Wróć do katalogu

DENATURAT

Krótkie opowiadanie o pani Gilzowej i pewnym, zacnym trunku.

mkgenetic, opublikowano , 16 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Słońce już dawno skryło się za horyzontem. Jadwiga siedziała wygodnie w wiklinowym fotelu wybałuszając ze zdziwienia oczy. Znajdowała się na niewielkiej polanie otoczonej gęstym świerkowym lasem. Tuż przed fotelem płonęło sporej wielkości ognisko. Języki ognia tańczyły w ciemnościach powoli trawiąc misternie ułożoną, drewnianą konstrukcję. Pomimo późnej pory było ciepło i przyjemnie. W powietrzu unosił się zapach pieczonej kiełbasy wymieszany z rześką wonią świerkowych igieł, a na przejrzystym niebie migotały ochoczo srebrne stada gwiazd. Co ja, do kurzej dupy, tutaj robię? - zastanawiała się Jadwiga przeczesując dłonią, sztywne jak świńska sierść, rude, farbowane włosy. Nagle zza pleców kobiety wyłonił się dwumetrowy, solidnie zbudowany przystojniak ubrany w elegancką, białą koszulę. Pod pachą ściskał bogato zdobioną, cynową tacę. - Dobry wieczór pani Jadziu. - wycedził podkręcając szpiczaste wąsy - Czy mogę zaproponować szanownej pani porcję pieczonej, wyśmienitej, wiejskiej kiełbasy? - Że co? Że kiełbasy? Samej? A my się chłopcze znamy? - Jestem Zenon, kelner leśny, a do kiełbasy jest musztarda. - No to dawaj Zenek to jedzonko! - złożyła zamówienie, choć od urodzenia,przez całe sześćdziesiąt dziewięć lat, nie spotkała nigdy leśnego kelnera. Mężczyzna sztywnym krokiem wyruszył w stronę ogniska. Zniknął na chwilę za wysokimi płomieniami po czym wyłonił się niosąc już gotowe danie. Podał Jadwidze kawał upieczonej w ognisku kiełbasy ułożonej na dużym papierowym talerzu. - Może winka? - zaproponował. - Głupiej się pytasz, czy co? - warknęła. - Przecie jak się je, to trzeba czymś popić,a winko to właściwy napój do wszystkiego, byle owocowe i polskie. Kelner wyciągnął z kieszeni biały, plastikowy kubek i napełnił go szkarłatnym trunkiem. Nie wiem skąd tu się wzięłam, nie wiem co tutaj robię, ale takiej kiełbachy i jabcoka nie odpuszczę! - pomyślała łykając głęboki haust słodkiego napoju. Racząc się posiłkiem rozglądała się dokoła podziwiając urok polany i otaczających ją drzew iglastych. Ognisko wesoło skwierczało ogrzewając, pokryte gęstą siecią żylaków, nogi Jadwigi. W pewnej chwili usłyszała dobiegający spośród drzew szum, jakby dzika zwierzyna przedzierała się przez gałęzie. Świerki zaczęły drgać gubiąc igły. Co w tych krzakach buszuje? - zapytała samą siebie pochłaniając kolejny kawałek kiełbasy. Za chwilę wszystko było jasne. Ku jej zdziwieniu spośród drzew wybiegła całkiem interesująca drużyna składająca się z czterech osób, trzech czarnoskórych mężczyzn i jednej kobiety o stanowczo azjatyckiej urodzie. Murzyni mieli po dwa metry wysokości i taszczyli na plecach ogromny, pokryty skórą bęben. Kobieta jedną ręką ciągnęła za sobą pałę podobną do ogromnego żebra, a pod pachą niosła drabinkę z bambusa. Wszyscy ubrani byli w egzotyczne stroje jakich nigdy wcześniej nie widziała. Bufiaste, krótkie spodnie prawdopodobnie z barwionych na czerwono liści palmy i błyszczące koszulki wyglądające jak uszyte z ogromnych rybich łusek robiły wrażenie na Jadwidze. Wytrzeszczając oczy podziwiała przybyszów i z niedowierzaniem obserwowała przedstawienie. Mężczyźni zainstalowali instrument. Żółtoskóra ustawiła drabinkę i wlazła na nią. Jak na zawołanie Murzyni zaczęli tańczyć. Ich ruchy nie przypominały tańców afrykańskich, bardziej ich popisy wyglądały jak oberek pomieszany z paso doble, naprawdę dziwny występ. Skośnooka kobieta chwyciła w dłonie pałę i zaczęła rytmicznie walić w bęben. Łup! Łup!! Łup!!! Łup!!!! - coraz głośniej i głośniej - Łup!!!!! Łup!!!!!! Łup...

Jadwiga otworzyła oczy. Obudziło ją regularne walenie do drzwi. - O w mordę! To był pieprzony sen, a kiełbaska jak prawdziwa. - wyjęczała zaspanym głosem zerkając kątem oka na tarczę radzieckiego budzika. Była pierwsza czterdzieści. W pokoju panowała ciemność, jedynie sufit jaśniał od księżycowej poświaty. Ktoś nadal dobijał się do drzwi. - Czego tam! Już idę! Zara! - z trudem zwlekła się z łóżka. Bez problemu trafiła stopami w filcowe kapcie i posuwistym ruchem ruszyła w stronę przedpokoju aby odeprzeć nocny atak nieznajomego. Po drodze zapaliła światło i spojrzała w stare lustro wiszące na błękitnej, popękanej ścianie zdobionej wstrętnym wzorem powstałym przy użyciu gumowego wałka. Nie wyglądała zbyt dobrze, czyli tak jak zwykle. Rude, sztywne włosy sterczały we wszystkie strony świata jakby miały niespodziewany kontakt z dużą dawką energii elektrycznej. Brak codziennego makijażu uwydatniał sine wory pod oczami oparte o pyzate, pomarszczone poliki. Całości dopełniały szerokie, bladoróżowe usta skrywające dawno nie czyszczone zęby. No modelką to nigdy nie byłam. - Pomyślała Jadwiga. Podeszłą do drzwi i przystawiła prawe oko do judasza. Lewego nie używała, bo było szklane. Po drugiej stronie drzwi, na korytarzu, paliło się światło ale nie było widać żywego ducha. Mimo to ktoś cały czas się dobijał. - Kto jest?! - krzyknęła - Czego?! Nastała cisza. Za chwilę przerwał ją chłopięcy głos. - Pani Gilzowa! Pani Jadziu! To ja! Maciek! Kobieta bez problemu rozpoznała napastnika. Maciek był wnukiem Józka ,sąsiada z drugiego piętra. Mieszkali w 17-metrowej kawalerce wraz z Kaśką i Marianem - rodzicami chłopca. Była to rodzina, jak prawie wszystkie w tej starej,łódzkiej kamienicy. Właściwie cała ulica Niska miała podobnych mieszkańców. Każdy kochał tu dobrą zabawę, wino i śpiew, a z troską unikał wszelkiej pracy zarobkowej. - Czekajże Maciek, ino ciucha jakiego zarzucę. Jak powiedziała, tak zrobiła. Zdjęła z wieszaka podomkę, która pamiętała pierwsze przemówienia gierka i szybkim ruchem się w nią ubrała. Otworzyła drzwi. W progu stał dziesięcioletni, blond włosy malec. Oczy miał całe zapłakane, a z nosa zwisał mu błyszczący gil. Strach wręcz wypływał z jego przerażonych oczu. - Wejdź do środka. - przeczesała jego czuprynę prawie matczynym ruchem ręki. - Co się takiego stało, że musisz mi przerywać najprzyjemniejszy sen w życiu i walisz w drzwi niczym Chinka w murzyński bęben. - rozmarzyła się. - Więc co się dzieje? - spytała najdelikatniej jak tylko potrafiła. - Pani Gilzowa! Tatko z mamusią urządzili balangę. - to żadna nowość pomyślała Jadwiga - Mama mówiła, że tatuś dostał pracę jako cieć na parkingu w centrum i że będą z tego jakieś pieniążki. - kontynuował malec. - Opili się z tej okazji i poszli spać. Jedynie dziadzio rozmawiał ze mną i opowiadał o niemieckich żołnierzach. Później się położył spać. Ja też poszłem. - I co się takiego stało? Tak dorośli się zachowują, to normalne. - zagadała Jadwiga. - No tak pani Gilzowa, ale z pół godziny temu dziadzio zaczął krzyczeć, że umiera i się obudziłem. Chciałem, żeby mamusia pomogła, ale ona śpi na podłodze koło dziadkowego łóżka, a tatuś tylko chrapie na kanapie i nie mogę go dobudzić. Podejszłem do dziadunia choć się bałem, a on złapał mnie za rękę i powiedział, że umiera, że widzi aniołki pod sufitem i diabołki w nogach. Mama kiedyś mówiła, że pani umie leczyć ludzi... - Wystarczy! - przerwała z przerażeniem Gilzowa. - Czekaj Maciek! Wezmę niezbędnik i idziemy. Może da się dziadkowi pomóc. - mówiąc te słowa sama sobie nie wierzyła. Wróciła do pokoju i używając niecenzuralnych słów uklęknęła koło łóżka. Wyciągnęła spod niego dużą, skórzaną torbę. Stękając wstała, poprawiła podomkę, dźwignęła torbę i wróciła do Maćka. - Dawaj rękę. Idziemy do dziadka. Malec posłusznie podał dłoń i razem ruszyli na pomoc Józkowi. Wyszli na korytarz i udali się w stronę klatki schodowej. W kamienicy unosił się zapach spalenizny, brudu i uryny. Kiepska mieszanka, ale mieszkańcy przez lata przyzwyczaili się do tych aromatów. Wczłapali się w milczeniu na drugie piętro. Mieszkanie Maciusia znajdowało się tuż przy schodach. Jadwiga szarpnęła za klamkę i weszli do środka. Z kawalerki buchnął odór wymiocin i niestrawionego alkoholu. Pod jedną ścianą stała kanapa, na której słodko drzemał rozłożony krzyżem Marian. Tuż obok, między biurkiem Maćka, a odrapanym, metalowym łóżkiem dziadka, na podłodze, w pozycji embrionalnej…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych