O co chodzi? – zapytała kobieta w brązowym szlafroku. Frank na moment wyciągnął legitymację, która po raz drugi dziś lekko zajaśniała. Miała około czterdziestu lat jasną cerę i krótko ścięte blond włosy. Nie miało chyba znaczenia czy czesze i pielęgnuje je rano, bo wyglądały na niej bardzo naturalnie i szczególnie dobrze. Lekki makijaż podkreślał ostre i silne spojrzenie. Wyglądała na kobietę władczą, która zawsze dostaje to, czego chce. - Chodzi o pani męża. – zaczął Frank – Dziś przed świtem znaleziono go w jego biurze… niestety martwego. Został zamordowany. Bardzo mi przykro. – ostatnie zdanie Frank wcisnął na siłę, starając się być miłym i przyzwoitym. Przez chwilę panowało milczenie, a potem stało się coś, czego nikt z przybyłych się nie spodziewał. - No to chyba powinnam otworzyć szampana – stwierdziła wdowa i roześmiała się szeroko. Było to jak zimny prysznic i uświadomiło Frankowi, po co tak naprawdę przyjechał do rodziny denata. Wiedział już, że żona jest magiczna, podobnie było z córką. A sądząc po reakcji, małżonki zamordowanego mogła zaliczać się do kręgu podejrzanych. - Napiją się panowie? – zapytała i podeszła do barku. Nalała sobie prawie połowę szklanki i od razu sporo łyknęła. Frank zauważył, że kobiecie trzęsą się ręce, jednocześnie wyczuł magię, która kumulowała się w jej wnętrzu. Był to wyraźny sygnał ostrzegawczy. Niby od niechcenia sięgnął do kieszeni i przygotował monety. - Wreszcie ubiła go któraś z tych jego suk. - Kogo ma pani na myśli? - A bo to mało ich miał? Pewnie którejś dał za mały pierścionek, albo za krótki naszyjnik. - Ma pani na myśli kochanki? Może kogoś szczególnego? – podpytywał Frank, ale tak naprawdę cała jego uwaga była skierowana na wdowę i jej ruchy. Kobieta milczała, ale Frank wyczuwał, iż w każdej chwili może nastąpić atak. Chciał poinformować o tym policjantów, ale żaden z nich nie spoglądał na niego. W chwili obecnej musiał się martwić nie tylko o siebie, ale również o dwóch policjantów. Nie chciał by podczas pierwszego zlecenie polała się krew i to ta niewinna. Demag dzięki prostemu zaklęciu rzucanemu na własne ciało, może zwiększyć kilkukrotnie swoją siłę, przyspieszyć refleks i ograniczyć zmęczenie. Frank potrafił robić to odruchowo i to bez użycia jakiegokolwiek artefaktu. Kobieta momentalnie odwróciła się z wycelowaną dłonią w policjanta, który siedział obok Franka. Demag był na to przygotowany. Podbił nogą stół, który w momencie rzucania zaklęcia zawisł pomiędzy kobietą, a policjantem. Ułamek sekundy później fragment stołu wybuchł, jakby w środku ktoś umieścił ładunek wybuchowy. Drzazgi mogły lekko poranić twarz, ale z pewnością nie były zabójcze. Pistolet wskoczył do ręki Franka, podczas gdy drugą rzucił proste telekinetyczne zaklęcie. Stół poszybował w kierunku kobiety przybijając ją do ściany z barkiem. Uderzenie było na tyle silne, iż straciła przytomność. Zanim na dobre osunęła się na podłogę Frank stał nad nią z wycelowana bronią. Policjanci zdążyli jedynie zbliżyć swe dłonie do kabur z bronią, gdy zorientowali się, że jest już po wszystkim. Frank zdjął z niej stół i przyłożył jedna ze swych monet do czoła kobiety. Szepnął zaklęcie i małe cienkie pajęczyny oplotły jej głowę. Blokując możliwość rzucenie jakiegokolwiek zaklęcia. Obszukał ją w poszukiwaniu artefaktów, jednak nic nie znalazł. Odwrócił ją na brzuch i skuł ręce kajdankami. - Dziękuję – wyszeptał

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych